Cymbelin (Shakespeare, tłum. Rossowski, 1897)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Cymbelin
Pochodzenie Dzieła Wiliama Szekspira Tom IX
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1897
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Stanisław Rossowski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom IX
Cały zbiór:
Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
CYMBELIN.
Przekład
STANISŁAWA ROSSOWSKIEGO.

OSOBY.

CYMBELIN, król Anglii
KLOTEN, jego pasierb.
LEONATUS POSTUMUS, szlachcie, małżonek Imogeny.
BELARYUSZ, banita, żyjący pod nazwiskiem Morgana.

GWIDERYUSZ, zwany Polidorem   synowie Cymbelina.
ARWIRAGUS, zwany Kadwalem

FILARYO, przyjaciel Postuma.
JACHIMO, rzymski szlachcie.
KAJUSZ LUCYLJSZ, rzymski poseł, wódz.
PISANIO, sługa Postuma.
KORNELIUSZ, lekarz.
DWAJ DWORZANIE Cymbelina.
FRANCUSKI SZLACHCIC, przyjaciel Filaryona.
DWAJ SENATOROWIE RZYMSCY.
RZYMSKI OFICER.
TRYBUN.
WRÓŻBITA.
DWAJ ANGIELSCY OFICEROWIE.
DWAJ DOZORCY.
KRÓLOWA, druga żona Cymbelina, matka Klotena.
IMOGENA, córka Cymbelina z pierwszego małżeństwa.
POKOJOWA Imogeny.

Szlachta, damy dworu, widziadła, muzycy, oficerowie, żołnierze, posłańcy, orszak.
Rzecz dzieje się naprzemian w Anglii i w Rzymie.

AKT PIERWSZY.

SCENA PIERWSZA
Anglia. Ogród w pałacu Cymbelina.
Wchodzą dwaj DWORZANIE.

Pierwszy dworzanin. Wszyscy tu chmurni. Krew tak nie podlega
Odmianom aury, jak w lot przybierają
Dworzanie minę króla.
Drugi dworzanin. Cóż się dzieje?
Pierwszy dworzanin. Córze, dziedziczce swojej, król na męża
Upatrzył syna żony, którą świeżo
Poślubił jako wdowę. Lecz tymczasem
Panna wybrała sobie sama męża,
Biednego wprawdzie, ale szlachetnego.
Ledwie złączonych rozdzielił gniew króla,
Ją szląc do kaźni, jego na wygnanie.
Stąd ów udany smutek dworzan. Sądzę,
Ze tylko pan nasz cierpi.
Drugi dworzanin. Tylko pan nasz?
Pierwszy dworzanin. I ten, co stracił ją; królowa również,
Żarliwa związku tego protektorka.
Lecz co do dworzan, to choć w ślad za królem
Czoło i twarz swą chmurnie marszczą, każdy
W głębi raduje się z tego.
Drugi dworzanin. I czemu?

Pierwszy dworzanin. Ów, odrzucony przez księżnę — to człowiek
Z gruntu bezecny, a ten, co ją posiadł,
(Raczej poślubił i wygnany został),
Równego nie ma chyba na tym świecie,
Bo i najlepszy jeszcze w tyle za nim.
Nie wyobrażam sobie nawet, aby
Zdołał ktoś drugi połączyć z urodą
Tyle cnót razem.
Drugi dworzanin. Nie przesadzasz, waszmość?
Pierwszy dworzanin. Za mało jeszcze pochwał mam dla niego.
Miasto rozwinąć całą jego wartość,
Ściągam ją raczej.
Drugi dworzanin. Jego ród, nazwisko?
Pierwszy dworzanin. Genealogii, wyznam, nie zbadałem
Aż do początków. Syn to Sycyliusza,
Który, jak wiecie, pod Kasybelanem
Wsławił się w walce z Rzymem, a godności
Od Tenancyusza dostał był za służbę
Równie chwalebną, jak wierną. Stąd właśnie
Przydomek jego „Leonatus“. Śtary
Dwóch jeszcze synów miał, obydwaj jednak
Zginęli mężnie w walce, z mieczem w dłoni.
Zabił go żal za nimi, których kochał
Całą potęgą serca. Pozostawił
Wdowę brzemienną. Dając życie temu,
O którym właśnie mowa — sama zmarła.
Wówczas król bierze w swą opiekę dziecko,
Daje mu imię Leonat Postumus,
Sam wychowuje go, bierze za pazia
I kształcić każe we wszystkiem, do czego
Nada się tylko. A chłopiec naukę
Chwytał, jak my, powietrze; każdy przedmiot,
Ledwie podany, wnet opanowywał.
Już wiosna żniwo dała mu. Żył tedy
U dworu jako wzór młodzieży, jako
Pacholę, starych poprowadzić zdolne.
A dla małżonki swej, z powodu której
Banicyą został obłożony, — wszakże

W nagrodę cnoty oddała mu siebie!
Co to być musi za człowiek, osądźcie
Po jej wyborze!
Drugi dworzanin. Chylę przed nim czoło
Po tem, co słyszę. Lecz powiedz mi, waszmość,
Nie ma król więcej, prócz niej, dzieci?
Pierwszy dworzanin. Nie ma!
Wprawdzie dwóch synów miał. Jeśli-ś ciekawy,
Posłuchaj: starszy trzy lata ukończył,
Młodszy zaś jeszcze w powijakach leżał,
Gdy ich skradziono... Nikt po dziś dzień nie wie,
Gdzie się podzieli.
Drugi dworzanin. Dawno to się stało?
Pierwszy dworzanin. Jakoś przed laty dwudziestu.
Drugi dworzanin. Czyż to możebne, by królewskich dzieci
Tak źle strzeżono i tak źle szukano,
Iż się nie znalazł ślad?
Pierwszy dworzanin. Prawda! To dziwne.
Niedbalstwo prawie śmieszne, lecz — niestety —
Prawdziwe.
Drugi dworzanin. Muszę wam wierzyć na słowo.
Pierwszy dworzanin. Cyt! Oto właśnie szlachetny pan idzie
Z królową i księżniczką...

(Wychodzą).
SCENA DRUGA.
Tamże.
Wchodzą: KRÓLOWA, POSTUMUS, IMOGENA.

