Młynarz z Zarudzia/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Młynarz z Zarudzia
Podtytuł Obrazek wiejski
Wydawca Skład główny w księgarni М. A. Wizbeka
Data wydania 1897
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


MŁYNARZ Z ZARUDZIA
OBRAZEK WIEJSKI
PRZEZ
Klemensa Junoszę.
Klemens Junosza - Młynarz z Zarudzia ornament 005.png
WARSZAWA
Skład główny w księgarni M. A. WIZBEKA,
ulica Szpitalna № 5.
1897.
Дозволено цензурою.
Варшава, 12 Мая 1897 года







W lesistej okolicy, obfitującej w łąki, bagna i wody, leży wioska Zarudzie. Rzeczka wije się za szeregiem chat nizkich, i po łagodnym spadku tocząc swe wody, ginie w ogromnym stawie, zarośniętym po brzegach trzciną i sitowiem.
Rzeczka zowie się „Ruda“, gdyż w pewnych porach roku woda w niej przybiera barwę rdzawo-zrudziałą i ma smak metaliczny, żelazny. Widocznie przypuszczano tu obecność rudy żelaznej, gdy rzeczkę mianem „Rudy“ ochrzczono; wieś nazwano Zarudziem, a w okolicy były ze trzy Rudki, a Wólki: Rudzka, Zarudzka, Rudawa, Rudna, i — ktoby tam spamiętał!!?
Okolica ta, odległa od dróg żelaznych, od świata jakby odcięta, zapadła, wyglądała bardzo smętnie. Szum lasów usposabiał do dumań, a szare mgły, wlokące się nad moczarami, błędne ogniki, migocące nocami, wyobraźnia ludu ubierała w kształty duchów, wiedźm i upiorów... Lud był dość ciemny, ale pracowity — i życie jego upływało spokojnie, cicho, jak woda rzeczki Rudej, bez gwałtownych wstrząśnień, bez szumu.
Ponad brzegiem stawu ciągnęła się dróżka, z kolejami, wyrzniętemi głęboko w wilgotnym gruncie, z wybojami, w które zapadały się koła wozów.
Ta drożyna, okrążając staw, dochodziła do wysokiej grobelki, utrzymującej w karbach posłuszeństwa wodę, której kazano młyńskie koła obracać. Wlokły się tędy ze wsi wozy ze zbożem, powracały z mąką, a młyn turkotał ciągle, gdyż w promieniu kilkomilowym nie miał współzawodnika.
Niegdyś, przez długie lata, kiedy jeszcze młyn do dworu należał, mieszkał tu stary młynarz, Walenty, z córką jedynaczką, ślicznej urody dziewczyną. Poczciwy człowiek był, nie oszukał nigdy nikogo, szanowali go ludzie, i byłby zapewne do samej śmierci nie porzucił młyna, ale nieszczęście się stało...
Piękna Kasia jakoś późno wieczorem poszła stawidło zasunąć. Nikt nie wie, jakim sposobem, boć przecie robiła to nieraz, ale czy jej się w głowie zakręciło, czy noga pośliznęła, dość, że padła biedaczka pod koła i śmierć przedwczesną znalazła.
Pochował ją Walenty, ciężko nad stratą swoją zapłakał, a potem do dziedzica poszedł, pokłonił mu się nizko, dzierżawy się wyrzekł i jednego ranka powędrował w świat, nie wiadomo dokąd.
Ludzie, co z Zarudzia na odpust chodzili, widzieli go w Częstochowie i opowiadali, że się jeszcze bardziej postarzał, że mu duża broda urosła, i że ofiarował się pieszo, o kiju żebraczym, aż do Ziemi Świętej wędrować. Tyle o nim wiedziano w Zarudziu.
Dla młynarzów dzierżawa młyna była bardzo ponętną, to też gdy Walenty w świat poszedł, przed dworem aż się roiło od interesantów. Poprzyjeżdżali młynarze z dalszych okolic, żydkowie z miasteczek, targowali, krzyczeli, podkupywali jeden drugiego.
Dziedzic, mając tylu do dzierżawy chętnych, o czas do namysłu poprosił. Tymczasem, gdy się już wszyscy rozjechali, aby po niejakim czasie powrócić i dalej układy poprowadzić, zjawił się jakiś człeczyna obcy, bardzo pokorny, cichy, zbiedzony widocznie długą podróżą, i po rozmowie z dziedzicem wziął młyn w kilkoletnią dzierżawę.
Podobno dał cenę najwyższą, za trzy lata z góry zapłacił, a przytem umiał przemówić do serca dziedzica. Opowiadał, że rodzinę ma bardzo liczną, że z Prus pochodzi, lecz tam musiał sprzedać mizerny kawałek gruntu, gdzie wyżywić się nie mógł. Przyszedł więc tu, aby przytułek jaki znaleźć i spokojnie na kawałek chleba pracować.
Podpisawszy kontrakt, udał się do opuszczonego młyna, który przedtem dokładnie zbadał i obejrzał, i tam rozłożył się na nocleg.
Raniutko, ledwie się widno zrobiło, wstał, zapalił fajkę i, stanąwszy na moście, przypatrywał się okolicy. Widok stąd miał bardzo dobry, gdyż młyn znajdował się w samym środku dość obszernej kotliny, lasami otoczonej dokoła.
Prusak patrzył długo, długo; na wygolonej jego twarzy z żółtemi faworytami malował się wyraz chciwości, nozdrza rozdymały się... a w oczach migał blask.
Oskoma go brała — i nie dziw. Przed oczyma jego ciągnęły się pola szerokie, pokryte nieco płowiejącem już żytem, zwartemi ścianami pszenicy, wąsatym jęczmieniem, owsem kiściastym, a pomiędzy temi pólkami, pociętemi w kawałki, zieleniły się garbate zagony kartofli. Na tych pożądliwy wzrok niemca spoczywał najdłużej...
A łąki!! jakby stworzone dla holenderskich krów, nizkie a dające trawę obfitą, soczystą. A las!! Oh, las! Jakież to pieniądze drzemią w tych sosnach czarnych, wiecznie szumiących, w tych dębach wiekowych...
Niemiec patrzył długo, bardzo długo; potem wydobył z podróżnej torby kawał czarnego chleba, słoniny, trochę wódki, a posiliwszy się, zamknął młyn na kłódkę i, przewiesiwszy torbę przez ramię, udał się gościńcem ku miastu.
Po kilku dniach powrócił, a za nim nadjechała fura żydowska, na której wśród stosu jaskrawych pierzyn i poduszek, siedziała wysoka, jasnowłosa kobieta z małem dzieckiem u piersi, a obok niej trzy dziewczyny podlotki i czterech chłopców.
Cała rodzina rozgospodarowała się zaraz we młynie, kobieta zakrzątnęła się koło komina, dziewczęta pobiegły do ogrodu kartofle podbierać, chłopcy zaś sporządzili sobie wędki i ryby łowić zaczęli.
Przyjechało kilka furmanek ze zbożem. Niemiec żwawo podniósł stawidła i młyn zaturkotał, głusząc obcy szwargot, rozlegający się w izbie.
Nowy młynarz był to człowiek czterdziestu lat najwyżej, średniego wzrostu, jak się już powiedziało, zabiedzony, wychudły, o wązkich, zaciśniętych wargach, rysach twarzy ostrych i oczach przenikliwych a sprytnych.
Nazywał się Fryderyk Bajtel, po polsku umiał zaledwie kilkanaście wyrazów, ale i z tym szczupłym zapasem radzić sobie umiał, połowę pytań milczeniem zbywając, co wyrobiło mu nawet opinję bardzo mądrego człowieka.
Zauważono też, że od czasu do czasu chodził do dworu, gdzie miał jakieś narady z dziedzicem, i że jeździł co tydzień na pocztę, wysyłał listy i dość często różne pisma odbierał.
Na młynarstwie znał się nieźle, i z roboty jego ludzie byli dość kontenci, co jednak nie przeszkadzało im patrzeć na niego z pewnem niedowierzaniem i nieufnością.
Po miesiącu pobytu w Zarudziu, Fryc doskonale obeznał się z miejscowością. Znał wybornie granicę gruntów folwarcznych i włościańskich, wiedział do kogo należy każdy kawałeczek pola lub łączki, jaką ma wartość, jaki dochód przynosi...
W święto, gdy młyn był nieczynny, szwab włóczył się po polach, wszystko plądrował i lustrował.
Nie uszło to uwagi wieśniaków.
Wojciech Gil, najstarszy we wsi gospodarz, człowiek spokojny i dość zamożny, zwrócił pierwszy uwagę na zachowanie się młynarza.
— Słuchajcie-no kumie — mówił do najbliższego swego sąsiada, Michała Muchy — słuchajcie kumie, co ten szwab tak węszy po naszych polach?
— Ot, przykrzy mu się we święto, to łazi; bo i cóż ma robić.
— Ej! nie, nie, mój Michale, to nie to; powiadam wam, że nie; on tu coś zamyśla.
— Jeno wam się tak uwidziało.
— Ale! ze dworu gumienny mówił mi, że on i do dziedzica często przyłazi i gada, i gada; czasem to i przez dwie godziny gadają.
— Ciekawość!!
— Pewnie, że ciekawość; ludzie słyszą, ale kto ich zrozumie?
— Pewnie po niemiecku gadają?
— Juści, boć to i nasz dziedzic nie co, jeno niemiec i dlatego niemca do młyna wpuścił.
— Pewnie; ale ja coś słyszałem, że i dziedzic nie wieczny; on się też pono kręci za kupcami, sprzedać chce.
— Żeby choć kto porządny kupił.
— Dałby Bóg miłosierny! jeno mi się widzi, że tu będzie inaczej...
— Oj, musieliście wy coś słyszeć, mój kumie?!
Wojciech tajemniczą minę zrobił.
— Wiadomo, żem coś słyszał i sam nie wiem, co zrobić... Ja miarkuję, że dziedzic chciałby folwark na kolonje puścić.
— Ale!
— Tak, tak, mój kumie, a jak, czego Boże uchowaj, to się stanie, to my gospodarze przepadniemy ze szczętem. Jeszcze z jednym dziedzicem pół biedy, można jakoś podołać, ale jak się tu cała gromada kolonistów zwali...
— Wiadomo. Ni bydlęciu przejść nie dadzą, ni co.
— A grunta nasze całe pomiędzy rzeką i dworskiem; tedy ja miarkuję, że będzie źle.
Nie dokończył Wojciech, gdy nadbiegł zadyszany wyrostek i krzyknął:
— O rety! tatulu, rety! to się ich najechało do młyna!
— Kogo?
— A juści kogo?! wiadoma rzecz: niemców; tak śwargocą, że aż huczy, jak gdyby się pszczoły roiły.
Wojciech na kuma spojrzał.
— A co? — rzekł — widzicie.
Chłopak dalej ciągnął:
— Takie szwabiska, we spencerkach, z fajkami, insi w surdutach, porozsiadali się pode młynem na grobelce, jak wrony, a młynarzowi jeno się ślepia śmieją, tak do nich cościć przemawia, ręcami macha, jak wiatrak: to tu pokaże, to tam pokaże, i na tatulową łąkę pokazywał, i na las. Tak het pokazuje, a oni jeno łbami kiwają i rechocą, jak żydy: — jo! jo! jo! I młynarka też do nich wylazła i też dogaduje: jo! jo! Postałem trochę na drodze, popatrzyłem, tymczasem oni jeszcze poszwargotali i poszli ścieżką do dworu, jak nieprzymierzając gęsi, a przodem szedł młynarz i precz im pola pokazywał, a jeden to się schylił, wziął grudkę ziemi w gębę i pożarł.
— Do gęby wziął? — zapytał Wojciech zdumiony.
— A jeno! wziął, sprawiedliwie, i pożarł... i drudzy za nim tak samo, jakby jagody zbierali.
— Komedja prawdziwa! — wtrącił Walenty — i na co to im?...
— Pazerność taka. Tedy, powiadasz, Jaśku, że do dworu poszli?...
— A juści, toć patrzyłem swojemi ślepiami; poszli co do jednego, jeno się młynarka koło młyna ostała, a jeszcze coś krzyczała, szwargotała do nich... ale kto ją tam zrozumie?
— Oj kumie! — rzekł Wojciech — nic to dobrego dla nas nie będzie.
— Wola Boga miłosiernego! cóż tu poradzi?
Wojciech się w głowę drapać zaczął.
