Skarb w Srebrnem Jeziorze/Część II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Skarb w Srebrnem Jeziorze
Podtytuł Powieść z Dzikiego Zachodu
Data wydania 1925
Wydawnictwo Sp. Wyd. „ORIENT” R. D. Z.
Druk Zakł. Druk. „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Schatz im Silbersee
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron


I
WALKA O FARMĘ BUTLERA.

Wczesnym rankiem obudzono obrońców farmy. Dzień letni zapowiadał się ciepły, a nawet gorący. W miłem świetle porannem budynek, przedstawiający się wczoraj tak posępnie, teraz wyglądał zupełnie inaczej. Urządzony dla wielkiej liczby mieszkańców, zbudowany był z palonej cegły. Był długi i głęboki i składał się z parteru oraz piętra z płaskim dachem. Okna miał bardzo wysokie, lecz tak wąskie, że człowiek nie mógłby się przez nie przecisnąć. Ta ostrożność nie wadziła w okolicy, przez którą przebiegali często rozbójniczy Indjanie. Zdarza się tam, lub przynajmniej zdarzało często, że taka samotna farma musiała bronić się przez wiele dni przed czerwonymi opryszkami.
Niemniej przezornie zbudowano wielkie i obszerne podwórze, otoczone murem „adobesowym“, zaopatrzonym w strzelnicę. Pomiędzy otworami umieszczono szerokie ławy murowane, na których można było stanąć, gdyby wypadło strzelać poza mur.
Nieopodal domu szumiała przepływająca rzeka, której bród przebyto wczoraj. Można go było wygodnie ostrzeliwać z poza muru, a w nocy na rozkaz Old Firehanda zamknięto przejście przez niego zapomocą zasieków. Za drugi i to bardzo potrzebny środek ostrożności uznał Old Firehand to, aby również jeszcze w nocy zagnać trzody Butlera na pastwiska najbliższego sąsiada. Potem wysłano posłańca w kierunku fortu Dodge, aby ostrzec przed trampami obu braci Butlerów w razie, gdyby już znajdowali się w drodze powrotnej. —
Old Firehand wyprowadził towarzyszy na dach, skąd rozciągał się bardzo daleki widok — od wschodu i północy na falistą prerję, skąpaną w trawie, — od południa i zachodu na obszerne i dobrze uprawne pola, obsiane kukurydzą i zbożem.
— Kiedy nadejdą oczekiwani Indjanie? — zapytał Droll.
— Według wczorajszej rachuby wodza, mogą się tu zjawić wkrótce, — odpowiedział Firehand.
— Na to nie liczę. Ci czerwoni muszą się najpierw zebrać, może nawet zdaleka; nie wyruszają nigdy na wyprawy wojenne, zanim nie uczynią zadość swym starym obyczajom. Będziemy mogli się cieszyć, jeśli przybędą tu na południe. Wtedy jednak mogą i trampi znajdować się w pobliżu. Co do mnie, to nie mam zbyt wielkiego zaufania do tych Szeyennów i Arapahoesów.
— Ja także nie, — zgodził się Bill. — Oba te szczepy są bardzo nieliczne i od długiego czasu nie miały w rękach toporów wojennych. Nie możemy się zdać na nich; również silnych sąsiadów niema, musimy więc przygotować się na długie oblężenie.
— Nie mamy potrzeby łamać sobie nad tem głowy, bo w piwnicach znajdują się wszelkie zapasy żywności, — oświadczył Old Firehand.
— Ale woda, która przecież jest rzeczą główną! — dodał Droll. — Kiedy trampi staną pod murem, nie będziemy mogli dostać się do rzeki, aby zaczerpnąć wody!
— Co też jest niepotrzebne. W jednej z piwnic znajduje się studnia, dostarczająca wyśmienitej wody ludziom, a zwierzętom dostarczy jej kanał.
— Czy aby jest jaki?
— Tak. Wszystko tu zostało urządzone i przystosowane na wypadek walki. Poza domem możecie zauważyć spuszczane drewniane drzwi. Jeśli je otworzycie, zobaczycie schody, prowadzące do sklepionego kanału, który tam nazewnątrz łączy się z rzeką.
— Czy głęboki?
— Wysokości wzrostu ludzkiego; woda sięga prawie do piersi.
— Czy ujście do rzeki ma otwarte?
— O, nie! Wróg nie powinien go zauważyć i dlatego odpowiednia przestrzeń na brzegu została gęsto zasadzona krzakami i pnączami.
Droll nie miał właściwie żadnego zdeklarowanego planu w głowie, kiedy tak dokładnie wypytywał o ów kanał, jednakże wiadomość ta miała mu się później nadzwyczajnie przydać.
Stoły, stołki i ławki, przy których posilano się wczoraj, przeniesiono na podwórze, aby śniadanie spożyć na świeżem powietrzu. Potem zgromadzono wszelką znajdującą się w domu broń i zapasy amunicji.
Oid Firehand usiadł z żoną i siostrą Butlera na terasie domu i patrzył ku południowi, skąd musieli nadejść oczekiwani niecierpliwie Indjanie. Wreszcie, a było już południe, zbliżył się długi szereg czerwonych, idących gęsiego jeden za drugim; byli to oczekiwani; na czele ich jechał konno „Wielkie Słońce“.
Kiedy przechodzili przez bramę, Old Firehand naliczył przeszło dwustu ludzi. Niestety, rzeczywiście dobrze uzbrojonych było tylko niewielu. Większość nie miała nawet koni, a ci, którzy je posiadali, wzbraniali się wziąć je ze sobą; — woleli raczej sami odnieść ranę lub dać się zastrzelić, byle nie utracić zwierząt.
Old Firehand podzielił tych, niegdyś tak dumnych, a teraz znikczemniałych czerwonych na dwa oddziały: mniejszy miał pozostać na farmie, a reszta pod przewodnictwem wodza Osagów stanęła na granicy pastwisk sąsiada, na które spędzono trzody. Ludzie ci powinni byli odeprzeć ewentualnie napad trampów, gdyby ci próbowali tam wpaść. Aby ich zachęcić do baczności i odwagi, wyznaczono nagrodę za każdego zabitego trampa.
W murach farmy znajdowało się teraz pięćdziesięciu z górą Indjan, dwudziestu rafterów i czterech westmanów. Wobec wielkiej liczby trampów była to z pewnością garstka, ale jeden westman czy rafter mógł stanąć za wielu trampów, a osłony, jaką dawał dom i mur, również nie należało lekceważyć. Wielkiem szczęściem było to, że mistress Butler patrzyła niebezpieczeństwu w oczy z dostatecznym spokojem. Nie myślała przez narzekanie oziębiać otuchy obrońców, owszem, przyrzekła im odpowiednią nagrodę za wierność i odwagę. Było mianowicie około dwudziestu parobków, umiejących obchodzić się z bronią, i Old Firehand mógł teraz śmiało na nich liczyć. —

Kiedy poczyniono wszystkie przygotowania, powrócił słynny westman z damami i Anglikiem na górną terasę, i, trzymając w ręce olbrzymią lornetę lorda, badał pilnie tę część horyzontu, skąd powinni byli pojawić się trampi. Po długiem nadaremnem oczekiwaniu ujrzał wkońcu trzy postacie, które poruszały się w kierunku farmy, nie konno, lecz pieszo.
— Może to wywiadowcy, wysłani naprzód, — rzekł Old Firehand. — Zażądają pewnie, aby ich wpuszczono.
— O taką zuchwałość nie posądzam ich, — zauważył lord.
— Czemu nie? Wysyłają trzech drabów, których tu nikt nie zna. Ci zaś wejdą pod jakimkolwiek pozorem; któżby mógł im coś zarzucić? — Zejdźmy na piętro, aby nas nie widzieli. Będziemy ich obserwować jednak przez okno przy pomocy lornety. —
Konie znajdowały się poza domem tak, że nie można ich było dostrzec. Również wszyscy obrońcy musieli się ukryć, bo trzej trampi powinni byli nabrać przekonania, że dom jest bez dostatecznej obrony.
Trampi przeszli przez bród, zamknięty zasiekami, z trudem i pozornem ździwieniem; zbliżali się powoli, a Old Firehand dostrzegłszy, że jeden podniósł drugiego, aby ten mógł przez otwory strzelnicze spojrzeć w podwórze, szybko zszedł nadół. W tej chwili pociągnięto za dzwonek. Myśliwy podszedł ku bramie i zapytał, kto i dlaczego się dobija.
— Czy farmer w domu? — zapytał jakiś głos.
— Nie, wyjechał — odpowiedział westman.
— Chcieliśmy prosić o robotę. Czy nie potrzeba pastucha lub parobka?
— Nie!
— To prosimy przynajmniej o trochę pożywienia. Idziemy zdaleka i jesteśmy głodni. Proszę, wpuście nas!