Królowa. Wierzaj mi, córo, ja zwyczajem macoch
Koso na ciebie nie popatrzę nigdy.
Mam stać na straży twej kaźni; ten strażnik
Sam ci podaje klucze od więzienia.
Tobie zaś, panie, pragnę być rzeczniczką,
By jak najrychlej uśmierzyć gniew króla.
Gniew ten jaskrawo jeszcze wciąż goreje,
Najlepiej przeto będzie, gdy się poddasz
Sądowi króla z tą cichą pokorą,
Jakiej wymaga rozsądek.

Postumus. Dziś jeszcze
Wyjadę.
Królowa. Znane ci niebezpieczeństwo.
Współczując z wami, zostawiam was samych.
Przejdę się po ogrodzie, choć surowo
Król mi nakazał wzbronić wam rozmowy.

(Wychodzi).

Imogena. Nędzna obłudo! Jak to ona umie
Pogłaskać, raniąc! Mój najdroższy mężu,
Trwoży mnie wprawdzie potroszę gniew ojca,
Ale nie skutki gniewu, byle-m jeno
Przysięgi wiernie dochowała tobie.
Teraz czemprędzej uchodź. Ja zostanę
Jako niezmienny cel złowieszczych spojrzeń.
Pociechą całą będzie mi nadzieja,
Że nie przepadniesz, drogi skarbie, w świecie;
Że cię obaczę znowu!
Postumus. O, ty moja
Królowo, pani! Nie płacz ty już dłużej!
Większą, niżeli mężczyźnie wypada,
Odsłaniam czułość. Ja tobie zostanę
Mężem tak wiernym, jak drugiego nie ma.
W Rzymie osiędę, w domu Filaryona,
Który w przyjaźni żył niegdyś z mym ojcem,
Choć mnie, co prawda, zna on tylko z listów.
Tam, o, królowo moja, szlij pisanie.
Oko me będzie z goryczy inkaustu
Dobywać słodkie słowa, które skreślisz.
Królowa (wracając). Proszę was, prędzej! Gdyby tak król nadszedł,
Bóg wie, jak ciężko tknąłby mnie gniew jego.

(Do siebie).

Trzeba go tutaj sprowadzić. On hojnie
Każdą mi krzywdę nagradza dla zgody,
I za zmartwienie każde suto płaci.

(Wychodzi).

Postumus. Gdyby się żegnać nawet i tak długo,
Jak życia starczy, męczarnia rozstania
Wzrosłaby jeno. Bywaj-że mi zdrowa!

Imogena. Nie odchodź jeszcze!
Za krótkiem byłoby to pożegnanie,
Gdybyś się wybrał tylko na przechadzkę.
Spójrz, luby, na ten brylant, on pochodzi
Od mojej matki, przyjm go, drogie serce —
I noś, dopóki nie poślubisz innej,
Gdy Imogena umrze.
Postumus. Co? Co? Innej?
O wielkie bogi, tę mi tylko dajcie,
Którą posiadam już; więzami śmierci
Uściskom innej wydrzejcie mnie. Oto

(Nasadzając pierścień na palec).

Bądź ze mną zawsze, jak długo potrafi
Świadomość ciebie utrzymać na palcu.
Najdroższa i najlepsza! Jak za ciebie
Zmieniłem me ubogie „ja“, wyjść muszę z zyskiem
I przy zamianie symbolów uczucia.
Jako pamiątkę miłości noś więzy,
Które nakładam najcudniejszej z wszystkich
Więzionych istot.

(Wkłada jej naszyjnik).

Imogena. O, wszechmocne bogi.
Kiedy-ż znów ujrzym się?

(Wchodzi Cymbelin z orszakiem).

Postumus. Król tutaj... Biada!
Cymbelin. Ty, kreaturo nędzna! Precz z mych oczu!
Zginiesz, jeżeli pomimo zakazu
Dłużej się ważysz dwór nasz kalać sobą.
Trucizną jesteś dla mej krwi.
Postumus. Niech bogi
Ciebie i co dobrego jeszcze jest przy tobie,
Mają w swej pieczy. Idę!

(Wychodzi).

Imogena. Mniej okropną
Śmierć by mi była!
Cymbelin. O, ty zaślepiona,
Zamiast mi młodość wznowić, zdwajasz jeszcze
Liczbę lat moich.
Imogena. Nie szkodź sobie, panie,
Zbytniem wzruszeniem. Gniewu się nie zlęknę...

Od trwogi, bolu chroni mnie, jak pancerz,
Głębsze uczucie...
Cymbelin. Drwisz? Gardzisz mą łaską?
Imogeiia. Czem dla mnie łaska, gdy nie mam nadziei?
Cymbelin. Mogłaś za męża mieć syna królowej!
Imogena. Mogłam! Na szczęście nie musiałam! Orła
Nie rzucę dla jastrzębia!
Cymbelin. Lepszy tobie
Żebrak... Nad moim tronem dzięki tobie
Hańba zawisła.
Imogena. Bo mi zabroniono
Nowym go blaskiem oblec.
Cymbelin. O, nędznico!
Imogena. Z twojej to winy, panie, kocham jego,
Wychowywana przezcię z nim pospołu.
Każdej kobiety godzien on być mężem...
Czem-że ja w obec niego?
Cymbelin. Oszalała!
Imogena. Tak, prawie! Niechaj bogi mnie uleczą.
Czemuż nie jestem ja pasterską córą,
A Leonatus mój, synem pasterza!

(Wchodzi królowa).

Cymbelin. O, bezrozumna!

(Do królowej).

Znowu byli razem!
Nie posłuchałaś mnie! Bierzcie ją zaraz —
I do ciemnicy!
Królowa. Cierpliwości, królu.
Ty, pani córo, milcz... Mój drogi władzco,
Zostaw nas samych i szukaj rozrywki,
Jakiej zapragniesz.
Cymbelin. Nie! Niechaj wysycha
Kropla po kropli krwi w niej co dnia; niechaj
Wyschnięta, stara, zginie przez swe głupstwo.

(Wychodzi. — Wchodzi Pisanio).

Królowa. Fe! (Do Imogeny). Daj-że spokój! — Oto jest wasz sługa.
Cóż tam nowego przynosisz nam, waszmość?
Pisanio. Syn twój królowo, napadł mego pana.