— Eh!.. poradzić to możeby co i poradził, ale żeby wszyscy za kupą szli. Tylko, że u nas to tak nie bywa, mój kumie; choć na to mówiący, gromada prawie cała będzie za jedno, to znajdzie się drugi i trzeci, co zechce swoim głupim rozumem iść naprzekór.
— Prawda, święta prawda, Wojciechu, że jedna paskudna owca całe stado zarazi; toć to i ksiądz na kazaniu to samo powiada... ale próbowaćby nie wadziło.
— No, juści tak, trzeba jeno wymiarkować, co niemcy we dworze zrobili.
— Ale! wy będziecie miarkowali, a oni tymczasowie targu dobiją.
— Et! nie bójcie się, toć grunt nie bułka za grosz, żeby ją kupić od słowa; a po drugie, że bez kontraktu, bez rejenta, też się nie obejdzie. Trzaby nam z gospodarzami pogadać... Słuchajcie, Walenty! pójdźcie-no wy w jeden koniec wsi, ja w drugi, zwołamy wszystkich, radzić będziem, jak mogąc.
— Ano, niech i tak będzie. Pójdę ja, pójdźcie i wy, nawet ja swego chłopca do Rudki pchnę zaraz po Rocha — to chłop mądry i bogaty, dobrzeby od niego też jakie słowo usłyszeć.




II.

Gdy już ściemniło się i księżyc wypłynął na niebo, oblewając bladawem światłem rzeczkę, staw, pola i lasy, we młynie było bardzo gwarno i wesoło.
Na kominie buchał ogień, a przy nim w ogromnych saganach gotowały się kartofle, któremi młynarka miała swych gości uczęstować.
Fryc siedział przy stole z ołówkiem w ręku i obliczenia jakieś robił, poczem niemcy wydobywali z woreczków pieniądze i kładli je na stole. Zebrała się spora paczka, którą młynarz starannie zawinął w papier i do kieszeni schował.
Gwarno było w izbie. Niemcy rozprawiali głośno, krzyczeli, śmieli się; gospodarz flaszę wódki z szafy wydobył, a ta bardziej jeszcze rozpromieniła twarze. Rozmowa stawała się coraz głośniejszą, wreszcie jeden z nich zaśpiewał, inni wtórować mu zaczęli i przez otwarte okna dźwięki pieśni rozległy się nad cichemi polami. Wiatr niósł je na swych skrzydłach do lasu, gdzie powtarzały się kilkakrotnem echem. Przebudzone ptaki na gałęziach ze zdumieniem słuchały tego chóru...
Niemcy jedli i pili i znowuż śpiewali, a gdy już mieli uciechy do syta i uczuli zmęczenie, pokładli się, gdzie który mógł: we młynie, w stancji po kątach, a niektórzy na świeżem powietrzu, pod gwiaździstem jasnego nieba sklepieniem.
Jeden tylko Fryc nie spał; obliczył raz jeszcze zebrane pieniądze, zawinął je starannie w papier, wsunął do kieszeni i pocichu, nie budząc nikogo, poszedł jeszcze do dworu.
Częstym on gościem tam bywał i wiedział, że dziedzic późno się bardzo spać kładzie i że o interesach najlepiej lubi w nocy rozmawiać.
O tym panu dziedzicu trzeba powiedzieć słów kilka. Niedawno, bo zaledwie od lat kilku przybył w te strony. Osiedlać się, ani gospodarstwu porządnego prowadzić nie myślał; kupił majątek tanio po to, aby sprzedać go drogo i znowuż nowej fortuny na spekulację szukać. Przehandlował on już w ten sposób dziesiątki tysięcy morgów ziemi, a gdzie się tylko pokazał, ciągnęła za nim zaraz rzesza kolonistów niemców, którzy nabywali od niego grunta, karczowali lasy i nowe sobie zakładali siedziby.
Pan Wilhelm Sztern pochodził z Prus, gdzie pracował w jakimś kantorze zbożowym; otrzymawszy w spadku kilka tysięcy talarów, porzucił to stanowisko i przywędrował do naszego kraju szczęścia szukać, i wiodło mu się doskonale. Z początku kupił jakiś mały folwarczek, rozkolonizował go, zarobił trochę grosza; później rzucił się na większe, nareszcie, rozporządzając już groszem pokaźnym, stawiał się na licytacje i co lepsze majątki kupował. Szedł on niby w przedniej straży, a gdzie się tylko zatrzymał, wnet nadbiegała za nim gromada jego ziomków z rodzinami licznemi i budowała kolonje, w których rozlegała się mowa i pieśni niemieckie.
Zarudzie Sztern nabył bardzo tanio na licytacji; konkurentów nie miał, gdyż żydkom, którzy nibyto do kupna przystępować chcieli, dał jakieś odczepne i, postąpiwszy kilkadziesiąt rubli nad szacunek, stał się właścicielem.
Gdy Fryc wszedł do pokoju, pan Sztern wygodnie w fotelu rozparty, paląc fajkę, czytał jakąś gazetę niemiecką, w której znajdował pożądane wieści ze swoich stron rodzinnych.
Zobaczywszy wchodzącego młynarza, odłożył na bok gazetę i spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Fryc, milcząc, wydobył zzanadrza paczkę pieniędzy i położył ją na stole, poczem obaj zaczęli pocichu rozmawiać, spisywali warunki umowy, około północy dopiero rozstali się. Pan dziedzic zamknął pieniądze w żelaznej kasie, a Fryc powrócił do młyna, zbudził chłopców, zboże na kosz zasypał i puścił wodę na koła.
Fryc bardzo mało sypiał; myśl dorobienia się, zebrania grosza, odpędzała sen z jego powiek. On pragnął, żeby młyn i grunt przyległy, i łąki zostały jego własnością.
Gdy dzień się zrobił, niemcy opuścili młynarską siedzibę i powlekli się w stronę miasteczka, a we wsi zrobił się ruch niezwykły.
Chociaż dzień był powszedni, nie brano się jednak do pracy; przed chatami ludzie gromadkami stali i rozmawiali z sobą, spoglądając to w stronę dworu, to na młyn, wymachując żywo rękami.
Wojciech, który najgorliwiej do sąsiadów swoich przemawiał, chcąc się dowiedzieć, jaki miała skutek wczorajsza rozmowa dziedzica z niemcami, udał się do młyna na zwiady, aby Fryca wybadać.
Przyszedłszy, starym zwyczajem Pana Boga pochwalił; niemiec skinął tylko głową i milczał.
— Panie młynarzu — rzekł Wojciech — może byście mi dwa korce żyta zmełli, tobym dziś przywiózł.
— Jo jo.
— To przywieźć, powiadacie?
— Jo!
— A cóż jeno „jo i jo“, czy nie umiecie inaczej mówić?
Niemiec milczał, udając, że nie rozumie, o co jest pytany.
— Cóż to wczoraj tyle ludzi u was było? — zagadnął znowu Wojciech.
— To swoja, wszystko swoja...
— Niby z waszych stron?
— Jo, jo.
— A pocoście z nimi do dworu chodzili?
— Do dworu, do dziedzica, grunt kupić, dużo gruntu kupić!
— Kupili? tak odrazu?
— Jo, jo.
— I las?
— Wszystko kupili! grunt, łąka, las, my teraz będzie dziedzic. Jo, jo.
Wojciech splunął.
— Niedoczekanie wasze — cygany!
— Co wy gadać, co wy gadać? wy stara glupia chlop! My kupić, my dać pieniądz, my tu będzie siać i zbierać. My kolonje zrobić! My pieniądze dać, dużo dać i praca dać, dom stawić, dużo dom, dziesięć, dwadzieścia dom.
Wojciech nie słuchał dalej, odwrócił się i chciał odejść; młynarz pobiegł za nim, wołając:
— Pan Wojciech, pan Wojciech!
— No, co?
— Patrzyć Wojciech, ten wasz ląka wlazić w mój ląka.
— Toć w dworską, nie w waszą!
— Wlaśnie to teraz mój ląka; przedać pan Wojciech swój ląka, ja dać dobry pieniądz pan Wojciech, zaraz dać.
— Idź do starego psa, kartoflarzu! — krzyknął rozgniewany Wojciech. — Widzisz go, jaki mechanik!
Młynarz zaklął strasznie i, rzuciwszy pełne nienawiści spojrzenie, poszedł napowrót do młyna.
Wojciech powrócił do wsi zły, zagniewany, milczący. Gdy go dopytywano, czego się od niemca dowiedział, machnął niechętnie ręką i mruknął przez zęby:
— Zacznie się teraz życie, ale ciężkie; będziemy mieli sąsiadów!!
Wieczorem przyszedł Walenty i jeszcze kilku gospodarzy i udali się z Wojciechem na osobność, do stodoły, gdzie przez długi czas naradzali się, co robić.
Zaraz też Wojciech wóz wyszykował do drogi, szkapinę zaprzągł i obaj z Walentym wybrali się na całą noc. Wzięli z sobą worek obroku i trochę siana dla konia, dla siebie kawał chleba i pojechali.
Szkapina wlokła wózek po wyboistych grobelkach, to po gościńcu piaszczystym; Walenty drzemał na wozie, a Wojciech, fajkę paląc i drogę zważając, rozmyślał.
Ogromnie go to bolało, że niemcy grunt kupują i że wioskę kolonjami dokoła otoczą. Szkoda gruntu, że w obce ręce idzie, i znowu nieprzyjemna rzecz to sąsiedztwo szwabów. Spokoju nie będzie, przejść spokojnie nie dadzą. Będą ciągłe szkody, a ztąd zatargi, kłótnie, sprawy po sądach. Najgorsza rzecz! A tak było cicho i dobrze we wsi, żyli ludzie spokojnie. Bardzo się Wojciech tego nowego sąsiedztwa obawiał i dlatego właśnie do miasta wyprawił się z Walentym, aby jakiej rady poszukać. Wojciechowi zdawało się, że ludzie w mieście mądrzejsi, że się na wszystkiem znają, a osobliwie tacy niby adwokaci, doradcy, niby znawcy prawa.
Najczęściej owi niby adwokaci są to wydrwigrosze, którzy tumanią, obiecują złote góry, aby tylko grosz złapać. Porada ich nie wiele warta, prawie zawsze złe skutki przynosi, ale pomimo tego wieśniak, jak tylko ma kłopot, jedzie do miasteczka, stuka ciężkiemi butami po nierównym bruku, rozgląda się wkoło, patrzy to na gmachy urzędów, to na obwarzanki na żydowskich straganach — i myśli, z którejby strony do takiego piśmiennika przystąpić i gdzie go wynaleźć?
To tylko szczęście, że nasz świat małomiasteczkowy jest tak urządzony, że mądrzy sami szukają głupich, aby im przyjść z radą.
Po co człowiek ma czas tracić, deptać po bruku i nie trafić tam, gdzie pragnie, kiedy dzięki usłużnym faktorom, będzie zaprowadzony do szynku, posadzony z wszelkiemi honorami na ławie, ażeby sobie po podróży odpoczął; pokrzepiony zostanie wódką i przedstawiony takiemu mądrali, który sam o sobie opowiada, że potrafi zrobić z kozła barana i z barana kozła...
Gdy Wojciech z Walentym przybyli do miasta, dzień się już robił. Słońce patrzyło w brudne szybki okienek i przez wycięte w okiennicach serca i półksiężyce zaglądało do stancji żydowskich; szynkarze, przecierając zaspane oczy, otwierali naoścież drzwi szynkowni, a stary, białobrody, zgarbiony sługa bóźniczny trzykrotnem uderzeniem kija w okiennice wzywał nabożnych żydów do modlitwy.
Na rynku było jeszcze pusto, tylko dwie kozy wychudłe zbierały resztki rozsypanego obroku, a nędzne, o zjeżonej sierści psisko węszyło koło jatek.
Wojciech szkapinę swoją rozkiełznał, torbę z obrokiem zawiesił jej na łbie, a Walenty zsiadł z wózka i, poziewając, rozglądał się dokoła.
Jeszcze nie zdążyli dwóch słów z sobą zamienić, gdy z bocznej ulicy przybiegł zadyszany żydek w wytartym chałacie:
— Dzień dobry, panie Wojciechu! dzień dobry! — zawołał, — musieliście chyba całą noc jechać: z Zarudzia porządny kawał drogi!
— A ty skąd wiesz, że ja Wojciech i z Zarudzia?