Słowa te wypowiedział bardzo płaczliwym głosem. Na całym zachodzie nie znajdzie się farmera, któryby głodnego odpędził. U wszystkich ludów pierwotnych i we wszystkich okolicach, gdzie niema hoteli ani zajazdów, panuje zwyczaj przestrzegania gościnności; tak jest i na dalekim Zachodzie. Wpuszczono więc tych ludzi, a kiedy zaryglowano zpowrotem bramę, wskazano im siedzenia, znajdujące się zboku domu. To jednak zdawało się nie być po ich myśli. Wprawdzie starali się o pozory szczerości, ale nie mogło ujść uwagi, że przyglądali się bystro i badawczo domowi i jego otoczeniu. Jeden odezwał się:
— Jesteśmi biednymi i skromnymi ludźmi i nie chcemy się naprzykrzać. Pozwólcie nam pozostać przy bramie, gdzie będziemy mieli więcej cienia niż tam. Przyniesiemy stół tu sobie.
Zgodzono się na tę prośbę, chociaż krył się w niej podstęp; chcieli pozostać przy bramie, aby ją otworzyć swym towarzyszom. — Przynieśli stół i kilka stołków, a służąca podała im obfitą przekąskę. Teraz po tej stronie domu nie było widać żywej duszy, bo wszyscy, usunęli się, nawet służąca. Rzekomi robotnicy byli z tej okoliczności bardzo radzi, jak to poznały bystre oczy Old Firehanda z ich min i gestów, które towarzyszyły cichej rozmowie. Po jakimś czasie jeden wstał i podszedł ku najbliższemu otworowi w murze, przez który wyjrzał nazewnątrz.
Old Firehand stanął tymczasem przy oknie i przez lunetę obserwował okolicę, z której mieli nadejść trampi. I rzeczywiście, nagle zoddali wynurzył się potężny oddział jeźdźców, galopujących ku farmie. Widać było, że znajdują się wśród nich ludzie znający okolicę, bo jechali wprost na bród. Dotarłszy do niego, spostrzegli, że jest zamknięty zasiekami; zatrzymali więc się, aby zbadać to miejsce. Teraz nadszedł dla Old Firehanda czas działania. Kiedy skierował się ku bramie, właśnie znowu jeden ze szpiegów stał przy otworze i wyglądał ku swym towarzyszom. Spostrzegłszy, że go na tem przydybano, przeraził się i cofnął szybko.
— Co tu robisz? Co masz do roboty przy strzelnicy? — zapytał go Old Firehand ostro.
Zapytany spojrzał z zakłopotaniem na olbrzyma i odpowiedział:
— Ja — — ja chciałem — ja chciałem zobaczyć, dokąd się teraz mamy udać.
— Nie kłam! Drogę swoją znacie dobrze. Prowadzi nad rzekę do ludzi, którzy się tam znajdują.
— O jakich ludziach mówicie, sir? — zapytał drab z udanem ździwieniem. — Nie zauważyłem nikogo.
— Nie zadawaj sobie trudu udawania; to zbyteczne. Należycie do trampów z Osage-nook, którzy chcą na nas napaść, i zostaliście przez nich wysłani, aby otworzyć im od wewnątrz bramę. Stąd też usiedliście tak blisko niej.
— Sir! — wrzasnął drab, sięgając do kieszeni.
Ale Old Firehand chwycił w tej chwili rewolwer i odezwał się groźnie:
— Pozostaw w spokoju ukrytą broń! Skoro ją tylko ujrzę, pociągnę za kurek. Wasze przybycie tutaj było zuchwalstwem; mógłbym was kazać ująć i pociągnąć do odpowiedzialności, ale jesteście tak mało niebezpieczni, że pozwolę wam odejść. Wynoście się i powiedzcie tej hołocie, że każdemu, kto przejdzie przez rzekę, wpakuję kulę w łeb. Teraz skończyliśmy ze sobą. Zabierajcie się stąd!
Po tych słowach otworzył bramę. Draby milczeli, widząc rewolwer skierowany ku sobie. Kiedy jednak znaleźli się poza bramą i zasunięto na nowo zasuwy, roześmieli się szyderczo:
— Głupcze! Dlaczego pozwoliłeś nam odejść? Policz tylko, ilu nas jest! Z twoimi kilkoma ludźmi sprawa będzie krótka. W ciągu kwadransa będziecie wisieć! —
Old Firehand dał umówiony znak; niewidoczni dotąd obrońcy wyszli z poza domu i zajęli stanowiska przy otworach, aby wraz z myśliwym obserwować poruszenia napastników.
Wypędzeni szpiedzy, dotarłszy do brzegu rzeki, krzyczeli coś do stojących po drugiej stronie, czego jednak z murów nie można było zrozumieć. Potem trampi pojechali kawałek wzdłuż rzeki i, próbując stamtąd przepłynąć na drugi brzeg, wpędzili konie do wody.
— Weźcie szpiegów na siebie, aby nie uszli zemsty, — zawołał Old Firehand do Czarnego Toma, Blentera, i Humpiy — Billa, stojących blisko niego. — Ja celuję do dwóch pierwszych, którzy wyjdą na brzeg. Po mnie strzelają Uncle, Droll, lord i inni kolejno tak, jak stoją. Każdy więc będzie miał przed sobą oznaczony cel; niechaj dwu z nas nie mierzy do tego samego. Unikajmy wszelkiego marnowania amunicji!
— Dobrze! — odpowiedział Humply-Bill. — Ja już mam jednego przed lufą.
A jego przyjaciel, Gunstik-uncle, dodał:
— Skoro który przejdzie rzekę, — wraz na kulę go nawlekę, — pokolei w nich celuję — i do piekła ekspediuję.
Właśnie pierwszy jeździec dotarł do brzegu, a za nim szedł drugi. Na miejscu, gdzie mieli wyjść na brzeg, stali rzekomi robotnicy. Old Firehand dał znak i prawie równocześnie huknęło pięć strzałów: obaj jeźdźcy spadli z koni; obok nich legli na ziemi trzej szpiedzy. Trampi, wydawszy okrzyk wściekłości, poczęli się cisnąć naprzód, aby dosięgnąć brzegu; jeden drugiego pchał ku zgubie, bo skoro tylko jaki koń stanął na suchej ziemi, natychmiast kula któregoś z obrońców farmy wyrzucała jeźdźca z siodła. W ciągu zaledwie dwu minut po brzegu biegało ze trzydzieści koni bez jeźdźców.
Takiego przyjęcia trampi się nie spodziewali. Wiadomość, jakiej im szpiedzy udzielili, była pomyślna. Na farmie znajdowało się śmiesznie mało obrońców. A teraz z poza murów padał strzał za strzałem i żadna kula nie chybiła! Wycie wściekłości zamieniło się w okrzyki trwogi; wśród zamętu jednak dał się słyszeć rozkazujący głos, poczem wszyscy znajdujący się w wodzie jeźdźcy zawrócili konie, aby się dostać na drugi brzeg.
— Odparci! — odezwał się Missouri-Blenter. — Ciekawy jestem, co teraz zrobią?
— Spróbują przepłynąć przez rzekę w innem miejscu, poza doniosłością naszych strzałów, — odpowiedział Old Firehand.
— A potem?
— Potem? To się nie da powiedzieć. Jeśli wezmą się mądrze do rzeczy, to będziemy mieli ciężką sprawę.
— A co uważacie za mądre?
— Nie powinni zbliżać się gromadnie, lecz rozprószyć luzem. Jeśli zejdą z koni i zbliżą się pędem ze wszystkich stron ku murom, szukając za niemi osłony, to będziemy za słabi, aby ich odeprzeć, gdyż musielibyśmy się rozdzielić na cztery fronty. Gdyby wtedy zebrali się nagle w jednym punkcie, to mogliby nawet przedostać się przez mur.
— To prawda, ale wielu z nich zostałoby sprzątniętych. My naturalnie znaleźlibyśmy się wobec nich także prawie bez osłony.
— Pshaw! To mię nie przeraża! Czekajmy co zrobią.
Zdawało się, że tymczasem trampi powzięli jakiś plan; cała ich gromada ruszyła w górę rzeki, a więc ku północy, poza obręb strzałów, padających z farmy. Tam przeszli na drugi brzeg, gdzie utworzyli gęstą ciżbę, której front zwrócony był ku bramie w murze. Dotychczas obrońcy znajdowali się po stronie wschodniej, teraz jednak Old Firehand zawołał głośno:
— Wszyscy co tchu na stronę północną! Trampi chcą uderzyć na bramę.
— Nie mogą przecież przedostać się przez nią, — odparł Blenter.
— Nie; ale gdyby do niej dotarli to mogliby z siodeł tak szybko przeleźć przez bramę i mury, że łatwoby nas zgnietli tu w podwórzu.
— Przedtem jednak wieluby z nich padło!
— Lecz jeszcze więcejby pozostało! Nie strzelajcie, aż dam rozkaz; a wtedy wszyscy razem w sam środek tej kupy!
Szybko obsadzono północną część muru. Obrońcy stali częścią przy otworach strzelniczych, a częścią na podwyższeniach pomiędzy niemi. Ostatni pochylili się, aby ich nacierający nie zobaczyli za wcześnie.
Oddział ruszył galopem wprost ku bramie. Dopiero kiedy trampi znaleźli się w odległości najwyżej osiemdziesięciu kroków od niej, Old Firehand dał rozkaz; strzały huknęły...