Królowa. Co? Lecz nie przyszło przecie do nieszczęścia?
Pisanio. Nie brakowało wiele, ale pan mój
Nie bił się z przeciwnikiem, igrał jeno,
Wolny od gniewu, aż ich rozdzieliło
Kilku pobliskich panów...
Królowa. To mnie cieszy!
Imogena. Tak! Syn wasz, ojca mojego przyjaciel,
Ujął się za nim! Co za bohaterstwo,
Napaść banitę! Gdyby tak w Afryce
Spotkać się mogli i gdybym ja przy nich
Stać mogła z igłą w ręku, aby przekłuć
Nędznika, który cofnie się... — Pisanio!
Czemu swojego opuściłeś pana?
Pisanio. Bo mi pójść kazał, surowo wzbraniając,
Bym towarzyszył mu chociaż do fortu.
Tutaj zaś podał mi przepisy służby,
Jaką mam pełnić przy waszej miłości,
Jeśli zażądasz.
Królowa. Wiernym był ci zawsze
Pisanio sługą. Ze będzie nim nadal,
Masz na to słowo me.
Pisanio. Wasza wysokość
Raczy podziękowanie przyjąć.
Królowa (do Imogeny). Przejdź się ze mną!
Imogena (do Pisania). Zgłosisz się waszmość do mnie w pół godziny.
Pragnę, byś jeszcze na pokładzie statku
Pomówił z moim panem. — Teraz odejdź.

(Wszyscy wychodzą).
SCENA TRZECIA.
Plac publiczny.
KLOTEN, DWAJ LORDOWIE.

Pierwszy lord. Mości książę, należałoby zmienić koszulę. Z powodu bowiem gwałtownej walki, ziejesz wasza książęca mość parą, jak ofiara. Skąd powietrze wychodzi, tam ono i wchodzi, a zaprawdę nie masz pod stropem tak dobrego powietrza, jak to, które wasza książęca mość wydajesz.
Kloten. Przebrałbym koszulę, gdyby była skrwawioną. — Cóż, zraniony?
Drugi lord (na stronie). Eh, nawet jego cierpliwość nie poniosła szwanku.
Pierwszy lord. Zraniony? Jego ciało jest chyba fantazmatem lub powietrzną pochwą dla ostrza, jeśli nie został zraniony.
Drugi lord (na stronie). Rapier uciekał w tył, jak dłużnik za miasto.
Kloten. Nędznik, nie dotrzymał mi placu.
Drugi lord (na stronie). Biegł ci ciągle do twarzy.
Pierwszy lord. Bo też kto wam dotrzyma placu, mości książę? Macie podostatkiem gruntu, ale on jeszcze ustąpił wam pola.
Drugi lord (na stronie). Na tyle cali, ile masz oceanów pod sobą. — Lizuny!
Kloten. Żałuję, że waszmość panowie wpadliście pomiędzy nas.
Drugi lord (na stronie). Ja niemniej. Byłbyś przecie raz wymierzył na ziemi, ile długości ma twoja głupota.
Kloten. Tego człowieka kochać, a mnie dać kosza!
Drugi lord (na stronie). Księżniczka w piekle smażyć się będzie, jeśli grzechem jest uczynić dobry wybór!
Pierwszy lord. Zawsze to twierdziłem, mości książę, że jej rozsądek nie może dotrzymać kroku jej urodzie. Jest ona jak piękny obrazek, z którego jednak nie promienieją blaski ducha.
Drugi lord (na stronie). Pięknie wyszłaby na tem, gdyby chciała blaski swe roztaczać przed głupotą.
Kloten. Pójdźcie, mości panowie, na moje komnaty. Szkoda, że obeszło się bez wypadku.
Drugi lord (na stronie). Chyba z oślą skórą!
Kloten. Cóż, pójdziecie panowie z nami?
Pierwszy lord. Do usług, mości książę.
Kloten. Chodźmyż wszyscy razem.

Drugi lord. Dobrze, panie!
SCENA CZWARTA.
Komnata w pałacu.
IMOGENA, PISANIO.

Imogena. Na wałach portu stój, jak wmurowany
I badaj każdy okręt. Stratą, równą
Stracie zbawienia, byłoby to dla mnie,
Gdyby list jego nie doszedł. Mów, jakie
Były ostatnie słowa twego pana?
Pisanio. Rzekł: „O, królowo droga!“
Imogena. Wionął chustką?
Pisanio. I do ust swoich tulił ją gorąco.
Imogena. Płótno bez czucia szczęśliwsze odemnie!
Czy to już wszystko?
Pisanio. Nie! Jak długo jeszcze
Okiem i uchem mogłem go rozróżnić,
Stał na pokładzie, szląc wciąż znaki chustką,
Rękawiczkami, kapeluszem, pragnąc
Wyrazić niemi, co czuł w głębi serca:
Jak dusza jego uchodzi powoli,
A jak pospiesznie okręt.
Imogena. Było trzeba
Zostać, aż wyda ci się jak ptak małym
I jeszcze mniejszym.
Pisanio. Tak też uczyniłem.
Imogena. Byłabym nerwy oczu wytężyła
Aż do pęknięcia, by śledzić go póty,
Póki nie zmalał jak koniuszek igły
I jako punkcik nie zniknął w przestworzu —
Potem zaś oczy odwrócić i płakać. Pisanio,
Kiedy od niego wieść przyjdzie?
Pisanio. Najbliższą
Pewnie okazyą.
Imogena. Nie miałam dość czasu
Na pożegnanie; tyle pięknych rzeczy
Chciałam mu jeszcze opowiedzieć o tem,
Jak myśleć o nim będę tu w godzinach,
Które wyznaczy; chciałam, aby przyrzekł,
Że i wśród Włoszek wiernym mi zostanie;

Chciałam go prosić, aby się w modlitwach
Spotykał duchem ze mną co dnia rano,
W południe, w wieczór, w onych porach bowiem
Wznosi się dusza moja ku niebiosom.
W końcu ujęłabym jeszcze w dwa słodkie
Słowa me usta przez pocałowanie.
Lecz właśnie ojciec nadszedł, niby mroźny
Powiew północy, który pączki warzy,
Zanim rozkwitną.

(Wchodzi dama dworu).

Dama. Najjaśniejsza pani
Przyzywa waszą wysokość.
Imogena. Pamiętaj
O mych rozkazach!
Pisanio. Wypełnię je święcie.


SCENA PIĄTA.
W Rzymie, w domu Filaryona.
FILARYO, JACHIHO, FRANCUZ, HOLENDERCZYK, HISZPAN.