— Oj, oj, ktoby was nie znał?! taki wielki gospodarz! takiego gospodarza każde dziecko zna. Dlaczego ja was nie mam znać?! I wy mnie także musicie znać, bo ja jestem na cały świat znany. Ja nazywam się Mendel, Mendel Szpak. Słyszeliście wy kiedy o Mendlu Szpaku?!
— Nie.
— Aj waj, panie Wojciechu! wam się chce żartować od samego rana! Jakto, żeby wy nie słyszeli o Mendlu?! To nie może być. Jakto? Pierwszy faktor na cały powiat! Aj waj! co ja gadam na powiat! na całą gubernję! Kto chce zboże sprzedać, dam mu kupca; kto chce pieniędzy pożyczyć, zaraz znajdę takiego bogacza, który ma miękkie serce i wygodzi za bardzo mały procent, za dziesiątkę od rubla tygodniowo.
— Nam nie potrzeba ani bogacza, ani kupca, — odrzekł Wojciech.
— Ja wiem, czego wam niepotrzeba, a co wam potrzeba — to ja też wiem. Od czego ja jestem Mendel? Od tego, żebym wszystko wiedział...
— Nie bajdurz po próżnicy, bo my mamy inny interes na głowie.
— Ja i to wiem, że macie inny interes, żeście naumyślnie przyjechali do miasta z przyczyny tego interesu, żeście, zamiast spać spokojnie w chałupie, wlekli się całą noc po złej drodze.
Walenty spojrzał znacząco na żyda.
— Oj waj! — rzekł, śmiejąc się, Mendel. — Jeszczeście byli na moście, to ja już wiedziałem, że macie interes. Nie dziwujcie się, to jest taka prosta rzecz. Jak chłop jedzie do miasta na targ, to ma na wozie worki, a gdy jedzie do miasta za interesem, to ma na wozie tylko torbę z obrokiem. — Ny, wy macie tylko torbę! Torbę powiesiliście szkapie na łbie, a interes trzymacie w swojej głowie i nie wiecie, co z nim robić; a jak wy jego wyjmiecie ze swojej głowy i wsadzicie do mojej głowy, to zaraz będzie po interesie. Oj, oj! żebym ja miał tyle pieniędzy w kieszeni, co ja już miałem interesów, tobym zapytał, co Kraków kosztuje? Jak myślicie, gospodarze: czy wam kto zapłaci za to, że stoicie na ulicy? Chodźcie do izby; mój szwagier, Symcha Bas, ma pańską izbę! U niego nawet hrabiowie bywają. Wczoraj on sprowadził z Wierzbowa dwie kufy okowity, to ja prawdę powiem, że jeszcze jak żyję takiej okowity nie widziałem! Chodźcie do niego do izby, tam znajdziemy na wszystko sposób. Żeby nawet najgorszy interes, ja wam dam na niego lekarstwo! Tak jest na świecie. Jeżeli was, broń Boże, bok zaboli, jeżeli dostaniecie kolki, to wiecie, że trzeba iść do felczera, do Icka, żeby dał proszki i postawił bańki; — gdy zaś trafi się wam interes, a do tego ciężki, to musicie iść do faktora Mendla, który jest najlepszy doktór od wszystkich trudnych interesów — a jeżeli ten Mendel zaprowadzi was do Symchy, to się zrobi nad waszym interesem konsyljum. No, czy ja źle mówię?!
Walenty w głowę się podrapał.
— A no, Wojciechu! — rzekł — czy tak, czy siak, kieliszek gorzałczyny nie zawadzi, możeby i pójść.
— Mądre słowo powiadacie, gospodarzu! bardzo mądre! weźcie szkapę za grzywę i prowadźcie ją za mną. To niedaleko, zaraz na drugiej ulicy, koło Szmulowego zajazdu.
Mendel raźnie pobiegł naprzód i pierwszy stanął przed szynkiem, do którego wepchnął Wojciecha i Walentego.
Napili się wódki, i usiadłszy na ławie, wyjęli chleb z węzełka i jedli powoli.
Mendel do gospodarza coś po żydowsku powiedział, poczem wybiegł na miasto i niezadługo powrócił w towarzystwie jegomości z czerwonym nosem, obrzękłą twarzą i małemi, bardzo ruchliwemi oczkami.
Ów człowiek miał na sobie brunatny, straszliwie wypłowiały surdut, zielony szalik na szyi, a na głowie zatłuszczoną czapkę z lampasem.
Ujrzawszy tego wycierusa, Walenty i Wojciech powstali z ławy.
— Ny, ny, ja wam mówiłem, że przyprowadzę osobę! jaką osobę! Ten pan dla nikogo w świecie nie przyszedłby do szynku — rzekł Mendel.
— To jest przecie z przeproszeniem... traktjernia — odezwał się przybyły, spluwając na widok flaszek, które mu oskomę robiły.
— Tak, tak, omyliłem się — mówił żyd — to jest traktjernia! ale i do traktjerni panby dla byle kogo nie przyszedł!.. Ale jak Mendel prosi, to pan przyszedł!.. Siadajcie, panie Wojciechu i każcie dać wódki i śledzia, bo pan adwokat ma taką naturę, że rano lubi wypić kieliszek wódki i przekąsić śledziem... Pan ma bardzo delikatne zdrowie i potrzebuje posiłku... niewiele, ale często.
— Cierpię, z przeproszeniem, na wątrobę.
— Pan adwokat ma taką frybrę wątrobianą, przez to może mało jeść... tylko do picia ma ochotę... Siadajcie, siadajcie; powiedzcie, co macie za przeszkodę, pan zaraz wam doradzi... z czarnego zrobi białe, z białego zielone. On może obrócić kota ogonem tak ładnie, że cały świat gębę otworzy. Wam naprzykład zdaje się, że ten stół jest sosnowy. Przysięglibyście na to?
— Ma się rozumieć, bo sprawiedliwie sosnowy.
— Posłuchajcie-no wy, jak ten pan zacznie gadać, to was przekona, że to stół blaszany, a zapłaćcie więcej, to się dowiecie, że on jest zrobiony z wypalonej gliny... I wy gotowi będziecie to zaprzysiądz.
Wojciech z niedowierzaniem spojrzał na żyda.
— Oj, nie dziwujcie się — zawołał Mendel — to jest wiadoma rzecz... Gadajcie, co wam trzeba, jaką macie kwestję.
Wojciech odchrząknął raz i drugi, westchnął ciężko i powoli zaczął opowiadać swe kłopoty: — jako się młynarz we wsi osiedlił, jako całą gromadę szwabów sprowadził, jako dziedzic chce szwabom grunt na kolonje rozprzedać i jako z tego będzie zarudzkim chłopom ciężkie życie i los. Bydlęciu przejść nie dadzą, w pola worywać się będą, łąki wypasą, a chłop cóż z taką czeredą poradzi? Za łby się z nimi wodzić, pomstować, to i obraza boska, i nie ładnie. Ciężko będzie...
Pan adwokat coraz sobie z flaszki dolewał, śledzia jadł i słuchał; gdy zaś Wojciech swą relację skończył, spytał:
— Durny ty, mój człowiecze! — rzekł, poważnie kiwając głową.
— Wiadomo; żebym był mądrala taki, tobym rady nie szukał po ludziach — rzekł Wojciech, spoglądając ponuro — sam wiedziałbym, co robić.
— Ja tobie powiem: dziedzic chce sprzedać?
— Chce...
— A niemcy chcą kupić?
— Jużci, że chcą; grunt ładny, łąka czysta, las — aż im się ślepia świecą do niego, jak wilkom...
— Pieniądze mają?
— Pewnie, że mają; żeby nie mieli, toby gruntu nie kupowali.
— To widzisz, braciszku, interes głupi... Dziedzic chce sprzedać... oni chcą kupić... pieniądze mają... któż co na to poradzi? Wolna wola...
— Im wolna wola, a nam krzywda...
Adwokat głową kręcić zaczął.
— Trudno... trudno... ale, jak to powiadają, wszystko można, tylko... ostrożnie; możeby się sposób znalazł... ale, widzisz, bracie, sposób drogi! a wy, nie przymawiając, macie węża w kieszeni...
— Zapłacimy, panie, zapłacimy!
— Oni wszystko zapłacą... — rzekł protekcjonalnie Mendel. — Ja ich znam. Oni mają taki zwyczaj, że lubią narzekać na biedę, ale jak trzeba pieniędzy, nawet dużo pieniędzy, to wyciągną z różnych schowanek, ile trzeba, i zapłacą.
— To się wie, że zapłacimy, aby jeno było za co.
— Będzie za co! — zawołał Mendel — dlaczego niema być za co? jak tylko kto ma czem płacić, to ma i za co płacić, to wiadomo, nawet małe dzieci wiedzą o tem.
— Aha, — mruknął doradca, — ale przedewszystkiem, ileż wy możecie zapłacić?
— Albo ja wiem... — odpowiedział Wojciech.
— No, ale tak, mniej więcej...
— Nie znawca ja na to. Dość już długo na świecie żyję, alem jeszcze w takiej przygodzie nie był. Zresztą zdaje się, że nie nasza rzecz mówić wprzód, ile dać możemy, ale pańska powiedzieć, co pan żąda. Toć i na jarmarku, jeśli kto sprzedaje krowę albo świnię, to sam gada, ile za nią chce.
— Fe, fe! Wojciechu, — zawołał Mendel, — jak można przykładać wielką sprawę, mądrą poradę, znaczną osobę do takiego paskudnego stworzenia. Pan adwokat może się obrazić.
— A o cóż? Toć mówiło się dla przykładu, nieprzymierzając.
Doradca przerwał ten spór.
— Czort was zabierz, — rzekł — przymierzając, czy nie przymierzając, to dla mnie jedno, a grunt pieniądze. Sprawa ciężka — trzeba na koszta, na stemple, na papier, bez tego nie można; wiesz, bracie, że kto smaruje, ten jedzie, a kto nie, to nie.
— Siłaż to na owe koszta? — zapytał Walenty.
— Słuchajcie, — rzekł doradca — ja wam krótko powiem. Za moją pracę, za moją fatygę i myślenie ja teraz od was nie żądam nic. Wy dobrzy ludzie, ja z wami wódki wypił, śledzia zjadł, no — i ja was lubię... Odrazu polubiłem...
— Macie szczęście, — wtrącił Mendel — naprawdę macie szczęście; pan adwokat nie każdego odrazu polubi, z innym nie chce nawet rozmawiać.
— Krótko mówiąc, — odezwał się doradca — bez trochy czerwonych papierków zacząć nie mogę.
— Kupa grosza, — rzekł Wojciech, drapiąc się po czuprynie.
— Kupa! Jaka to kupa, — zawołał Mendel — to jest całkiem nic... Miarkujcie sami: taka wielka sprawa! samego papieru do niej trzeba tyle, ilebyście na wóz nie zabrali, a gdzie pióra, gdzie atrament, gdzie lak, a gdzie myślenie pana adwokata? Sieczka nie jest tak tania, jak ten interes... Żebym ja tak zawsze zdrowie miał! Nie macie się co namyślać, tylko rozwiązać worek i dać.
— Skoro trzeba dać, to się da — ale chcielibyśmy wiedzieć, co z tego będzie?
— Aj waj! Co będzie?! Ślicznie będzie! Jak pan adwokat zacznie kręcić, to tak zakręci, że niemcy nie będą wiedzieli, gdzie jest początek, gdzie koniec i gdzie środek.
— Widzicie, panie — rzekł Wojciech — my wierzymy, że pan wie, co trzeba zrobić, ale i my też chcemy wiedzieć...
— Albo takie wiedzenie zmieści się w waszej głowie? — wtrącił Mendel.
Wojciech się obruszył.
— Ty żydku — rzekł z gniewem do Mendla — po próżności nie pleć. Przyszliśmy nie od siebie, jeno od gromady, a jak gromada zapyta, cośmy zrobili, toć nie możemy stać jak kołki, tylko musimy powiedzieć, co i jak.
— Masz rację, człowieku — rzekł doradca — masz rację! wytłumacz więc gromadzie, że ja wziąłem się do interesu, ja! i że, ma się rozumieć, wszystko będzie dobrze.
— I niby niemcy gruntu nie kupią?
— Nie kupią!
— A jeżeli im dziedzic sprzeda, to co będzie?
— Wyprocesujemy.