Zdawało się, jakby trampów, w pełnym galopie, wstrzymała lina pociągnięta wpoprzek. Utworzyli dziki kłąb, którego nie mogli dość szybko rozerwać. Stąd obrońcy farmy mieli czas powtórnie naładować i strzelali teraz w tą bezwładną masę nie salwami, lecz bez komendy i nieustannie. To rozgromiło trampów do ostatka, rozbiegli się, pozostawiając zabitych i rannych. Konie, puszczone luzem, biegły instynktownie ku farmie, gdzie otwarto bramę, aby je wpuścić. Kiedy później trampi próbowali zabrać ranionych, nie przeszkadzano im, bo był to akt miłosierdzia. Rannych przeniesiono, jak widać było z farmy, ku odległej grupie drzew, aby im tam przewiązać rany, o ile na to okoliczności pozwalały.
Tymczasem nadeszło południe i dzielnym obrońcom rozdano żywność i napój. Wkrótce ujrzano, że trampi, pozostawiwszy ranionych pod drzewami, oddalili się; odjechali w kierunku zachodnim.
— Co to, odchodzą? — zapytał Humply-Bill. — Otrzymali dobrą nauczkę i zrobiliby najmądrzej, gdyby sobie wzięli ją do serca.
— Ani im to w głowie, — odpowiedział ciotka Droll. Gdyby rzeczywiście poniechali swego zamiaru, to zabraliby rannych. Ja sądzę, że przypomnieli sobie teraz o trzodach, należących do farmy. Spójrzcie na dach! Tam stoi Old Firehand z lunetą w ręce. Obserwuje on drabów i myślę, że wkrótce otrzymamy rozkaz pójścia z pomocą pastuchom i Indjanom.
Przypuszczenie ciołki okazało się słusznem, bo nagle Old Firehand zawołał:
— Siodłać szybko konie! Te draby zdążają na południe; spotkają się teraz z Wielkiem Słońcem i jego ludźmi.
Nie upłynęło pięć minut, gdy konie stały gotowe i wszyscy dosiedli ich z wyjątkiem kilku parobków, którzy mieli pozostać w farmie i w razie potrzeby otworzyć szybko bramę. Z Old Firehandem na czele, jeźdźcy, skręciwszy za najbliższym węgłem domu, skierowali się na południe.
Teraz nie widać już było trampów gołem okiem, ale Old Firehand wziął ze sobą lunetę, aby ich obserwować. Dzięki temu mógł oddział, niewidzialny dla trampów, jechać równolegle z nimi. Po kwadransie Firehand zatrzymał się, bo trampi również stanęli. Dotarli do granicy posiadłości sąsiada, gdzie zobaczyli nie tylko pasące się tam zwierzęta, ale również i zbrojnych obrońców.
Old Firehand badał kępy zarośli, rosnące na łące, szukając zasłony. Ukryty za niemi zbliżył się ze swymi ludźmi ku miejscu, gdzie przypuszczalnie miało nastąpić starcie. Potem jeźdźcy zeskoczyli z koni i skłonieni wpół przemknęli się dalej, aż do obszernej grupy krzaków, ku którym prawdopodobnie trampi w czasie walki musieli się zbliżyć. Z miejsca tego widać było nawet nieuzbrojonem okiem zarówno napastników, jak i obrońców.
Obecność Indjan zaskoczyła trampów. Ogarnęło ich zdumienie. Wkrótce jednak spostrzegli, że Indjanie uzbrojeni są niedostatecznie, bo nie mają broni palnej, i to ich uspokoiło. Przywódcy odbyli krótką naradę, a potem wydano rozkaz do napadu. Po sposobie przeprowadzenia tegoż można było zaraz poznać, że nie mają zamiaru zabawiać się długo walką na odległość, lecz chcą poprostu stratować kopytami czerwonych. W zwartym szeregu i wśród groźnych okrzyków jeźdźcy rzucili się wprost na nich.
Teraz okazało się, że Wielkie Słońce w zupełności dorósł swego zadania. Wydał głośny rozkaz, wskutek którego jego ludzie, stojący dotąd gęsto obok siebie, rozprószyli się tak, że o stratowaniu nie mogło być mowy. Zrozumieli to trampi, bo wykonali zwrot, chcąc dostać się na prawe skrzydło Indjan, aby je potem zepchnąć na lewe. Lecz wódz Osagów przewidział ten zamiar i znowu zabrzmiał jego donośny głos. Indjanie krzyknęli, utworzyli na chwilę splątany pozornie kłąb, a potem rozbiegli się znowu. Stanowisko ich zmieniło się teraz zupełnie; przedtem stali w linji idącej ze wschodu na zachód, teraz zaś uszykowali się od południa na północ. Osaga nakazał zmianę frontu nie dlatego, iżby wiedział o bliskości sprzymierzeńców, lecz by jak napadnięty bizun nastawić wrogowi nie odsłonięty bok, ale uzbrojone silnemi rogami czoło. Ta kunsztowna zmiana miała jeszcze ten nieoczekiwany przez niego skutek, że rozbójnicy znaleźli się teraz nagle między Indjanami, a ukrytymi poza zaroślami białymi. Trampi widząc, że zamiar ich został udaremniony, zatrzymali się; było to nieostrożnością, którą surowo opłacili. Okazało się, że pomylili się co do doniosłości broni Indjan. — Tę przerwę wyzyskał Osaga; wydał okrzyk, po którym jego ludzie skoczyli szybko naprzód i nagle zatrzymawszy się, wypuścili strzały, poczem cofnęli się równie szybko. Pociski dosięgły celu; wielu padło trupem, a jeszcze więcej było rannych, zarówno jeźdźców, jak koni. Te poczęły się wspinać, chcąc pójść w rozsypkę i zaledwie można je było uspokoić. Wywołało to zamieszanie, z którego skorzystał Old Firehand:
— Teraz zaczynamy! — zawołał. — Ale strzelajcie tylko do tych drabów, a nie do koni!
Ludzie jego znaleźli się na tyłach nieprzyjaciela; nagle huknęły strzały; kule trafiły w gromadę trampów, którzy ze strachu wrzasnęli.
— Uciekać! — ryknął wśród nich jakiś głos. — Jesteśmy otoczeni! Przerwać linię czerwonych!
Rozkazu tego posłuchano natychmiast. Trampi, porzuciwszy zabitych i ciężko rannych, rzucili się na Indjan, którzy chętnie zrobili im przejście, podniósłszy za nimi triumfalne wycie.
— Ale wyrywają! — śmiał się stary Blenter. — Ci więcej nie wrócą. Czy wiecie, kto był ten, co wzywał do ucieczki?
— Naturalnie! — odpowiedział Tom. — Głos ten znam dokładnie. To rudy kornel, którego widocznie djabli wzięli w obronę przed naszemi kulami. Czy pójdziemy za tymi hultajami, sir?
Old Firehand, do którego pytanie było skierowane, odpowiedział:
— Nie. Jesteśmy za słabi na to, aby podjąć z nimi walkę. Może zresztą domyślą się, iż pierwotnie nie znajdowaliśmy się tutaj, lecz, że przyszliśmy z farmy na pomoc czerwonym. W tym wypadku jest bardzo prawdopodobnem, że zawrócą, aby się wedrzeć do farmy w czasie naszej nieobecności. Musimy więc czemprędzej powracać.
— A co się stanie z rannymi trampami i z rozproszonemi końmi?
— Musimy je pozostawić Indjanom. Nie traćmy teraz czasu, lecz szybko do koni!
Powiewając kapeluszami i rzucając Indianom gromkie „hurra“, na które ci odpowiedzieli przeraźliwym okrzykiem zwycięskim, dosiedli obrońcy koni i wrócili do farmy. Old Firehand udał się natychmiast na płaski dach domu, aby przy pomocy lornety zlustrować okolicę.
Zastał tam mrs. Butler, pogrążoną w trosce. Jakże wielka była jej radość, gdy dowiedziała się, że napad odparto.
— Więc jesteśmy uratowani? — zapytała, odetchnąwszy z widoczną ulgą. — Ponieważ trampi ponieśli tak ciężkie straty, to można chyba się spodziewać, że odeszła ich ochota do dalszych zakusów.
— Może, — odpowiedział zamyślony myśliwy.
— Tylko może?
— Niestety! Na stada wprawdzie nie ważą się więcej napaść, bo sądzą, że strzegą ich nie tylko Indjanie, lecz także dostateczna ilość białych. Inaczej jednak ma się sprawa z farmą. Te draby zrozumią naturalnie, że za dnia nie mogą nic wskórać, jednak mogą uważać za możliwe wtargnięcie tu pod osłoną ciemności. W każdym razie musimy być przygotowani na napad nocny. Możliwe, że...
Przerwał, bo patrząc ciągle jeszcze przez lornetę, skierował ją właśnie w stronę północną.
— Co się stało? — zapytała mrs. Blenter. — Dlaczego nie kończycie, sir? Dlaczego zrobiliście nagle tak pełną wątpliwości minę?
Ten patrzył jaszcze chwilę przez lornetę, a potem spuścił ją i odpowiedział spokojnie:
— Nic takiego, coby nas mogło przejmować szczególną obawą, mylady. Możecie spokojnie zejść nadół, aby podać ludziom jaki napój.