Jachimo. Wierzaj mi, panie, znałem go w Anglii. Znaczenie jego rosło; spodziewano się po nim wielkich rzeczy, a że nie zawiódł oczekiwań, dowodem późniejsza sława. Byłbym jednak wówczas patrzył nań bez podziwu, chociażby nawet miał na pokaz spis swych wysokich przymiotów tak, iżby je można jeden po drugim wyczytać.
Filaryo. Mówisz o czasach, gdy nie dojrzał jeszcze ciałem, ani duchem.
Francuz. Widziałem go we Francyi. Tam było więcej takich, którzy równie bystro potrafili patrzeć w słońce.
Jachimo. Pojął za małżonkę córkę swego monarchy; jej wartość także obniża jego szalę. Dlatego to fama przedstawia go świetniej w swych barwach, niż rzeczywistość.
Francuz. A przytem banicya...
Jachimo. I aprobata tych, którzy pod sztandarem księżniczki stojąc, płaczą nad żałosnem rozdzieleniem, przedziwnie wznosi go ponad słuszną miarę — może być dla tego tylko, by ją utwierdzić w postanowieniu. Jakże łatwo bowiem mogłoby ono runąć pod atakiem byle kolubryny, gdyby pojęła za mąż żebraka, którego ubóstwa nie zrównoważą najwyższe przymioty! Jakimże to jednak stało się sposobem, iż zamieszka on u was? Skąd data?
Filaryo. Ja i jego ojciec byliśmy towarzyszami broni; ileż to razy ocalił mi on życie!

(Wchodzi Postumus).

