Bal

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Kaden-Bandrowski
Tytuł Bal
Pochodzenie Przymierze serc i inne nowele
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Ignis“
Data wydania 1925
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
BAL
Ponura uroczystość przywitania na wielkiej drodze wśród dawnych porosyjskich koszar skończyła się. Piechota niemiecka odeszła w jedną stronę, my w drugą. Pustym placem gonił znów gęsty tuman śniegu.

Ująwszy się pod ręce, Kujon, Leń i ja ruszyliśmy przeciw zawiei szukać kasyna.
— Tam będzie, bracie! — wołał Kujon — gdzie te chorągwie. Każdy sztandar lubi się zawsze żarcia trzymać. Jak człowiek!
Z któregoś balkonu, w perspektywie rudych budynków, zwieszały się sztywne, na kość zmarznięte barwy narodowe.
Weszliśmy do przedsionka, gdzie już czekało kilkunastu kolegów, zapłakanych z zimna.
— Na co czekacie?
— Bo tam, na górze, jakaś delegacja sterczy. Łyki, — paniusie!
— Boisz się łyków?
— Nikt się nie boi! Ale rychtują przywitanie z ceremonjałem, czekamy na pułkownika.
Przestępując z nogi na nogę, chuchając w zgrabiałe palce, kręciliśmy się po przedsionku.
— Chłopy! — wykrzyknął nagle Kujon — tu są jakieś malunki.
„Odkrył“ je w głębi westibulu, po obu stronach szerokich schodów.
Trudno było rozpoznać treść, malunki bowiem pokrywał gęsty szron. Ustaliliśmy wkońcu, że są to olejne freski. Jeden wyobraża zapewne jakąś scenę historyczną. Drugi przedstawiał kobietę.
— Damę musimy obejrzeć szczegółowo — stwierdził Kujon. Ciepłem bliskiego oddechu topił szron, aż ukazała się blada twarzyczka, wąchająca czerwoną różę.
— Pokaż dalej!
Już się wyłoniła z zimnego nalotu szyja, ramiona i dekoltowane piersi w niebieskim empirowym staniczku.
— Aha! — śmiał się Kujon — może nie ładna?
Zaraz mu przybyło pomocników.
Twardemi pazurami, końcem bagneta, zdrapywali z obrazu mróz. Nagle robota ustała, bractwo ze śmiechem wtył odskoczyło. Widocznie jeszcze dawniej ktoś zeszpecił był malowidło, rysując pod piersiami staniczka ogromny żywot ciąży, z płodem wewnątrz złożonym.
— Panowie! — wołał Leń — a tośmy sobie godną bohaterkę znaleźli!
— Bardzo godną... — rozległ się ztyłu zażywny głos naszego pułkownika.
— Ale zahartowana... — Kujon chciał zatrzeć wrażenie, którego doznaliśmy, z powodu nieoczekiwanego pojawienia się „władzy“. — Pan pułkownik w futrze, a ona sobie bez niczego, stoi w takim dekolcie.
— Powinniście pamiętać — nasz dowódca dostojnie ściągał rękawice, — że kobieta w ciąży „odpowiada“ rannemu żołnierzowi. Z tego wniosek...
Wniosku nie wyciągnął i ruszył na górę, my za nim przykładną trzódką. Po drodze oznajmił „dodatkowo“, że nie zaraz siądziemy do obiadu, a dopiero po przyjęciu delegatów ludności, którzy już „pono czekają w przyległościach pułkowej jadalni“.
— Jeżeli mam tych delegatów sądzić według palt — Kujon huśtał zabłocone futra cywilne, wiszące w przedpokoju na szaragach, — to się naszym hołdownikom nie przelewa. Grzbiety wyświechtane, pachy wytarte, siedzenia ołysiałe.
Rozkraczony przed gromadką czarnych okryć „litował się“.
— Pomyślcie tylko, panowie, taki mieszczanin za tym łachem, za kawałkiem sierści lata całe życie po błocie. Żonę z tego żywi, dzieci wychowuje, jeszcze go w rękę całują. No, dziś będzie miał zaszczyt witać — samego mnie.
Chcieliśmy także oglądać kalosze delegacji. Koło obszernych, rozdeptanych człapaków stało kilka damskich łupinek, gdy nadleciał adjutant, — że pan pułkownik czeka.
— Żyć beze mnie nie może — warknął Kujon.
Weszliśmy tłumnie do przestronnej jadalni.
Od ściany do ściany ciągnął się długi nakryty już stół, a za wysokiemi oknami pędziła puszysta śnieżyca. Pułkownik w kącie sali przyklepywał rozdziałek i czcigodnem chrząkaniem gotował się do występu.
Przez uchylone drzwi jadalni widać było w pustej „przyległości“ zgromadzonych na samym środku delegatów. Stali w dwa rzędy, objęci ubogiem światłem zamarzniętych szyb, nieruchomi i jakby zasłuchani. Bliżej ściany, brodacz z faworytami, przystrzyżonemi na wzór któregoś cesarza, dalej nikły człowieczyna, o głowie wydętej, jak kapsułka, dalej w szeregu mały pyszczek czerwony, osypany niezgoloną siwizną i długowłosy, strzelisty młodzieniec. Przed nimi „szlachcianka“ w niebieskim kontusiku, jakieś chude, żółte biedactwo w bufkach bordo i dama z olbrzymiemi piersiami w czarnych koronkach.
W pośrodku trwała główna zapewne postać delegacji, z czubkiem mokrych piórek na głowie, z bukietem różnokolorowych nieśmiertelników, trzymanych pod lewą piersią, na atłasowym „przodziku“ żakieta.
Kwiaty biły z pod serca sztywno na pokój, wstążka kokardy „harmonijnie“ rozchodziła się w prawo i w lewo. Końce w uważnych palcach trzymali „skrzydłowi“ panowie.
— Słowo daję — syczał Kujon za Leniem, — widziałem takie grupy na wystawie aresztantów. Zbrodniarze z chleba robili i do butelek szczypczykami wpuszczali. Zadanie na cierpliwość.
— Proszę panów ze mną.
Pułkownik chrząknął, ordynansi otwarli drzwi.
Weszliśmy poważnie i „dzielnie“. Delegacja zmartwiała w bezruchu, nasz dowódca złożył ręce na szabli. Kokardy narodowej wstążki wyprężyły się gwałtownie, czarne tło panów okrzepło. Zapadła tak wielka cisza, że słychać było w ścigłych porywach wichury, jak się na atłasowym przodziku trącają wzajem listkami nieśmiertelniki.
— Ja, jako przewodnicząca tutejszej Ligi... — jedna ręka wzniosła się, aby odsunąć woalkę, druga jeszcze mocniej ścisnęła kwiaty.
— Ja, jako przewodnicząca... — drżące wargi wchłonęły chciwie strugę powietrza.
— Ja... — głos umilkł, z pod obrębu woalki wypłynęły łzy.
Pułkownik przeniósł zbrojną postać z nogi na nogę, my chórem westchnęliśmy „zaszczytnie“.
Piórka na głowie mówczyni drgały raz po raz, wolna od kwiatów ręka broniła się czemuś niezaradnie.
— Otóż mam zaszczyt w imieniu ludności i całego naszego miasta, po tylu latach, panowie... — oddała pułkownikowi bukiet gestem wstydliwym, płochym, jakby kradzionym.
Okazało się, że pęk nieśmiertelników przesłaniał dotąd sklepioną potężnie wyniosłość atłasowej kamizelki.
— Ciąża, jak mur — stęknął Kujon, — dobrze się nam tu darzy!
Pułkownik, przyjąwszy wiązankę, parę długich sekund przetrawiał w skupieniu wrażenie.
Wsparte na zbrojnej piersi kwiaty, kiwały lękliwie główkami.
— W imieniu ludności i całego naszego miasta — podjęła ofiarodawczyni.
— Ba! — puknął z czarnego tła panów czerstwy, jędrny głos — przedewszystkiem nie przedstawiliśmy się i panowie nie wiedzą właściwie, z kim mają do czynienia.
Krótkie, drobne kroczki na podobieństwo stanowczych uderzeń młotka stuknęły o podłogę. Wystąpił naprzód zwięzły człowieczek o ostrym, czerwonym pyszczku, rozdął nozdrza i uderzył nosem w zimne powietrze „przyległości“: — Jestem rejent Twardo.
Podali sobie z pułkownikiem ręce w sposób ważny, niewątpliwy, niejako historyczny. Poczem rejent ruchem krótkich palców, niby grabkami, wyrywał z grupy delegatów poszczególne postacie i, — bystrym kuperkiem żakietu wtył oddając, — przedstawiał współuczestników.
— Oto przewodnicząca tutejszej Ligi, pani Aniela, — nazwisko rozleciało się w hałasie.
Odsunęła wgórę woalkę i objęła nas ślicznym uśmiechem bladej chłopięcej twarzy. Podchodziliśmy, aby ucałować jej rękę w nicianej rękawiczce.
Przewodnicząca kłaniała się ciężko i ostrożnie, wznosząc pod górę małą głowę, ozdobioną mokremi piórkami.
Jakby wciąż jeszcze wypatrywała pod sufitem wątków przerwanej swej mowy.
— Oto starsza nauczycielka, panna Ożarowska Józefa.
Żółte biedactwo w bufkach bordo zjeżyło się.
My też ze swej strony wyzgrzytaliśmy swe nazwiska, pseudonimy i rangi.
— Oto — rejent nie pozwolił sobie przerwać, wypowiedział rzetelnie, jasno, do końca, kto kim jest, co tu robi, ile lat.
Dowiedzieliśmy się, że wonna dama z dużemi, jak naboje artyleryjskie, piersiami, w koronki schowanemi, jest żoną rejenta i artystką „zarazem“. Mężczyzna w faworytach — wytrwałym praktykiem doktorem, który „nigdy i nigdzie siebie nie oszczędza“. Szlachcianka w kontusiku — „poważną, ofiarną siłą nauczycielską“. Duża kapsuła na kosmatej szyi — aptekarzem „trwającym niezmiennie w tych ciężkich czasach na zagrożonym posterunku“, długowłosy badyl — aptekarskim pomocnikiem.
— Teraz, gdy o sobie już dokładnie wiemy — stanąwszy z boku między nami a delegacją, zwrócił się rejent do przewodniczącej — przepraszam, i prosimy.
Zaczęła od „zarysu historycznego“. Składał się on z wielu wzruszonych łączników, jak „wogóle“, „bądź co bądź“, „tem niemniej“, wśród których zasługi nasze rozrastały się do ogromnych rozmiarów.
Byliśmy krewnymi wszystkich wielkich żołnierzy w licznych pokoleniach Narodu.
Pułkownik chłonął to z niezmierną łatwością.
Z rzewnego powiewu uniesionych dłoni oratorki, ze słów karbowanych westchnieniem, z drżenia płoszonych ruchem głowy piórek, z całego rzutu gestów i okrzyków dowiedzieliśmy się o beznadziejnych chwilach mroku, w którym, istotnie, jak jeden mąż, — całe miasto...
Ostatnie słowo urwał w połowie rejent głośnym chwytem szczęk: — Miasto nie zgadza się bynajmniej z przewodnią myślą panów!
Mówczyni zaprzeczyła uśmiechem tak radosnym! — Szła dalej za przewodnią myślą, której nie trzeba mieszać z pozorami, która zgodnie opiewa...
Lecz ile razy wzbiła się tokiem słów pięknych i uroczystych, tyle razy rejent przerywał je bezmiłosiernie. Jużeśmy się mieli ucieszyć bramą triumfalną, która nas oczekiwała, siłami miasta całego zgodnie wystawiona, gdy rejent — zbudowaliśmy ją w pięcioro i paru niedorostków!
Jużeśmy mieli żałować, że przez lasy skręciwszy, nie usłyszeliśmy mazurka Dąbrowskiego, którym przy świeżej bramie orkiestra z „miejskich żywiołów“ złożona pragnęła nas powitać, — gdy rejent z twarzą, jak osolony befsztyk czerwoną skoczył przed „zbrojne forum“.
— Z żadnych „miejskich żywiołów“, ale zapłacone żydki! Bo, panowie, lepsza naga prawda i lepiej już gryźć sercem!
Naga, bezwstydna prawda, rwana żywcem z wnętrzności.
Przewodnicząca płynęła przeciw niej bezradnie ruchem strudzonych ramion, „szlachcianka“ oczy sobie wstydliwie zasłoniła, ale delegaci popierali tę prawdę coraz śmielej.
Tak dalece, że aptekarz obiegł skrzętnie całą grupę dokoła i, naszego kapitana uchwyciwszy za mankiet, krzyknął bez ceremonji: — Wczoraj na posiedzeniu!
— Witamy was, jak dziady — skwierczał rejent, — niemasz tu żadnych „wszystkich“, żadnej solidarności. Ofiarujemy wam nasz wstyd, nasze upokorzenie. I — to jest prawda!!
Głos mu się rozpruł w piersiach, przewodnicząca podniosła ręce krzyżem, do góry, delegaci schmurzyli się pokutnie.
Gdy wtem żółte biedactwo w obwisłych bufkach bordo, stuknąwszy palcem w szybę, zabulgotało: — Tam jest miasto, które was nienawidzi!
Odruchowo spojrzeliśmy w okna. Ledwie w nich widać było gałęzie czarnych drzew, targane ciągłą zawieją.
— Tam jest miasto! — głos przewodniczącej porwał się, jakoby przeciw potężnemu wichrowi — które zrobiło wszystko! Które tylko czeka! Którego dzieci!
Delegaci umilkli, rejent szeroko otworzył sine usta, aptekarz zaszedł żółtem mętnem światłem, piersi rejentowej wypłynęły pod brodę.
Tyle do powiedzenia! Tyle prawd, oczywistych, szczerych, częstych, aż potocznych. Pani przewodnicząca zgarniała je nicianemi rękawiczkami poprostu z powietrza.
— O tak, może się znajdzie w mieście parę jednostek — bierniejszych. Ale naogół wszyscy... Jest to malutkie miasto, ono może nie umie zabrać się do rzeczy, w każdym jednak razie stara się wedle sił.