— A proszę pana, żeby tak, naprzykład, po dobroci pójść do dziedzica i prosić go, niechby zamiast sprzedawać niemcom, nam sprzedał... O pieniądze możnaby się przecież postarać.
— Aj, aj! — wtrącił Mendel — dziwna wasza mowa jest. W interesie niema prośby — interes jest interes...
— Zawsze wolelibyśmy zgodnie...
— Ach! głupcy wy — rzekł doradca, machając ręką niechętnie — róbcie jak chcecie, wasza wola. Tylko, jeżeli chcecie, żebym ja waszej sprawy pilnował, to dajcie na koszta, a jeżeli nie, to bywajcie zdrowi i nie zawracajcie mi głowy.
— Nie bałamućcie gospodarze, nie bałamućcie — wołał Mendel — dajcie na koszta... Klektanie to jest tylko, klektanie... trzy grosze nie warto. Macie co robić, to róbcie, bo pan adwokat nie jest czasowy człowiek. U niego, w kancelarji, w Icka domu na górze, od samego rana jest już taki ścisk, jak na jarmarku.
— Nu tak, ja czasu nie mam, bałamucić nie mogę.
Wojciech westchnął, sięgnął do kieszeni, wydobył długi woreczek, zawiązany sznurkiem, i odwróciwszy się do ściany, zaczął liczyć papierki.
— Niechże pan porachuje — rzekł skończywszy — jest trzydzieści, jak jeden, akuratnie.
Oczy pana adwokata aż się zaiskrzyły na widok pieniędzy, na które także i Mendel i Symcha Bas pilną zwrócili uwagę. Widocznie mieli oni z mądrym doradcą pewne rachunki i chcieli załatwić je przy okazji. W kilku słowach, po żydowsku porozumieli się, że trzeba jaknajprędzej gospodarzy wyprawić, a pana doradcę zatrzymać i nie wypuścić, dopóki długu nie zapłaci. Szło im także i o to, aby ów niby adwokat to, co ma przepić, przepił na miejscu, a nie gdzieindziej. Tak się też stało. Mendel pod jakimś pozorem wyprowadził Wojciecha i Walentego na miasto; a Symcha wciąż świeże flaszki podsuwał doradcy.
Po dwóch godzinach wielki znawca prawa już o Bożym świecie zapomniał. Szynkarz przy pomocy dwóch żydów zaciągnął go do drugiej stancji, ułożył na ławie, jak nieboszczyka, i przykrył mu twarz starym workiem, aby muchy nie przeszkadzały mu spać.
Już się słońce ku zachodowi zniżało, kiedy Wojciech z Walentym dojeżdżali do Zarudzia. Ładny wieczór był, pogodny, od rzeki wietrzyk pociągał, a we wsi, nad domostwami unosiły się białawe kłęby dymu.
Wojciech, który prawie przez całą drogę milczał i rozmyślał tylko, odezwał się do Walentego:
— Wiecie wy, kumie — rzekł — zdaje mi się, że myśmy głupstwo zrobili.
— Niby w czem?
— A no, dając temu doradcy pieniądze.
— Kiedy inaczej nie można, to i cóż mieliśmy uczynić?
— Otóż mnie się zdaje, że można inaczej. Nie trzeba nam było do miasta jechać, tylko z Rochem pogadać. Juścić to człowiek dobry i rozumny, on by nam źle nie doradził. Jak wam się zdaje?
— Bo ja wiem — odrzekł Walenty — bo ja wiem. Ja na prawowanie i na sądy nie znawca. Jak mi kto krzywdę zrobi, to wziąłbym kij do garści, sprał dobrze i ze szkody wypędził, a na insze przebiegi głowy nie mam. Jak inni, tak i ja, za kupą pójdę, ale sam gromady nie poprowadzę. Wy, Wojciechu, prędzej każdą rzecz zmiarkujecie. Zaś według Rocha, dlaczegoby nie. On jest głowacz, jedźmy do niego, albo z Zarudzia przejdziemy — toć nie koniec świata, jeno sąsiedztwo bliziuchne.
— A no to jedźmy.
Skręcili w boczną drożynę, co się między polami ciągnęła i ginęła w zaroślach, a w pół godziny później byli już przed domostwem Rocha, który tylko co z pola powrócił od roboty.
Przywitał gości uczciwem słowem i poprosił do izby, ale nie chcieli wejść.
— Na dworzu lepiej będzie, — rzekł Wojciech — swobodniej, nie przeszkodzi nam nikt, a właśnie mamy wam coś powiedzieć i o radę prosić.
— Jak wola wasza — odrzekł Roch — miarkuję ja o co chodzi, wiem, że na waszą wieś bieda idzie, a i nam to niemiłe. Dobrze tedy, pogadajmy, naradźmy się.
Usiedli na klocu pod płotem, otaczającym ogródek, i gwarzyli długo, parę godzin.
Już noc zapadła, złote gwiazdki mrugały na niebie, kiedy Wojciech z Walentym do Zarudzia wrócili. We młynie świeciło się jeszcze, wśród ciszy nocnej rozlegał się śpiew podochoconych przybyszów. Wojciech konia wyprzągł i do izby wszedł, ale nie zabawił w niej długo. Spać nie mógł, jakiś niepokój go ogarniał. Wyszedł przed chatę, patrzył w ciemną przestrzeń, to na gwiazdy migające na niebie, to na światło we młynie, patrzył i rozmyślał — a potem usiadł na kamieniu i pacierz odmawiać zaczął.




III.

Rada Rocha była rozumna i dobra: kto zasobniejszy w grosz, niech do spółki przystąpi i razem folwark kupić i podzielić. Nie znajdzie się w Zarudziu tylu gospodarzy zamożnych, to poszukać dalej, w innych wioskach; ludzie pieniądze mają, a na kupno ziemi zawsze są chętni. Roch sam miał ochotę z dziesięć morgów kupić dla syna, a prócz tego przyobiecał Wojciechowi pożyczyć kilkaset rubli na kupno.
Podobała się ta rada gospodarzom, zakrzątnęli się żwawo, zebrali na zadatek, poszli do dworu, chcieli dać drożej, niż niemcy.
Dziedzic odpowiedział ni to, ni owo, zwłóczył.
Niemiec był, więc go do swoich jakoś serce ciągnęło. Co prawda, ciągnęło go ono może jeszcze silniej do rubli i kto wie, czyby się na stronę gospodarzy zarudzkich nie przechylił, ale Fryc Bajtel nie spał i wiedział dobrze, co się święci.
Chłopi chodzili do dworu w dzień, jawnie, gromadą, Fryc wpadał tam sam jeden podczas nocy, cichaczem — i co tamci za dnia zrobili, co wytargowali, on zepsuł. Nazajutrz dziedzic miał nowe wymagania, stawiał jeszcze twardsze warunki.
Zmitrężyło się na tych targach parę tygodni, aż jednego dnia gruchnęła po wsi wiadomość, że folwark sprzedany niemcom.
Przyniósł ją stary ogrodnik Antoni, któremu Fryc zaraz miejsce wymówił i kazał wynosić się na cztery wiatry. Starowina o mało nie płakał.
— Tyle lat pracowałem — mówił — zestarzałem się, siły straciłem, a dziś każą mi na stare lata chleba szukać! Gdzie się podzieję?
Wierzyć Antoniemu nie chciano! Toć oni prowadzili układy, mieli przygotowany zadatek, obiecane pierwszeństwo, jakżeż to...
Wierzcie mi — mówił Antoni — prawdę powiadam. Dziedzic z Frycem pojechali przed północą do miasta do rejenta, zaś Berek, pachciarz, który niemiecką mowę trochę rozumie, to mi dziś opowiadał, że niemcy obiecali dać dużo więcej, niż wy. Zapytajcie go, on wam wszystko dokumentnie opowie...
Wojciech, nie czekając, pobiegł na folwark do żyda i przekonał się, że starowina prawdę mówił. Folwark sprzedany.
— Dlaczego? dlaczego? — zapytywał Wojciech.
— Dlatego, że obiecali więcej, — odrzekł pachciarz — o kilka tysięcy więcej, niż wy chcieliście dać...
— Możebyśmy też dali.
— No, wybyście może dali, a oni obiecali, a przecież łatwiej obiecać, niż dać... Dziedzic wielkie głupstwo zrobił, że z wami nie skończył. Zawsze wyście tutejsi, gospodarze pewniejsi — a z niemcami co będzie robił, jak nie zapłacą? Odbierze im pokawałkowany folwark?! Na mój rozum, ten dziedzic wcale nie miał rozumu. Niech go djabli wezmą. On jeszcze będzie miał dosyć tańcowania z tym kochanym Frycem.
Stało się.
Dziedzic odjechał. Do dworu sprowadziło się kilka rodzin kolonistów, niemców było wszędzie pełno.
Którzy nie pomieścili się we dworze, zajęli czworaki, oficynę, dworek ekonomski, inni we młynie, u swego przywódcy, Fryca, kąt znaleźli, a byli i tacy, co pobudowali sobie szałasy, i w nich, jak cyganie, mieszkali. Wszędzie, gdzie się było obrócić, rozlegała się mowa niemiecka.
Dawniejsi oficjaliści: ekonom, karbowy, fornale, parobcy, służba leśna, ogrodnik rozprószyli się i poszli szukać chleba gdzieindziej.
Gospodarze trzymali się od przybyszów zdaleka, nie rozmawiali z nimi, dla tej choćby przyczyny, że ich rozumieć nie mogli, patrzyli na nich niechętnie i trzeba było lada sposobności, żeby się wzięli za bary.
Pomimo rad Rocha, Wojciech z Walentym znowuż puścili się do miasteczka i przy pomocy Mendla, odszukawszy owego adwokata, zaczęli mu robić wymówki, że ich oszukał, pieniądze wyłudził, a nie pomógł nic.
Adwokat słuchał cierpliwie, kiwał głową, wreszcie rzekł ochrypłym głosem:
— Wiadomo wam zapewne, że jestem człowiekiem słabego zdrowia...
— My nie doktorzy — odpowiedział Wojciech.
— Nie do tego się mówi, ale do tego, że naczczo i o suchem gardle...
— Prawda, prawda — potwierdził Mendel — pan jest delikatny... trzeba trochę spirytusu, a zaraz nabierze siły.
Dali flaszkę; doradca pociągnął z niej raz i drugi, poczem zaczął mówić:
— Wszystko jest głupstwo, wyprocesować można, choćby niemiec sto razy kupił i sto razy zapłacił...
— Ej panie, — rzekł Walenty — mnie się to jakoś nie widzi.
— Nie znasz się, człowieku, na prawie. Tobie się nie widzi, boś ciemny, a dla mnie rzecz to jasna, jak szkło. Czy to będzie łatwo, czy trudno, to inna rzecz i nie wasza, ale moja... Wy dacie pieniędzy, a ja zacznę pisać i kręcić.
— Toć jużeśmy dali i skutku do tej pory niema. Niemcy zrobili, co chcieli, a my cieszymy się tą obietnicą, którą nam pan dał...
— Czekajcie, czekajcie, — rzekł Mendel — na co dużo gadać... Wy tymczasem siedźcie cicho, a pan niech gada. On od tego jest, to jego fach...
— Ot, mądry żyd, rozumnie powiedział, — zawołał doradca, który po kilku kieliszkach pięknie poczerwieniał na gębie i żwawiej obracał językiem. — Ja wam tak radzę: wielką sprawę zdajcie na mnie, już ja z nimi taniec zacznę, a wy ich znowuż małemi sprawkami mordujcie.
— Jakto małemi? — zapytał Wojciech.
— Oho... jeszcze jak! Niemiecka gęś w wasz owies — sprawa, niemieckie prosię w wasz grunt — sprawa, niemiecka krowa w waszą łąkę — sprawa. Żeby nawet pięćdziesiąt na tydzień, ja wam pięćdziesiąt skarg napiszę... i nie zedrę, tanio wezmę, po rubelku. Otóż dajcie tylko zadatek.
Walenty do kieszeni już sięgał, lecz Wojciech nieznacznie pociągnął go za rękaw i rzekł:
— Ha, zapewne, pięknie pan mówi, ale my dziś nic nie damy...
— Dlaczego?
— Bo widzi pan, z tego pośpiechu, z żałości, z frasunku zapomnieliśmy wziąć pieniędzy ze sobą.
— O co kłopot — zawołał Mendel — ja wam pożyczę, ile chcecie? Sto rubli? Może być zaraz sto rubli. Za kwadrans czasu, za dziesięć minut przyniosę. I niech się wam nie zdaje, że to będzie drogo kosztowało. Rubelka tygodniowo — cały kram.
