Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy pod starą lipą zasiadł znów w dziedzińcu,
Gdzie niegdyś u stóp matki igrał jako dziecię.

Są i miejsca, i drzewa lak szacowne w świecie,
Które tylko w miłości człek ocenić zdoła,
Kiedy w pamięć wspomnienia młodości przywoła.
Na dziedzińcu zamkowym stara lipa stała.
Co od kilku już wieków tu orędowała,
I połowa téj lipy kryła dworzec stary,
A druga nad dziedzińcem trzymała konary,
Błogosławiąc swym cieniem i chłodem dziedzinie,
I tym bogom domowym i wszystkiéj drużynie.
Po trzech stronach dziedzińca ciągnęły się mury,
Z czwartej ku południowi opadał brzeg z góry,
A u stopy urwiska San się wężem zwinął,
I w tę stronę po błoniach wzrok daleko płynął,
Aż się trącił o góry i lasy bukowe,
Sanowe wybrzeża i debry świerkowe.

Gdyś wjechał na dziedziniec, toś pod lipy cieniem
Ujrzał się już do razu jakby pod sklepieniem;
A ta jedyna lipa za cały las stała,
połowę dziedzińca prawie ocieniała;
A że wyżej nad drzewa okolicy wzrosła,
I poważnie ku niebu swe czoło podniosła,
Panując i nad zamkiem i całą przestrzenią,
Ztąd w całéj okolicy nazwano ją: „Ksienią“.

Kto Krasickich Dubiecko, ten znał już i Ksienię,
I w dziedzińcu zamkowym zielone podsienie,
Gdzie całym pokoleniom wiek swobodnie spływał,
I pod którem przez lato cały dom siadywał.

Tu stawały powozy i wierzchowe konie.
Tu się po polowaniu wystrzelały bronie,