— Dość, panowie, powiedzieć — oburącz składała te słowa pułkownikowi na suche kwiaty bukietu, — że właśnie wczoraj, na „gremjalnem“ posiedzeniu miasto postanowiło uczcić przybycie wasze. Zrobimy prawie to samo, co robią w stolicach, na szerokim świecie, gdzie mają przecież elektryczność, wodociągi do dyspozycji. Albo samochody! Będzie to... — Szare, jak kurz, oczy zalśniły całym blaskiem. — Wenta, raut, — bal, — lotto. Może ognie sztuczne. A nasze dzieci już dziś wiją na ten dzień wieńce.
Delegaci stali milcząco, zgnębieni siłą przemówienia. Pułkownik przyjął sprawę taktownie, wyznaczył bowiem swego zastępcę, naszego kapitana. Uczyniliśmy poruszenie, delegacja skłoniła się i gęsiego opuściła nareszcie „przyległość“.
Odprowadziliśmy do połowy schodów. Małe cywilne garby schodziły już do wyjścia, gdy zawrócił ku nam jeszcze pomocnik aptekarski i, sklepiwszy dłonie nad domniemaną ciążą, szepnął: — Ta umie bujać gości!
Już go zdołu wołano, by „pobiegł“ szukać koni.
Stali w kupce przed bramą. We wzburzonej śnieżycy nie widać było nawet zarysu pojazdów.
— Ani chudu, ani dudu — westchnął aptekarz.
Pomocnik, niby szary bąk, krążył dokoła we mgle i hukał rozmaitym głosem.
Pani przewodnicząca „bez jednego słowa“ odłączyła się od towarzystwa i poszła naprzód, — z doktorem.
— Zrobią sobie do miasta dwa kilometry z przylepką — święto z głów wyszumi. — Nikt nie potwierdził aptekarzowi tego dowcipu, pomocnik bowiem przyniósł całkiem pewną wiadomość „względem koni“.
— Urżnęli się z żołnierzami i dawno odjechali.
— W takich chwilach nawet prości ludzie nie dbają o zapłatę — krzyknęła gniewnie panna Ożarowska.
Wzięto się pod ręce, rejent z żoną pierwsi „przebojem“, panna Stanisława ze „swoim cynikiem“ aptekarzem, wtyle pan pomocnik z panną Ożarowską, która z pod futerka szumiała rozścielonemi zapobiegawczo, ciepłodajnemi gazetami.
Nikt nic nie mówił. Wobec ogromu wydarzenia — „że pani Aniela ogłosiła sobie samozwańczo uroczystość“ — nikt nie ośmielał się pisnąć. Tylko rejent mógł „zacząć taką sprawę“.
Postawiwszy kołnierze, zmrużywszy oczy, schowawszy ręce w rękawy, małą, szarą gromadką, nito ciemne miękkie zawiniątko, toczyli się bitym gościńcem obok koszar, zawianych śniegiem, potem pustą drogą, przewiązaną szumem nagich, czarnych drzew.
— Ale pani Aniela znosi tę ciążę wybornie — syknęła z wiatrem panna Ożarowska.
— Muszę sobie poprawić. — Przystanęli.
Pani rejentowa musiała coś ulepszyć w szczelnem opakowaniu swej osoby. Koszar już prawie nie było widać za ołowianą mgłą, na drugim końcu drogi z miasta też ani śladu. Po bokach bure śniegi ciągnęły się nie dalej, niż na parę kroków, resztę sinego widoku rozganiał ciemny wicher.
Rejentowa wciągnęła falę śnieżnego tchu aż do dna dźwięcznych piersi i powiedziała jedno tylko słowo: — Bezczelność!
Przyniosło to wszystkim znaczną ulgę. Któż nie wiedział, że jeszcze wczoraj na gremjalnem posiedzeniu do niczego się w tej sprawie nie doszło?! A tu jednym zamachem dla taniego efektu?! Teraz już, oczywiście, kobyła u płotu! W chwili, gdy jeszcze wczoraj mówił ksiądz Ożarowskiej — ksiądz, nie lubiący chyba puszczać słów na wiatr — że specjalnie nauczycielki, zależne od komitetu Opieki, powinny się trzymać zdala, zdala od wszystkiego, zdala od wszelkich ruchów!
No, a teraz kobyła u płotu — dzwonił aptekarz zębami z pod pachy panny Stanisławy.
— Albo nie u płotu! — Rejent skoczył parę kroków naprzód i zawołał głosem swej nieposzlakowanej kancelarji, znanym, jako nieubłagany — hola, moi drodzy państwo!
Gdy się zrównały obie „partje“, rejent tym samym tonem: — Jak pani mogła tak zuchwale nadużyć naszego zaufania?!
Piórko kapelusza zwiesiło się aż na oczy. Przez zaśnieżoną woalkę nie było widać twarzy. Ciemne rysy przeglądały, jak z poza kratki więziennej. Przez gęste kwadraty przeciskał się oddech zmarznięty i strudzony.
— Niczego nie nadużywałam, panie rejencie. Właśnie dlatego, że tacy biedni jesteśmy...
Z czarnego koliska płaszczów i narzutek wyskoczyły naraz wszystkie zarzuty razem. Napróżno doktór pojednawczo gładził zwichrzone faworyty. Pulchne zdania panny Stanisławy zespoliły się z dźwięczną dykcją rejentowej, aptekarz podcinał z boku. Pani Aniela cofała się ku brzegowi szosy — białe, niciane rękawiczki drżały na odętem futrze, jak ćmy.
Wtem panna Ożarowska, wyciągnąwszy sine ramiona ku rozpętanym chmurom stalowego mroku: — Tak się nie postępuje, męża mając w obozie jeńców, a płód jego w łonie!
Czubek zlepionych piór zachwiał się. Pani Aniela, zakrywszy twarz, przyklękła na kupie kamieni. Jakby centnar na nie upadł. Długo terkotały, spadając przez umarłe zielsko w głąb rowu.
Doktór przyłożył dłoń do pochylonych piórek i powiedział nieśmiało: — Teraz widzicie państwo!
Pani Aniela z rękami wspartemi o kamienie płakała
— Oczywiście, musimy zaczekać. To przejdzie. — Aptekarz postawił kołnierz jeszcze wyżej. Oparli się na laskach, otulili szczelniej i, tyłem odwróceni do wiatru, czekali.
Nie był to wielki płacz, raczej nikłe szelesty, jakby się tarł pośród żwiru mały skrawek papieru.
— Będziesz to pani miała urządzone, ale nie siedź pani, jak dziad, na kupie kamieni! — zapiał nagle rejent.
Nikt się nie spodziewał podobnej sceny. Laska rejenta stukała, głos mu się burzył i rwał w piersiach. Małe nóżki tupały raz za razem. — Będziesz to pani miała urządzone, ale nie proś nas pani!
Doktór w imieniu reszty towarzystwa pragnął podziękować.
— Nikt nie dziękuje — wrzasnął rejent, — i wogóle, — ani jednego słowa!
„Pozbierali“ ją z kamieni. Wobec drażliwego stanu sprawy, nikt już nie wracał do wiadomego tematu. Pani Aniela szła pokornie ztyłu za wszystkimi. Nareszcie dobrnęli do pierwszych domków miasteczka, łatanych ciepłem złotem zamarzniętych szyb. Pomocnik chciał skręcić, odszukać dorożkarzy, którzy w tej stronie mieszkali, i za bezczelny zawód „nakłaść im po pysku“.
Nie pozwoliła na to Ożarowska. — Może pan sobie z równym skutkiem załatwić kiedy indziej.
Nikt nie poparł projektu pomocnika. Wszyscy musieli wykazać skupioną uwagę, która po takiem wzruszeniu należała się rejentowi.
Szedł środkiem gościńca, prosto przez błoto, jak człowiek owładnięty wyższą myślą.
Rozstali się przy aptece, w świetle zielonoczerwonych bani szklanych, za któremi widać było w głębi, na półkach, szeregi białych słojów z czarnemi napisami.
— Ładnieby człowiek wyglądał w życiu, gdyby nie łacina! — Stanisława wiedziała, jak takie powiedzenia działać mogą na towarzystwo dojrzałych ludzi.
We dwie z Ożarowską wzięły panią Anielę pod ręce i z okrzykiem „damy sobie radę“ ruszyły w swoją drogę. Przechodząc obok niemieckiego szyldwacha, który, niby niedźwiedź w pikelhaubie, łaził w futrze przed budynkiem dowództwa, zaintonowały „Choć burza huczy wkoło nas“, nie za głośno, w miarę, lecz za to na dwa głosy. Stanisława sopranem, Ożarowska pieściwym „drugim“.
Przed południem oficerowie, niejako firmament bohaterstwa, — popołudniu rejent, mający w swoim szlachetnym „wybuchu przy kamieniach“ coś z Matejkowskiego Rejtana, — czyż to wszystko razem może nie „rozsadzać piersi“?
Gdy już minęły kawałek ślepej gołoledzi i zeszły z górki, znalazły się w cieniu szerokiego gmachu dwupiętrowego, z którego, niby czarne grube węże, kręciły się po śniegu między drzewami wyjeżdżone drogi.
— Lubię z pomiędzy drzewek patrzeć na naszą szkołę, — westchnęła panna Ożarowska. — Mówcie, co chcecie, wojsko ma swoje piękno, ale i w nauce jest majestat.
Mogłaby na ten temat „opowiadać sobie całe góry“, ale pani Aniela nie pozwalała dziś na żadne ogólniki. Stanie się, jak rejent zdecydował, bal — będzie. Należało teraz rzecz ułatwić, — czyli stanąć z zakasanemi rękawami do dzieła.
Przebrały się i usiadły do herbaty.
Stanisława, dawszy klapsa krawędzi stołu, zawołała: — Tu jest kwatera główna. Te nasze trzy pokoiki na parterze!
Trzy pokoiki na parterze były „poprostu kuźnią“. Tu, w kuźni, należało powziąć ścisły plan. Tak pod względem wykonania, jak połączenia wszystkich „sfer“.
Skautów, drobną młodzież, poprowadzi Aniela. Bal, oficerów i wogóle cały pułk brała na siebie śmiało Stanisława.
Najtrudniej ze „sferami“. Aniela bała się poprostu ludzi bogatych. Mogłabym im oddać ostatnią koszulę! — Tak się wstydzę, gdy z nimi mówię. Nie swoich wykręconych obcasów, a tylko „tak“, — za samo urządzenie świata.
Do sfer ziemiańskich trafiało się przez księdza i agenta kółek rolniczych. Księdza mogła „rozbroić“ Ożarowska, mająca u niego duży mir.
Ważną rzeczą do zdobycia był też rzeźnik i naczelnik straży ogniowej w jednej osobie, pan Gomółka. Ponieważ „był nieczuły“, postanowiły wypuścić na niego rejenta.
Rejentową ubłagać o deklamację. To, — razem z chórami młodzieży złoży się na część rautową.
— Ale wenta, ale ognie sztuczne, — ale na to wszystko lokal?!?
Można było oszaleć.
Otwarły sobie jeden z ostatnich słoików konfitur. Trudno w takich chwilach jeszcze oszczędzać.
Nikt nie chciał „tknąć“ wenty. Latać po domach i żebrać?! Zagranicą biorą udział w wentach nawet królowe, ale u nas — za drzwi człowieka wyrzucają.
Ożarowska była za skasowaniem wenty bezwzględnie. Pani Aniela jednak stwierdziła, że na głowie się postawi a wentę przeprowadzi.
— Jest to najsilniejszy magnes!
— A lokal?!?
Bodaj lokal dla obrad komitetu rautowo-balowego, dla zbiórki darów, dla sprzedaży biletów, dla przeprowadzenia korespondencji?
U rejenta — nie. Całe jego mieszkanie, zastawione patrjotycznemi i postępowemi „ad hoc“ afiszami, „stoi w krzyku odezw“.
Więc, — nie.
W aptece, — nie wypada. Był tam co prawda śliczny pokoik, zaraz za składem, z rogami jeleniemi — apteka przecież była „pod jeleniem“, — ale to wszystko do czasu tego smutnego skandalu... Siedzieć „teraz“ na meblach, na których kiedyś, lub może parę godzin temu oddawano się „znowu“ całkiem niskiej rozpuście?...
— Główna kwatera u nas!
Ożarowska prosiła Anielę o cofnięcie tego zamiaru. O szkole i jej lokalach może decydować tylko komitet.
Narazie nie rozstrzygały, trzeba było także pomarzyć trochę.
— Już nas widzę, — cieszyła się pani Aniela, — na dworze noc wyiskrzona, my stoimy na schodach naszego balu, przykrytych jakimś dywanem, sale „toną“ w świetle, witamy licznych gości. Jest tak ciepło! I dokonałyśmy, — że w naszem biednem mieście będzie też taka bodaj jedna podniosła chwila!
Na cześć tej chwili obie nauczycielki odśpiewały jeszcze raz pod wiszącą lampą „Choć burza huczy“. Pani Aniela układała dalej szczegółowy plan.
Najsmutniejsze było w całym „rozkładzie sił“, że nie mogły rankami rozporządzać. Ileż rzeczy doskonałych można postanowić rano świeżym umysłem!
Nauczycielki miały „budę“, ona sama zajęta była w ochronie. Pozostawały tylko popołudnia, — tak krótkie! Obiad się kończył wszędzie koło czwartej, a wieczór już się zaczynał na dobre koło piątej.
— Mamy „właściwie wszystkiego“ jedną godzinę, — wzniosła pani Aniela rękę, jakby do boju, gdy następnego dnia wychodziły razem ze szkoły do swego dzieła.
W pierwszym rzędzie bytność u pani rejentowej.
— Przyszłam ubłagać panią o jakiś utwór.
Tych utworów gotowych do wyboru było nieomal za dużo.
— Najchętniej powiem coś małego: „O złotowłosym paziu“.
Pani Anieli straszno się robiło w miarę, jak się wiersz deklamował pośród czerwonych napisów płóciennych, rozstawionych wzdłuż ścian salonu. — Czy można pozwolić — rozważała poufnie, — by taka gruba kobieta nęciła publicznie jakiegoś małego pazia?
— Czy nie lepiej ze względu na uroczystą okazję, proszę pani, coś patrjotycznego?!