Otóż i mój Anglik! Wciągnijcie go do waszego grona, jak przystoi ludziom stojącym na wyżynie waszego wykształcenia, wobec tak znakomitego cudzoziemca. Proszę was bardzo, zaznajomcie się waszmoście z tym panem, z którym wiążą mnie węzły zaszczytnej przyjaźni.
Francuz. Miałem sposobność poznać pana już w Orleanie.
Postumus. Istotnie. Od tego też czasu jestem dłużnikiem pańskim i chociaż długi zawsze staram się płacić, nie wiem jak wyrównam rachunek doznanej ze strony waszmość pana uprzejmości.
Francuz. Zbyt wysoko cenicie, panie, drobne moje przysługi. Sprawiło mi to prawdziwą przyjemność, iż mogłem pogodzić pana z moim rodakiem. Czyż nie należałoby ubolewać, gdybyście w przystępie zabójczego rozgoryczenia stanęli naprzeciw siebie z powodu takiej drobnostki.
Postumus. Wybaczcie, panie; byłem wtedy młodym jeszcze podróżnikiem. Kierowała mną raczej chęć samodzielności, niźli rozsądek, który nakazuje we wszystkiem podlegać cudzym doświadczeniom. Lecz i dzisiaj, gdy zapatrywania moje już dojrzały — choć nie wiem, żali nie jest pyszałkostwem, przypisywać sobie coś podobnego — i dzisiaj nie wydaje mi się to, o co nam poszło, taką drobnostką.
Francuz. W każdym razie, powód do rozprawy był za drobny; zwłaszcza dla ludzi, z których jeden drugiego byłby zabił niezawodnie, a kto wie, może nawet obaj byliby zginęli.
Jachimo. Czy wolno, nie narażając się na zarzut natręctwa, zapytać, o co poszło?
Francuz. Bagatela! Sprzeczka była publiczną, a treść jej można opowiedzieć bez obawy o nieprzyzwoitość. Poruszono mianowicie sprawę bardzo podobną do tej, o której rozprawialiśmy wczoraj wieczorem, gdy mianowicie każdy z nas chwalił kobiety swego kraju. Ten pan utrzymywał wtedy i oświadczył gotowość poprzeć sąd swój krwią z pod serca, iż jego pani piękniejszą jest, cnotliwszą, roztropniejszą, czystszą, stalszą i mniej dostępną pokusom, niż którakolwiek z najznaczniejszych dam Francyi.
Jachimo. Wasza pani zapewne zmarła, albo też zmieniłeś waszmość sam pierwotne swe zdanie.
Postumus. Bynajmniej. Ja trwam równie silnie przy mem zdaniu, jak ona przy swej cnocie.
Jachimo. Nie powinniście, panie, stawiać jej tak wysoko ponad nasze Włoszki.
Postumus. Nie opuściłbym nic z pochwał nawet wówczas, gdyby mnie znowu tak podrażniono, jak we Francyi. Mój podziw dla tej damy jest większy, aniżeli nawet miłość dla niej.
Jachimo. Nic łatwiejszego, jak nazwać którą z dam angielskich równie piękną i dobrą, a przecie za piękne to i za dobre byłoby wobec rzeczywistości. Gdyby nawet pańska dama przewyższyła inne znane mi kobiety tak samo, jak ów brylant na pańskiej ręce przyćmiewa inne brylanty, to jeszcze i wtedy przyznałbym jej tylko wśród wielu pierwszeństwo. Lecz podobnie, jak mnie nie zdarzyło się widzieć najcenniejszego z pośród wszystkich brylantów, trudno przypuszczać panie, jakobyś miał poznać kobietę, której żadna inna nie dorówna.
Postumus. Chwalę ją tak, jak ją cenię: na równi z mym brylantem.
Jachimo. To znaczy?
Postumus. Wyżej, niźli wszystkie dobra tego świata.
Jachimo. Ha, chyba niezrównana ukochana pańska nie żyje, albo też warta tyle, co lada błyskotka.
Postumus. Waszmość pan jesteś w błędzie. Ten kamień sprzedanym być może w razie, gdyby znalazł się nabywca dość bogaty, aby go kupić, lub też dość zasłużony, aby go otrzymać w prezencie. Natomiast dama, o której mowa, nie jest na sprzedaż, jako prawdziwy dar bogów.
Jachimo. Czy dar wam, panie, zesłany przez bogów?
Postumus. Co więcej: dar, który przy ich pomocy mam nadzieję ustrzedz.
Jachimo. Nie przeczę; może ona prawnie do was należeć, jako żona; ale czyż kaczki nie zapędzają się i na cudze stawy? Wszakże i pierścień wasz może paść ofiarą kradzieży. Tak więc z dwóch nieporównanych dóbr, jakiemi się waszmość pan szczycisz, jedno jest niepewne, drugie zawisło od przypadku. Przebiegły złodziej, zręczny uwodziciel bez trudu pozbawiliby was obu skarbów.
Postumus. Na szczęście nie masz we Włoszech nikogo równie zręcznego, by owładnąć zdołał czcią mej ukochanej — jeżeli to miałeś waszmość na myśli, nazywając ją dobrem niepewnem. Nie wątpię, że złodziei macie w tym kraju podostatkiem, a jednak o pierścień swój jestem zupełnie spokojny.
Filaryo. Mości panowie, przejdźmy do innego przedmiotu.
Postumus. I owszem. Czcigodny signor, wasz przyjaciel, panie — za co szczerą żywię dlań wdzięczność — traktuje mnie bynajmniej nie jak obcego; odrazu jesteśmy z sobą na poufałej stopie.
Jachimo. Pozwml mi waszmość tylko pięć razy tyle słów wymienić z waszą piękną władczynią, a już dam sobie z nią radę. Zmuszę ją do kapitulacyi, do poddania się, bylebym jeno znalazł przystęp i sposobność.
Postumus. Nie, nie!
Jachimo. Zakładam się o połowę mego majątku, jeśli waszmość ze swej strony założysz się o pierścień, który wedle mego szacunku wart jest jeszcze więcej; zakładam się raczej jednak dla zburzenia twej naiwnej ufności, niż dla naruszenia twego honoru. Aby zaś w niczem go nie obrazić, utrzymuję mój zakład wobec wszystkich kobiet tego świata.
Postumus. Uwodzi waszmość pana zbytnia pewność i nie wątpię, że spotka cię to, na co zasługuje podobna próba.
Jachimo. A mianowicie?
Postumus. Zawód, chociaż w gruncie próba owa zasługuje na coś więcej jeszcze: na karę.
Filaryo. Dość już, mości panowie! Cała rzecz wykłuła się zbyt raptownie; niechże pójdzie, jak przyszła — a was proszę, poznajcie się z sobą dokładniej.
Jachimo. Chętnie moje i mego sąsiada mienie postawiłbym na udowodnienie tego, co powiedziałem.
Postumus. Którą-ż kobietę obrałbyś, panie, za przedmiot swego zamachu?
Jachimo. Tę właśnie, mój panie, w której wierność wierzysz tak niezłomnie. Stawiam naprzeciw pańskiego pierścienia dziesięć tysięcy dukatów, pod warunkiem, że polecisz mnie u dworu, na którym przebywa owa dama. I niczego nie żądam więcej ponad to, jak dwukrotnej z nią roznmwy, a przywiozę stamtąd cześć jej, twojem zdaniem, tak nieugiętą.
Postumus. A więc złoto stawiam naprzeciw pańskiego złota. Co się tyczy pierścienia, jest mi on równie drogi, jak mój palec, który jest jego częścią.
Jachimo. Ostrożność zdradza w waszmości panu gorącego kochanka. Ale chociażbyś kupił ciało niewieście płacąc miliony za łut każdy, nie ustrzeżesz go od zepsucia. Podoba mi się jednak pańska trwożliwość, bo wskazuje na człowieka religijnego.
Postumus. Mówisz tak, panie, z nawyczki; przypuszczam, że uczciwe są twe zamiary.
Jachimo. Jestem panem i mistrzem słów mych, i przysięgam, że nie cofnę się przed wykonaniem tego, co rzekłem.
Postumus. Czyżby naprawdę? Pożyczę waszmości panu mój pierścień aż do czasu powrotu. Zróbmy-ż ugodę. Cnota mojej damy wyższą jest od niegodziwości twych myśli. Wyzywam cię, panie; zakład stoi. Oto mój pierścień.
Filaryo. Nie, nie ma zakładu!
Jachimo. Na bogi, zakład stoi; jeśli nie przyniosę panu dostatecznych dowodów, iż posiadłem najcenniejszy skarb twej ukochanej, to otrzymasz odemnie razem ze zwrotem pierścienia dziesięć tysięcy dukatów. Jeśli zostanę pokonany, jeśli owa dama obroni swój honor, na którym tak budujesz, to ona, pański klejnot, ten klejnot i moje złoto należeć będą do ciebie. Ale, powtarzam raz jeszcze: wszystko to pod warunkiem, iż zostanę przez waszmość pana poleconym.
Postumus. Przyjmuję warunki. Spiszemy punkta ugody i tylko stosownie do nich będziesz waszmość pan odpowiedzialnym. Jeśli potrafisz, panie, wykonać swe przechwałki, jeśli dowiedziesz mi niewątpliwie, że zwyciężyłeś, nie wezmę ci tego wcale za złe, byłby to bowiem dowód, że szło o kobietę niegodną sporu; jeśli jednak ona nie da się uwieść, jeśli nie zdołasz waszmość pan wykazać się sukcesem, w takim razie odpowiesz mi, panie, z mieczem w ręku za niecne myśli i zamach na jej niewinność.
Jachimo. Podaj, panie, rękę: zgoda! Umowę zawrzemy wobec sądu, a potem niezwłocznie wyruszam do Anglii, by przedsięwzięcie nasze nie ostygło, nie zamarło. Pójdę po pieniądze i każę zakład nasz utrwalić pisemnie.
Postumus. Dobrze.

(Postumus i Jachimo wychodzą).

Francuz. Czyżby mieli naprawdę obstawać przy tem?
Filaryo. Signor Jachimo nie ustąpi. Pójdźmy za nimi!

(Wychodzą).

SCENA SZÓSTA.
Anglia. W pałacu Cymbelina.
Wchodzą: KRÓLOWA, DAMY DWORU, KORNELIUSZ.

Królowa. Zrywajcie kwiaty, póki na nich rosa.
Gdzie spis jest?
Dama dworu. U mnie, najjaśniejsza pani.
Królowa. Możecie odejść.

(Damy dworu wychodzą).