— Nie pożyczamy — odrzekł Wojciech — swoje, chwalić Boga, są. Będziemy tu za tydzień, albo za dwa, to może damy.
— A cóż to ja wam darmo radził!? — zawołał zaperzony doradca.
— Za poczęstunek — odrzekł Walenty.
— Wstydźcie się, gospodarze — dorzucił Mendel — nie pasuje na statecznych ludzi tak robić. Pan adwokat też ma swoje potrzeby.
Było jeszcze dużo gadania, aż po długim targu Wojciech dał odczepnego pół rubla i co prędzej siadłszy z Walentym na wóz, odjechał.
W drodze dużo mówili o swojem zmartwieniu.
— Bałem się tego cygana — rzekł Wojciech — on kręci i obiecuje, a myśli tylko o tem, jakby grosz wyłudzić. Nie będzie z jego rady pożytku i, według mego pomyślenia, to, cośmy mu już dali, jest jak gdyby w błoto rzucone.
— Chyba, że tak — odezwał się z westchnieniem Walenty — ale w zmartwieniu, to człowiek sam nie wie, czego się ma czepić.
— Musimy my innej rady poszukać i czekać, ufając Bogu, że nas nie opuści. Jedną tylko ten adwokat prawdziwą rzecz powiedział.
— No?
— A o tych sprawach. Będzie ich dość, boć nie sposób, żeby szwaby nie czyniły nam szkody i psoty. Swój ze swoim to się czasem przemówił o szkodę, czasem i pokłócił, ale do sądu mało kiedy dochodziło. Z niemcami tak nie będzie, bo zawziętość na nich jest duża.
— Prawda i to... Ja sam nie darowałbym, ale zapozwał, gdyby mi jaką szkodę uczynili.
— Wiecie wy co, Walenty? — spytał Wojciech.
— A co?
— Znam ja tu niedaleko w inszem miasteczku dobrego jednego pana. Jest to stary rejent, wypraktykowany znawca na prawne interesa, a bardzo życzliwy dla każdego. Parę lat temu, zimą, woziłem dla niego drzewo na budowlę. Ludzki człowiek. Dla każdego dobre słowa ma, a w kancelarji u niego zawsze pełno. Chwalą go, że bardzo uczciwy i sprawiedliwy. Co będzie, to będzie, ja do niego pojadę. Pokłonię się, powiem o naszej biedzie.
— A no, niechby i kosztowało, byle tylko..
— Grosza on nie weźmie. To ja wiem... Sam nieraz słyszałem, jak mówił do gospodarzy: „Za akt zapłacisz, ile podług prawa należy, a życzliwa rada darmo. Ja tego nie sprzedaję, a nieraz, choć i nie proszony, gdy widzę, że kto chce głupstwo zrobić, mówię: strzeż się, bo przepłacisz workiem. Tak samo powiedziałbym ciemnemu: nie idź, bo w dół wpadniesz, a za takie ostrzeżenie zapłatybym nie przyjął.“ Tak to ten stary rejent mówił.
— Dobra jakaś dusza.
— Juści, że dobra, to dobra. Godny człowiek. Że mi też odrazu na myśl nie przyszło, żeby do niego się udać.
— A i teraz nikt nam nie broni.
— Ja wiem. Jak tylko znajdę czas sposobny, pojadę, opowiem mu, jakie strapienie mamy, a on z pewnością dobrą radę da.
Dla mieszkańców Zarudzia zaczęło się ciężkie życie, bo wiadoma rzecz, iż niema nic gorszego i przykrzejszego nad złe stosunki sąsiedzkie.
Gdy sąsiad swój, a dobry i poczciwy, to żyć z nim można zawsze w przyjaźni i zgodzie, i miło z takim sąsiadować. Jeden drugiemu dobre słowo da, jeden drugiemu drobną przysługą wygodzi, jeden drugiemu w kłopocie dopomoże. To też żyją tacy sąsiedzi w dobrej zgodzie, w poczciwości, przyjaźni. Kumają się między sobą, w stosunek pokrewieństwa wchodzą... I dobrze jest: po Bożemu, cicho; a chociaż czasem jaka sprzeczka wyniknie, to bywa ona jako letnia chmurka, przemijająca, leciuchna, co to ani ulewą, ani gradem nie grozi, ani pogodnej jasności nie zasłoni na długo.
Ale, o ile dobre sąsiedztwo jest sprawiedliwą pociechą, niekiedy pomocą, a stokroć miłem rozweseleniem, o tyle niemasz nic gorszego, przykrzejszego i bardziej opłakanego nad sąsiedztwo złe.
W takim razie gospodarz musi się mieć ciągle na baczności, jako żóraw czuwający nad stadem, pilnować, aby mu się jaka krzywda, jaka szkoda od miłego sąsiada nie stała.
Przykrości wciąż rosną, mnożą się, jak pokrzywy pod płotem, jak perz na zaniedbanem polu, nienawiść wzajemna się krzewi, powstają waśnie, spory, kłótnie, procesa.
Jeden drugiemu przez miedzę przekleństwa rzuca, jak kamienie, gospodarz wojuje z gospodarzem, baba z babą, dzieciak z dzieciakiem, płacąc krzywdą za krzywdę, psotą za psotę.
Jest w jednej starej książce opisane zdarzenie: Dawnemi czasy była wielka bitwa i trwała od rana do samego prawie wieczora. Gdy nieprzyjaciel zwyciężony rozproszył się, wsiadł król na konia i objeżdżał pobojowisko, aby zobaczyć, ilu ludzi stracił i przekonać się, czy ranni mają pomoc i opatrzenie. Gdy tak jedzie wśród trupów i okaleczałych, widzi leżącego wojaka, z brzuchem dzidą rozdartym, z raną wielką, przez którą wychodzą wnętrzności. Przykro się zrobiło królowi na ten widok i rzekł z żałością: — Ach, jakże ty cierpisz, biedaku. — Ów zaś wojak tak odpowie: „Cierpię, bo cierpię, miłościwy królu, ale gorzej boli zły sąsiad, aniżeli ta rana.“
Od owego czasu wieki przeszły i król i wojacy rozsypali się w proch, ale prawda została prawdą po dziś dzień, że zły sąsiad gorzej boli, niż rana.
W Zarudziu tem więcej czuć się to dawało, że grunta były rozrzucone, jedne w drugie wchodziły jak klinami. Niemcy radziby byli swoje fortuny zaokrąglić, wyrównać, więc chcieli od włościan niektóre cząstki pokupować i nawet dobrą ofiarowali zapłatę, włościanie znów nawet mówić sobie o tem nie dali. Przeciwnie, sami byli gotowi od niemców gruntu przykupić. Wrzała więc z tego powodu nienawiść, wzrastało rozżalenie.
Niejeden z Zarudzian głośno gniewem wybuchnął. Niemcy zaś milczkiem, w cichości, zamiary swoje knuli i co wieczór schodzili się na narady do młyna, gdzie siedział ich główny przywódca, Fryc Bajtel. Ten miał ogromną ochotę na łączkę Wojciecha i złościł się, że jej dostać nie może, a ta złość wzmagała się w nim więcej jeszcze, gdy widział, że Wojciech poważanie ma na wsi, że ludzie jego zdania słuchają.
Co tam radzili we młynie, nie wiadomo, ale dawali się zarudzkim gospodarzom we znaki coraz bardziej, robiąc ciągłe szkody w zasiewach i w łąkach.
Jednego dnia rankiem, ledwie ludzie powstawali ze snu, wpadł do Wojciecha zadyszany wyrostek, wołając:
— Tatuniu! niemieckie bydło na naszych łąkach!
Duchem ten okrzyk po wsi poleciał i obiegł wszystkie chaty; mężczyźni, kobiety, nawet dzieci, wszyscy pobiegli, aby bydło zająć i szkody nie dopuścić.
Niemcy stawili się ostro; pewien młody zarudziak, porywczy i gwałtowny, jak zwyczajnie młody, zamachnął się kijem na pierwszego niemca, stojącego najbliżej i byłby go z pewnością tęgo okaleczył, ale Wojciech powstrzymał go w porę.
— Stać! — krzyknął grzmiącym głosem — ręce przy sobie! — a zwróciwszy się do niemców, zapytał:
— Jakiem prawem, łajdaki, niszczycie nam łąkę?
Grad przekleństw był odpowiedzią. Wojciech jakby tego nie słyszał, lecz mówił dalej spokojnie.
— Łąka jest nasza, użytkować z niej prawa nie macie, zajmiemy wasze bydło i zaskarżymy was do sądu.
— Ho, ho — zawołał Fryc, wyskakując z gromady — łąka nasza, ja podług mapa patrzeć. Wojciech cicho być, ja Wojciech do kryminał wpakować.
— Nie szczekaj, szwabie, pókim dobry.
— Szczekał?! Kto szczekał? Ty czapka zdjąć, my tu dziedzic, my pan, to nasza grunt.
Wojciech powoli, spokojnie zbliżył się do niemca; a trzeba wiedzieć, że siłacz to był na całą okolicę znany: pięć ćwierci pszenicy z łatwością na plecy sobie zarzucał; wzrost miał dobry, a grubą narobioną ręką podkowy łamać potrafił.
Może właśnie dlatego, że taki silny i taki siły swojej pewny, spokojny był chłop i nie chciwie do bitwy się rzucał.
I teraz ręce trzymał przy sobie, pobladł tylko i zbliżywszy się do niemca, rzekł spokojnie:
— Słuchajno Fryc, nie ujadaj. My bronimy swojego. Nie kręć tym łbem czerwonym, jeno, skąd przyszedłeś, tam sobie idź i nas nie nachódź. Bydło wasze zajmujemy, bo w szkodzie jest, a was podamy do sądu.
Fryc miał w ręku gruby kij i zamierzył się nim na Wojciecha z wściekłością, ale ten jednem uderzeniem laski wytrącił mu z rąk ową pałkę, poczem grube palce wsadził w gęstą czuprynę młynarza i podniósł go do góry, jak kota.
— Zwiążcie-no mu chłopcy kulasy, żeby tak nie wierzgał — rzekł Wojciech.
W jednej chwili Fryc, skrępowany jak baran, leżał na ziemi, miotając przekleństwa, grożąc krwią i ogniem.
— Szczekaj, szczekaj — rzekł Wojciech — kto cię tam zrozumie.
Inni niemcy rzucili się na chłopów, Wojciech krzyczał:
— Nie kaleczyć, chłopcy! tylko wiązać, wiązać i do wójta, a bydło zająć.
Tego nie można było zrobić, bo dzieciaki niemieckie porozpędzały krowy na wszystkie strony; każde gnało swoją coprędzej do domu.
Bójka krótko trwała, włościan było więcej i ci, idąc za radą Wojciecha, powiązali napastników, włożyli na wozy i odwieźli do wójta, który kazał niemców zamknąć do kozy.
Niedługo tam siedzieli. Skoro noc nadeszła, wyłamali drzwi i, dawszy stróżowi parę szturchańców na pamiątkę, uciekli do swoich siedzib.




IV.

Fryc Bajtel nie mógł zapomnieć tej chwili, w której Wojciech podniósł go za czuprynę, jak kota, i kazał związać.
On, Fryc, niegdyś pruski piechur, który podczas wojen strzelał do austrjaków i do francuzów, jak do kaczek, on, przewódca główny kolonistów i największy bogacz między nimi, został tak sponiewieranym! i przez kogo? przez pospolitego, zwyczajnego wieśniaka, którego w bezgranicznej pysze uważał za istotę niższą od siebie, ciemną, pół dziką.
To też ilekroć dostrzegł Wojciecha zdala, marszczył krzaczaste brwi rude i spoglądał zpodełba, jak wilk.
Wojciech jednak na to nie zważał. Pilnował swoich łąk, żeby w nich młynarski inwentarz szkody nie robił; uprawiał grunt, ciągle był czynny, ruchliwy i cała wieś spoglądała na niego z uszanowaniem, jak na swego przewodnika i obrońcę.
Raz w nocy wyszedł na łąki, aby obejrzeć, czy w nich kto szkody nie robi.
Idąc, szeptał pacierz. Blady sierp księżyca jaśniał na wysokości, powietrze było ciche i spokojne.