Odeszła uspokojona; kiedy jednak znikła, rzekł myśliwy do lorda, który właśnie ukazał się na platformie ze swą olbrzymią perspektywą:
— Mam słuszny powód do tego, aby teraz usunąć tę kobietę. Weźcie mylordzie, swą lornetę do ręki i spójrzcie wprost na zachód! Kogo tam widzicie?
Lord posłuchał wezwania, a potem odpowiedział:
— Trampi. Widzę ich dokładnie. Nadchodzą więc.
— Czy rzeczywiście nadchodzą?
— Naturalnie, a cóżby mieli czynić?
— Zdaje się, że moje szkła są lepsze od waszych, chociaż o wiele mniejsze. Czy widzicie, że trampi są w ruchu?
— Nie. Oni stoją.
— A twarze dokąd mają zwrócone?
— Ku północy.
— Więc zwróćcie lornetę w tym kierunku! Może zobaczycie wtedy, dlaczego draby stanęli.
— Well, sir! Zobaczę... Tam jedzie trzech ludzi, nie spostrzegając trampów.
— Jeźdźcy? Rzeczywiście?
— Yes! Lecz nie! zdaje się, że jest z nimi jakaś lady. Słusznie. To dama. Widzę jej długą amazonkę i powiewający welon.
— A czy wiecie, kim są ci troje?
— Nie. Jakże mógłbym o tem wiedzieć!... Heighho, to chyba nie...
— Owszem, — skinął Old Firehand. — To farmer i jego brat z córką. Posłaniec, którego wysłaliśmy dla ostrzeżenia, nie spotkał się z nimi.
Lord złożył swą lornetę i zawołał:
— Musimy szybko wsiąść na konie i popędzić ku nim, inaczej wpadną trampom w ręce!
Chciał odejść, ale myśliwy wstrzymał go:
— Pozostańcie, sir, i nie podnoście hałasu! Kobiety nie powinny się teraz o tem dowiedzieć. Nie możemy tamtych ostrzec, ani im pomóc, bo już za późno. Patrzcie! patrzcie!
Lord, przyłożywszy znowu lornetę do oka, ujrzał, że trampi ruszyli z miejsca galopem naprzeciw owych ludzi.
— All devils! — zawołał. — Zabiją ich!
— Ani się śni! Jaką korzyść może im przynieść śmierć tych trzech osób? Żadnej. Jeśli zaś pozostawią ich przy życiu jako zakładników, to mogą wymusić na nas ustępstwa. Patrzcie! Już się stało! Otoczono ich. Nie mogliśmy temu zapobiec.
— Well, to słusznie, sir, — odpowiedział lord. — Ale czy rzeczywiście pozwolimy im wymusić jakiekolwiek ustępstwa? Właściwie musielibyśmy się wstydzić, wdając się choćby tylko w rokowania z tymi ludźmi.
Old Firehand wzruszył ramionami w szczególny sposób; na ustach jego pojawił się lekki uśmiech, kiedy odpowiedział:
— Pozostawcie to mnie, sir! Nie uczyniłem nigdy niczego, czegobym musiał się wstydzić. Jeśli wam mówię, że tym trzem osobom, które tam właśnie pochwycono, nie grozi żadne niebezpieczeństwo, to możecie mi wierzyć. Mimo to jednak, proszę was, nie dajcie poznać kobietom, co się stało!
— Czy nikt więcej nie ma o tem wiedzieć?
— Powiemy to tylko najbliższym, aby przynajmniej oni wiedzieli, jak sprawy stoją. Jeśli się zechcecie tego podjąć, to zejdźcie teraz do nich, ale niech tego dalej nie rozgłaszają. Ja będę nadal obserwował tych włóczęgów.
Lord zszedł na dziedziniec; Old Firehand zaś zwrócił swą uwagę znowu na trampów, którzy, wziąwszy jeńców w środek, ruszyli ku wspomnianej grupie drzew i tam zsiadłszy z koni, rozbili obóz. Myśliwy widział, że zawiązała się między nimi bardzo ożywiona rozmowa czy też narada, i domyślał się, co było jej przedmiotem. Myśli te przerwał mu Droll, który wyszedłszy z wielkim pośpiechem na terasę, zapytał w języku niemieckim:
— Czy to prawda, co nam lord powiedział? Obaj Butlerzy dostali się do niewoli, a z nimi i panienka?
— Rzeczywiście tak jest, — przytaknął Old Firehand.
— Ktoby pomyślał! Teraz trampi są pewni, że wygrali sprawę; pewnie tu przyjdą i będą stawiać ciężkie warunki. A my? Co na to odpowiemy?
— No, a cobyście radzili? — zapytał Old Firehand, spojrzawszy badawczo a wesoło na Drolla.
—I wy jeszcze pytacie! — odparł tamten. — Na nic się nie zgódźmy. A może chcecie im nawet okup złożyć?
— Czyż nie jesteśmy do tego zmuszeni?
— Nie, stanowczo nie, i jeszcze raz nie! Te draby nie mogą nic zrobić. Co? Może mogą jeńców zabić? To im nie przyjdzie do głowy, bo wtedy musieliby się obawiać naszej zemsty. Wprawdzie będą nam tem grozić, lecz my w to nie wierzmy i wyśmiejmy ich poprostu.
— Ale nawet gdyby wasze przypuszczenie było słusznem, musimy mieć wzgląd na jeńców, których położenie jest z pewnością bardzo przykre. Chociażby nawet oszczędzili ich życie, to z pewnością nie poskąpią żadnej możliwej przykrości, a nadto przydadzą im gróźb.
— To im zapewne nie zaszkodzi i muszą się z tem pogodzić. Dlaczego wleźli tak nieostrożnie w pułapkę? Posłuży im to za przestrogę na przyszłość, a zresztą niewola ich wnet się skończy. Przecież my tu jesteśmy i chybaby djabli się w to wdali, gdybyśmy nie znaleźli sposobu wyciągnięcia ich z tego potrzasku, jeśli to potrzebne.
— Jak mamy się do tego zabrać? Czy macie jaki plan?
— Nie, jeszcze nie; nie potrzeba go nawet. Najpierw musimy zaczekać, co się dalej stanie, a potem dopiero możemy działać. Ja nie mam żadnej obawy, przynajmniej o siebie, bo znam się dobrze. Kiedy nadejdzie stosowna chwila, z pewnością przyjdzie mi dobra myśl do głowy. Wy i ja podejmowaliśmy już zupełnie inne sprawy. Nie mamy kiełbi w głowie. Ja myślę, że... Stój! — przerwał nagle. — Patrzcie! teraz nadchodzą. Dwa draby i to prosto ku domowi. Powiewają chustkami w paluchach, abyśmy widzieli, że należy ich respektować jako parlamentarjuszy. Czy będziecie z nimi mówić?
— Naturalnie! Ze względu na jeńców muszę wiedzieć, czego od nas żądają. Chodźcie!
Zeszli na dziedziniec. Wysłańcy stanęli za doniosłością strzałów i powiewali chustkami. Old Firehand otworzył bramę, wyszedł i dał znak, aby podeszli. Tamci, zbliżywszy się, pozdrowili go uprzejmie; widać jednak było, że zadają sobie wiele trudu, aby okazać pewność siebie.
— Sir, przychodzimy jako wysłańcy, — odezwał się jeden — aby przedstawić wam nasze żądania.
— Tak?! — odpowiedział myśliwy z ironją. — Odkąd to zające prerjowe odważają się przychodzić do grizly’ego, aby mu wydawać rozkazy?
Porównanie, którego użył, było niezłe. Stał przed nimi tak wysoki, szeroki i potężny, a z oczu jego strzelało tak groźne spojrzenie, że mimowoli cofnęli się o krok.
— My nie jesteśmy zającami, sir! — oświadczył mówca.
— Nie? A więc chyba tchórzliwemi wilkami prerjowemi, które zadowalają się padliną? Podajecie się za parlamentarjuszy? Jesteście rozbójnikami, złodziejami i mordercami, którzy stanęli poza prawem i do których każdy uczciwy człowiek może strzelać, jeśli mu się podoba!
— Sir, — przerwał tramp — musimy się przed takiemi obrażającemi słowami...
— Milcz, łotrze! — zagrzmiał Old Firehand. — Pozwoliłem wam zbliżyć się tutaj tylko w tym celu, aby się przekonać, do jakiego stopnia zuchwałości może się taka hołota posunąć. Macie słuchać, co powiem. Jeśli jeszcze wykrztusicie jedno słowo, któreby mi się nie podobało, to grzmotnę wami natychmiast o ziemię. Czy wiecie, kim jestem?
— Nie, — odpowiedział pokornie przerażony drab.
— Nazywają mię Old Firehandem. Powtórzcie to tym, którzy was wysłali; będą oni wiedzieć, że nie jestem człowiekiem, z którym można głupstwa robić; musieli to już dziś odczuć i wiedzą o tem. A teraz krótko, jakie macie zlecenie?
— Mamy wam donieść, że farmer ze swym bratem i bratanicą wpadli w nasze ręce.
— Wiem już o tem!
— Te trzy osoby umrą...
— Pshaw! — przerwał mu myśliwy.
— ... gdybyście nie zgodzili się na nasze warunki — ciągnął dalej parlamentarjusz — i nie wydali nam farmy. Jeśli nie posłuchacie, to jeńcy zostaną w waszych oczach powieszeni.