Czy mi przyniosłeś, doktorze, te proszki?
Korneliusz (podając proszki). Wasza wysokość raczy je odebrać.
Czy wolno jednak — słuchając sumienia —
Spytać, do czego najjaśniejszej pani
Tych trucizn, które wprowadzone w ciało
Muszą sprowadzić śmierć, powolną wprawdzie,
Lecz niezawodną?
Królowa. Dziwi mnie, doktorze,
Twoje pytanie. Czy-żem nie dość długo
Twą uczenicą? Czy mnie nie uczyłeś
Jak się esencye robi, jak wyciągi,
Kadzidła — tak iż nawet król nasz wielki
Prosił mnie nieraz o próbki mej sztuki?
Cóż więc dziwnego, gdy kształcąc się dalej,
(Wszak za dyablicę nie będziesz mnie trzym ał),
Rozszerzyć pragnę zakres mojej wiedzy
Nowych szeregiem prób? Nauki siłę
Wybadać pragnę na tworach tak nędznych,
Ze szkoda na nie stryczka, (nie na ludziach!)
Próbując skuteczności owych środków,
Chcę zastosować potem antidota,
By poznać cechy i siły substancyi.
Korneliusz. Stwardnieje serce waszej wysokości
Skutkiem tych badań. Sam widok działania
Bywa w podobnych razach równie wstrętny,
Jak i szkodliwy.

(Wchodzi Pisanio).

Królowa. Bądź waszmość spokojny

(Do siebie).

Otóż pochlebca ów nędzny! Nasamprzód
Na nim spróbuję; sprzyja swemu panu,
A mego syna nie cierpi.

(Do Pisania).

Pisanio!

(Do Korneliusza).

Już nie potrzeba mi ciebie, doktorze.
Możesz pójść.
Korneliusz (do siebie). Mam cię, pani, w podejrzeniu!
Lecz nie dopuszczę do złego.
Królowa (do Pisania). Posłuchaj!
Korneliusz (do siebie). To nie podoba mi się. Ona sądzi,
Że jad trawiący dostała: o, znam ją,
I nie ważyłbym się piekielny środek
Dawać osobie, jak ona, przewrotnej...
Ten na czas krótki tylko oszałamia.
Być może, zechce ona go próbować
Naprzód na kotach, psach, potem wciąż wyżej...
Ale w pozornej śmierci z tej trucizny
Niebezpieczeństwa brak; na krótko tylko
Dusza popada w senną martwość, aby
Zbudzić się tem raźniejszą... W błąd ją wwiedzie
Fałszywy pozór; a ja tem wierniejszy,
Iż fałsz popełniam.
Królowa. Możesz pójść, doktorze,
I czekać aż cię wezwiemy.
Korneliusz. Do usług!

(Odchodzi).

Królowa. Wciąż jeszcze płacze? Jak sądzisz: czy z czasem
Nie uspokoi się i z rezygnacyą
Głupstwa nie zrzeknie się? Czyń, co możliwe.
W chwili, gdy rzekniesz mi, iż ona kocha
Mojego syna, staniesz tak wysoko,
Jak twój pan; wyżej jeszcze: padła bowiem
Trafem szczęśliwość jego, a nazwisko
Wkrótce ostatni oddech wyda. Wrócić
Nie może, ani zostać tam, gdzie bawi,

Zmieniając miejsce, zmieni jedną biedę
Na drugą; każdy dzień burzy mu tylko,
Co stworzył w dniu poprzednim. Jakaż
Korzyść z człowiekiem wiązać się, co runął,
I już nie wstanie; bo nawet przyjaciół
Nie ma, gotowych poprzeć go!

(Opuszcza puszkę, którą Pisanio podejmuje).

Podjąłeś,
Nie wiedząc, co to; przyjmże za twe trudy.
Własny to wyrób rąk mych; pięciokrotnie
Króla ocalił od śmierci i nie znam
Nic, coby bardziej wzmacniało. Zachowaj
Dar, jako zakład znaczniejszej nagrody,
Którą gotuję tobie. Twojej pani
Powiedz, od siebie, jak się rzeczy mają.
A pomyśl, jak się zmienią twoje losy;
Przychylność księżnej zachowasz, a zyskasz
Przychylność mego syna — nie zapomni
On tej przysługi. Króla ja już skłonię,
By wszystko, czego zapragniesz, uczynił,
Najbardziej jednak mnie tem do wdzięczności
Zobowiązałbyś. Przyszlij mi fraucymer
I rozważ dobrze, coś słyszał.

(Pisanio odchodzi).

Lis szczwany
I nieugięty, swego pana rzecznik,
Jej zasię mentor, baczący wciąż na to,
By zachowała serce małżonkowi.
Jeśli spożyje tylko, co mu dałam,
Nie będzie miała Imogen nikogo,
Ktoby się podjął poselstwa miłości,
A jeśli ona przecie nie ulegnie,
Skosztuje w końcu także tych przysmaków.

(Pisanio wraca z damami dworu).

Tak, doskonale! Te fiołki, dzwonki,
Pierwiosnki, wnieście do mojej sypialni.
Bądź zdrów, Pisanio! A nie zapominaj
O moich słowach.

(Królowa i damy dworu wychodzą).

Pisanio. O, tak! Nie zapomnę!
Nim pana zdradzę, raczej wprzód na ścięcie,
Oddam mą głowę... To przyrzekani święcie!

(Wychodzi).
SCENA SIÓDMA.
Inny pokój w pałacu.
Wchodzi IMOGENA.

Imogena. Ojciec surowy, fałszywa macocha,
Głupi zalotnik zamężnej kobiety,
Banita mąż jej — o, ten mąż, ten drogi,
Mąk mych korona, bo-ć dla niego wszystko
Cierpię! Dlaczegóż mnie nie ukradziono
Tak, jak mych braci? Czyz to nie szczyt nędzy
Żałość na tronie? O, błogosławieni
Maluczcy, którym jest okrasą życia
Spełnienie godnych życzeń. — Któż tam znowu?

(Wchodzi Pisanio i Jachimo).

Pisanio. Księżno, ten rączy kawaler przybywa
Z Rzymu z listami pana.
Jachimo. Nie drżyj, pani!
Zacny Leonat zdrów i żyw, pozdrawia
Waszą wysokość.

(Wręcza Imogenie list).

Imogena. Dziękuję wam, panie,
Mój miły gościu.
Jachimo. Jakież bogactwo ozdabia ją z zewnątrz!
Jeśli i dusza jej równie wspaniała,
Wówczas unikat widzę w niej. Feniksa,
I wiem, że przegram. Wspieraj mnie, odwago,
A ty, zuchwalstwo, uzbrój mnie! Inaczej
Przyjdzie mi walczyć na sposób partyjski:
W ucieczce — ba, bez walki uciec!

Imogena (czyta:) „Jestto szlachcic znakomitej familii, którego przyjaźń niezmiernie mnie zobowiązuje. Ceń go w równej mierze, jak ci drogą twoja wierność.