— W takim razie niema innej rady, a tylko Grób Agamemnona. — Pani rejentowa stanęła natychmiast pod ścianą i, mimowoli zakrywszy tyłem olbrzymią sylabę „ŻY, tak, że tylko JE POLSKA“ sterczało jej z pod ramienia aż do kąta pokoju, — poczęła deklamować.
Piękny wiersz przypominał Anieli „z wypisów o pewnej roślinie“, która kwitnie raz na sto lat, wybuchając z hukiem wystrzału armatniego. Mogło się zdawać, że deklamatorka pęknie zaraz. Wiersz zyskiwał na tem wiele grozy, zwłaszcza, że obliczało się przecież ten utwór, — na ludzi czynu.
Drzwi strzeliły niespodzianie, wszedł rejent z odgniecionym ze snu policzkiem. „Tylko co“ obudziła go deklamacja.
Wsadził obie ręce do kieszeni spodni, w oczach rozprzędło mu się najtkliwsze wzruszenie. Wskazawszy żonę głową, rzekł: — Lwica. Nasz najmłodszy chłopak całkiem do niej podobny.
Moment ten wykorzystała śmiało pani Aniela: — Więc bierzemy Grób Agamemnona, — ale, — cóż komu z poparcia, jeżeli nie ma się gdzie z tem poparciem podziać?...
Rejent nie rozumiał i dalej patrzył w mętne okna, jakby na małej kostce bruku szukał jeszcze podniosłych tonów deklamacji.
Wtedy pani Aniela przyrównała się z całem swojem przedsięwzięciem do ptaka na gałęzi.
— Musiałaby to być bardzo gruba gałąź.
— Nie należy, panie rejencie, rozumieć dosłownie. — Zarumieniła się. — Chodziło w tej alegorji o lokal, — o pomieszczenie.
Zakazał mówić o rzeczy dawno już postanowionej. — Posiedzenie odbędziemy w sali konferencyjnej, w szkole. Przypuszczam też, że się nasze „sfery“ zgodzą, byś sobie w szkole powiedziała swój Grób.
Do jakiego stopnia musiało „być postanowione“, jeżeli już angażował w to występ żony!
— Oh! dla pana to jest nic. Nam się coś wydaje trudne, a dla pana może to być poprostu niczem. Wogóle całe nasze przedsięwzięcie komuś poważnemu może się doskonale wydać śmiesznem.
Pani Aniela uważała, że zapomocą łagodnej skromności wszędzie, na całej linji osiągnie powodzenie.
Czyż nie tak samo postępowała wobec „swoich“ rodziców z ochronki? Zamiast długiego rozwodzenia się, lepiej powiedzieć krótko i szczerze, że tu właściwie o nic nie chodzi. Łagodnie opuścić ręce, zmniejszyć się, stulić, „duchowo się pochylić nad niczyją sprawą“.
Wtedy ludzie, wzruszywszy ramionami, dają, co tylko mogą.
Tak samo instytucje.
Ośmielona powodzeniem wśród swoich, jęła „zataczać zagony“ wśród obcych. „Nawiązała rzecz“ z pułkiem.
Poleciała tam furgonem wojskowym, który wracał „z pod mleka“, a wieczorem miał znów jechać do miasta na pocztę. Skierowano ją źle, zmierzch już zapadał, zamiast do kasyna, trafiła do koszar oficerskich.
Wyznaj się w ciemnych, czarnych korytarzach, rozwleczonych po ogromnym budynku, niczem dedalowski labirynt. Ale nawet tu przekonała się, że gdy się ma wielkie dzieło na widoku, lepiej się celem ostatecznym nie zabijać, nie dręczyć, nie pytać, a patrzeć, co przez palce, jakie łzy, biedy i nędze przez palce przeciekają?!...
Na tych korytarzach czarnych spotkała w kątach, w pyle zakamarków mnóstwo drobnej biedoty. Grzało się to biedactwo, niby szare pajączki w wystygłem cieple murów. Zabrała dzieci, bez celu, gdzież je odprowadzi? Prowadziła za sobą bez żadnej doraźnej nadziei, a tymczasem w drzwiach, przy wyjściu, spotkali — samego pułkownika.
Wracał z ćwiczeń, czy innych prac zimowych. Zaśnieżony, soplami lodu obrośnięty, wyglądał chyba, jak zbrojny bożek mrozu. Zapytał uprzejmie, gdzie nazbierała tyle tych „małych bębnów“, wysłuchawszy, chwycił się za głowę i zarżał wesoło, śmiechem dzielnej władzy.
— Pozwólcie państwo ze mną! — pognał szarą hołotkę przed sobą do kasyna.
Tu miała pani Aniela szczęście przekonać się na własne oczy, jakie to owoce wydał bukiet nieśmiertelników. Na jej intencję poczęstowano bezdomne dzieci sutym podwieczorkiem. A gdy poprosiła, by w osobie pana pułkownika cały pułk chciał pamiętać, i może się przyczynić do małego święta, które — z racji waszej tu gościny, sfery miejskie pragną wnet urządzić...
— Dobrze, pomyślimy i co się da, zrobimy — odpowiedział surowo pułkownik.
— Nam się coś trudne wydaje — zakończyła skromnie, — a dla was, gdy zechcecie, jest to poprostu niczem.
Gdyby tą drogą umiała z księdzem kroczyć Ożarowska, inneby też osiągnęła wyniki i nie byłoby doszło do przykrej kontrowersji. Ożarowska bowiem wśród tylu innych, a tak świetnych powodzeń — gdy rejent idzie „razem całą parą“, gdy pułk obiecuje „dobrze o rzeczy myśleć“, gdy już trzeba kwaterę główną ustanawiać, bo dary napływają całkiem nie na żarty, Ożarowska, reperując z najzimniejszą krwią swój balowy kostjum, „noc“ wyobrażający, powiada cicho, lecz stanowczo:
— Ksiądz się nigdy nie zgodzi, ostrzega jeszcze raz, że żadne posiedzenie w szkole się nie odbędzie. „Tego“ mu do gmachu, broń Boże, nie zanosić!
— A rejent, który „kazał“ właśnie w gmachu szkolnym?!
Pani Aniela wiedziała już dokładnie, jak salę konferencyjną przystroi! Stół będzie nakryty zieloną kapą z jej łóżka, — w czerwone róże. Rozstawi się muszle, jako popielniczki.
— Śmiej się z tego — odpowiedziała Ożarowskiej, — nam się to może trudne wydaje, ale dla nich, gdy zechcą? Sami się wykłócą. My teraz wiemy tylko jedno, — do dzieła!
Wogóle teraz muszą się powodować psychologją myszy. To znaczy, że, gdy człowieka ze wszystkich stron odpędzają, on ze wszystkich stron wraca!
W myśl tej psychologji poszła, bez jednego zresztą rumieńca tam, gdzieby się nie ważyła pójść nigdy kobieta „porządna“.
Była na prywatnem posłuchaniu u aptekarza, w jego „jelenim“ gabinecie. Oto, co może sprawić pokorna odwaga cichej, skromnej myszy. Była wśród ścian, które, gdyby mówić mogły, czegóżby nie opowiedziały?!
Aptekarz wzruszył się, jak najniewinniejszy w świecie obywatel. Nie dostrzegła ani krzty jakichś wyrzutów sumienia, czy też skruchy, a tylko „taką sobie“ wesołą ofiarność.
Podawszy krzesło, długo głaskał się po kapsułowatej głowie. Nareszcie wygłaskał myśl taką:
— Ja, proszę pani, umiem cenić zdrowy pogląd na świat.
Otworzył szufladę biurka, w którem podobno ukrywały się niezliczone tuziny ohydnej pornografji, i podał pani Anieli małą figurkę indyjskiego mędrca, oryginalnie rżniętą w agacie.
— Tak. Jako fant dla loterji. Napewno warto wygrać.
— Owszem, okazał dobroć — zwierzała się z tej wyprawy Aniela „oburzonej do głębi“ Stanisławie, — ale pokory żadnej.
Podszedłszy ku oknu, postawiła figurkę na blaszanem pudełku marmolady.
— Siedzi tu w kucki, jakby w cieniu indyjskiej palmy...
— I patrzy sobie w pępek... — śmiała się panna Stanisława, — no i tak, moja droga, powstają wielkie filozoficzne systemy.
Przerwało im gwałtowne łomotanie od strony kuchni.
— Może to duch indyjskiego bałwana?...
Duch nie mógł trzaskać szablą i dzwonić ostrogami.
Tymczasem drzwi kuchenne były zamknięte, Ożarowska zawsze klucz zabierała z sobą. Pobiegły w narzutkach dookoła szkoły — strasznie ciekawe. Różowy śnieg chrupiał pod nogami, wieczór był pogodny, niebo bez jednej chmurki, popielato-niebieskie. W zimnej ciszy donosił się z gościńca wyraźnie turkot wozów.
Zapamiętały wszystko jak najdokładniej, bo widok, który potem nastąpił, „usprawiedliwiał“ wszystko!
Na podwórku szkolnem stała ni mniej, ni więcej, tylko bronzowa krowa, w duże, białe łaty, z rogami, zawiniętemi żołnierską okrętką, której zwoje, osunąwszy się nieco, chyliły się nad czołem szerokiem, niby przekrzywiona na bakier czapka. Odnosiło się wrażenie, że krowa jest poprostu w dobrym humorze i biało-śnieżnemi nozdrzami uśmiecha się — do porucznika Kujona.
Miał tak samo, jak ona, odrzuconą na bakier maciejówkę, trzymał krasulę za szyję i rozglądał się bezmyślnie wzdłuż okien szkoły, podczas, gdy dwaj koniuchowie walili uparcie w drzwi kuchenne.
Z głośnym śmiechem wyskoczyły obie z za węgła. Kujon salutował triumfalnie. Panna Stanisława „nigdy w życiu“ nie spodziewała się ujrzeć go w roli pasterza.
— Pastuch w ostrogach, przy mieczu i z browningiem u boku.
Byliby się z tego śmiali niewiadomo jak długo, gdyby nie krowa. Wzniósłszy głowę ku popielatej kopule nieba, ryknęła z całych sił:
— Ma śliczne oczy. Jak świeże kasztany.
Pani Aniela głaskała gruby kark.
— Uciekła wam z pułku?!
— Na zawsze — odpowiedział Kujon — o ile jej pułk nie wygra przypadkiem znowu w czasie wenty...
Nie śmiały tego od razu zrozumieć. Powtórzył całkiem zwykłemi słowami:
— Pułk nasz darowuje krowę, jako fant, dla tej jakiejś waszej wenty... Na ręce pani Anieli..
— To jest proszę pana... — zastanowiła się głęboko. — To jest, proszę pana, istna kolenda!
Obejrzeli ją uroczyście. Miała młode zęby, wspaniałe wymiona, nogi „czyste“ jak łza!
— Jej córka zostaje u nas, w bataljonie, na zarybek...
Ogarnąwszy przytomną myślą bogactwo tego fantu, chwyciła się pani Aniela za głowę i z „radosną“ rozpaczą do krowy:
— Ale gdzie ja cię pomieszczę, moje ty biedne serce, ty, — pani krowo!
Należało jej koniecznie wymyśleć nazwę. Ordynansi podali swoją, jakże pospolitą i niewiele mówiącą!
— Nazwiemy ją Wenta! — Gładziły we dwie po szczękach, klaskały po piersiach, skrobały pod szyją, szczęśliwe, że tak przychylnie „słucha“. Nie zapomniały przytem wyrazić podziwu dla demokratyzmu Kujona, że chciał, jako delegat, z krową pod rękę iść przez miasto.
Nie chodziło mu o demokratyzm, ale o wolne popołudnie.
Wszystko tedy już było załatwione, prócz mieszkania, — obory.
— Nie mamy gdzie odbyć posiedzenia, ani gdzie krowy postawić. Raut pod znakiem bezdomności.
Pocieszyła panią Anielę Stanisława. To już przeczuwali nasi wieszcze. Naprzykład, — Żeromski. W jakich ludziach? — W „Bezdomnych“.
— Taka krowa w środku zimy, to przecie grom z jasnego nieba! Pan myśli, że zwierzę, — jak rower. Raz go zrobią i już chodzi całe życie!
Kujon przyznał pani Anieli, że nigdy dokładnie w te sprawy nie wnikał. Lecz ona, jako „gospodarska“ córka wnikała. Takie stworzenie musi mieć trzy razy dziennie ciepłe picie, siano, co najmniej wykę i wogóle!
Zaglądając Wencie w kasztanowate oczy, odprowadzili ją do stróża. Możeby zechciał przetrzymać ją za mleko.
— Za mleko?! — Na to znów obrazili się ordynansi. — Krowina daje swoich sześć pewnych garnców, z nasypką za siebie płaci!
Ciemno już było, gdy się nareszcie te trudne sprawy szczęśliwie ułożyły.
Pani Aniela ze świecą w ręku stała w drzwiach szkolnego chlewika, w którym „złagodzono“ odpowiednie przepierzenie. Ciepły, mleczny zapach tchnął macierzyńską ufnością.
Jestem szczęśliwa! Jestem ci wdzięczna — śmiała się do machającego ogona i do wysoko na granatowem niebie przymrużonych gwiazd.
Istniały bowiem widocznie na świecie siły wyższe, których człowiek nie ogarnia zwykłym rozumem. Czyż nie do nich należało przeczucie?!
— Przeczuwałam — „tajała“ pani Aniela, — chodząc po trzypokojowej amfiladzie „kuźni“ — że wenta przez małe „w“, wenta rzeczownik, będzie magnesem. Oto przyciągnęła Wentę żywą!
Badały, kto miał tak szczęśliwą rękę? Figurka mędrca, aptekarz, pułkownik, pułk, doktór, Kujon, czy też wszyscy razem?
— Wyobraźcie sobie tylko, pośród fantów można na afiszu zapowiedzieć prawdziwą, żywą krowę. Teraz już nikomu nie zaimponuje, że na wielkim świecie, gdzieś w Madrycie, czy Brukseli, albo w Kopenhadze ludzie wylosowują samochód. Jeżeli się te rzeczy ujmie w skali właściwej, to krowa jest tem samem dla nas, czem dla nich na szerokim świecie najdroższy aeroplan.
Nie podzielała tego „osądu“ panna Ożarowska. Krowie, jako takiej, nie miała nic do zarzucenia. Przeciwnie. Steranym płucom nauczycielskim bardzoby się przydał „produkt zdrowych, naturalnych wymion“. Musiała jednak, niestety, i inne względy mieć bacznie na oku.
