Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dom ten za moich czasów doszedł tej świetności,
Że i mitrą książęcą okrył klejnot stary,
I Ojczyźnie dał męża, co rzadkiemi dary
W narodzie i w senacie jak gwiazda zaświecił,
I pięknie narodowi własny dom polecił....

Chyba Jan Kochanowski, za swojego czasu,
Gdy ranną pieśń wyśpiewał od Czarnego-Lasu,
Miał równą sławę w Polsce, i tak wdzięczne chęci
Jako Biskup Warmieński za mojéj pamięci.

W każdym domu i w mieście i w każdym klasztorze,
I w najmniejszym zaścianku, i w największym dworze
Znalazłeś jego książkę i każdy ją chwytał,
Gniewał się lub podziwiał, ale każdy czytał.
Ten przytaczał satyry, a ów bajki gadał,
I nie było człowieka, coby nie przepadał
„Za nowalią Warmieńską“, bo tak wówczas zwano
Owe rytmy, co w kolej sobie podawano
Od Warmii w całéj Litwie i w całéj Koronie,
Aż doszły w końcu nawet szlachty na zagonie.

I nie można już było ni piękniej zaświecić,
I na dworze, choć pańskim, lepiej się polecić,
Jak gdy szlachcic potrafił podać wiersz stosownie,
Lub z okazyi przytoczyć bajeczkę wymownie.
Ztąd kiedy w szkołach jeszcze groziła mu kara,
Nie uczył się tak pilnie człek nawet Alwara,
Jak tych wierszy się uczył prawdą wyzłacanych,
Z dowcipu i z piękności wszędzie pożądanych:
„Satyra mówi prawdę, względów się wyrzeka,“
A prawda kole w oczy, tak było od wieka.

Krzywiły się dewotki, wyrzekały mnichy,
Tłukła wiara od gniewu na ucztach kielichy,