— Owszem, zróbcie tak! Jest tu na farmie i dla was dość stryczków.
Tego tramp się nie spodziewał. Wiedział dobrze, że nie odważą się wykonać swej groźby. Spojrzał więc zakłopotany ku ziemi, a potem niepewnie powiedział:
— Pomyślcie tylko, trzy życia ludzkie!
— Myślę o tem bardzo dobrze! A teraz precz stąd, bo zginiecie!
Wyciągnął rewolwer. Obaj trampi cofnęli się szybko, lecz jeden z nich odważył się w pewnem oddaleniu przystanąć i zapytał:
— Czy możemy powrócić, jeśli otrzymamy inne polecenie?
— Nie! Tylko rudy kornel będzie mógł ze mną mówić, ale nie dłużej nad jedną minutę.
— Czy przyrzekacie mu wolną drogę powrotu do nas?
— Tak, o ile mnie nie obrazi.
— Pawiemy mu to.
Popędzili tak prędko, że widać było ich uciechę, iż mogli oddalić się z przed oblicza słynnego myśliwca. Firehand nie wrócił na dziedziniec, lecz ruszył z pod bramy w kierunku trampów, a doszedłszy do połowy odległości, usiadł na kamieniu, oczekując na rudego kornela; — przypuszczał, że ten nieomieszka przyjść.
Wkrótce okazało się, że nie myliły go przypuszczenia. Koło, utworzone przez trampów, otworzyło się i powoli zbliżył się do niego kornel, a wykonawszy ukłon, który mimo wielkiego wysiłku wypadł bardzo niezgrabnie, odezwał się:
— Good day, sir! Żądaliście rozmowy ze mną?
— Nic o tem nie wiem, — odpowiedział westman. — Powiedziałem tylko, że z nikim innym nie będę rozmawiał; najprzyjemniej jednak byłoby mi, gdybyście wy także nie pokazywali się.
— Master, używacie bardzo dumnego tonu!
— Mam do tego słuszne powody. Wam jednak nie radziłbym tego samego.
Spojrzeli sobie oko w oko; pierwszy spuścił oczy kornel i odpowiedział, z trudem hamując gniew:
— Stoimy wobec siebie zupełnie narówni!
— Trampi wobec uczciwego westmana, zwyciężony przed zwycięzcą... Czy to nazywacie równością?
— Jeszcze nie jestem pokonany. Tylko w naszych rękach leży odwrócić ten stosunek.
— Spróbujcie! — zaśmiał się wzgardliwie Old Firehand.
To rozgniewało trampa i odpowiedział:
— Wystarczyło nam tylko wykorzystać waszą nie-
ostrożność!
— Ach? jakże to? Jaką nieostrożność popełniłem?
— Tę, ze oddaliliście się aż tu z farmy. Gdybyśmy zechcieli, wpadlibyście w nasze ręce. Niezwyciężonym, za jakiego chcecie uchodzić, jeszcze długo nie będziecie. Znajdujecie się w środku pomiędzy nami a farmą i potrzeba tylko, aby kilku naszych dosiadło koni, by odciąć wam powrót, a bylibyście naszym jeńcem.
— Czy rzeczywiście tak myślicie?
— Tak. Choćbyście byli najlepszym biegaczem, to koń biega prędzej od was; na to się chyba zgodzicie. Otoczonoby was, zanimbyście dosięgli domu.
— Wasze obliczenie zgadza się z wyjątkiem jednego punktu. Nie wzięliście pod uwagę tego, ze ci, którzyby mię chcieli schwytać, musieliby wejść w obręb strzałów moich ludzi, a ci zmietliby ich poprostu. Ale nie o tem mamy mówić.
— Nie, nie o tem, sir! Przyszedłem, aby wam dać sposobność uratowania życia trojga ludzi.
— Toście się niepotrzebnie trudzili, bo życiu tych ludzi nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
— Nie? — zapytał kornel, uśmiechając się szyderczo. — To się mocno mylicie, sir. Jeśli nie zgodzicie się na nasze żądania, to ich powiesimy.
— Ja wam już kazałem powiedzieć, że wy wszyscy wisielibyście wówczas.
— Śmieszne! Czy liczyliście, ilu nas jest?
— Bardzo dobrze, ale czy wiecie może również, jaką ilość ludzi mogę ja wam przeciwstawić?
— Bardzo dokładnie!
— Pshaw! Nie mogliście nas przecież policzyć.
— To zbyteczne. Wiemy, ilu parobków znajduje się zwykle na farmie Butlera; teraz także nie będzie ich więcej. Do nich doliczyć należy co najwyżej rafterów, których przyprowadziliście z nad Black-bear-river.
Spojrzał zukosa z oczekiwaniem na myśliwego, gdyż rzeczywiście był w niepewności, ilu ludzi ma tenże do rozporządzenia. Old Firehand jednak zrobił wzgardliwy gest ręką i odpowiedział:
— Policzcie waszych zabitych i rannych, a potem powiedzcie, czy tych kilku rafterów mogłoby tego dokazać. Poza tem widzieliście moich Indjan, a także innych białych, którzy zajęli wam tyły.
— Innych białych? — zaśmiał się tramp. — To nie byli inni, ale właśnie tylko rafterzy. Przyznaję chętnie, żeście nas tem podeszli. Przyszliście z farmy na pomoc Indjanom; domyśliłem się tego niestety za późno. Powinniśmy byli natychmiast wrócić na farmę, a wtedy wpadłaby w nasze ręce. Nie, sir, liczbą nas nie przerazicie. Jeśli zabijemy jeńców, nie będziecie mogli ich pomścić.
Znowu kornel rzucił przyczajone spojrzenie na Old Firehanda; ten wzruszył lekceważąco ramionami i odrzekł:
— Nie spierajmy się! Nawet gdybyśmy liczyli tak mało ludzi, jak to błędnie przyjmujecie, to i tak wyżej stoimy od was. Trampi, trampi, cóż to za ludzie? Leniwi robotnicy, włóczęgi, wagabundy! Tam zaś wewnątrz za murami znajdują się najsławniejsi myśliwi i skouci Dzikiego Zachodu. Każdy z nich może wziąć na siebie przynajmniej dziesięciu trampów. Gdyby nas było tylko dwudziestu westmanów, a wy poważylibyście się zabić jeńców, to następowalibyśmy wam tygodniami, a nawet miesiącami na pięty, ażbyśmy was wytępili do ostatniego. O tem wiecie bardzo dobrze i dlatego będziecie się strzegli, tym trzem osobom zagiąć chociażby jeden włos na głowie.
Słowa te wypowiedział tonem tak groźnym i pewnym, że kornel spuścił oczy ku ziemi; wiedział bowiem, że myśliwy jest człowiekiem, który słowa swe umie wprowadzić w czyn. Był już nieraz świadkiem, że jeden odważny człowiek ścigał całą bandę, aby na niej wywrzeć zemstę, i że wszyscy pokolei legli od jego niechybiającej strzelby. A jeśli po kim można się było spodziewać, że pójdzie za tym przykładem, to był nim właśnie Old Firehand. Jednakże tramp wystrzegał się to przyznać; podniósłszy oczy, wbił je szyderczo w twarz myśliwego i rzekł:
— Zaczekajmy! Gdybyście byli tak pewni swego, to nie stalibyście tutaj; tylko troska o jeńców mogła was przygnać.
— Nie plećcie takich głupstw! Okazałem gotowość do rozmowy z wami, i tylko z wami, nie z obawy o nich, lecz by jeszcze raz wryć sobie dokładnie w pamięć waszą twarz i głos. Taki był powód. Teraz siedzicie w mej pamięci tak pewnie, że nie rozłączymy się więcej. Skończyliśmy ze sobą.
— Jeszcze nie, sir! Uczynię wam nową propozycję, a mianowicie: wyrzekniemy się obsadzenia farmy.
— Ach! Co za łuskał A co dalej?
— Wydacie nasze konie, któreście pochwytali, nadto dostarczycie nam potrzebnej ilości bydła, abymyśmy mogli przygotować sobie żywność, a w końcu wypłacicie nam dwadzieścia tysięcy dolarów; tyle chyba znajdziecie na farmie.
— Tylko tyle? Nic więcej? Bardzo pięknie. A co nam za to ofiarujecie?
— My wypuścimy jeńców i odejdziemy, jeśli nam dacie słowo honoru, że wstrzymacie się na przyszłość od wszelkich kroków nieprzyjacielskich wobec któregokolwiek z nas. Teraz wiecie, czego chcę, i proszę o wasze rozstrzygnięcie. Niepotrzebnie gadaliśmy tak długo.
Powiedział to takim tonem, jakby miał największe prawo moralne do takich żądań. Old Firehand wyciągnął rewolwer i odpowiedział nie gniewnie, lecz bardzo spokojnie i z nieopisanie wzgardliwym uśmiechem:
— Tak, dosyć już napletliście i dlatego wynoście się stąd w tej chwili, inaczej dostaniecie kulą w łeb!
— Jak? Czy to...
— Precz w tej chwili! — przerwał myśliwy podniesionym głosem i skierował ku niemu lufę rewolwery. — Raz... dwa...