Dusiły ją całą godzinę — o te względy.
Przedewszystkiem należało pamiętać, że Ożarowska zasadniczo o nic i o nikogo nie była zazdrosna. Są na świecie ludzie zazdrośni. Powodzenie bliźniego martwi ich. — Mnie twoje triumfy, Anielciu, szczerze cieszą.
Równocześnie należało wiedzieć, jakie stanowisko zajmuje starsza nauczycielka względem egoizmu i interesowności. — Są na świecie ludzie interesowani. W moim własnym interesie leży naprzykład takie mleko prosto od krowy.
Ale Ożarowskiej nadewszystko chodziło o majestat nauki. Dużo na ten temat rzeczy „ważnych i poważnych“ dowiedziała się dziś popołudniu, choćby tylko od księdza proboszcza, który, — tak czy inaczej, ma za sobą dwuletni pobyt w Rzymie. Otóż ziemiaństwo patrzy bardzo krzywem okiem na rautowe przygotowania. Krowa może tu tylko — dolać oliwy do ognia. Pan Gomółka, czyli cała strefa Straży Ogniowej, będącej odbiciem ziemiaństwa, też o niczem nie chce słyszeć. Nie odda lokalu Straży „pod żaden bal“ i niewiadomo, czy się zgodzi, by szkołę oddano.
— Słowem ciężka, może bardzo ciężka walka wisi niedwuznacznie w powietrzu.
Pani Aniela podniosła głowę z nad sznurowej księgi, której puste czeki wypełniała tytułem „Zabawy“ i odnośnym numerem wejścia.
Obie nauczycielki stały po drugiej stronie stołu, trzymając się pod ręce. Ożarowska patrzyła żałośnie na deseń ceraty, Stanisława w ciemną, spoconą szybę, po której, małemi pazurkami, stąpał w pogłosie wiatru ostry mróz.
Lokale publiczne były lokalami publicznemi od początku świata. Nad tem będą debatować panowie z Komitetu. Natomiast prywatne mieszkanie nauczycielek powinno być, — zdaniem Ożarowskiej, — czyste od wszelkich partyjnych tendencyj. Nikt nikomu nie wymawia gościny, ale poprostu zaleca ostrożność. Komu zaleca się ostrożność? Kobiecie w takim stanie z mężem siedzącym w obozie jeńców.
Pani Aniela, zamknąwszy książkę i pióro, otarte papierkiem, położywszy na brzegu:
— Mogę stąd iść w każdej chwili. Jeżeli Wenta w przeciągu godziny znalazła pomieszczenie, to może i ja znajdę jeszcze miejsce na świecie...
Nauczycielki obraziły się, zwłaszcza, że tu nie chodziło bynajmniej o żaden patos! Jako odpowiedzialne za „użytkowość“ lokali szkolnych, obmyśliły ewentualnie pokoik przy strychu, niedoszły gabinecik fizyczny, po drugiej stronie gmachu, przy tych niewykończonych schodach. Były za „zasadniczą ideą balu“ na cześć legjonistów, — co innego jednak takt w stosunku do własnego prywatnego mieszkania, jako nauczycielek, zależnych od ogółu miasta.
Stanisława rozpłakała się nawet.
— Żeby uniknąć dalszych wstrząsów, rozetniemy węzeł jednym zamachem. Przenoszę się dziś, zaraz...
Nie mogły tego pani Anieli w żaden żywy sposób przełożyć.
Tobołki i kosze nosił stróż, Jan, którego od chwili pojawienia się Wenty — można było do rany przyłożyć...
— Nie mogę tylko jednego zrozumieć... — Pani Aniela stała już na progu, w kapeluszu z piórkiem nad czołem, z koszyczkami w rękach.
Prosiły ją koniecznie, by powiedziała — napewno wszystkie potrafią wyjaśnić.
— Nie mogę zrozumieć, dlaczegoście wtedy, tego wieczora, kiedyśmy piechotą z „przywitania“ wracały... Przy aptece wszyscy się pożegnali. Potem szłyśmy pod ręce, — dlaczegoście wtedy śpiewały „Choć burza huczy“?!
Wlokąc cień ogromny, znikła bez odpowiedzi.
Stróż stukał daleko po pustym gmachu, pani Aniela szła za nim, małym ogarkiem świecąc jako tako. Szerokie cienie ławek okręcały się dokoła izb szkolnych, tam i sam niezmazany rządek białych słów występował z czarnej tablicy i zrumieniony gasł. Krok rozlegały się donośnie.
Zbliżyła się do okna, aby spojrzeć na wielkie czarne niebo.
Od świecy rozwinął się na dygocących szybach czerwony wachlarz.
Pani Aniela pamiętała teraz tylko jedno: czasem musi człowiek stanąć przy oknie i o niczem nie myśleć.
— Wiecie, Janie? — Zasmolony, spocony wracał ze strychu. — Jestem naprawdę jak mysz. Lecę na strych!
— Ładna mysz! — huknął stróż — co nam dzisiaj, z przeproszeniem, krowę urodziła.
— Ale też Jan plecie! — Przy okazji wyjaśniła przyczynę przeprowadzki. — Przenosi się, bo tam „za ciepło trzymają“ z czego dostaje uciążliwych duszności.
— Wiadomo, — skrobał się stary, — w odmiennym stanie, bez męża i jeszcze tyle kłopotów. Z przeproszeniem — nie miała kłopotu, kupiła sobie świnię.
Wenta, bal, raut, lotto, godne przywitanie bohaterskich żołnierzy nie było zaprawdę „kłopotem“. Tego nie rozumiał stróż, pan Gomółka, sfery Straży Ogniowej, czy też wygodne ziemiaństwo. Nie miała do nikogo pretensji. Byli ludzie, którzy ją rozumieli. Tych była pewna, jak samej siebie:
Skauci, którym poleciła odpowiednio przybrać salę konferencyjną. Dziewczynki, które niezmordowanie zbierały fanty. Całe młode pokolenie, nie licząc postępowych „dzikich“, jak doktór, aptekarz, rejent. Dodać do tego trzeba wszystkich porządnych, dobrych ludzi, których się nie zna, ale którzy są — i gdy my tu z sił opadamy, złorzeczyć chcemy, oni tam, gdzieś, w nieznanym mroku myślą za nas i cierpią.
To też, gdy po wielu listach, zanoszeniach, powiadomieniach, odnoszeniach doszło w zimowe popołudnie do stanowczego, „gremjalnego“ posiedzenia w sprawie balu i lokalu, — była swego pewna.
Nie straszył jej wcale zestawiony z kilku małych długi, poważny stół, za którym siedziały powagi i radziły. Czuła, że przekona każdego. To nic, że w zaciętej oschłości, nie zwrócili uwagi na ubiór sali, umajonej „świerczyną“, wyposażonej w muszlowe popielniczki, przygotowanej do poważnych obrad nietylko pod względem ciepła (piec własnoręcznie w porę zakręcony), ale i oświetlenia (wyprawowa lampa z pudełkiem zapałek na włóczkowej serwetce). To nic, iż nie wiedzieli, że maiło tę salę młode pokolenie, ich córki i synowie, którzy nawet w tej chwili stukają młotkami na dole w salach przyszłego balu.
— Nowe pokolenie jeszcze raz zrzuci okowy — oto, coby krzyknąć należało wobec zawiłych wywodów.
Ciche, jakby zakurzone słowa księdza sypały się bez przerwy. Szeroki, hebanem pod słońce lśniący tors sutanny oddychał miarowo, wbita między czarne ramiona głowa mieniła się gładzizną słoniowej kości. Im zdania były trudniejsze, tem rozumniej dyszał siedzący obok księdza wódz Straży Ogniowej, pan Gomółka, tłusty, olbrzymi, z uszami ulepionemi jakby z gęsiego smalcu.
Odęci ciepłem, ziemianie coraz srożej trzaskali ze swych kosmatych palców.
Ale nie wszystko było jeszcze stracone! Naprzeciw wznosił się z za stołu czerwony, zwięzły rejent, uśmiechnięty doktór, aptekarz, który jednak umiał nie liczyć się ze światem! I różni inni, — swoi!
Cóż z tego, że ksiądz mówił o bezpartyjności, powadze szkoły i tylu różnych wielkich zagadnieniach, cóż z tego, że od tych wywodów zawiłych spać się mogło zachcieć w słonecznym blasku popołudnia, gdy na wywody odpowiadał doktór swojemi zagadnieniami, — które też były trudne!
Plus i minus nawet w elektryczności się znosi — myślała z ulgą pani Aniela, — pozostaje tylko fakt dokonany!
Cóż z tego, że ziemianie skrzypią już cholewami i przez głowę rejenta patrzą wyzywająco naprzestrzał, jak przez „normalne“ powietrze. Temu przeciwstawić można choćby aptekarza, z rękami w kieszenie „śmiało“, aż po łokcie wsuniętemi.
Strach nią zatrząsł dopiero, gdy rejent, sądnym głosem wołając na całą salę, począł „błagać szanownych oponentów“, by zechcieli stwierdzić zwykłą, nagą prawdę.
— Ostatni raz tu was sercem ugryzę, a wy za to po raz pierwszy może w całem waszem życiu powiedzcie nagą prawdę. — O ten „drobiazg“ dopominał się gromowym głosem.
Wszyscy się z miejsc porwali. Nawdziewane pospiesznie futra wymachiwały pustemi ramionami, odświętny piaseczek podłogi zgrzytał niespokojnie.
Wtedy atłasowy przodzik podskoczył naprzód i zatrzymał się przed czarnym żywotem sutanny, jak wryty.
Pani Aniela zaczęła wielkim głosem o hasłach, o zasadach. Chociaż było trudne, nikt już tego nie słuchał. Jęła odchodzących chwytać za ręce, ciągnąć, „rzucając na tapet“ jednym zamachem wszystko. Bożka z agatu, srebrny koszyczek kaukaski, teczkę oprawną w skórę, inne, drobniejsze fanty, a nakoniec Wentę.
Ksiądz zbladł, białe uszy pana Gomółki zżółkły, rejent przestał ryczeć. Wenta, kochana Wenta zrobiła swoje od jednego razu.
— Zdrowa, piękna, holenderska krowa, nie licząc barana, dwóch owiec, nie licząc drobiu, który się nam już kroi.
Nic się jeszcze nowego nie kroiło, wypadało jednak oprawić jakoś Wentę honorowo.
— Na biedne dzieci tę rzecz urządzamy!
Załamaniem głosu, jakoby nisko uklęknąwszy:
— Nam się to trudne wydaje, a dla was, gdy zechcecie jest to poprostu niczem. Chodzi o rzecz tak małą!
Chwytając za rękawy, zasłaniając drogę wydętym atlasikiem, przypadając szaremi oczyma do pstrokatych krawatek — żebrała.
Zrzuciwszy odpowiedzialność przed władzami i miastem, przed sferami i dziećmi, ksiądz zaśmiał się gorzko — i ustąpił. Ziemianie wydali gęsty oddech ulgi, Gomółka wsadził ołówek do białego ucha, pani Aniela kornie pochyliła plecy, gotowa na nie przyjąć choćby największe brzemię.
Oczy jej, wlepione w okno, błyszczały radośnie, — czysty błękit wieczoru rozwijał pierwszą zorzę w swem wnętrzu nieuchwytnem.
Aby się wywdzięczyć za ustępliwość odprowadziła księdza na probostwo. Było to dziś całkiem konieczne, — manifestacja zgody dwóch światopoglądów.
Niech całe miasto widzi, że razem chodzą.
Proboszczowi kłaniano się ze wszystkich stron, pani Aniela także oddawała ukłony, w niejasnem poczuciu własnej, trochę duchownej godności.
Nawet szli podobnie, nieco okrakiem, ona pod naciskiem ciąży, on pod ciężarem okazałego żywota.
— A w końcu i tak niczego pani nie dokona.
— Przecież tu chodziło właśnie prawie o nic, o małe głupstwo.
Byli w połowie drogi do plebanji. Najeżone soplami lodu domostwa uliczki wznosiły się pod górę, ku rozległym żebrom starego kościoła. Śnieg błyszczał na łukach i zrębach budowli, czyniąc ją podobną do olbrzymiego ptaka złotego, który nieruchomo spoczywa wśród rumowisk.
— Może za prędko dla pani idziemy? W pewnych chwilach życia musi kobieta stale myśleć o sobie poważnie.
Zaśmiała się drobnym szklanym rytmem. Przecież właśnie dlatego robi to wszystko. Już dla — trojga! Rodzice — to dwoje. Ale teraz musi się całkiem inaczej dbać o dobre imię. Dla trojga! Serce się w człowieku przewraca od tego z radości.
Tak. — A czy to prawda, że musiała zmienić mieszkanie?
Zmieniła je, żeby nikomu nie przeszkadzać.
A jeżeli Komitet „wogóle“ usunie ją ze szkoły? — Ksiądz wziął ją pod rękę skromnym duchownym sposobem, ledwie dotykając łokcia.
Patrzyła na niebo w puchach zachodu rozwiane, na rzekę, której mały kawałek widać było po tamtej stronie miasta. Wtedy nie wiem, co zrobię.
— Lekkomyślność. Ludzie tak niechętnie pamiętają o swych obowiązkach. — Pouczał; wiązało się to tak ściśle z miłością Ojczyzny.
Aniela patrzyła wesoło na czarne kręgi wron, kołujące w różowych oparach mroźnego wieczora.
— Komitet postanowił wymówić pani miejsce ochroniarki — zakończył proboszcz piękną swą naukę.
Stali na schodach plebanji, wśród rzadkich czarnych grabów, prószących śnieżnym puchem.
— Bez mieszkania, proszę księdza, i — właściwie bez chleba? — zdziwiła się ostrożnie.
— Ach, proszę pani, może gdyby się jeszcze w porę usunąć z tych wszystkich hałaśliwych przedsiębiorstw, gdyby stosownie wpłynąć na młodzież?...
Pocałowała czarny mankiet sutanny: — Dziękuję.
Proboszcz rozszerzył powitalnie ramiona.
Pomyłka! Cóżby on sam teraz o niej pomyślał? Tego nie można zrobić ani cudzym dzieciom, ani też swojemu?...