Ścieżka, prowadząca ku łąkom, wiła się wśród wierzb płaczących, nad samym brzegiem stawu, gdzie szumiały trzciny wysokie, pochylając ciągle i podnosząc puszyste, aksamitne pałki.
Zdawało się Wojciechowi, że w tych trzcinach jakiś szelest słyszy.
Stanął, obejrzał się wkoło raz i drugi, ale nie dostrzegł nic.
Trzcina tylko szumiała, wydając szelest suchy.
Gałązki wierzbiny kołysały się nad wodą, a gdzieś na bagnach odzywał się ptak błotny.
Wojciech szedł ku swej łące powolnym, równym krokiem, a w ręku miał kij, którym się podpierał.
W górze ciągnęły chmury, księżyc wyglądał niekiedy zpoza nich i wówczas drzewa wychylały się z ciemności, a woda pokrywała się migocącą łuską srebrną. Po chwili znowuż księżyc ukrył się poza chmurami, a wówczas ciemność ogarniała zupełnie łąki, wodę i nadbrzeżne drzewa.
Wojciech szedł śmiało. Oczy jego przyzwyczajone były do ciemności, a przytem znał miejscowość doskonale, każde drzewo, krzak, każdy zakręt ścieżki były mu znane.
Tyle lat tu przeżył!
Łąka Wojciecha zaczynała się zaraz za olszyną. Szereg dużych drzew był niby linją graniczną, pomiędzy gruntem dworskim, dziś należącym do niemców, a włościańskim.
Dochodząc już do olszyny, Wojciech znowuż usłyszał szelest; zdawało mu się, że jakiś człowiek jest w pobliżu, że zeschła gałązka chrupnęła mu pod stopą.
Stanął, obejrzał się i nasłuchiwał — lecz szmer znów ucichł.
Wojciech machnął ręką niechętnie, zły sam na siebie, że mu się coś przywiduje.
Nie było to jednak przewidzenie.
Cień jakiś przesuwał się ostrożnie między drzewami, chował się za niemi, to się pod krzakami czaił, to znowuż przypadał do ziemi i jak wąż pełzał po trawie.
A chmury napływały coraz większe, zaczęło się robić parno, zerwał się nagle wiatr i kilka grubych kropli deszczu upadło.
Te krople grube, ciężkie, padały dość rzadko z początku, następnie coraz gęściej, gęściej, aż zamieniły się w gwałtowną ulewę. Wiatr coraz silniejszy się wzmagał, a deszcz, uderzając w liście drzew i w trzciny nadbrzeżne, robił szum niesłychany: chwiał gałęziami olch, miotał na wszystkie strony wątłą wierzbiną, szarpał sitowia i trzciny.
Wojciech, chcąc przed deszczem się schronić, usiadł pod drzewem, głowę wtulił między ramiona i półgłosem odmawiał pacierz. Tymczasem owa postać tajemnicza, która przed chwilą kryła się za krzakami i pełzała w trawie, jak wąż, teraz zbliżała się szybko, pewna, że szum wiatru i ulewy zagłuszy odgłos jej kroków.
Osłonięty cieniem nocy, człowiek zbliżał się z szybkością i stanął może o dwa kroki za plecami Wojciecha.
Pochylił się nieco naprzód i zamachnął z całej siły kołkiem, który trzymał w ręku.
Dało się słyszeć głuche uderzenie, jęk niedokończony, przerwany, i Wojciech powalił się na ziemię, jak kłoda.
Zabójca widocznie pewnym był swej ręki i ciosu, gdyż nie spojrzał nawet na ofiarę swej zbrodni, tylko szybko na bok uskoczył, pałkę wbił głęboko w błoto wśród trzciny, a sam wsiadł w małe czółenko i, z gorączkowym pośpiechem wiosłując, na środek stawu wypłynął.
Ciemność nocy i ulewa zasłaniały go zupełnie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Rano wspaniałe weszło słońce. Krople deszczu wisiały jeszcze na gałęziach, szkliły się na listkach drzew i na trawie. Z kominów chat dym wznosił się prosto, słupem ku niebu, w wiosce było gwarno, ludzie krzątali się i szli do zwykłych zatrudnień.
W chacie Wojciecha niepokoić się zaczęto. Gdzie się podział stary? — pytano. Co się z nim stać mogło? Wiedziano, że wychodził w nocy na łąkę, co zresztą było rzeczą powszednią, gdyż prawie codzień to czynił. Może z łąki poszedł do sąsiedniej wioski, do wójta? Przypuszczano, że tak być mogło, tembardziej, że nieraz starowina tam chodził, a nie miał zwyczaju opowiadać się nikomu.
— Ha, poszedł to i poszedł, nie małe dziecko, trafi do chałupy.
W ten sposób perswadowała sobie Wojciechowa, ale oto już i południe nadeszło, już się ku wieczorowi słońce schylać zaczęło, a Wojciecha jak niema, tak niema.
Wyszła kobieta na próg, przysłoniła ręką oczy od słońca i patrzy na drogę, ale próżno — nie widać.
Dopiero przed samym wieczorem dwóch chłopaków bosych, wystraszonych, wpadło do wsi z krzykiem okropnym.
— Olaboga! ludzie, olaboga! — wrzeszczeli jak opętani.
Drogą przechodził właśnie sołtys.
— A czego się tak drzesz, raku jeden z drugim? — rzekł surowo, — czyś wilkołaka zobaczył?
— Oj nieszczęście, nieszczęście! — wołał chłopak, dzwoniąc zębami ze strachu.
— Gadaj, pędraku, jak? co? gdzie? — pytał zaniepokojony sołtys.
— A jużci gadaj — odrzekł chłopak — duch w nas ledwie... my byli z Jaśkiem na łące...
— Pocoś tam łaził?
— Za ptakami, ale nie było ptaków, nie znaleźliśmy ptaków, jeno Jasiek wlazł w trzcinę i chciał kapeluszem rybek dostać, ale nie dostał, bom ja zaraz krzyknął; koło niemcowej łąki... hen pod olszyną, taki bielusieńki, het mu gębę wyblichowało, jak płótno, widać tak przez deszcz, co do samego rana padał. Ja mówię do Jaśka: chodź, ale on nie poszedł, bo się bał i ja się bałem, i uciekliśmy obaj przez łąki, i przez Słowikowy owies, i Kaśka krowy pędziła i krzyczała: słuchajcie! ale my nie słuchaliśmy wcale, tylko pędzili do wsi na przełaj i przez płot, aj!...
— Powiesz, ty utrapieńcze, raz, co jest? — krzyknął rozgniewany sołtys, chwytając chłopaka za czuprynę.
— Oj, puśćcie, bo mi cały łeb obedrzecie!
— To gadaj, raku, porządkiem! co jest!
— Oj! już go niema, niema go! — krzyknął drugi chłopak, — pomarł na śmierć!
— Kto?!
— Wojciech! Wojciech!
— Gdzie?
— Dyć leżą tam pod olszyną, na łące! takie bieluśkie, jak płótno, nawet oczów nie mają zamkniętych, tylko patrzą.
Usłyszawszy to, sołtys puścił chłopaka, wbiegł do chałupy, krzyknął na sąsiadów i w kilku pobiegli na łąkę.
Pod olszyną leżał trup Wojciecha. Obejrzeli go i nie dostrzegli nigdzie śladów pobicia, ani ran.
— Ha! — rzekł z westchnieniem sołtys — zmarł nieborak, wola Najwyższego Boga! Dziwno to przecie: wczoraj chodził najzdrowszy.
Chłopi wyprostowali ciało biednego Wojciecha, a jeden z nich, unosząc głowę, zawołał:
— Patrzajcie, patrzajcie! — nie swoją śmiercią on umarł i obaczcie no, jakto mu głowa z tyłu chrobocze, niby garnek rozbity...
Sołtys dotknął głowy Wojciecha i westchnął ciężko.
— Za nasze krzywdy on zginął — rzekł. — Niech no was dwóch zostanie na warcie przy nieboszczyku, a my chodźmy do młyna, może tam co znajdziemy.
Zrozumieli, o co idzie i w milczeniu poszli za sołtysem.
Młyn był nieczynny. Koła stały nieruchome, a woda, przeciskając się wązkim strumykiem przez zamknięte stawidła, szemrała smutnie.
Sołtys do drzwi zapukał. Były zamknięte, nikt nie odpowiadał.
— Może w polu są szwaby? — zauważył jeden z włościan.
— Nie szkodzi, poczekamy — rzekł sołtys.
Usiedli na mostku, czekając, aż się kto z młyna zjawi.
Sołtys westchnął ciężko i rzekł do swego sąsiada:
— Grzeszna rzecz kogo posądzać, ale mnie się widzi, mój kumie, że w tem, co się stało, jest niemiecka ręka.
— Pewnie, pewnie... Boska ręka, a potem niemiecka.
— W nocy to musiało być.
— Burza szkaradna była, deszcz lał; ja zbudziłem się zaraz po północku i wyjrzałem przez okno, taka ulewa była, żem się jeno przeżegnał. Myślałem, że cały świat zmiecie, że drzewa z korzeniami powyrywa, a wiatr pomstował, piszczał, wył, jakby jakie żywe stworzenie.
— Oj, prawda... I w taką to noc trzeba było naszemu Wojciechowi ginąć, bez świętej spowiedzi, nagle, z ręki zbójeckiej.
— Ha... dopust Boży... ale cicho. Młynarka z pola idzie; nie mówcie nic, ja sam będę z nią rozmawiał.
— Dobra wieczór, pan soltys — odezwała się nadchodząca kobieta — ja zbieral zielsko dla prosiąt. Pan chcial? co pan chcial? pan soltys?
— My do waszego męża, według podatku...
— Ja, ja; ja wiem, co wy zawsze według podatek; tu duża podatek jest! Aber Fryc niema, pojechał Fryc do miasto, interes miał... nie prędko wróci... Powiedzieć pan soltys, ile podatek? ja placi, bo Fryc długo być w droga.
— A, moja pani młynarko, kiedyż to wasz mąż wyjechał?
— Jeszcze wczoraj bardzo raniutko.
— Raniutko?...
— Ledwie slońce zaświecil.
— A w nocy nie był w domu?
— Nie byl, ani troszki nie byl.... daleko jechal!
Chłopi spojrzeli po sobie zdziwieni.
— Co pan sołtys tak pyta? — rzekła młynarka.
— A no nic... myślałem, że jest wasz mąż...
— Niema, niema... on jechal.
— Bo to u nas, widzicie, wypadek się stał — mówił powoli sołtys — nieszczęście, a że niedaleko ode młyna, więc myśleliśmy, że wasz mąż co wie, że może co słyszał, może kogo przechodzącego widział.
— Jaki nieszczęście?
— A juści... Wojciecha ktoś zabił... na łące... dziś w nocy...
— Ach! Herr Jesus! i pan może myśli, że to Fryc?... och, nie! nie!
— Nie, nie myślę; tylko tak po sąsiedzku chciałem się spytać... może Fryc co słyszał? może widział, czy kto nie chodził w nocy nad staw, na łąki?
— Ach jej! ach jej! — powtarzała niemka, drżąc z przerażenia — aber to nie... nie Fryc, to nie Fryc! to nie Fryc! to nie można Fryc... Ach!...
Sołtys nie odpowiedział na te wykrzykniki, skinął tylko na chłopów, i poszli ku wsi napowrót.
Nazajutrz przyjechali urzędnicy z powiatu, sędzia śledczy i lekarz. Zwłoki starego Wojciecha przeniesiono do stodoły, tam je krajano; przeprowadzono śledztwo.
Pomimo wszelkich usiłowań, nie podobna było wykryć winowajcy. Podejrzenie padało na kolonistów, gdyż ciągłe spory i zatargi ich z włościanami, których głównym przywódcą był Wojciech, odgróżki i chęć zemsty, dość wyraźnie wskazywały przypuszczalny powód zbrodni. Żadnych jednak dowodów nie było. Każdy niemiec z osobna wykazał, gdzie się znajdował i co robił podczas owej nieszczęśliwej nocy, a o Frycu nie było nawet mowy. Widziano go, jak wyjeżdżał ze wsi, widziano później w miasteczku, gdzie się zatrzymał na popas.
Biedny Wojciech spoczął w łonie matki-ziemi, na której całe życie pracował. Pomiędzy grube narobione palce wetknięto mu święty obrazek i zabito wieko trumny na zawsze.