Tramp wolał nie czekać na „trzy“; obrócił się i, rzuciwszy przekleństwo, odszedł szybko. Myśliwy patrzył za nim, by być pewnym, że tramp nie strzeli do niego ztyłu; potem powrócił do farmy. Firehand złożył swym ludziom krótkie sprawozdanie z tej osobliwej rozmowy.
— Postąpiliście bardzo słusznie, sir, — oświadczył lord. — Takim łajdakom nie należy bezwarunkowo robić ładnych ustępstw. Oni czują trwogę i będą się strzegli porwać na jeńców. Jak myślicie, co teraz zrobią?
— Hm! — odpowiedział zapytany. — Słońce już zachodzi. Przypuszczam, że będą czekać, aż zrobi się ciemno, aby jeszcze raz podjąć próbę, czy nie uda się im przeleźć przez mur. Nie uda się, to zawsze jeszcze pozostaną jeńcy dla dalszych prób wymuszenia...
— Czyżby rzeczywiście mieli się odważyć na atak?
— Prawdopodobnie. Wiedzą o tem, że liczbą przewyższają nas kilkakrotnie. Musimy się przygotować do obrony. Przezorność nakazuje obserwować ich dokładnie. Skoro zapadnie zmrok, kilku musi wyjść za mury, aby się do nich podkraść i zawiadomić mię o każdym ich ruchu. —
Słońce dosięgło tymczasem horyzontu, a promienie jego, spływające na szeroką równinę jak płynne złoto, oświeciły grupę trampów w ten sposób, że z fermy można było dokładnie rozpoznać każdego z nich. Nie czynili żadnych przygotowań ani do odjazdu, ani celem rozbicia obozu. Można było stąd wnosić, że nie myślą opuszczać okolicy, lecz że i tam, gdzie się teraz znajdowali, nie zamierzają pozostać.
Old Firehand nakazał naznosić w cztery kąty dziedzińca drwa i węgla, a nadto kilka beczek z naftą. Kiedy zrobiło się zupełni ciemno wysłał ciotkę Droll, Humply-Billa i Gunstick-uncle’a na zwiady; żeby zaś na wypadek śpiesznego powrotu nie musieli czekać na otwarcie bramy, umocowano w kilku miejscach do muru silne lassa i spuszczono nazewnątrz, aby po nich mogli się szybko wspiąć i dostać na podwórze. Potem szczapy drzewa umoczone w nafcie zapalono i wyrzucono poza mur, a kiedy dodano węgla, zapłonęły na rogach cztery ogniska, które oświetliły zewnętrzną stronę muru i teren, leżący przed nim, tak jasno, że łatwo było zauważyć zbliżenie się nawet pojedynczego trampa. Płomień podsycano ciągle z murów, przyczem nie trzeba było wystawiać się na kule wrogów.
Minęła z górą godzina i zdawało się, że nic się nazewnątrz nie porusza. Wtem nadszedł, przelazłszy przez mur, Gunstick-uncle, a wyszukawszy Old Firehanda zawiadomił go w swój oryginalny sposób:
— Trampi drzewa opuścili, — gdzieindziej się rozłożyli.
— Spodziewałem się tego. — Ale gdzie? — zapytał myśliwy, śmiejąc się z rymów. — Zapytany wskazał na róg mury na prawo od bramy i odpowiedział z niezwruszoną powagą:
— Między krzaki ponad rzeką; — właśnie teraz się tam wleką.
— Odważyli się tak blisko podejść? Przecież słyszelibyśmy ich konie?
— Te na prerję odpędzono — i wśród trawy umieszczono; — lecz ja miejsce to poznałem, — choć lampy z sobą nie miałem.
— A gdzie są Bill i Droll?
— Ci się za nimi skradają — i łotrzyków podglądają.
— Pięknie! Muszę znać dokładnie to miejsce, gdzie leżą trampi. Bądźcie więc tak dobrzy i udajcie się zpowrotem do tamtych dwóch. Kiedy się draby na stałe ułożą, proszę mi o tem donieść; myślą zapewne, że mądrze zrobili, ale wpadli właśnie w pułapkę, którą należy nam tytko zamknąć.
Uncle oddalił się, a lord, który przysłuchiwał się tej rozmowie, zapytał Old Firehanda, jaką pułapkę ma na myśli. Ten odparł:
— Nieprzyjaciel znajduje się nad rzeką; poza sobą ma wodę, zprzodu mur; jeśli trampów zamkniemy z pozostałych dwóch stron, to mamy ich w potrzasku.
— Zupełnie słusznie! Ale jak dokonacie tego zamknięcia?
— Każę sprowadzić Indjan; podkradną się ku nam od południa, my zaś, znajdujący się tutaj, uderzymy od północy.
— A mury pozostawicie bez osłony?
— Nie, zostaną parobcy i ci wystarczą. Naturalnie źlebyśmy na tem wyszli, gdyby trampi wpadli na to, aby uderzyć na mury; ale nie spodziewam się po nich takiej przebiegłości. Nie domyślą się, że jesteśmy tak zuchwali i że porzuciliśmy ten punkt obronny. Każę się także wywiedzieć, gdzie są ich konie, gdyż z pewnością nie będzie trudno pokonać tych kilku strażników, jakich przy nich pozostawili. Kiedy dostaniemy w ręce konie, draby znajdą się w rozpaczliwej sytuacji, bo będziemy mogli za dnia ścigać każdego, który nam dziś wieczór ujdzie. —
Teraz Czarny Tom i stary Blenter poszli poszukać koni. Następnie wysłano dwu parobków, znających dobrze okolicę, do wodza Osagów, aby mu zanieść dokładne wskazówki.
Przeszedł dość długi czas, zanim parobcy powrócili; — znalazłszy Indjan, przyprowadzili ich ze sobą; ci leżeli w odległości zaledwie kilkuset kroków od trampów nad rzeką i byli gotowi uderzyć na odgłos pierwszego strzału. Wkońcu powrócił także Droll z Billem i Uncle’em
— Wszyscy trzej? — zapytał Old Firehand z wyrzutem. — Powinien był przynajmniej jeden pozostać.
— Nie wiem dlaczego, jeśli to potrzebne, — odpowiedział DroII.
— Naturalnie, aby obserwować trampów!
— To zbyteczne! Wiem, jak sprawy stoją., bo podkradałem się tak blisko nich, że mogłem ich dokładnie słyszeć. Złoszczą się straszliwie na nasze ogniska, które uniemożliwiają im napad, i chcą zaczekać, aż zabraknie nam drzewa i węgli; są przekonani, że po kilku godzinach wyczerpie się nam zapas, bo farmer nie mógł być naturalnie przygotowanym na tak wielkie zużycie paliwa. Potem chcą zacząć.
— To bardzo korzystne dla nas, bo zyskamy czas na zamknięcie pułapki.
— Jakiej pułapki?
Old Firehand wyjaśnił mu, jaki miał plan.
— To wspaniałe! Hi hi hi — śmiał się Droll półgłosem, jak to zwykł był czynić, gdy go co wprawiło w dobry humor. — To musi się udać i uda się napewno. Te draby mianowicie są przekonani, że sądzimy, iż oni znajdują się jeszcze ciągle pod drzewami. — Ale, sir, trzeba przytem pomyśleć o czemś, co ma wielkie znaczenie,
— O czem?
— O położeniu jeńców. Boję się, że ich zabiją, skoro tylko rozpoczną się kroki nieprzyjacielskie.
— Czy sądzicie, że ja nie zastanawiałem się także nad tem? Podkradniemy się tam, a trzej z nas będą mieli obowiązek czuwać nad obu Butlerami i młodą damą, skoro tylko zaczniemy walkę. Czy ich związano?
— Tak, ale nie mocno.
— No, to musi się ich szybko uwolnić z więzów, a potem...
— A potem z nimi do wody — przerwał szybko Droll.
— Do wody? — zapytał Old Firehand zdumiony.
— Tak, do wody; hi hi hi hi to będzie najlepszy figiel, jaki można wypłatać. Co za miny zrobią trampi! A jak sobie będą suszyć głowy! — Uprowadzimy im jeńców jeszcze przed napadem!
— Czy uważacie to za możliwe?
—Nie tylko za możliwe, ale nawet za bardzo potrzebne. W czasie walki byłoby trudno czuwać nad bezpieczeństwem jeńców; musimy ich więc już poprzednio usunąć z niebezpiecznego miejsca. A to wcale nie jest trudne.
—Nie? No, jak sobie to wyobrażacie? Wiem, że z was szczwany lis.
— Do tego nie potrzeba wielkiej mądrości. Dziwię się, żeście sami na to jeszcze nie wpadli. Pomyślcie tylko o kanale, który z dziedzińca, tam ztyłu domu, prowadzi do rzeki! Ciągnie się pod ziemią i trampi nie mają pojęcia o jego istnieniu. Poczołgałem się obok nich aż nad rzekę i mimo ciemności, po kamieniach wrzuconych w wodę dla utworzenia niewielkiej tamy, doprowadzającej wodę do kanału, znalazłem miejsce, gdzie się ten kończy. I pomyślcie, messurs, właśnie przy ujściu kanału, trampi rozbili obóz. Utworzyli na brzegu półkole, w którego wnętrzu znajdują się jeńcy. Draby sądzą, że w ten sposób mają ich pewnie w rękach, a to właśnie umożliwi nam ich uprowadzenie.