Szła szybko zpowrotem do szkoły, mrucząc bezmyślnie w mroku te same śmieszne słowa: — Wenta, raut, bal, lotto. A równocześnie zdało się jej, że słyszy, jak poprzez te wyrazy, niby przez drzewa nagie i samotne, ucieka jakiś wiatr wesela i radości.
W rozterce, smutku i poniżeniu wstąpiła na powrotnej drodze do apteki. — Istota bez miejsca i bez chleba. — Czyż nie to właśnie spycha kobiety na progi jelenich pokoików?
Aptekarz oddał ważki pomocnikowi, roztrącił chłopów, którzy poprzez trupie promienie karbidowej lampy kurzyli machorkę, i popchnął „rzadkiego gościa“ do wiadomego pokoju.
Dała się posuwać, jak mebel.
— Myślę, że przyszła mi pani podziękować za tego warjata z agatu. Napewno także i dzięki niemu ustąpili ziemianie. Chciwość ludzka kieruje światem. — Z białego kitla pryskał cichym śmiechem we wszystkie strony. — Zwycięstwo ogromne. Właściwie nie pani, ale tej holenderskiej krowie należałoby ręce ucałować. Popycha życie naszej dziury na nowe tory.
Mówili już o tem z rejentem i doktorem, — zupełny przewrót!
Pomocnik przyniósł czerwoną wódeczkę. Nie był to alkohol w znaczeniu pospolitem, a tylko wywar naukowy, osnuty na zasadach chemji. Pani Aniela wypiła dwa kieliszki. Nawet dziesięć nie mogłoby zaszkodzić nikomu.
Należało koniecznie wypić, — szkoła, jako gmach, zaczynała nową erę. Ludzkość mimo wszystko kroczy w tej wojnie naprzód siedmiomilowemi krokami i dopiero teraz będzie można pokochać ten budynek, tak niemiłosiernie dotąd „marynowany“ przez komitet.
Z tej racji znalazł nareszcie aptekarz tekturowe pudło i ofiarował je Anieli, — w dniu nowej ery.
Ognie sztuczne, przechowywane z myślą o jakiemś niezwykłem wydarzeniu na tle życia narodowego.
Przebierała zimnemi palcami wśród długich, szorstkich patyczków, gwiazdek, krążków. Podobne to było z kształtu i dotyku do zmarzniętego pośladu ptactwa.
— Więc nawet ognie sztuczne będziemy mieli? To doskonale. Bo jesteśmy tylko pomostem. Po nas przyjdą inni. Nowe pokolenie, które naprawdę skruszy okowy. — Musiała to powiedzieć, by nie wybuchnąć najgłupszym w świecie płaczem. — Dlatego, — dodała, — powinniśmy się cieszyć, — gdy po nas depcą.
Aptekarz stwierdził, że go źle zrozumiano. Ofiarowując ognie, wiedział, że ich sama do szkoły nie podźwiga. Sam dał, sam odniesie. — Gdyby tak zwani porządni ludzie mieli wychowanie ludzi wyklętych, świat byłby rajem.
Miała wrażenie, że jest pijany, gdy zatrzymawszy się na lodzie zmarzniętej przed szkołą sadzawki, tajemniczo wskazał oświetlone okna parteru. Lampy naftowe błyszczały w wieńcach sosnowej zieleni, jak złote orzechy.
— W tych oknach, pani Anielo, świeci pani serce.
Poprosiła, by raczył obejrzeć zbliska, co dotąd z oddaną idei młodzieżą przygotowywali półoficjalnie.
— Wytłumaczcie panu, co robimy, — wołała pośród chłopców, dziewczynek, stuku, huku, zapachu młodej sosny i swędu lamp, — my właściwie robimy gaj ojczysty!
Kapsułowata głowa aptekarza chwiała się na obie strony, jakby powodowana od wewnątrz nadmiarem gęstej cieczy. Podziwiał szczerze, choć pani Aniela nie mogła mu darować łakomych, z pewnością zwyrodniałych spojrzeń, któremi towarzyszył dziewczynkom.
Wspinały się wysoko po stołkach i drabinach, by końce wieńców uczepić w rogach sufitu.
— W ten sposób powstanie gwiazda z sośniny, przetkanej narodowemi barwami. Ściany wyłożone, czy ściślej mówiąc, kryte będą również młodemi sosenkami, pośród których umieści się podobizny wodzów i mężów stanu. Abyśmy pośród przyrody pamiętali także o zasłudze. Gradusy z pod katedr razem zebrane utworzą estradę. Niestety, nie da się jej niczem zakryć. Rejentowa ze względu na akustykę „wymówiła sobie“ wszelkie dywany. Zato bufet w sąsiedniej klasie przybierze się łańcuchami papierowemi. To zawsze wzrusza. Dalej ciągnąć się będzie rodzaj jadalnej świetlicy, — i oto cała koncepcja.
— Niech pan przymknie oczy, — krzyczała mu jeszcze wśród harmidru prosto w ucho, — i niech pan posłucha. Jakie życie!
— Ba! — aptekarz ziewnął, — hałasują jak zwierzęta w klatce.
Nie dała się wytrącić z równowagi tym „cynizmem“. Przeciwnie. Postanowiła utwierdzić rodzaj wdzięczności dla ofiarodawcy wśród młodzieży. Niema już na świecie ludzi szlachetnych i nieszlachetnych, — są tylko nieszczęśliwi. Ogłosiła o darze, o ogniach sztucznych.
Napróżno aptekarz dopytywał o pannę Stanisławę. Skauci wiedzieli, że jest tu gdzieś na górze, ale postanowili przedewszystkiem obnieść fundatora wzdłuż ścian dokoła „gaju“.
Zamiatając po drodze łańcuchy, wieńce, gwoździe, młotki, uciekał. Wypadli daleko za szkołę.
Pani Aniela podreptała za nimi na korytarz. Z uchylonych drzwi siwym kosmykiem sączył się mróz. Zachciała koniecznie znaleźć Stanisławę i powiedzieć jej — tylko jedno. — Dwa słowa: — za dobro płacą w życiu złem. Nie był to przecież żaden sekret.
Spostrzegła nauczycielkę i porucznika Kujona w amfiladzie klas na drugiem piętrze.
Nie widzieli jej.
Wstrzymała oddech... Zaprawdę, wyglądali, jak wzór demokratycznego, a zarazem wojennego marzenia. Cichy, wzniosły obrazek. Oficer stał „surowo“, z rękami położonemi na ławce, Stanisława przodem do okna. Szara jej twarz roztapiała się w mgle szyb. Skromny oficer i uboga nauczycielka.
Mówili głośno — o znikomości świata.
Ileżby im mogła dopowiedzieć w tej chwili!
Porucznik Kujon żalił się, że oto kiedyś siedział w takiej klasie, na takiej ławce, na tem samem miejscu, a dziś nadeszły nowe pokolenia, ludzie się wzajem nie znają i — taką jest muzyka czasu.
Słuchali tej milczącej muzyki w milczeniu.
Aż tu dolatywał krzyk chłopców, goniących aptekarza.
Wtem trzask się zerwał niesamowity.
Oficer zlepił się w jedno z nauczycielką. Mała szkolna ławeczka na podobieństwo kowadła bić jęła w podłogę. Splątany wątek rąk, piersi, śmiechów i szelestu miotał się na jednem miejscu uporczywie, to chmurę drżącej bielizny z siebie wyłaniając, to twarde sztrychy mundurowych ramion.
Pani Aniela zbiegła na dół. Gdyby nie poręcz schodów, byłaby upadła.
Dwa razy obeszła szkołę dokoła. Plac był pusty, po zamarzniętej sadzawce snuły się siwe pasma szronu, pomieszane z odblaskiem dalekich okienek. Zastukała do stróża, jęła na niego krzyczeć. Jan się obraził, otworzył wkońcu chlewik, splunął, — krowa mu nie pierwszyzna, wiedział nie od dziś, jak się chodzi koło bydlęcia.
Postawiwszy na ziemi latarkę, usiadła pani Aniela na zabrudzonym stołku, a głowę oparła o ciepłą łopatkę krasuli. Łzy lały się same po grubej sierści, na twarde kopyta niewyczerpanym strumieniem. Nie o Stanisławę, nie o mieszkanie, nie o Kujona.
— Ty wiesz — trącała nabrzmiałem czołem podatny bok zwierzęcia, — ty jedna się domyślasz!
Tak zastał „niezastąpioną organizatorkę“ doktór na czele zdyszanej młodzieży. Był w futrze. Z pomiędzy oszronionych bokobrodów kraśniała wysoko trzymana róża czerwona. Za nim w drewnianej ramie drzwi, pod skrawkiem gwiaździstego nieba młode, różowe pyszczki chłopców i dziewczynek.
Szukali jej wszędzie.
— A ja przychodzę późno — ględził doktór, — bo trzeba było gdzieś przecie nabyć jakoś tę różę, aby uświetniła dzisiejszy pani triumf. Tymczasem...
— Tymczasem dobrze was nie widzę — łamali się jej w oczach przez łzy.
Wobec czego doktór zaordynował chór. Na cześć zwycięstwa, zaczął sam drżącym, baranim głosem.
Zagłuszyli go zaraz. Przez zwiewne ognie świec trysnęła skokiem stara, narodowa pieśń. Śnieżny wiatr rwał ją dzieciom prosto z ust, pani Aniela, nad głową wystraszonej krowy, przeczyła ostrożnie rękami.
— Nie śpiewajcie, — prosiła między strofką a strofką — ludzie i tak niecierpią się zanadto!
— Prawdziwą przyjaźń może czuć człowiek tylko do zwierzęcia, bo ludzie!? — Kłóciła się o to z doktorem, coraz częściej, przy lada okazji, na każdym kroku.
Jako fizjolog dowodził, że mimo wszystko ludzkość jest wzajem dla siebie stworzona. Ale dlaczegóż twierdząc to, wzruszał ramionami, jakby przeczył samemu sobie?...
— Ludzie?! — im bliżej było balu, tem jaśniej widziała pani Aniela, co to za jedni są ci — panowie ludzie. Tchu może od tego człowiekowi zabraknąć!
Ktoś podkładał codziennie pod wyjedzony przez myszy próg jej ciasnego stryszku anonimowy list, pisany dziecinną ręką. Zaczynał się od słów „śmiej się pajacu“, a kończył przepowiednią jakiegoś nieszczęścia. Chowała świstek na piersi i tak chodziła, z tym „śliskim wrzodem“, dziecinną ręką zadanym. Nikomu nie można pokazać!... Tylko się bać, śledzić, żyć w smutnej tajemnicy — to są ludzie!
To znów przychodził rzeźnik, srogi pan Gomółka, służbowo, w kasku strażackim. Badał, — nie pozwalał, — zasłużone portrety na ścianach, wśród sosenek laską tykał. Na każdym kroku krzyczał o bezpieczeństwo ognia, cykając gęstą śliną przez ogromne zęby.
— Śmietniki tu robicie, a jakby co do czego, kto je będzie gasił?!
Piła z nim wódkę, choć wcale nie stał o wódkę, piła z nim herbatę, choć tylko co pił w domu. Krowę mu pokazała, choć miał na stajni cztery, każda z osobna i wszystkie razem lepsze. I pokazała mu wszystkie najbezbronniejsze uśmiechy i położyła mu cicho, nisko, jakby pod same stopy zabłoconych bucisków, potulne swoje słowo: nam się trudne wydaje, a dla was, gdy zechcecie, jest to poprostu niczem.
Ach tak — panowie ludzie.
To znów ksiądz z różnemi strachami i słuchami. To jeszcze pani rejentowa!
Stawała na estradzie, by akustykę głosem wypośrodkować. Dwaj rudzi synkowie, jak czerwone wiewiórki, latali wokół gaju, szkoła się trzęsła od grobowych słów Agamemnona, a chłopcy pośród drzewek wrzeszczeli wniebogłosy, „że tu, — od nich, — zupełnie nie słychać“.
Pomocy żadnej znikąd. Ożarowska szyła sobie swą „noc“, Stanisława, z Kujonem i z aptekarzem, we troje wodzili się po gmachu bezwstydnie, rejent zjawiał się rzadko. Stawał na środku sali i dowodnie wróżył o wściekłości przeciwników, oraz o przyszłej, polskiej „nagiej prawdzie w drzewie“.
— Gdy siedzę u Wenty, panie doktorze, to wiem u kogo siedzę — skarżyła się pani Aniela. — A gdy z wami wszystkimi mam tutaj do czynienia?!
— Więc, gdzie pani ostatecznie myśli zamieszkać? Na strychu, czy w obórce?
— Wnet już nigdzie. Zaraz po balu wyjadę stąd w świat.
Doktór siedział w kucki na rulonie dywanu i kiwał głową miłosiernie. W świat niema co wyjeżdżać. Świat jest wszędzie.
Pokazał jej drwiąco stos dywanów, wyszarpanych, wyjedzonych, rozmaite lampy, uszeregowane na stołach, wszelakie graty, które od szanownych właścicieli, ma się rozumieć „bezimiennie“, wypożyczyła na raut.
— Niechże pani patrzy. Ta lampa w białe kwiaty na umbrze, — od akuszerki. Ta na pękatej nodze, — rejentowa. A ta, z osobliwym mechanicznym knotkiem — to rozwiedziona aptekarzowa. Świat jest wszędzie tam, gdzie cierpi nasze przeżycie. Dlatego — cały świat może się wkońcu mieścić w jednym człowieku.
Doktór trwał nieruchomo i patrzył jak z obcasu spływa mu na podłogę duża kropla błota. Aniela pracowała cierpliwie za stołem, napychając perkalowe torebki niespodziankami na loterję fantową. Wiatr zgrzytał za oknami.
— Zresztą, czy warto z panią o tych rzeczach mówić? — Obciągnął kamizelkę, strzepał z ramion łupież i spojrzał w szyby, rozświetlone odbiciem lampy. — Wszystko, co się teraz w pani odbywa, jest sprawą innego mężczyzny.
Trzeba to było zbyć jakoś. — Niech pan tak jeszcze siedzi w kucki. Jak śmiesznie! — Był chyba żywcem podobny do tego warjata z agatu, ofiarowanego przez aptekarza.
