Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Dobrze! — krzyknął Żurowski — to myśl wyśmienita!
Damy sto beczek smoły, a z Starostą kwita!“
I jak się kilku szlachty z cicha zawinęło,
To i sto beczek smolnych gdzieś się w punkcie wzięło,
I ktoś wszystkiém zarządził, w punkcie pozapalał,
I tysiącem kagańców cały San się zalał,
I rozgorzały góry do razu jednego,
Od saméj Nienadowy aż hen do Winnego!
A gdy rzecz się wykryła, sprawa bardzo prosta:
Że Pan Bal poszedł w górę, a na dół Starosta!

Nie dopieroć to obu ważyły się szale,
I oddawna miał jeden na drugiego: — „Ale!“
Pan Mniszech był pan wielki, a więc szedł zuchwale,
Jednak Bala w Sanockiém ruszyć, to nie żarty!
Więc téż nigdy nie przyszło do wojny otwartéj.

„Co Mniszech, to Starosta — co Bal, Podkomorzy!“
Takie było przysłowie już w Sanockiéj Ziemi:
Mniszchowie Starostami, a Podkomorzymi
Byli z rodu Balowie, i było nie zgorzéj;
Bo taka panowała w całej ziemi zgoda:
Że gdy bracia bywało na sejmik przybędzie,
To jak gdyby na Sanie przybiérała woda.
Wszystko za nic, a górą Sanoczanie wszędzie!
I Sieniawszczyznę nie raz czapkami nakryli,
I do domu z tryumfem zawsze powrócili.

Lecz potrzeba nieszczęścia, że dla sprawy małéj
Waśń się wielka zrobiła i to w Ziemi całéj.
Podkomorzy miał serce i potężną głowę
I, gdyby Jan Chryzostom, tak piękną wymowę!
Nigdy on się w doborze słowa nie omylił,