— Ach, zaczynam pojmować, — powiedział Old Firehand. — Chcecie zejść z podwórza do kanału i dostać się nim do rzeki?
— Tak. — Naturalnie, nie sam; musi ze mną pójść jeszcze dwu innych, aby na każdego jeńca wypadł jeden z nas.
— Hm! Ta myśl jest rzeczywiście wyśmienita. Musimy się zaraz przekonać, czy można kanału użyć do przejścia.
Old Firehand, zapytawszy o to kilku parobków, dowiedział się ku swej radości, że kanał jest wolny od mułu, a powietrze ma wcale dobre; można było przez niego przejść i, co było szczególnie szczęśliwą okolicznością, u ujścia ukryto małą łódź, mogącą pomieścić troje ludzi; ta łódka była tam zawsze ukryta, aby jej nie skradli Indjanie, lub jacy obcy.
Plan chytrej „ciotki“ omówiono dokładnie i zgodzono się na to, że wykonać go mają Droll, Humply-Bill i Gunstick-uncle. — Wkrótce powrócili Blenter i Tom; przeszukali miejscowość w dość znacznym promieniu, ale koni, niestety, nie znaleźli. Trampi byli na tyle przezorni, że odprowadzili je możliwie najdalej od farmy. —
Droll, Bill i Uncle ściągnęli z siebie wierzchnią odzież i zeszli z latarnią do kanału. Gdy okazało się, że woda sięga im tylko do piersi, karabiny wzięli na ramiona, a noże, rewolwery i worki z prochem uwiązali u szyi. Przodem szedł długi Gunstick-uncle z latarnią. Kiedy zniknęli w otworze kanału, Old Firehand wyruszył także ze swymi ludźmi. Bramę przymknięto zlekka, aby w razie potrzeby móc ją łatwo otworzyć; na straży pozostał jeden z parobków z poleceniem natychmiastowego zamknięcia bramy, gdyby się trampi zbliżyli. Inni parobcy, a także i dziewki, stanęli przy murze od strony rzeki, gotowi w miarę sił odeprzeć ewentualny napad. —
Rafterzy pod wodzą Old Firehanda zatoczyli najpierw łuk ku północy, aby usunąć się z pod światła ogniska; potem, kiedy dosięgli rzeki, wrócili, czołgając się brzegiem ku południowi, w pobliże trampów. Old Firehand poczołgał się sam jeszcze dalej, aż jego bystre oczy mimo ciemności dostrzegły półkole, utworzone przez obozujących włóczęgów; wiedząc teraz, dokąd skierować napad, powrócił do swych ludzi, aby czekać na znak, umówiony z dzielną trójką, która wybrała się celem oswobodzenia jeńców. —
Ci przebrnęli tymczasem przez kanał. Niedaleko ujścia, jeszcze wewnątrz kanału, znajdowała się mała łódka, przyczepiona do żelaznego haka; w jej wnętrzu leżały dwa wiosła. Uncle zgasił latarnię i powiesił ją na haku; Droll kazał dwu innym, aby na niego czekali, bo chciał najpierw się rozejrzeć. Minęło więcej niż kwadrans, zanim powrócił.
— No? — zapytał Humply-Bill z ciekawością.
— Nie było to łatwe zadanie, — odpowiedział „ciotka“. — Woda nam nie będzie przeszkadzać, bo zewnątrz także nie jest głębsza, niż tutaj; ale ciemności, panujące między krzakami i drzewami, dały mi się we znaki. Wprost nie było nic widać i musiałem sobie pomagać rękami.
— Chyba widać dość wyraźnie, jeśli się patrzy pod światło naszego ogniska?
— Tak, ale nie z wody, tylko z brzegu, bo powierzchnia wody leży niżej. A więc trampi siedzą w półkolu, którego średnicę stanowi rzeka, wewnątrz zaś niego, niedaleko od wody, znajdują się jeńcy. Siedzi przy nich na straży jeden tramp, który ich bacznie pilnuje, Musimy go sprzątnąć; nie będzie wielkiej szkody, gdy tego draba nie stanie!
— Macie więc jaki plan?
— Tak. Jeńcy nie muszą wchodzić do wody, bo łódkę podprowadzimy aż na miejsce.
— To zobaczą nas, bo zarysy łódki będą się odbijać od błyszczących fal.
— Macie go z blaskiem! Po wczorajszym deszczu woda jest tak mętna, że zwłaszcza pod drzewami na brzegu nie można jej odróżnić od lądu. Podprowadzimy więc tam łódkę i przywiążemy ją; wy pozostaniecie przy niej we wodzie; ja pójdę sam na brzeg, aby poczęstować nożem strażnika i jeńców uwolnić z więzów; potem przyprowadzę ich do was; popłyną oni do kanału, gdzie będą bezpieczni, a my usadowimy się zupełnie spokojnie na miejscu, które zajmowali jeńcy. Wtedy damy znak, krzyk sępa, i zaraz zacznie się taniec. Zgoda?
— Well, nie można lepiej zrobić.
— A wy, uncle?
— Pięknie wasz plan obmyślony — i pięknie będzie spełniony, — odpowiedział zapytany w swój poetyczny sposób.
— Pięknie! A więc naprzód!
Odwiązawszy łódkę, wypchnęli ją z kanału na rzekę. Droll sterował. Posuwali się tuż przy brzegu, powoli i ostrożnie, dopóki Droll nie kazał stanąć; zauważyli, że przywiązał łódkę przy brzegu.
— Jesteśmy na miejscu, — szepnął do nich. — Teraz czekać, aż wrócę!
Brzeg nie był tu wysoki i Droll cicho poczołgał się wgórę. Po drugiej stronie zarośli gorzał, przy dwu rogach muru, ogień, wskutek czego przedmioty odcinały się tak, że łatwo je było rozpoznać. W odległości najwyżej dziesięciu kroków od brzegu siedziały cztery osoby; byli to jeńcy ze swym strażnikiem. Dalej widział mały człowiek trampów, spoczywających we wszystkich możliwych pozycjach. Nie odkładając karabinu poczołgał się dalej, aż znalazł się poza strażnikiem; dopiero teraz położył strzelbę, a chwycił za nóż. Tramp musiał umrzeć tak, aby nie mógł wydać żadnego głosu. Droll podciągnął pod siebie kolana, zerwał się szybko, pochwycił owego człowieka lewą ręką ztyłu silnie za gardło, a prawą wbił mu ostrze tak sprawnie i dokładnie w plecy, że przeszło przez serce. Potem opuściwszy się znowu szybko, pociągnął trampa na ziemię obok siebie. Odbyło się to tak błyskawicznie, że jeńcy niczego nie spostrzegli. Dopiero po pewnym czasie odezwała się dziewczynka:
— Pa’a! Nasz strażnik odszedł!
— Naprawdę? Ach, tak! dziwi mię to; ale siedźcie spokojnie; naturalnie chce nas wystawić na próbę.
— Cicho, cicho, — szepnął im Droll. — Nikt nie powinien słyszeć. Strażnik leży zakłuty w trawie; ja przyszedłem, aby was ratować.
— Ratować? Heavensl Niemożliwe! Wy sami jesteście strażnikiem!
— Nie, sir. Ja jestem waszym przyjacielem. Znacie mnie z Arkanzas. Jestem Droll, którego nazywają „ciotką“.
— Mój Boże! Czy to prawda?
— Ciszej, ciszej, sir! Old Firehand jest także tutaj; również Czarny Tom i wielu innych. Trampi chcą złupić farmę; ale myśmy ich odparli. Widzieliśmy, jak was pochwycili, i ja z dwoma dzielnymi chłopcami podkradłem się, aby was stąd uprowadzić. A jeżeli mi nie ufacie, bo nie możecie widzieć mojej twarzy, to dowiodę wam prawdziwości moich słów przez to, że was rozwiążę. Podajcie mi wasze więzy!
Kilka cięć nożem i trzej jeńcy mogli znowu swobodnie używać swych rąk i nóg.
— Teraz pocichu nadół do czółna, — szepnął Droll. — Przyszliśmy przez kanał i mamy łódkę. Wy wsiądźcie do niej z małą miss, — schronicie się do kanału, który przecież znacie, — i czekajcie, aż tu się taniec skończy.
— Taniec? Jaki taniec?
— Ten właśnie ma się zacząć. Tu po tej stronie trampi mają rzekę, a naprzeciw mur, to znaczy dwie przeszkody, których nie będą mogli przebić. Na prawo od nas znajduje się Old Firehand z pewną liczbą rafterów i myśliwych, a tam na lewo czeka na mój znak do ataku wódz Osagów Wielkie Słońce z gromadą czerwonych.
— Ach, tak się rzecz ma! A my mamy w łódce schronić się w bezpieczne miejsce? Czy rzeczywiście myślicie, że mój brat i ja jesteśmy takimi tchórzami i będziemy siedzieć z założonemi rękami, gdy tymczasem inni będą narażać dla nas swe życie? Nie, sir, mylicie się!
— Hm! pięknie! Miło mi to słyszeć! Będziemy mieć dwu ludzi więcej. Ale mała miss nie może pozostać tutaj, bo kule będą latać.