Leonatus.“

Dalej nie czytam głośno:
Lecz owo „dalej“ płomieniem napełnia
Głąb mego serca i wdzięczność w niem wznieca.
Witajże, zacny panie — z serdecznością,
Na jaką tylko stanie mnie i jaką
We wszystkiem znajdziesz.
Jachimo. Dzięki, zacna pani!
Co? Poszaleli ludzie? Czyż natura
Dała wzrok tylko do patrzenia w niebo,
W ten sklep wspaniały nad morzem i lądem?
Czyli też po to, by gwiazdę od gwiazdy
Zdołać rozróżnić, kamyk od kamyka?
Zali-ż ten cenny ap arat nie pozna,
Co brzydkie, a co piękne?
Imogena. Skąd te myśli?
Jachimo. Nie, tu nie oko w grze. Pokażcie małpie
Tak różne dwie kobiety, a powita
Jedną zgrzytaniem, drugą pieszczotami.
I nie w rozsądku rzecz — matołek nawet
Mądrym piękności będzie sędzią; zatem
Lubieżność? Ależ brud przeciwstawiony
Takim urokom, zmusiłby wnet żądze
Wyżygać nawet czczość — a jakże mógłby
Wzniecić łakomstwo?
Imogena. Co wam, zacny panie?
Jachimo. Pragnienie przetężone; żądza syta,
A głodna; beczka dziurawa, a pełna —
Nie dosyć pożreć jagnię, chce się jeszcze
Jelit...
Imogena. Gdzież myśl was unosi, mój panie?
Może wy chorzy?
Jachimo. Nie, księżno, jestem zdrów. Mój przyjacielu,
Zechciej popatrzeć, gdzie jest mój służący.
Nie zna on miejsca, a głupi!
Pisanio. Właśnie wyjść chciałem na jego spotkanie.

(Wychodzi).

Imogena. Jakże powodzi się mojemu panu?
Jachimo. Wybornie, księżno!
Imogena. A czy wesoły?

Jachimo. Nieinaczej, sądzę.
Bardzo wesoły. Nikt go nie prześcignie
W figlach i żartach. Zwą go też powszechnie
Swawolnym synem Anglii.
Imogena. Będąc tutaj,
Objawiał skłonność do smutku, jakkolwiek
Przyczyn sam nie znał.
Jachimo. Ja go nie widziałem
Nigdy poważnym. Leonat ma druha
Francuza, pan to znakomity wielce;
Serce zostawił, zdaje się, w ojczyźnie,
Okrutnie wzdycha więc. Wesoły Anglin,
Wasz cny małżonek, śmieje się i woła:
Pęknę, doprawdy, gdy pomyślę sobie,
Że człowiek, który z słuchu i doświadczeń
Wie, czem kobiety są i czem być muszą,
Będąc swobodnym, tęsknić jeszcze może
Do jarzma.
Imogena. Tak powiada mój małżonek?
Jachimo. Tak — i aż płacze ze śmiechu. Prawdziwa
Rozkosz, posłyszeć go, jak kpi z Francuza.
Ano, bywają wśród mężczyzn czasami
Nagany godni.
Imogena. Nie on jednak, sądzę.
Jachimo. Zachowaj Boże! Choć za łaskę niebios
Mógłby wdzięczniejszym być. On mnie zadziwia.
Ale co do was, księżno, (w której widzę,
Zyskał Leonat więcej, niż zasłużył),
Podziw z współczuciem łączą się.
Imogena. Dla kogo?
Jachimo. Dla dwojga istot.
Imogena. Czy ja jedna jestem?
Tak dziwnie patrzysz. Cóż we mnie takiego
Widzisz, co litość wzbudza?
Jachimo. Rzecz to smutna!
Gdy ktoś porzuca słońce i szczęśliwym
Czuje się w norach ohydnych przy blasku
Łojówki.

Imogena. Bardzo proszę was, mój panie,
Chciejcie się jaśniej nieco wytłumaczyć,
W czem źródła waszej litości nademną?
Jachimo. Bo inna dziś —
Chciałem rzec — z waszych praw — lecz nie? Już dosyć!
Bogów jest rzeczą grzech taki ukarać,
Nie moją, mówić o nim...
Imogena. Wnosić muszę,
Że wam wiadomo coś, co mnie obchodzi.
Gdy zaś przeczucie złego często silniej
Dręczy, niż pełna świadom ość; (złe bowiem
Samo się nieraz naprawia, lub jeśli
W czas je poznamy, daje się naprawić)
Proszę: powiedzcie, co was równocześnie
Gna i wstrzymuje?
Jachimo. O, gdybym te usta
Miał dla kąpania mych ust, a tę rękę,
Której dotknięcie jedno już wymusza
Śluby wierności; to lice, co więzi
Nieokiełzane loty moich spojrzeń,
Ku sobie tylko żar ich ciągnąc; czyżbym
Zdołał ust dotknąć zużytych, ja k schody
Na Kapitolu? Hańbo! Czyżbym ręce
Twarde od płatnych, fałszywych uścisków,
(Bo fałsz ich pracą), tulił; albo, czyżbym
Mógł spojrzeć w oczy nędzne i opełzłe,
Tak migające, jak światełko knotu,
Co siedzi w starym łoju? Ach, zaprawdę,
Rzecz słuszna, aby na taki upadek
Runęło całe piekło przekleństw!
Imogena. Mąż mój
Chyba zapomniał Anglię.
Jachimo. A z nią — ciebie?
Niechętnie tylko przynoszę wiadomość
O sprosnej jego zmianie; gorżkie słowa
Dostały się na usta z głębin smutku,
Zwabione tylko wdziękiem twoim, pani!
Imogena. Dosyć już! Nie chcę więcej słyszeć o tem?

