Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I z kolei już wszystkie domy odwiedzono,
To zabiégał ktoś drogę niby niespodzianie,
I do siebie zapraszał wszystkich na śniadanie.

Z kolei więc śniadania, z kolei obiady,
Z kolei szły wieczerze i szumne biesiady,
Podwieczorki w gaiku i podkórki w mieście,
I przejażdżki w sąsiedztwa i po Sanie wreszcie.
Przesadzały się dwory w polskiéj gościnności;
A co trzeci dzień zwykle przyjmował dwór gości.

Raz gdy wszyscy wieczorem byli zgromadzeni
Na dziedzińcu zamkowym, pod skrzydłami Ksieni,
I przy swietle kagańców trwała w noc biesiada.
Błysła tysiącznych świateł na Sanie gromada...
I od gór, kędy rzéka na błonia wychodzi
Aż po zamek Dubiecki, gdzie się kręto zwija,
Stanął San jednéj chwili w kagańców powodzi,
I przeciągnął się nocą jak ognista żmija,
I w téjże saméj chwili na połaci całéj
Wszystkie góry tysiącem ognisk zagorzały.

Nie sztuka mięć Sobótkę gdzieś o Świętym Janie,
Ale miejże Sobótkę tak na zawołanie;
Więc każdy się zadziwił: „A to okazałe!
A to cuda! to dziwy! — a to już wspaniałe!“

„Ej zbytki Panie Bracie! to nie po naszemu!“
Rzekł z cicha Książę Biskup Panu Antoniemu;
Ale brat go upewnił, że nie jego dzieło,
I że nie wié, skąd wszystko tak cudem się wzięło.
A ztąd tém większa jeszcze radość była gości,
Bo „hic stat“ jak to mówią — już w okazałości!
Choć autor anonimus, każdy mu się zdumiał,
Jeden tylko Pan Mniszech całą rzecz zrozumiał.