Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wzajemnie sobie z lekka czapki uchylili,
I stanęli przed karczmą.

„Ależ góra, góra!“
Rzecze jeden po chwili — „a dla mnie już wtóra“.
Rzecze drugi mu na to — „bo na Branów jadę,
I ledwo że mój deresz dał téj górze radę,
Bo od ranam nie wytchnął“. — „A gdzież się tak śpieszy?“
— „Ha do domu, bo w drodze człek się nie pocieszy!“ —
„Oj prawda! wielka prawda,“ — rzekł drugi z westchnieniem,
„Ależ bo i do domu źle wracać z strapieniem.“
— „To i Waszmość jak widzę nie uszłeś przygodzie?“ —
„Tak jest! a co najgorsza, że ani na brodzie,
Ani na moście, Panie, ani na przewozie
Naszło mię licho skrycie, ale na gospodzie
U żyda i przy winie. — “
— „Bywa to tak, bywa! —
Rzecze tamten z uśmiechem, — że człek łzami zmywa
Nieraz chwilę pociechy.“ —
„Jeszczeć żeby łzami,
Ale tu do krwi doszło, i sprawa z żydami.
Jeszczeć nie miałbym żalu, gdybym był się upił,
Ale trzeźwym mnie widzisz. Beczkęm wina kupił
Na imieniny żony — i rzekłem Jéjmości:
Że będzie czém honeste przyjąć w domu gości.
Jużciż znam się na winie, było dwupudowe,
Pięknie zielonkowate, wytrawne i zdrowe,
Miało już i obrączkę; a więc po świadomu
Zapłaciłem żydowi, i wino do domu
Kazałem przysłać sobie — wystało do czasu.
Ba patrzę, miasto wina żyd mi przysłał kwasu,
Aż kolorem przestrasza! Dziś był dzień targowy,