Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ba daléj i za dworem, gdzie kto mógł po mieście
I na obu probostwach i wikaryach obu,
I u mieszczan dubieckich i u żydów wreszcie,
A był taki, co przespał nawet koło żłobu.

Gospodarz wszystkich równo przyjmował i witał;
A gdy Biskup każdego ścisnął i wypytał
przyjaciół i krewnych, o żonę i dzieci,
To chociaż na czcze serce, łza już w oku świéci;
A choć szlachcic z językiem, zabrakło mu słowa,
płaczem się kończyła serdeczna rozmowa.

W ślady szlachty dopiéro z daleka i z bliska
Ściągały się świéczniki przy pomocy Bożéj:
A więc Pan Wojewoda Ossoliński z Liska,
Ba, daléj z Baligroda Pan Bal Podkomorzy,
I Biskupi Przemyscy i Pan Mniszech z Laszek,
Więc nie brakło prezencyi, zabaw i igraszek.

Niby pokój miasteczko było umiecione,
Wszystkie domy, jak z płatka czysto wybielone,
A podsienia i izby kobiercem zasłane,
A pogoda prześliczna! a panie cacane!
W każdym domu możniejszym i stół i kapela,
I przyjęcie od serca i kupsko wesela!

Zjazd był nie pamiętany — a przytém ład wszelki,
Jakby wszystkiém kierował sam Marszałek Wielki;
Ależ bo każdy z panów ludzi dobrać umiał:
Że świat, Korona Polska i San się zadumiał.

We dworze marszałkował sławny Morelowski,
I szło mu to tak gładko, bez trudu i troski,
Jak gdyby w dzień powszedni przyszło stół zastawić,