— Tak, pani, z tą różnicą, że warjat z agatu już nie cierpi. Ni z tego, ni z owego zaczął doktór prawić naukowo o ciąży. O zmianach w organizmie, wszelakich możliwościach, nawet o mleku kobiecem. Było coś strasznego i bolesnego we wszystkich jego określeniach.
Zdążyła wtrącić pewną wątpliwość. Czy to prawda, że przeżycia, doznawane przez matkę, kształtują duszę „przyszłego“ dziecka?
Krzyknął gniewnie, by mu nie zadawano „luźnych“ pytań w czasie wywodu. — Umiemy napamięć wszystkie kości, mięśnie, wszystkie żyły, wszystkie nerwy, ale cóż z tego? Pani jest winna wszystkiemu. W normalnem życiu ludzie chodzą koło siebie i jakoś się nie widzą. Ale biada, gdy w chwilach wielkiego wysiłku los ich zbliży. Praca pani nad balem, gajem, rautem, wentą, nad tem całem śmiesznem głupstwem, ma właśnie taką właściwość zbliżania!... Tyle trudu, cierpliwości, starań, — miłości! Każdegoby porwało I
Wyciągnął z utęsknieniem pod górę drżące ręce...
Zerwała się i, biegając dokoła sosenek, zaczęła krzyczeć. Bił się pięściami po głowie, końce szala krzyżowały mu się na piersiach. Wybiegła na korytarz.
— Wracać... Pani się zaziębi. — Nieporadnie szarpał drzwi wejściowe.
Przytknęła ręce do skroni. Niema na świecie czystej przyjaźni. Niema nic...
Ale, gdy nareszcie przyszedł wieczór balu, przebaczyła doktorowi za jednym zamachem. — Nigdy nie będziemy mówić o przeszłości! Zawsze tylko o tem, co będzie!
Będzie się palić pięćdziesiąt świec, prócz lamp szkolnych, prywatnych, prócz powiększającej, z rurą, wypożyczonej specjalnie od dentystki. Będzie nas widać stąd w nocy na trzy kilometry.
Dwie ogromne szynki, pięć cielęcin z tłuszczykiem, kosze pełne pieczywa, a na schodach dywany, — na schodach cichy zaszczyt.
Ognie sztuczne, chiński deszcz i wszelakie rakiety. Raut, chóry, deklamacje. Śpiewy razem z orkiestrą. Grób Agamemnona i panna Stanisława razem z Ożarowską, które na dwa głosy śpiewają „Za Niemen“.
„Mur“ wojskowych, mieszczanie, i zamożne postacie szlachty okolicznej.
Już nie mówiąc o fantach. Budda, — bo to jest Budda, jak się okazało, — cały rżnięty w agacie, teczka ze skóry wenecko wypalanej, srebrny koszyk kaukaski. Żeby tylko Wenta, ta żywa, ta z ogonem, nie przytłumiła wogóle zabawy. Jeżeli można wygrać rzeczywistą krowę?!
Któż spokojnie wytrzyma?!
Kostjumy? Stanisława w szlachciance, Ożarowska w „nocy“, pomocnik jako trefniś, rejentowa w sukni swych występów scenicznych. Bufet w barwnych łańcuchach.
— Niech pan patrzy, doktorze.
Jeszcze było pusto na salach, ale już orkiestra rżnęła poloneza.
Stali we framudze gaju, przybitego zmyślnie do ścian szkolnych. Trzeba było krzyczeć, tak potężnie rozpierał się w całym lokalu zamaszysty utwór swojski. Z pomiędzy gałązek, przez szyby, jak w prawdziwym lesie przeglądały wysokie gwiazdy nocy.
— A czy pan wie, doktorze, — bo dla was wszystkich to jest może nic?... — Uniosła głowę wgórę, płomień buchnął z jej szarych, bladych oczu. — Ale dla mnie! Że tak umiałam wierzyć... Pomyśl pan, konie, konie tu zajadą! Bryczki, karety, ciężkie cugi. Ani jeden centymetr powietrza nie będzie w tych salach próżnować. Ja tu już słyszę gwar! A potem jeszcze tańce!
Cień kiwających się między sosenkami bokobrodów wzruszył ją tak serdecznie.
— Nikomu, tylko panu oddam to nareszcie. Na pamiątkę jednej niepotrzebnej rozmowy naszej... o świecie i miłości...
Nosiła to dotąd na piersiach, jak wstrętny ciężar. Te anonimowe listy, kiedy przeczyta, — oceni, ile wycierpiała w ciszy i w milczeniu.
— Panie doktorze? W ciszy i w milczeniu...
Wyciągnął rękę nieporadnie z pośród gałązek gaju, ale już panią Anielę poniosły zaszczytne obowiązki.
Kłaniała się na schodach pod narodową kokardą dostojnie i delegacyjnie. W asyście satynowej „Nocy“, z nowym księżycem na piersiach haftowanym, i niebieskiej „Szlachcianki“, obszytej białym puchem.
— Bałyście się! Ale teraz musicie chyba przyznać... — pani Aniela „pławiła się“ w rozkoszy przebaczania. — Musicie przyznać, że przeżywamy chwile bardzo wzniosłe.
A na podjeździe, w śnieżnym pyle dymiące, dworskie karki końskie, ciemne, głuche karety, lamowane księżycem i czarny zygzak biczów w złotym kwadracie okien.
Kto schludnym ruchem dłoni wskazywał lekko, a przecież nieomylnie, gdzie się znajdują szatnie? Kto w pełnym dźwięku trąb lawirował przebiegle przodzikiem, kto pierwsze miejsce dawał z wyszukaną prostotą czcigodnym matadorom?!
— Tu się trzeba mnożyć, podwajać, potrajać, — przykazała najbliższym, — na wszystkie strony spieszyć, wszędzie coś podtrzymywać!
Gdy się goście zjechali, gdy już tłum wypchał suche ścianki „gaju“, gdy się już mrowie głów utarło pod lampami, złapała Kujona, Lenia, „Noc“, „Szlachciankę“, doktora, aptekarza, wszystkich swoich najbliższych.
— Wy teraz czuwajcie i ducha podtrzymujcie a ja tyczasem daję nurka do kuchni!
Tu była teraz kuźnia! Stąd musiało teraz iść „na plac boju“ mnóstwo herbat, kaw, szynki, cielęciny. Naprzód! — bez miłosierdzia! Każdy wie — goście muszą wypić i jak najwięcej zjeść. Z tego powstaje ukochany, niezawodny gwar, pośpiesznemi głosami trzaskający w powietrzu.
— Ja tu jestem sługa, taka sama, jak wy — mówiła w parze, dymie do podkasanych kucht, szczęśliwa, uśmiechnięta, z myślą radośnie rozszczepioną pomiędzy fanty, bożka, koszyczek, teczkę, Wentę, która cicho czeka niewiadomego losu, — a Napoleona, co w swoim czasie tak samo kiedyś porywał do ataku swoich wiernych żołnierzy.
Ale gdy powróciła stąd na swoje pole walki?... Trzeba było kilkakroć zamknąć oczy, do głębi płuc odetchnąć, żeby się nie przerazić tej ciszy sennej, lepkiej.
Oparła rękę na ramieniu aptekarza. Stał pod piecem, patrzył skosem po sali i, rozchyliwszy poły czarnego żakietu, grzał się „cynicznie“ o chłodnawe kafle.
— Nie martw się pani — powiedział najspokojniej.
Herbata wszędzie stygła niedopita. Kupeczki mięsa krzepły na talerzach. Cały „gwar“ nie dawał więcej głosu, — niż gdy w kominie późnym wieczorem dogasają sadze.
— Coście tu z nimi przez ten czas zrobili?!... — napadła na doktora.
Ludzie, jak w swoich miejscach przylgnęli ciemną plamą, tak trwali już niezmiennie.
Możnaby było zwarjować od żółtych wielkich łat podłogi!
Oficerowie skupili się pod ścianą. Ziemianie wedle stołu, nakrytego czerwonym pluszem, dokoła dentystycznej lampy. Mieszczanie przy muzyce.
Poskoczyła co żywo, najprzód do oficerów. Przed nimi cały świat! Żeby się znajomili, żeby się nie dawali!
Ale jej powiedzieli, że ziemiańskie progi są za wysokie na ich oficerskie nogi.
Pani Aniela nie dawała tak łatwo za wygraną. Dygała swobodnie, przemawiała junacko. Nawet łokciem w „sceniczny sposób“, jak kiedy się gra „kumę“ — trąciła kapitana.
Spoważniał, salonowo poprosił ją na chwilę rozmowy objektywnej i całą rzecz wyłuszczył:
— Niech pani patrzy, siedzą przecież w płaszczach. Boją się zapewne, że im skradniemy futra.
— To nieporozumienie! — Podkradła się pieściwym krokiem ku rozważnym ziemianom.
Tu, ksiądz z pod lampy świecił kością słoniową i nieprzerwanie mówił o poważnych sprawach.
Zabiegała z różnych stron. Czepiała się spojrzeniem. Podtykała cukierki. Pot spływał jej po szyi. Nie mogła księdzu przerwać.
— Niech pani kanał przekopie od jednych do drugich, — wtedy się dopiero zleją szczęśliwie razem.
Nie zwracała uwagi na gadanie rejenta. Posiadał dziś wartości cenniejsze od najlepszej wymowy. Był w smokingu. Tchnęło od niego prawdziwym, wielkim światem. Gors, spinki, czarny krawat, strzałka na skarpetkach i świeżutkie lakiery.
Ubłagała go. I wszystkich swoich. Niech na pierwszy ogień — zatańczą. Jakby mimochodem.
— Niech ktoś śmiałym czynem stwierdzi, że nie wszyscy tu kisną. Że tu są już tacy, co na miejscu ustać nie mogą!
W ciężkich wojskowych trąbach zaryczał walc, aż z lamp nowe światło trysnęło.
Pani Aniela przymknęła oczy — tańczono. „Lgnęła sercem“ do każdej podeszwy. Stanisławie widać było w obrocie niebieską pończochę prawie po kolano. Jeżeli ci oficerowie mają w żyłach naprawdę krew swych ojców, — ruszą w tan! — Tylko czemuż Kujon ze Stanisławą tańczył? Dla balu — zmarnowane.
Trefniś — pomocnik, hasał z Ożarowską. Było to dla balu pożyteczne! Skoro Ożarowska tak swobodnie pląsa — to nawet matrony nie potrzebują się krępować.
Teraz już wnet szurganie się pomnoży, nadejdzie czas, że się zderzać zaczną.
Już walcował rejent. Marnowało się to co prawda, bo tańczył z własną żoną, ale bal zyskiwał, że „tańczono w smokingach“.
Rozpromienionemi oczyma wpiła się pani Aniela w księdza. Ani na chwilę nie przerywał wykładu. Ziemianie ani drgnęli, szurganie bladło, rzedło, nakoniec stanęło. Ostatni takt muzyki pękł, jak gdyby na zawsze, w świetle spokojnych lamp. Tancerze rozpełźli się chyłkiem po kątach „gaju“. Na środku zabawy została pusta tafla zatartej podłogi.
— Pan się oczywiście nie pofatygował! — krzyknęła pani Aniela do doktora. I, odepchnąwszy go, choć jej wcale drogi nie zagradzał, z „otwartą przyłbicą“ wystąpiła na środek sali.
— A teraz, proszę państwa, — krzyknęła ostrym głosem, pod którym drżały łzy, — ogłaszam rozpoczęcie rautu!
Niestety! Numer za numerem wsiąkał w nielicznych widzów bez echa i bez śladu — jak w piach. Brawa się strzępiły rzadkie, wątłe, bardziej podobne do plusku mdlejących rybek, niż do ludzkiej wesołości.
Dzień i noc, czyli Szlachcianka i Noc, czyli Stanisława i Ożarowska zaśpiewały „a capella“ „Za Niemen het precz“ przed pustemi ławkami. — Śpiew nie płynął, ale jakby kopcił, w dodatku słychać było przez cały czas wymyślanie kucht w przedpokojach.
Odganiały łobuzów, którzy w obdartych szmatach, brudni i zasmoleni, usiłowali dostać się do „wnętrza balu“.
Pienia młodzieży, połączone z orkiestrą, zupełnie nie wyszły. Chłopcy się zbuntowali, że ich wcale nie słychać, bo wszystko bezczelnie zjadają trąby.
Trochę powodzenia osiągnęła rejentowa, dzięki ogromnej sile głosu, a także — dzięki rejentowi. Stał w pośrodku sali i karcił surowem spojrzeniem każdego nieuważnego słuchacza. Nie wahał się też na rozmawiających brutalnie sykać.
Pani Anieli zdawało się jeszcze, że możnaby uratować raut niezapowiedzianym w programie, ale zawsze gotowym numerem pomocnika. Udawał znakomicie „żydka w aptece“. Dał się ubłagać, chociaż robienie żydka w kostjumie trefnisia uważał za bardzo niebezpieczne.
Przewidywania sprawdziły się. Podczas całego „żydka w aptece“ głośno ziewano na sali. Pomocnik, zeszedłszy z estrady, oświadczył pani Anieli, że jej tego nigdy nie zapomni.
Wyrwała się gwałtownie ze swojej grupy. Wyszła na środek i śmiałym, stanowczym głosem obwieściwszy gwóźdź programu, czyli wentę — bez ukłonu, bez uśmiechu minęła wszystkie pokoje, nawet głowy nie chyląc pod gwiazdami z zieleni, jakby kroczyła przez bezkresną, bezludną pustynię.
— Panom się może zdaje, że zabawa nie idzie? — Zatrzymała się pomiędzy palącymi w korytarzu, gotowa na wszystko. Tak, tu ich było pełno, ale tam, na sali, gdzie wołał święty obowiązek, tam świecili nieobecnością!
— Świetnie idzie, — warknął ktoś z pod ściany.
Ogniki papierosów lśniły w mroku, jak błyszczące robaczki. Nad przedsionkiem, wysoko, po całej klatce schodowej latał szmer, podobny do gonitwy szczurów. Ktoś stamtąd plunął, zwysoka. Padło tuż koło Anieli.
— Zabawa idzie świetnie!... — krzyknęła, zacisnąwszy pięście. — Jeżeli się ktoś nudzi!!... — głos się jej załamał od krzyku.
