Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tam z żonami synowie, a z zięciami córki
Pospieszali w wigiliją imienin lub święta;
I każdy tam przytulił drugiego pisklęta —
A choć razem nie żyjąc widzieli się z rzadka,
To kiedy babka wnuczkę, panią córkę matka,
Ojciec syna, synowca obejrzał stryjaszek:
To, żeby jaka trusia, żeby jaki ptaszek,
Musiał się wyspowiadać i w skrusze osądzić,
I nie wolno tam było nikomu pobłądzić!



Tam na słabość zjeżdżały najmłodsze mężatki,
I komu nieszczęśliwie chowały się dziatki,
Oddawał tam i dzieci — a pod okiem głowy
Kwitło dziéwcze jak róża i rósł chłopak zdrowy,
Bo do siódmego roku w habitku ubrane,
I Matce Boskiéj z łzami na ofiarę dane,
Rosło i wątłe dziécię pod strzechą obronną:
I wyprosiło żywot sukienką zakonną,
Niewidziane od matki do siódmego roku;
Taka to jest moc Wiary, taka łaska w oku.
Do rady familijnéj nie każdy należał
Nawet w saméj rodzinie — lecz każdy powierzał
Po Bogu swoje losy familijnéj radzie,
A co dla jego dobra zapadło w jéj składzie,
Tego trzymał się święcie. — Rzecz nie szła na głosy,
Lecz cicho się ważyły w sercu wszystkich losy,
I jednomyślnie w końcu zapadało zdanie,
A każdy je przyjmował i dziękował za nie.


Tu się zazwyczaj wszystkie układały stadła,
Tu dzielono majątek, gdy fortuna spadła,
Starszy układał schedy, a młodszy wybiérał,
Tu młody w świat wychodząc przestrogi odbiérał:
I przed tym trybunałem musiał się znów stawić,