— Naturalnie. Bądźcie tak dobrzy i zawieźcie ją do kanału. Ale co będzie z bronią? Czy nie możecie nam pożyczyć przynajmniej rewolweru lub noża?
— To zbyteczne, sir. Tego, co mamy, potrzebujemy sami; ale tu leży strażnik, którego broń wystarczy dla jednego z was. Dla drugiego postaram się o nią, bo podkradnę się do jakiego trampa, aby mu... Pst! Cicho! Właśnie ktoś nadchodzi. To pewnie jakiś dowódca chce się przekonać, czy jesteście dobrze strzeżeni. Pozwólcie mi działać!
Pod światło można było dojrzeć człowieka, obchodzącego stanowiska trampów dla przekonania się, czy wszystko jest w porządku. Nadszedł on powoli, a stanąwszy przed jeńcami, zapytał:
— Hej, Collins! Czy zaszło co nowego?
— Nie! — odpowiedział Droll, którego tamten uważał za strażnika.
— Well! Trzymaj oczy otwarte! Idzie o twoją głowę, gdybyś nie uważał. Zrozumiano?
— Yes! Moja głowa siedzi z pewnością lepiej na karku, niż twoja. Uważaj na siebie!
Droll użył umyślnie tych groźnych słów i wypowiedział je również umyślnie niezmienionym głosem; chciał, aby drab nachylił się ku niemu. Celu tego dopiął. Tramp zbliżył się o krok, pochylił głowę i zapytał:
— Co ci przyszło do głowy? Jak to myślisz? Czyj to głos? Czy ty nie jesteś Collinsem, którego ja...
Nie dokończył, bo Droll pochwycił go za kark obu rękami jak w kleszcze, przyciągnął zupełnie ku sobie i ścisnął mu gardło. Usłyszano krótkie kopanie nogami, a potem ucichło; Droll odezwał się szeptem:
— Tak, ten także przyniósł swoją broń; to bardzo uprzejmie z jego strony.
— Czy trzymacie go mocno? — zapytał farmer.
— Jak możecie nawet pytać o to! Wszak zdmuchnięty! Bierzcie jego broń i wszystko, co ma przy sobie. Ja tymczasem zaprowadzę małą miss do łódki.
Droll podniósł się napół, ujął Ellen Butler za rękę i poprowadził ją ku wodzie, gdzie czekających nań towarzyszy zawiadomił o tem, co zaszło. Bill i Uncle przewieźli dziewczynkę do kanału, gdzie przywiązali mocno łódkę, potem pobrnęli zpowrotem, aby się połączyć z Drollem i obu Butlerami. Ci uzbroili się tymczasem w broń obu trampów. —
— Teraz możemy zaczynać — rzekła „ciotka“. — Te draby przyjdą naturalnie tutaj, aby zabezpieczyć sobie jeńców; to mogłoby być dla nas niebezpieczne. Aby tego uniknąć, poczołgajmy się naprzód nieco dalej wgórę — na prawo.
Po tych słowach ruszyli ostrożnie brzegiem rzeki, dopóki nie znaleźli stosownego miejsca. Tam podnieśli się i każdy stanął za drzewem, używając go jako osłony. Znajdowali się w zupełnej ciemności; widzieli przed sobą trampów dość dokładnie, tak, że mogli do nich dobrze mierzyć. Teraz Droll przyłożył dłoń do ust i zakrakał krótko a ospale, jakby jaki ptak drapieżny, zbudzony na chwilę ze snu. Ten głos tak zwykły na prerji nie mógł zwrócić na siebie uwagi trampów; to też nie zważali na niego, nawet kiedy powtórzył się raz drugi i trzeci. Przez kilka sekund panowała głęboka cisza, potem dał się nagle słyszeć rozkaz Old Firehanda, wypowiedziany donośnym głosem:
— Naprzód! Ognia!
Z prawej strony zagrzechotały strzelby rafterów, którzy podkradli się tak blisko, że każdy z nich mógł wziąć innego człowieka na cel. Potem zabrzmiał na lewo przeraźliwy, ścinający krew w żyłach okrzyk wojenny Indjan, którzy wyrzuciwszy na trampów chmurę strzał, rzucili się na nich z tomahawkami.
— Teraz my! — rozkazał Droll. — Najpierw kulami w nich, potem kolbami.
Wówczas rozegrała się dzika scena, prawdziwie amerykańska. Trampi czuli się zupełnie bezpieczni tak, że ten nagły napad przejął ich największem przerażeniem. To też zrazu niezdolni do oporu zbili się w gromadę jak zające, nad któremi zawisły szpony orła; potem, kiedy napastnicy znaleźli się między nimi i zaczęli ich obrabiać kolbami, tomahawkami, rewolwerami i nożami, zniknęło ich chwilowe osłupienie i poczęli się bronić. Nie byli jednak w stanie policzyć przeciwników; stąd gromada ich w ciemnościach nocy, słabo tylko rozświecanych blaskiem ognia, wydawała się im dwa i trzy razy większą, niż była rzeczywiście. To zwiększyło ich obawę i ucieczka wydała im się jedynym środkiem ratunku.
— Precz, precz! Do koni! — krzyczał, a raczej ryczał jakiś głos.
— To kornel! — zawołał Droll. — Rzućcie się na niego; nie dajcie mu ujść!
Sam pośpieszył w stronę, skąd ten głos dochodził; inni poszli za nim, ale daremnie. Rudy kornel był na tyle przebiegły, że natychmiast skrył się w zaroślach. Czołgał się jak wąż od krzaka do krzaka, pozostając ustawicznie w cieniu, tak, że nie można go było dojrzeć. Zwycięzcy zadawali sobie dużo trudu, aby możliwie niewielu trampom pozwolić uciec, ale liczba ich była tak wielką, że, gdy wreszcie ochłonęli z przerażenia, łatwo udało im się przebić ławą. Zwrócili się ku północy.
— Dalej za nimi! — krzyknął Old Firehand. — Nie dajcie im odetchnąć!
Chciał razem z trampami dostać się do koni, ale to okazało się niepodobieństwem. Im więcej oddalano się od farmy, tem bardziej zmniejszał się blask płonącego ognia i wkońcu otoczyły ich ciemności tak zwarte, że nie można było rozróżnić swoich od wrogów; to też zdarzało się, że przyjaciele wpadali na siebie. Old Firehand był zmuszony zawołać, aby się zbierano; upłynęło jednak dosyć czasu, zanim się skupili, a to pozwoliło zbiegom tak ich wyprzedzić, że nie mogli już im sprostać. Wprawdzie ścigający pędzili dalej w dotychczasowym kierunku, ale wkrótce usłyszeli szydercze wycie trampów, a liczny i gromki odgłos uciekających koni pouczył ich, że dalszy trud był daremny.
— Zawracać! — rozkazał Old Firehand. — Pozostaje nam jeszcze jedno: przeszkodzić rannym ukryć się, aby potem ujść mogli.
Troska jego okazała się zbyteczną. Indjanie nie brali udziału w pościgu; pożądając skalpów białych wrogów, zatrzymali się i przeszukali dokładnie plac boju i przytykające do niego zarośla, zabijając i skalpując każdego trampa, którego znaleźli jeszcze przy życiu.
Kiedy potem przy świetle ognisk zrachowano trupy, okazało się, że, wliczając zabitych za dnia, przypadały na każdego zwycięzcę po dwie głowy. Straszne żniwo! Mimo to liczba zbiegłych, była tak znaczna, że z ucieczki ich można było jedynie się cieszyć. —
Ellen Butler wyprowadzono naturalnie zaraz z kryjówki. Młode dziewczę nie okazywało strachu; wogóle od chwili dostania się do niewoli zachowywało się nad podziw spokojnie i roztropnie. —
Ponieważ powrotu trampów już się nie obawiano, więc resztę nocy można było poświęcić, przynajmniej jeśli idzie o Indjan, radości z odniesionego zwycięstwa. Otrzymawszy dwa woły, ubili je, pokrajali, i wkrótce rozszedł się z nad ognisk silny zapach pieczonego mięsa. Następnie rozdzielono łupy. Broń zabitych i wszystko, co znaleziono przy nich, pozostawiono czerwonym. Dopiero kiedy dzień nastał, ustała wrzawa i zamilkły objawy radości. Czerwoni okryli się kocami, aby nareszcie zasnąć.

Inaczej zachowali się rafterzy. Szczęściem żaden z nich nie padł: kilku tylko odniosło lekkie rany. Old Firehand zamierzał z brzaskiem dnia ruszyć śladami trampów, aby się dowiedzieć, dokąd się zwrócą. Dlatego położyli się spać, aby oznaczona godzina znalazła ich pokrzepionych i wypoczętych. Rano przekonali się, że ślady prowadzą zpowrotem ku Osage-nook, i poszli tam za nimi; kiedy jednak tam przybyto, miejsce było już puste. Old Firehand zbadał je dokładnie i przekonał się, że tymczasem nadeszły nowe gromady trampów; zbiegowie, połączywszy się z nimi, odjechali bez zwłoki w kierunku północnym, nie przeczuwając, że Old Firehand zna dokładnie cel, do którego teraz zdążali. —






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.