Panowie, spłoszeni, cofnęli się ku ścianie. Ciężka plwocina upadła znowu między nich a mówiącą.
— Co tam jest, do pioruna?! — krzyknął do góry Kujon.
— Niedorostki! — Ksiądz posunął się naprzód: po czarnej sutannie przeleciał skosem metaliczny połysk. — Łobuzy, na których intencję bawimy się tu dzisiaj tak wspaniale.
Pani Aniela chciała, ażeby w tem, co powie, słychać było szum skrzydeł. Maleńkich, szybkich skrzydeł:
— Właśnie ogłosiłam wentę. Teraz biegnę do siebie na górę po mniejsze fanty...
Chcieli jej towarzyszyć: Kujon, doktór — Leń także.
— Sama pójdę! — krzyknęła — nikogo nie potrzebuję!
Widzieli, jak ciężko stąpa na pierwsze piętro. Kroki oddalały, się coraz bardziej, spłoszony tumult rozbiegał się po bokach. Zadarli głowy do góry. Z sinego mroku klatki schodowej wychylały się przez poręcz małe, ściągłe twarze, świecące bystremi oczyma. Plwociny spadały zgóry coraz częściej i celniej.
— A jakbym tam po pysku komu dał?! — huknął Kujon.
Ksiądz uznał, że nie należy czekać na dalsze igraszki, z drugiej strony jednak nie mógł się powstrzymać od refleksyj.
— Takie były, są i będą wszystkie nasze uroczystości. Nazewnątrz blask, parada, a od wewnątrz stado dzikich niedorostków. Ani niewiadomo skąd się to bierze, ani co robi?!...
Powrócili na bal wziąć udział w rozprzedaży biletów na wentę. Obnosiły je na platerowanych tacach młode „wróżki“ w bieli, z rozpuszczonemi włosami.
Nikt nie kupował. Oficerowie pili zwartem kołem przy bufecie, wyłącznie między sobą. Aptekarz „wietrzył“ swą łysą kapsułę wzdłuż salonów, zamyślony. Ożarowska prosiła wszystkich znajomych, by mu się dobrze przypatrywali, — napewno właśnie podczas takich niepozornych chwil obmyśla swoje bezeceństwa.
Orkiestra, wsparta na złotych instrumentach, które, niby rozdęte gruczoły, błyszczały wśród krzeseł, jadła mięso, popijając piwem. Mali skauci w cieniu narodowego gaju grali w scyzoryki, a dziewczynki po dwie, po trzy, splecione ramionami, przechadzały się środkiem, jak podczas szkolnej przerwy.
— Niema co mówić, — rzekł prowokacyjnie głośno rejent do doktora, — nasz bal leży na cztery kopyta.
Wtem jęk ogromny wstrząsnął całym gmachem. Jeszcze nie przestał huczeć, gdy ze środkowych schodów, przez wywalone drzwi, lunęła prosto na salę zbita kupa podkasanych pomywaczek, bab, dzieci, nieznanych drabów. Wrzeszczeli jednym głosem:
— Pożar, pożar, pożar!!!
Tłum prysnął na środek, roje ludzi wyłoniły się z „gaju“, huk wydarł się z estrady, wszystkie okna zabrzmiały bitem szkłem, — zatkał je kłąb rąk, nóg, płaszczów, dzieci, trąb, szmat, butów, ramion bezsilnie sterujących, i niebywały wrzask.
Wszystkie lampy dmuchnęły wgórę ciemnemi ogonami, śnieg się przemieszał z kopciem, gaj oderwany od ścian wkroczył między tłum, po kilka sosen razem płynęło w zwartej ciżbie, sosnowym gwiazdom pospadały ramiona., W rozwalonych drzwiach wszystkich korytarzy, przy wejściu na śnieżną noc otwartem, puchło mnóstwo ludzkie, to przypadając nisko, to wypryskując wgórę.
— Wody! wody! wody! — huczały korytarze, drzwi, okna przez dym, wiatr i iskry w stronę sinych śniegów, na czarne wyświechtane drogi, ku dalekim okienkom zmarzniętego miasteczka.
Wzdęty tłum mrowił się pod ścianami budynku, to się — znów rozpryskał, niby kałuża. Zgóry, z okien parteru i pierwszego piętra ciskali żołnierze wdół, pod straszliwie wrzaskliwą komendą Kujona cały szkolny dobytek i rautowe mienie. I jakieś śmieszne graty, jakieś prywatne zajdy i czarną niezliczoną kluskę zwiniętych futer. Goście się na to rzucili, targając, wyjąc, płacząc. Leń płazem precz ich z pod ścian odganiał, żołnierzami odpychał.
Drzwi wejściowe runęły wtył, przez śnieg, nawznak, gorący blask przedzielił noc na pół, od rozchybotanych w dymie pięter szkoły, za sadzawkę, aż na dalekie domki tchnęło piętnami łuny.
W wielkiej klatce schodowej, niby puszyste włosy, kłębiły się rude płomienie.
— Wody mi dawać! — ryczał ochrypły Kujon, — wody tu, do cholery!
Wcale go nie słuchano. Panna Stanisława w rozprutym kontusiku padała mu na piersi. Rejent skomlił o synów i prosił o coś spienionemi wargami. Ożarowska z księżycem na plecy przekręconym podtykała do oczu dwie garście koszul i majtek z okrzykiem, że to wszystko — wszystko, co jej zostało po całem życiu pracy.
Aż nareszcie ziemianie, mieszczanie, kobiety, wyjącą kupą rzucili się na niego, żeby ich puścił do płaszczów i do futer. Kujon walił pięściami po brzuchach i naoślep, tłumaczył, że łachy są przecie pod strażą, — teraz, cholery, wody!
Doktór padł mu w ramiona. Zaślinił całe ucho: „Szukaj jej pan, nie śmiem, — nie mam odwagi, — nie śmiem“! Walał się po ziemi, wstawał, znów upadał. Kujon wrzeszczał: kogo ma szukać?! Odganiał — i, — wodę pompować, byki!
— Studnia zamarznięta! — meldowali żołnierze.
Tłukli lód kolbami, dziabali bagnetami, bielmo na cembrzynie łuszczyło się, coraz nowe okazując pokłady.
— Zamarznięta na fest — doskakiwali do żołnierzy żydkowie.
Z tętniącego dzwonami miasteczka napływało mrowie śpiochów, bab, szmat, dzieci, żydków i jazgotu.
Nad szkarpami, na ścieżce, wszędzie po drogach strzygły stargane portczęta, drobiąc spiesznie ku szkole.
Noc się trzęsła od dymu i dzwonienia, czarny aksamit chmur, podbity czerwonością, rozlewał się daleko za kościołem i dźwięki w sobie przerabiał jękliwe, gęste, spłoszone.
— Przez litość!
Kujon wsparł się na szabli, cynobrową, docna schrypłą gębę wychylił z nad gardy.
— Jaka ma być litość? — dyszał — komu, gdzie?!
Delegacja mieszczan i obywateli odciągnęła go na bok. Patrycjuszowska dłoń spoczęła ojcowskim ładem na naramienniku Kujona. Oddechy wkoło zagrały ufne, pewne, przytulne.
— Prędzej, panowie, prędzej! — skuczał Kujon, — ja tu kordon trzymam, zaraz dach rąbać będziemy.
Powiedzieli mu „to“ — jako Polakowi... W pełnem zaufaniu... Już i tak jednej z pań zginęła brylantowa broszka!... Czy zamierza teraz jako doświadczony oficer wystawiać piękne charaktery swych młodych wiarusów na próbę?! Zważywszy, że między innemi znajdują się wśród strzeżonych futer bardzo cenne i drogie? Czy nie lepiej, by odrazu dopuścił właścicieli — do „danych przedmiotów“?!
Dach szkoły westchnął straszliwie i bryznął w ciemne niebo czerwonemi rózgami płomienia.
Mrowie szarych twarzy zbiegło się jedne do drugich, niby podłużne jajka. Groźny szmer rósł wśród tłumu, oskarżał, pełgał nisko po grudzie i szumiał coraz twardziej.
Wtedy z koliska matadorów wyskoczył ksiądz. Stanął na skraju łuny i, palec w stronę ognia wysadziwszy — oto palec boży! I oto macie dopust! — Wielkiem, hucznem słowem dudnił przez wiatr, przez gęste roje iskier, prosto ku rejentowi:
— Ci, co zaczęli, sami odpowiadają. Głównemi schodami, główna sprawczyni, na parę minut przedtem, osobiście szła! Są tu wśród nas świadkowie!
— Łżesz! — ryczał siny rejent.
Wrzeszczeli obaj naraz, przestępując na strony, — za jednym i za drugim niby czarny ogon, długi rząd zwolenników. Kraśne gęby ku sobie wystawiali, to palec księdza tkał się wgórę przez głowy, to kuse, sine grabki rejenta.
Jużby się był tłum podsunął pod nich czarną, gęstą nawałą, gdy między skłóconych wyskoczył, niby chrabąszcz zielony, krępy, obrotny niemiecki urzędniczek. Wraz z nim doktór z listami, papierami. Niemiec „protokoll“ piszczał, doktór wył „anonim“, ksiądz krzyczał „palec boży“, rejent miotał proboszczowi zmięte świstki pod nogi.
Nagle wrzask kłótni zmilkł, bójka się rozprzęgła, z szerokiej masy tłumu wydarł się okrzyk ulgi. Wszystkie głowy zadarły się ku jednemu oknu. Nie spuszczając go z oka, ciżba kruszyć się jęła, pośpiesznie wtył odpływać, przez zmarzniętą sadzawkę ku szkarpom, opłotkom, ku czarnej drodze, wiodącej już do miasta.
W otwartem oknie drugiego piętra ukazała się pani Aniela. Mówiła coś. Nic nie było słychać, tuż nad nią trzaskał z dachu ogień i spływał drżącemi płatami na pobliskie gzymsy.
Ktoś zachichotał bryzgliwym, mokrym śmiechem. W prostokącie czarnego okna biały przodzik zdawał się świecić, niby wypukły cyferblat zegaru. Na podobieństwo pomylonych godzin spadały z niego głośno na balkon małe, ciężkie przedmioty.
— Patrzcie, wyrzuca fanty — zabulkotała panna Ożarowska.
Widać było, że pani Aniela wyciąga przed siebie ręce. Widać było wyraźnie, jak z dymu wyłoniły się białe dłonie.
Ksiądz, rejent, Niemiec z „protokoll“ zgrzytającym w zębach, podeszli nieco bliżej.
— Czy widzisz tam, na drugiem piętrze?!... — wrzasnął Kujon do Lenia, który, stojąc przy głównem wejściu, kierował żołnierzami.
— Naturalnie, — odpowiedział Leń. Spokojnie, z papierosem w zębach podszedł pod balkon. — Już kazałem, zaraz nam tu dadzą drabinę.
Różowe dłonie znów się wychyliły z okna, przez szary dym.
— Nie mam odwagi, — płakał doktór — ja już nie mam odwagi, ani sił!...
— Nie bój się! — Kujon w chwilach poważnych był z wszystkimi na „ty“ — nie bój się nic, stary.
Wyleźli kolejno na balkon. Wciągnęli drabinę. Leń trzymał, Kujon szedł — na drugie piętro. W połowie drogi, osnuty dymem, przystanął i wrzasnął do żołnierzy:
— Nie gapić się, tumany! Rąbać dalej, jeden z drugim, gdzieś tam wkońcu dorąbiesz się w tej studni i do wody nareszcie!
Trzymał panią Anielę za ręce. We dwoje coś radzili, oplątani sznurem iskier. Gnietli się tędy, — siędy, aż Kujon, jakby rozkwitł, — wygiąwszy szeroko ramiona.
Z okna gramoliła się już pani Aniela. Objawiły się czarne pończochy, — żałosne, zbyteczne koronki. Długą chwilę u szczytu drabiny, nito rozdęta bania trwał atłasowy przodzik. Nakoniec, podtrzymywany ramionami Kujona, jął się zsuwać, pomalutku, ostrożnie, w coraz głośniejszym krzyku zdrętwiałego tłumu, — po jednym kroczku, — po jednym stopniu, coraz niżej i bliżej.
Gdy stanęli na ziemi, usiadła pod drabiną przy balkonie.
— Nosze, panie sierżancie, — rozkazał uprzejmie Leń.
Podała ręce obu swoim wybawcom, żeby ją jeszcze trzymali za nie — mocno.
Biała, jak śnieg.
— Ja, proszę panów, — płakała krótką, ściętą łzą, — nie przypuszczałam! Właśnie byłam z fantami na dole... Tymczasem — ten huk i ogień! Co się stało?! Uciekałam na mój strych, — już tylko umrzeć. U siebie. Jak mysz, — na strychu.
Kujon, Leń, sierżant Trepka chcieli ją podnieść, zabrać stąd co prędzej.
Wpatrzona w kordon piechurów, którzy, niby ciemne, nieruchome słupy oddzielali placyk od gęstej ciżby, wyciągnęła przed siebie ramiona: — To wszystko na mnie spadnie! Na mnie!
Panie przecisnęły się z pociechą i ratunkiem. Żeby opowiadała, jak było, „samej jednej pośród tylu zapalonych sal“.
— Może kto ma — dopytywał Kujon, — jaki flakon z trzeźwiącem wąchaniem?
Rejent obu rękami ścisnął ją za głowę, przyczem twarz wbok odchylił, żeby nie płakać na włosy pani Anieli. Skuczał jak stary pies i zdmuchiwał łzy z nosa na ziemię.
Pani rejentowa z czerwoną kołdrą na swej jedwabnej „elektryce“, Stanisława w oberwanych puchach „łamały ręce“.
Ożarowska naręcza majtek ku słabnącej wytknąwszy, — oto jest wszystko, — po całem życiu pracy!
— To wszystko na mnie! Na mnie! — Pani Aniela rwała włosy z głowy.
Leń prosił ją najuprzejmiej, by się raczyła uspokoić, a przedewszystkiem opuścić co prędzej zajmowane miejsce, jako bardzo niebezpieczne.
Gęste zwoje dymu szły z wszystkich okien, w głębiach szkoły otwierały się płomienne czeluście. Gmach pęcznieć się zdawał wzbierającym ogniem.
