Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A szlachta nawet w domu cnoty nie ustrzegli,
Wszystko runęło na łeb i poszło na nice,
I Bogu nie ma świeczki, lecz bies ma gromnicę!


W każdéj prawie rodzinie był ktoś jeden głową,
I świętym było wszystkim każde jego słowo.
Był to człowiek w rodzinie zwykle najmożniejszy,
Albo wiekiem najstarszy, albo najradniejszy!
Czasem téż padła koléj, że i z niewiast grona
Zawładnęła rodziną poważna matrona,
I wówczas bywał w domu taki sojusz wierny,
Że i dom się podnosił i majątek mierny,
Że każdy za jéj radą na nogi się stawił,
A domowi widocznie Pan Bóg błogosławił.


Kto zawładnął rodziną, ten rządził uważnie,
Z łagodnością, słodyczą, lecz bardzo poważnie!
Dosyć było tam słowa, czasem rzutu oka;
Lecz gdy w słowie lub oku upadła z wysoka
Rada, albo przestroga, lub broń Boże kara:
To nie żarty już były i strzegła się Wiara!
I każdy musiał uledz, lub co złe poprawić,
I musiał choć raz w roku poczciwie się stawić,
I przed głową familji ze wszystkiego sprawić.


Święta w rodzinach zwykle razem obchodzono,
Ze szkół chłopców, z klasztoru panienki zwożono:
Ten przybywał z palestry, od chorągwi inny,
Czasem i kaptur ciągnął do strzechy rodzinnéj,
Bo choć uczynił śluby ubóstwa, czystości,
Nie wyrzekł się przed Bogiem poczciwéj miłości,
I ze mszą a praktyką przybywał do domu —
Czasem téż i wypadło związać ręce komu,
Lub na którym wyrostku spróbować ogórki.