Cała wieś była na pogrzebie, z okolicy nawet dalszej przychodzili ludzie, aby mu oddać ostatnią posługę. Wiatr roznosił daleko głos pieśni żałobnych i jęk dzwonów; para wołów ciągnęła powoli wóz, na którym położono białą, ze świeżych tarcic zbitą trumnę.
Kiedy już ksiądz ostatnią odmówił modlitwę, kiedy bryły ziemi, rzucane rękami życzliwych, z głuchym łoskotem uderzały w trumnę, przez tłum z nieludzkim krzykiem, zaczął się przeciskać obdarty, wpół nagi, torbami obwieszony żebrak.
Znano go dobrze w Zarudziu, gdy od czasu do czasu odwiedzał tę wioskę; znano go i dawano mu zawsze jałmużnę. Bano się owego żebraka, tembardziej, że był niemową, i gdy się odezwał do kogo, to takim przerażającym, głuchym krzykiem, że aż mrowie przechodziły po skórze. Zwano go Jackiem niemową, albo głupim Jackiem, albo nawiedzonym.
Wojciecha nieszczęśliwy ten człowiek szczególnie lubił, zawsze mu się kłaniał, a częstokroć i w rękę pocałował, podobno przez wdzięczność, że raz na jarmarku Wojciech obronił go przed napaścią uliczników. Zawsze to niemowa pamiętał i przy każdem spotkaniu się, jak mógł i jak umiał życzliwość swoją okazywał. Często przychodził przed dom Wojciecha i nigdy stamtąd głodny nie odszedł. Dawano mu zawsze kawałek chleba, czasem strawy gorącej, stare odzienie.
Teraz, przedarłszy się przez tłum, niemowa rzucił kij na ziemię, padł na twarz nad grobem i zaczął krzyczeć tak dzikim, tak przerażającym głosem, aż się wszyscy pomimowolnie w tył cofnęli.
Po chwili zerwał się, pochwycił kij i groził nim komuś, strasznie przewracając oczami; ale gniew jego trwał niedługo, bo wnet roześmiał się jakimś głupkowatym śmiechem, wziął z nad grobu trzy bryłki ziemi, schował je do torby i, nieoglądając się na nikogo, wyszedł z cmentarza i przez pola podążył w stronę lasu.




V.

Mogiła Wojciecha dobrze już trawą porosła, a biały krzyż, na niej postawiony, poczerniał.
Od czasu, w którym stała się zbrodnia w Zarudziu, upłynęło dwa lata, a jednak nawet śladów mordercy nie wykryto.
Ludzie bąkali coś pomiędzy sobą, szeptali, może mieli jakieś domysły, lecz że nikt zbójcy na uczynku nie złapał i za ręce go nie pochwycił — więc nie odzywali się głośno. Przytem i złe czasy nastały, więc każdy własnemi zmartwieniami głowę sobie zaprzątał. Różne klęski spadły przez te dwa lata na wieś. Nieurodzaj, grad, pomór na bydło, ciężkiem brzemieniem zwaliły się zarówno na włościan, jak i na kolonistów niemców. Chłopi łatwiej jeszcze te klęski znosili, gdyż byli między nimi ludzie zasobni, mający jaki taki grosz na ciężką godzinę, ale niemcom było trudniej. Co mieli gotówki, to wydali na kupno gruntu, za który nawet jeszcze nie zapłacili wszystkiego, licząc na to, że się zboże urodzi i że dług z dochodów spłacą.
Nadzieje te w zupełności zawiodły. Poprzedni właściciel upominał się o resztę należności, przynaglał, sądem groził.
Kilkakrotnie Fryc jeździł do niego i o zwłokę upraszał — ale napróżno.
Niemcy byli przygnębieni i smutni, a nawet krzywem okiem spoglądali na Fryca za to, że ich tu na złą dolę sprowadził. Młynarz pocieszał ich, doradzał wytrwałość, niektórym z własnej kieszeni pożyczał pieniędzy i obiecywał, że las sprzeda i z tego resztę należności poprzedniemu dziedzicowi zapłaci.
Nie była to jednak łatwa rzecz owa sprzedaż, a Fryc przekonał się o tem zapóźno. Truło go to ogromnie, sypiać po nocach nie mógł, martwił się.
W usposobieniu jego, nawet w powierzchowności zaszły w ostatnich czasach wielkie zmiany: przygarbił się, postarzał, opuścił. Rozmawiając z ludźmi, nie patrzył im prosto w oczy, ciągle oglądał się po za siebie, jakby go jakieś widmo straszyło.
Przez całe noce światło w młynie nie gasło. Dziwili się temu ludzie i szeptali między sobą, że Fryc z djabłem jakieś konszachty mieć musi... albo, że go jakiś robak toczy i dręczy...
W dodatku spotkało go nowe nieszczęście. Ów Jacek niemowa, głupkowaty, a jak ludzie mówili, opętany, zaczepiał go przy każdem spotkaniu, patrzył na niego błędnemi oczyma, wygrażając mu pięścią lub kijem.
Raz na jarmarku uderzył go nawet wobec mnóstwa ludzi.
Fryc ujął się za swój honor i pociągnął niemowę do burmistrza.
Tam Jacek wrzeszczał jeszcze bardziej; wymachiwał rękami, pokazywał na Fryca, uderzał się po głowie i rzucał na ziemię. Chciał coś opowiedzieć, coś wyznać, a im bardziej się zapalał, z tem większą trudnością chrapliwe słowa wydobywały mu się z gardła, krew uderzała do głowy, oczy wychodziły na wierzch, — pienił się, jak szalony.
Burmistrz myśląc, że ma do czynienia z pijanym lub szalonym, kazał go zamknąć do kozy. Sześciu silnych ludzi ledwie zdołało wepchnąć biedaka do izby z zakratowanemi oknami.
Zamknięty nie uspakajał się, krzyczał, jak opętany, szarpał kraty w oknie, rwał na sobie ubranie, wściekły, że go ludzie zrozumieć nie mogą.
A on chciał im tylko coś powiedzieć — parę słów powiedzieć, chciał wyjawić to, o czem wiedział, czego może był świadkiem naocznym — i szalał z bólu i żalu, że jest pozbawiony mowy, że nie może wyrazić tego, coby wyrazić pragnął.
Nakrzyczawszy się, naszarpawszy kraty napróżno, runął na ziemię i zasnął.
Nazajutrz, gdy stróż otworzył drzwi aresztu, biedny niemowa był zupełnie spokojny. Uśmiechał się tylko głupkowato i milczał.
Stróż dał mu znak ręką, że może wyjść. Jacek pozbierał swoje torby, zawiesił je na plecy i odszedł tak spokojnie, jak gdyby nic nie zaszło.
Wychodząc z miasteczka, bawił się krzesiwkiem, jak dziecko, — uderzał stalą o krzemień i zadmuchiwał iskry, a przytem śmiał się głośno.
Gromada żydziaków odprowadziła go za miasteczko, krzycząc hura! rzucając na niego grudkami ziemi i błotem.
On jednak nie zważał na to: szedł spokojnie, powoli, krzesząc iskry i śmiejąc się do nich, tak jak małe dziecko śmieje się do grzechotki, lub do błyszczącego cacka. Wyszedłszy za miasto, nie udał się gościńcem, lecz poszedł miedzami, kierując się w stronę Zarudzia.
Noc głęboka zapadła. Wioska była uśpiona, nawet stróże nocni chrapali, jak najęci, leżąc na przyzbie pod karczmą. Od czasu do czasu pies szczekał, lub puszczyk się w starej budowli odezwał, i znowuż nastawało milczenie.
Powietrze było spokojne, tylko ze strony wschodniej lekki i ciepły wietrzyk pociągał i kołysał gałązkami drzew.
Nagle na dachu młyna pokazał się płomyk; mały z początku i blady, jak błędny ognik na pobojowisku: to błyskał, to znikał, jakby sobie żeru szukając; nareszcie uczepił się starych, zeschłych gontów, ugryzł je aż trzeszczeć zaczęły, rozszerzał się, wzmagał, rozlewał, jak woda, po spadzistej dachu powierzchni, wreszcie strzelił w niebo słupem ognistym i oświetlił staw, las, łąki i całą okolicę dokoła. Zrobiło się jasno, jak w dzień, spłoszone ptaki zerwały się z gałęzi i fruwały w powietrzu, trwożne, niewiedząc gdzie się podziać i dokąd lot swój skierować.
Jacek-niemowa z głupkowatym uśmiechem siadł niedaleko na wzgórku pod lasem, krzesał ogień krzesiwkiem, w dłonie klaskał i śmiał się ciągle jak dziecko.
Ogień przebudził mieszkańców młyna z twardego snu.
Napół nadzy, przerażeni, wybiegli oni z płonącego budynku, płacząc i miotając się w rozpaczy. Fryc tylko, jak skamieniały, załamawszy ręce, przyglądał się zniszczeniu swego mienia tak spokojnie napozór, jak gdyby go ta strata nic nie obchodziła. Nie płakał, nie krzyczał; nie próbował ratować, ale stał jakby skamieniały. Zbladł jak płótno i ręce opuścił bezwładnie. Przybiegli ludzie z kolonji i ze wsi, kościelny w wielki dzwon na trwogę uderzył, ale o ratowaniu nie było co myśleć.
Ogień z szybkością pożerał wiązania, belki i ściany. Dach zapadł się z trzaskiem, miljony iskier uniosły się w górę, dym buchnął kłębem gęstszym, czarniejszym, i całe mienie młynarza zginęło bezpowrotnie.
Jeden kolonista dostrzegł Jacka, siedzącego na wzgórku i bawiącego się krzesiwkiem; krzyknął na innych i pobiegł ku niemu. Szturchali, popychali podpalacza, ale on przyjmował to obojętnie i ciągle się śmiał.
Gdy go przyprowadzono do pogorzeliska, gdy ujrzał, że z całego młyna tylko czarny, okopcony komin pozostał, nie mógł radości swej utaić: podskakiwał do góry i klaskał rękami jak dziecko.
Potem chwycił Fryca za połę i, bełkocząc coś niezrozumiale, ciągnął go, pokazując w stronę łączki, na której przed dwoma laty Wojciech został zabity.
Oczy młynarza błysnęły strasznym blaskiem, zachwiał się, zbladł jak kreda i silnem uderzeniem pięści odrzucił niemowę daleko.
Jacek padł na ziemię, a patrzącym zdawało się, że już nie wstanie o swej mocy, tak bowiem silnie był pchnięty. Lecz niemowa widocznie twardą miał naturę. Ryknął przeraźliwym głosem, zwinął się w kłębek jak gadzina, a potem nagle, gdy się tego najmniej spodziewano, skoczył na Fryca, chwycił go rękami za faworyty, drapał tak, że niemiec padł na ziemię, nie mogąc się obronić.
Zaledwie zdołano wydrzeć go ze strasznych objęć niemowy. Podrapany, pokrwawiony, Fryc uciekł do najbliższej kolonji, a Jacek uspokoił się i znowuż patrzał przed siebie bezmyślnie, i znowuż śmiał się jak wprzódy.
Jako podpalaczowi, schwytanemu prawie na gorącym uczynku, związano ręce. Nie bronił się wcale i bez oporu dał się odprowadzić do gminy, gdzie zamknięto go w areszcie.
Tam rzucił się na garść słomy, służącej aresztantom za posłanie, i zasnął ciężkim, twardym snem.
Piękny ranek zajaśniał nad rumowiskiem spalonego młyna. Słońce weszło wspaniałe, złociste, białe opary wlokły się nad łąkami, z głośnem świergotaniem krzątały się ptaszęta, wzburzyła się woda w stawie i w rzeczułce, a każda kropla rosy na trawie jaśniała blaskiem, niby kosztowny djament. A wśród tej zieloności pięknej, nad wodą osrebrzoną, mieniącą się od blasku słonecznego, okopcony komin stał w pośród zgliszczów, a z tlejących jeszcze na pogorzelisku belek i krokwi podnosił się dym gryzący. Nad brzegiem stawu głośno płakała Frycowa, dzieci wystraszone tuliły się do niej.
Młynarz w stodole najbliższego kolonisty leżał na słomie rozgorączkowany, rzucał się, mówił od rzeczy i wymachiwał rękami. Kilku niemców z przerażeniem słuchało jego słów urywanych, bez związku rzucanych w malignie. Spoglądali oni to na Fryca, to na siebie, i zdawało im się, że rozjaśnia się przed nimi straszliwa jakaś tajemnica.