Leń jeszcze raz oznajmił, że noszy właściwych nie ma, ale żołnierze przynieśli jakieś łóżko polowe, znalezione wśród ocalonych gratów z mieszkania Stanisławy. — Należy korzystać jak najprędzej.
Na materacu łóżka widniało smołą starannie wykaligrafowane nazwisko Kujona.
Doktór dzwonił zębami, bokobrody przesłaniały mu w wietrze całą twarz. Wahał się ze złożeniem chorej na tem posłaniu. Trzeba oszczędzać wszelkich możliwych wstrząsów. — Polowe łóżko nie daje żadnej gwarancji.
Szeptali tajemniczo. — Doktór obawiał się przedwczesnego porodu.
Leń ufał łóżku najzupełniej, — z pewnością nie jeden raz doświadczyło „podwójnego ciężaru“.
Więc ją posadzili, złożyli, nakryli, już mieli ruszać, gdy Niemiec drogę im zastąpił z notesem, z pyskiem wielkim o nazwisko, — protokoll dla Kreisamtu, — przyciągnął księdza, konfrontował z rejentem.
Powstał wrzask, kłótnia się rozhuśtała na cały plac, aż za mętne granice sadzawki. Już się za łby wodzili nad noszami. Rejent rypał księdzu i „wszystkim Niemcom świata“ nagą prawdę w oczy, ksiądz krzyczał nieodparcie o „palcu przeznaczenia“, a Niemiec, jak pies w wodę, ramionami naprzód wskakiwał między słowa.
Póki nagle nie szarpnęło noszami. Pani Aniela usiadła i, bijąc się w piersi: — Wyrzućcie mnie na śnieg! Żadne anonimy, — płakała, — ani palce przeznaczenia, tylko zwykłe nieszczęście!!
— Można w mordę dostać do protokółu, — przeciął wszystko Kujon.
Wszyscy razem umilkli. Doktór oświadczył oficjalnie: — Ta kobieta rodzi! Odnieść! Gdzie najbliżej, choćby do apteki.
Skoczyli do Kujona, żeby dał zaraz żołnierzy.
— Futro ci ukradnie, a ludzi może nosić?! — Wargi mu się osunęły z zębów, przes nos i usta świsnął zjadliwy syk. — Ludzi mam do roboty! Bierz, stary capie, i sam taskaj!
Machnął szablą, odwrócił się i już za siebie nie spojrzawszy, poszedł prosto do ognia.
Nieśli ją obok parterowych okien dawnego balu. Szumiący wewnątrz grzebień płomieni miotał wgórę iskry i trzaskał. Musieli się przeciskać przez cały „raut“, zrzucony bezładnie i jakby zamarły na śniegu. Na szkolnych ławkach, niby sztywni widzowie, trwały palta, futra i salopy. W pośrodku wznosił się śmietniczek wstęg, chorągiewek, fantów, torebek, woreczków z niespodziankami. Tam i sam podobizny wodzów, ranione rozbitem szkłem. Poodal równe inspekta cudem uratowanych na tacach przekąsek.
— Lotto, — płakała pani Aniela, zakrywając oczy, — moje lotto.
Za szkołą przystanęli przed tłumem, w nadziei, że ich ktoś zluzuje.
Nikt się nie kwapił pomagać ludziom, którzy szkołę spalili i jeszcze gości żywcem w ogniu piekli.
Już mieli dalej odchodzić, gdy pani Aniela schwyciła księdza za rękaw. — A moja krowa? Spalona?!
Doktór uspokoił, że nie, tylko ryczała bardzo podczas pożaru.
— Wszyscyśmy ryczeli. — Aptekarz uważał, że niczego nie należy się wstydzić. — Pan-eś ryczał, doktorze, o wiele głośniej od tej biednej krowy.
Aniela wyciągnęła ręce z pod derek i, zagryzłszy wargi w nagłym porywie bólu: — Obieśmy bez dachu nad głową! Moja biedna Wenta! — Chciała, by krowę choć na minutkę tutaj przyprowadzono, ale doktór poganiał i urgował.
Posuwali się z noszami we czwórkę, nie patrząc wzajem na siebie, ani na chorą. Przy głowach ksiądz w duchownym meloniku, rejent w swym historycznym „klaku“, który jeszcze szacha perskiego w Warszawie widział, w nogach doktór bez czapki, wiejący przez śnieg długiemi faworytami, i aptekarz w „rodzinnych“ barankach.
Pomocnikowi powierzyli jedynie torowanie drogi, — nie wypadało, by nieżonaty chłystek figurował przy noszach.
— Ładne „nosze“ — buczał rozdętą kapsułą aptekarz, — niema co mówić, kawalerskie nosze...
Dźwigali je pod górę w grobowem milczeniu, mimo zapóźnionych żydków, wciąż jeszcze biegnących do pożaru.
Na zakręcie spotkała „kondukt“ straż ogniowa, pod wodzą konnego pana Gomółki. Obijał boki kobyły leniwemi łydami i w wielkim hełmie na głowie, palił papierosa. Ztyłu, na beczkach, starych pustych kadziach, wlekli się strażacy, zmarznięci i strapieni.
Niosło od nich dziegciem i machorą.
— Wołają tu człowieka do pożaru, a sami trupa wleką — zagadał jakiś „starszy“ z wielkim toporem w ręku.
— A tybyś wolał, trutniu jeden, — nie wytrzymał ksiądz — ani trupa nie nosić, ani pożaru nie gasić?!
Jedna i druga strona przystanęła rozsądnie. Niestety, jęki pani Anieli nie dały swobodnie rozmawiać.
— Wcale na trupa nie wygląda, — postanowił ostatecznie „starszy“ — na urodziny patrzy...
Powyższa uwaga obraziła niosących tak dalece, że wcale nie odpowiedzieli. Ksiądz ocierał spocone czoło, aptekarz chuchał w ręce, tylko doktór niecierpliwił się i radził raz za razem:
— Niech pani nogi zaciska, niech pani nogi zaciska!...
— Każda sama wie, co ma robić, kiedy rodzi, — stwierdził „starszy“. Zależało mu na rozmowie z niosącymi. Nie dla ciekawości, ale trzeba się było przewiedzieć względem ognia, od kiedy się pali, z której strony zaczął, czy też był podłożony, czy też naftą kto oblał?!...
Kilku „starszych“ z olbrzymiemi toporami zlazło rozważnie z beczek i otoczyli nosze — potem na miejscu łatwiej się będzie wyznać.
Niosący nie wiedzieli, co odpowiedzieć.
Niewiadomo. W przyszłości wykaże wszystko śledztwo, ale narazie nikt nic nie wie. Pewnem jest, że albo się przyczyniła do tego czyjaś ręka, albo może sam palec boży.
Powiedziano sobie wzajemnie „dobranoc“, kadzie, beczki, łańcuchy ruszyły naprzód, a matadory z noszami pod górkę, do apteki.
Nim się tu dostukali, dobudzili! Wewnątrz uczonego lokalu to się coś ruszało, to znów cisza zapadała niezmącona.
Pani Aniela nie przestawała jęczeć cienkim, malutkim głosem. Trzymała przytem aptekarza silnie za rękę.
— Bożka panu zgubiłam. Ognie sztuczne pewno się już zmarnowały. A teraz jeszcze tyle ambarasu. Nie chcę — cisnęło nią w stronę księdza i rejenta, — nie chcę tu mieć dziecka, w jelenim pokoju! Nie chcę!
Aptekarz, nie puszczając jej ręki, uspakajał:
— Nie takie ambarasy te ściany oglądały. A co do bożka, to lepszy będzie żywy podmiot z ciała i krwi od tego świętego w agacie.
Nareszcie wyłonił się stróż, z za węgła wyszedł jeszcze jakiś drugi, naradzili się i kazali drzwi otworzyć naścieżaj — bo tak nary nie wejdą.
Drzwi stały dobrą chwilę szeroko rozwarte — końmi by — wjechał.
Wadząc o klamki, butle i wszelakie aptekarskie przyrządy, wnieśli chorą do jeleniego pokoju.
Zaraz doktór zaczął tu pluskać i szczękać swoją medycyną.
Dostojnicy nastawili uszu, czy się aby coś osobliwszego nie przytrafia, słysząc jednak miarowy jęk chorej, co żywo wyszli z apteki.
— Mogą sobie chyba dać rady we dwóch. Doktór przy chorej, a ten młodzik przy lekach — zauważył niesporo ksiądz.
Czekali we czterech, przed wystawową szybą, spoceni i zmordowani.
Od wnętrza dochodził ten sam cichy, zgłuszony jęk, po czarnej drodze szare pasma szronu biegały leciutko.
W dole, na placu rósł ogromny kwiat płomienia. Strażacy już podjeżdżali. Błyszczące hełmy wnikały powoli w czarny tłum.
— A tak, na dobry ład, tobym był ciekaw — chrząknął towarzysko aptekarz, co z tego oto tutaj wypadku fizjologicznego wyniknie? Syn, czy córka?
Ani ksiądz, ani rejent nie podjęli tej kwestji, bokiem do siebie odwróceni.
— Jakby nie było — rzecz dzieje się „pod jeleniem“. — Aptekarz wyszedł na środek drogi, splunąć mu się bowiem zachciało, a pragnął uczynić to bez niczyjej obrazy. — A to wytrwałe bydlę! — krzyknął nagle wesoło.
Od strony szkoły darł pod górę małemi, szybkiemi kroczkami Niemiec z Kreisamtu. Machał szpadką i już zdaleka wykrzykiwał:
— Protokoll!... protokoll!...
— Mamy czas — raczył się nareszcie odezwać rejent. — Im się zdaje, tym Niemcom, że to oni pierwsi na świecie prawo wynaleźli!...
— A ja mówię... — ksiądz nie dokończył. Ani mu się tak bardzo śpieszyło zaraz rozmowę nawiązywać, ani też teraz mógł, bo się już Niemiec prężył przed nimi, szpadką w grudę stukał i ciągnął — o protokoll.
Na samym dole pod szkołą coś się znów przytrafiło. Między ławkami a stosem gratów i rupieci, jakoby nagle wynikło całe mrowisko iskier, świateł, ognistych szpilek, kółek, drobnych centków, serduszek.
— Teraz im ognie sztuczne wybuchają — zaśmiał się ksiądz żałośnie.
Jedne prędko sypały przed siebie, z drugich bił deszczyk ognistych łatek pod górę, inne kurzyły przed siebie prochem złotego pyłu.
Stąd, zwysoka podobne to było do nagle otwartego źródła rwącej, centkowanej jasności.
— Jaka szkoda — nie wytrzymał rejent. Z mieniącego się bowiem obwodu wyskakiwać jęły niebieskie, czerwone, zielone kule, rzekłbyś toczone, rozradowane głowy samego blasku.
— Już nasz Gomółka nie uratuje budynku — stwierdził aptekarz.
Gęsta grzywa pożaru rozczesała się wzdłuż całego dachu, z czarnych okien tężył się ogień, niby żywe ciało krwawiące. Wszystkie ściany szkoły obrosły kępami płomieni, z których pędził sznur iskier w głąb nocy pod wypukłe chmury, jakoby dęte z popielatego szkła.
W tem ochrypły dzwonek drzwi aptecznych jęknął żałośnie, zdyszany pomocnik w długim białym kitlu wyskoczył na środek drogi.
— Narazie jestem tam niepotrzebny. Ale szanowni panowie, przyznać trzeba, że to nie żarty. Pierwszy raz widzę... Ho, ho, ho!... — dyszał wystraszony. — Musi być, panowie, ból przy takiej historji!... Wszystko trzeszczy w kobiecie! Na tę intencję właśnie! — wyciągnął z kieszeni butelkę i kieliszki.
Spojrzeli na niego wzgardliwie.
— Dlatego się pan pierwszy kłaniasz kobiecie na ulicy, nie ona panu, młodzieńcze, dlatego ją w rękę całujesz, że oto teraz trzeszczy — warknął rejent i jeszcze szczelniej otulił szyję kołnierzem.
Z jeleniego pokoju snuł się jęk lękliwy, pełen skargi, niby mała, niezdarnie nucona piosenka.
Matadory utkwiły oczy w ziemię. Płochy kosmyk ciemności pełgał przez drogę, z brzegu na brzeg.
— Więc nic z tego? — Pomocnik wahał się, czy ma rozdać kieliszki i rozlewać wódeczkę, czy schować wszystko.
Ksiądz tupnął dyskretnie śniegowcami, zatarł ręce i ciepłym swojskim głosem przemówił:
— Skoroś pan już na tę intencję przyniósł...
Z jeleniego pokoju dobiegła znów, aż tu, fala roztrzęsionego głosu.
Przysunęli się razem, blisko, niby w obawie, ramię do ramienia. Pomocnik trzasnął z palców na cześć ślicznej dziewuszki, — która zapewne niebawem wyjrzy na światło — ale ewentualnie jeszcze nocne.
Rejent pozwalał sobie „stawić“ znak zapytania nad rodzajem światła.
— „Historja“ może trwać, panie kochany, godzinę, a może całą dobę. Albo trzy! Niewiadomo. Z tem się mają rzeczy, jak z wielką bitwą.
— Ale jeżeli nasze matki tak samo się musiały mordować — poskarżył się pomocnik.
— Nasze matki?
Głuchy jęk dążył nieustannie przez drzwi na drogę.
Wtuliwszy głowy w kołnierze, stali cicho, zasłuchani.
Ksiądz machnął ręką niecierpliwie.
— Nie chodzi o światło dzienne, czy nocne, ale o to, kto je będzie oglądać, — syn, czy córka? Otóż w danym wypadku praktyka nigdy nie zawodzi. Dzieci, rodzące się podczas pożaru, są zawsze płci męskiej. — Będzie syn!
Niemiec zatrzepotał powiekami, z piersi mu się wypsnęło twarde rżenie. Teraz dopiero zrozumiał, — syn, czy córka, — zawsze największe pytanie!
Zbili się w ścisłą gromadkę.
— Syn, czy córka, wszystko jedno — aptekarz podniósł kieliszek do wysokości czoła — niechże się ta jakoś darzy temu przyszłemu dziecku!
Spojrzeli razem na gwiaździste niebo, kieliszki „w punkcie“ trafnie się zderzyły, że trysnął ścisły głos, zwarty, jak pocałunek.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Kaden-Bandrowski.