I we wsi szemrać zaczęto. Zachowanie się niemowy dawało dużo do myślenia. Dlaczego, — pytano — ów Jacek żebrak, kaleka, taki spokojny dotychczas, ów Jacek, który nigdy nikomu wody nie zamącił, który nawet małemu dziecku przykrości nie zrobił, który każdemu najgrzeczniej z drogi ustępował — naraz stał się podpalaczem i z taką zawziętością straszną rzucał się na młynarza?
Zaczęto przypominać sobie szczegóły pogrzebu Wojciecha, dziwne zachowanie się niemowy wówczas i przypomnienia te naprowadzały na domysł, że Fryc albo sam zabił Wojciecha, albo też do tej zbrodni należał. Zapewne niemowa, który włóczył się nocami po łąkach i lasach, musiał być świadkiem tego morderstwa.
— Trzeba dać znać do sądu — rzekł sołtys w kilka dni po opisanym wypadku.
— Aha, dajcie — odpowiedział sąsiad — i co z tego? Niemowa choćby i co wiedział, nie powie, bo nie może, i będzie tylko włóczenie się próżne i mitręga. Niech go tam psy zjedzą tego niemca! Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy, zapłaci mu za krzywdę, którą nieboszczykowi wyrządził.
— Zawsze — wtrącił inny włościanin — lepiej podać do sądu; poco taki zbójca między nami ma być? Zabił Wojciecha, a potem może jeszcze was zabije, albo sołtysa, albo mnie. Pasuje mu nie na roli siedzieć, tylko w kryminale, a ja wam powiadam, że ta Wojciechowa śmierć, to jego sprawka, przysiągłbym...
— Pewnie, że nie czyja, tylko jego.
— Ja zaraz miarkowałem, że to tak, ale jak się za rękę nie złapało, to trudno.
— Lepiej będzie go odstawić do sądu. Pójdźmy tedy z sołtysem i weźmy go.
Chłopi zaczęli się naradzać i namyślać. Stanęło na tem, że sołtys miał pojechać do gminy i, jeżeli wójt uzna przypuszczenie za słuszne, to nazajutrz rano Fryc zostanie odstawiony do więzienia.
Sołtys i dwaj gospodarze pojechali zaraz do gminy, i po naradzie z wójtem postanowiono, nie czekając ranka, Fryca uwięzić i oddać w ręce sprawiedliwości.
Pośpieszyli co prędzej, nie mogli bowiem pogodzić się z myślą, żeby zabójstwo Wojciecha miało ujść bezkarnie, żeby morderca nie odpokutował swojej zbrodni.
Wzięli ze sobą strażnika i popędzili co konie wyskoczą, tak, że jeszcze przed północą byli na kolonjach zarudzkich.
Jeżeli jednak gospodarzom bardzo szło o to, ażeby śmierć Wojciecha została pomszczoną, to Frycowi również zależało na tem, ażeby z sądami do czynienia nie mieć. Rozumiał on bardzo dobrze, że postępowanie niemowy rzucało na niego podejrzenie, które mogłoby go łatwo przed kratki sądowe zaprowadzić.
Obawiając się sądu i kary, czując się winnym ciężkiej zbrodni, Fryc uciekł zawczasu i zniknął jak kamfora.
Najusilniejsze poszukiwania w całej kolonji nie doprowadziły do rezultatu; przepadł, jak kamień w wodę.
Na zapytanie wójta, Frycowa odpowiedziała głośnym płaczem, koloniści zaś twierdzili, że nie wiedzą nic o swoim przywódcy.
— Zapewne ze zmartwienia, że go takie nieszczęście spotkało, — mówili — uciekł gdzie w las i może sobie życie odebrał, a może padł ze znużenia i wilki go rozszarpały.
Rozesłano ludzi w różne strony, rozpytywano się po drogach, szukano w lesie. Napróżno. Fryc przepadł i już go nigdy w Zarudziu nie widziano.
Żoną jego i dziećmi zaopiekował się najstarszy z kolonistów, Wilhelm Knoch, który też podjął się interesa wszystkich kolonistów prowadzić. Nie było to łatwe zadanie.
Dawny właściciel Zarudzia, nie mogąc należności swej od niemców odebrać, zagroził kolonistom wywłaszczeniem.
Zapowiedział im, że skoro nie płacą, to będą zaskarżeni do sądu i zmuszeni do opuszczenia gruntów, na których się osiedlili.
Ciężki czas przyszedł na nich: pieniędzy nie mieli, brakło im Fryca, który wszystkie interesa dotychczas prowadził i swoim sprytem umiał ich z kłopotów wyciągnąć.
Pisali też listy do swoich, do krewniaków, chcąc, aby przyjechali co rychlej i ziemię od nich odkupili, sami zaś mieli zamiar dalej na wschód wędrować, gdzie grunt tańszy, a dorobek łatwiejszy. Taka sprzedaż, jak wiadomo, nie dokonywa się tak prędko — czasu na nią potrzeba. Zresztą, skoro tylko jaki niemiec przywędrował, dowiedziawszy się od żydów o sprawach i zatargach, zmykał gdzie pieprz rośnie i nie chciał słuchać o kupnie.
Spalonego młyna nikt nie odbudowywał, a i Frycowa z dziećmi wyniosła się z kolonji. Pojechała zapewne za granicę do męża, a przyciśnięci potrzebą koloniści, zaczęli sami zaczepiać włościan i proponować im kupno.
Pan adwokat, dowiedziawszy się o tem, natychmiast do Zarudzia przyjechał.
— Co wy robicie, ludzie?! — zawołał, wpadłszy do izby sołtysa.
— Co mamy robić?
— Podobno kupujecie grunta od niemców?
— Ha — rzekł sołtys — jakby nie chcieli drogo, to dlaczego nie?
— Durny wy naród! — rzekł z politowaniem pan adwokat — i cóż wy będziecie kupowali?
— Co? juści wiadomo co... łąki, grunt, las, wszystko, co należy do majątku.
— I będziecie za to pieniędzmi płacili?
— Toć pewnie, że nie śmieciami.
— Ha! ha! — rozśmiał się doradca — głupi wy ludzie, powtarzam, że głupi.
— Dla czego mamy być głupi?
— Bo widać pieniędzy macie za dużo.
— Ani za dużo, ani za mało, trocha jest.
— I chce wam się płacić za to, co i tak wasze?
— Ale! tak samo pan gadał, jak niemcy kupowali, że to nasze, a jednak kupili i siedzą, i jest ich, i nieboszczyk Wojciech przez nich marnie zginął i bez świętej spowiedzi życie skończył. Teraz oni znów chcą sprzedać, a pan znowu powiada, że nasze.
— A jakbyś wiedział, że wasze.
— Chyba, że nie nasze, skoro było wprzódy dziedzicowe, a teraz jest niemców, a dziś, jak my nie kupimy, to będzie znowu niemcowe, albo żydowskie, albo czyje, według tego, kto się napatoczy i kupi.
— Głupi wy, prawujcie się, to nikt nie kupi.
— Eh, panie! co z tego prawowania? Jeno mitręga, włóczęga i koszt.
— Opłaci się! słowo honoru.
— Ale! pan nam tylko gruszki na wierzbie pokazuje, ino w gębie oskoma, a w brzuchu pusto; a tak, jak człek kupi, to będzie przynajmniej wiedział, że ma swoje; będzie orał, siał, pana Boga chwalił i spał spokojnie bez kłopotu.
Niech nam pan po próżnicy głowy nie zawraca, wiemy my o tem dobrze, że nietylko ziemi, ale nawet patyka cudzego zabierać nie można, i że majątków nie dostaje się darmo. Niech pan ze swoją mądrością idzie gdzieindziej, jużeśmy się poznali na niej, co ona warta.
— Widzę, że was któś nabuntował.
— Co miał buntować?
— Ty mnie, braciszku, nie okpisz; mam ja nos.
— Wiadomo, że pan ma nos, i to porządny, niby ogórek po świętym Jakóbie; ale my woleliśmy poradzić się takiego, co ma głowę.
— Patrzaj go, jaki mądry! o głowie rozprawia, a sam bez głowy chodzi.
Chłop się roześmiał.
— Nie będziemy pożyczali głowy od pana, — rzekł, — dość już tego okpiwania.
— Co to! obelgi?! Skarżyć będę! Do kryminału was wsadzę!
Walenty powoli zbliżył się do doradcy, ujął go za ramię, obrócił ku drzwiom i wypchnął na ulicę...
— Oto droga do sądu — rzekł spokojnie.
— Ach! łajdaki, bydło! ja was nauczę rozumu! — wrzeszczał obrażony doradca — ja was!...
Ogólny śmiech był mu odpowiedzią.
Pan adwokat wszakże, zamiast do sądu, powlókł się na kolonje do niemców i długo bardzo z nimi rozmawiał, widocznie zachęcał ich do procesu i swoim zwyczajem złote góry obiecywał, ale snać nic nie wskórał, gdyż mu nawet furmanki do miasta nie dano i, jak nie pyszny, pieszo musiał powracać.
Włościanie wiedzieli już, czego trzymać się mogą. Walenty pamiętał to, co mówił mu niegdyś nieboszczyk Wojciech. Udał się do starego rejenta i u niego znalazł radę poczciwą, a bezinteresowną. Dowiedział się od niego, że niemcy nie mieli tyle pieniędzy, ile trzeba było na kupno, że Fryc rachował na to, że las sprzeda, a grunta będzie miał za darmo, ale nie dopatrzył tego w hypotece, że znaczna część lasu jest w procesie, w kontrakcie, i że na skutek tego sprzedać go nie można.
— Niemcy mnie nic nie obchodzą, — rzekł w końcu staruszek, — ale jeżeli wy kupić ten majątek chcecie, to ja wam dopomogę zgodnym sposobem spór o las załatwić. Zbierajcie pieniądze tedy i kupujcie.
Tak się też stało. Przy pomocy i radzie rejenta włościanie kupili kolonje, a niemcy, zebrawszy manatki, powędrowali na wschód szukać tańszej ziemi i szczęścia.
Rozstano się w sposób zgodny; chłopi nie pożałowali im nawet furmanek do kolei. W kilka tygodni po wyjeździe szwabów Zarudzie odmieniło swoją postać. Domy i zabudowania kolonistów poznoszono, niektóre zaś przerobiono na swojski ład. Młyn odbudowano; jest on teraz dużo większy, nowe, białe jeszcze, koła kręcą się prawie ciągle, spieniona woda spada z nich, burzy się i kłębi jak w odmęcie.
I młynarz jest nowy; wyszukano go w sąsiednim powiecie. Sławny to na całą okolicę mechanik, podobno nawet od biedy zegar potrafi naprawić, umie też wasągi wikliną wyplatać i inne delikatne roboty wykonywa.
Wieś cała dumna jest, że takiego majstra posiada, okolica jej zazdrości. I słusznie, bo młynarz wyuczył kilku chłopaków pleść kosze i na każdy jarmark posyła te wyroby. Półkoszki zarudzkie zjednały sobie rozgłos, i każdy gospodarz o nie się stara.
Jako jedyna pamiątka po niemcach, zostało kilkadziesiąt drzewek owocowych. Młodzizna to jeszcze, niewiadomo co z niej wyrośnie; ale chłopi podzielili się niemi i poprzesadzali do swych ogródków — ciekawi, jak „niemieckie gruszki“ smakować będą...
Dobrze jest we wsi, zgodnie, spokojnie, cicho; życie płynie jednostajnym trybem — niby strumyk wśród łąki.
Niemowę nie długo trzymali w więzieniu. Sąd widział, że ma biednego szaleńca przed sobą i kazał, żeby go do szpitala oddano. Tak się też i stało; ale szpitalne wygody nie smakowały Jackowi, wolał widocznie ciągłą tułaczkę, wolał się włóczyć po polach i lasach... Przy pierwszej też sposobności uciekł.
Co prawda, nikt go nie gonił i do powrotu nie zmuszał, więc też biedny niemowa przywlókł się w swoje strony, bardziej jeszcze obdarty i wynędzniały, niż dawniej, ale uśmiechnięty, wesoły. Ktoś mu z litości dał starą sukmanę, to miał czem grzbiet okryć, a chleba w każdej chałupie dostał.
Fryc przepadł, jak kamień w wodę. Od czasu spalenia się młyna, nikt już o nim we wsi nie słyszał, przypuszczali ludzie, że go djabeł żywcem pochwycił i zabrał jak swego.


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.