Jachimo. Boska istoto! Twa hańba, jak febra,
Wstrząsa mem sercem. Kobieta tak piękna,
Spadkobierczyni królestwa, podwójnie
Mogłaby godność króla podnieść. On zaś
Twymi pieniądzmi płacąc, nierządnice
Ściąga, zepsuciem nawskróś przetrawione,
Za grosz z chorobą igrające każdą,
Jaka powstaje z gnicia; te zbiorniki
Jadu, truciznę nawet zatruć zdolne.
Musisz się zemścić, pani, jeśli jesteś
Istotnie córą królów, nie wyrzutkiem
Wielkiego rodu...
Imogena. Co? Ja — mścić się?
Jakim sposobem? Jeżeli to prawda,
(Ale mam serce, które się nie łatwo
Da w błąd wprowadzić uszom); jeśli prawda,
Jakże się zemścić mam?
Jachimo. On tobie, pani,
Każe żyć w zimnem łożu, jak westalce,
A sam, ku hańbie twej, za twe pieniądze,
Wśród najszpetniejszych żądz nurza się! Zemsta!
Ku pocieszeniu oto masz mnie, pani,
A szlachetniejszym będę, niźli zbieg ów,
I lepiej wytrwać potrafię w miłości,
Korny, dyskretny.
Imogena. Pisanio, Pisanio!
Jachimo. Z mych ust zdejm, pani, śluby wiernej służby!
Imogena. Precz, precz! Przekleństwo mym uszom, że dotąd
Słuchały ciebie. Gdybyś był uczciwy,
Opowiedziałbyś to w imię słuszności,
A nie dla celu, który wart nędznika.
Cień na szlachetność rzucasz tak daleką
Od twych opisów, jak ty od honoru.
Osidlić chcesz kobietę, która tobą
Gardzi, jak czartem. Nuże, wejdź, Pisanio!
Niech król, mój ojciec, otrzyma wiadomość
O tym zamachu, a gdy za przystojną
Uzna rzecz, aby tu, na jego dworze,

Zuchwały intruz śmiał się zachowywać,
Jak w rzymskiej łaźni i bydlęcej chuci
Folgować — to o dwór swój chyba nie dba,
A córkę swoją ma za nic. — Pisanio!
Jachimo. Szczęśliwy Leonacie! wołam teraz.
Niezłomna wierność twej zacnej małżonki
Tak zasługuje na twe zaufanie,
Jak twoje cnoty na jej wierność. Żyjcie
Długo szczęśliwi! O, godna małżonko
Najzacniejszego z małżonków na świecie!
Bo też jedynie taki godzien ciebie!
Przebacz, sam chciałem tylko wypróbować,
Jak też daleko ufność twoja sięga.
Mąż twój, o, pani, czem jest, niech na nowo
Będzie przezemnie! A jest on, zaprawdę,
Niepokalany i jest czarodziejem,
Który porywa tłumy i serc wszystkich
Połowę posiadł.
Imogena. Jestem przejednana.
Jachimo. Jak Bóg, wielbiony, bawi pośród ludzi.
Cześć, jaką posiadł, wyższa ponad zwykłe
Uznanie ludzkie; nie gniewaj się na mnie
Dostojna pani, za wybryk zuchwalstwa,
Za owe kłamstwo dla próby; twa mądrość
Znalazła nowe w stałości stwierdzenie,
Wprzód objawiwszy się w wyborze męża,.
Który jedyny wolny jest od przywar.
Jam się z miłości dla niego jedynie
Ośmielił na to; ale ciebie, pani,
Stworzyły bogi nie taką, jak inne:
Bez skazy zgoła! Chciej mi więc przebaczyć!
Imogena. Wszystko już dobrze; u dworu, czem mogę
Chętnie wam służę.
Jachimo. Dziekuję pokornie.
Byłbym zapomniał poprosić o łaskę
W sprawie, acz drobnej, lecz ważnej niezmiernie
A dotyczącej i waszego pana.
W sprawie tej ja wraz z kilku przyjaciółmi
Bierzemy udział.
Imogena. Cóż to jest takiego?

Jachimo. Gromadka Rzymian razem z Leonatem,
(Same wybrane pióra naszych skrzydeł).
Wspólnie kupiliśmy dar dla cesarza...
Z ramienia reszty nabyłem go w Francyi.
Jestto rzecz srebrna przedziwnej roboty
Zdobna w kamienie, o formie misternej,
Znacznej wartości. Obcym będąc tutaj,
Lękam się nieco o ten skarb. Czy wolno
Prosić cię, pani, byś go w swą opiekę
Wzięła łaskawie?
Imogena. Ależ jak najchętniej!
Za nietykalność ręczę własnem słowem.
Skoro zaś w sprawę w dał się mój małżonek,
W sypialni skarb umieszczę.
Jachimo. Moi ludzie
Skryli go w skrzyni. Jeżeli więc wolno
Przyszlę ją tutaj, na jedną noc tylko,
Już bowiem rano muszę ruszyć w drogę.
Imogena. O, nie!
Jachimo. Niech wasza wysokość wybaczy:
Muszę, bo dałem słowo. Przypłynąłem
Od strony Francyi, by swemu życzeniu
I przyrzeczeniu posłuszny, was, pani,
Obaczyć.
Imogena. Dzięki serdeczne za trudy!
Lecz zostań jeszcze jutro, panie...
Jachimo. Muszę,
Muszę powracać! Proszę więc, gdy pragnie
Wasza wysokość pozdrowić listownie
Swego małżonka, zrób to, księżno, w wieczór.
I tak za długo już bawię, a ważna
Rzecz doręczenie daru.
Imogena. Pójdę pisać.
Waszmość zaś przyślij skrzynię; strzedz jej będę,
Aby nietkniętą zwrócić. Żegnaj, panie!

(Wychodzą).
Dzieła Wiliama Szekspira T. I - ornament from p.663.jpg


AKT DRUGI.

SCENA PIERWSZA
Brytania. Dziedziniec pałacowy.
Wchodzi KLOTEN Z DWOMA DWORZANAMI.

Kloten. Czy bruździł komu los do tego stopnia? Być już tak blisko celu i znowu ujrzeć się zmuszo nym do odwrotu! Szło o sto funtów — to nie bagatela! A tu mi taki obmierzły rarog śmie wymawiać moje klęcia, jakbym je od niego pożyczył i nie miał prawa szafować niemi wedle upodobania!
Pierwszy dworzanin. Co mu potem, skoro wasza kula, mości książę, łeb mu roztrzaskała?
Drugi dworzanin (do siebie). Gdyby ten łeb nie miał więcej oleju, niźli mózgownica księcia, wylałby się odrazu do szczętu!
Kloten. Jeśli znakomita persona kląć ma ochotę, nie uchodzi przecie, byle komu z obecnych repliko wać w podobny sposób. Czy nie tak?
Drugi dworzanin. Z pewnością, mości książę. (Do siebie). Ale zaaplikować porządną nauczkę, to nale żałoby się.
Kloten. Psie ścierwo! Ja miałbym jemu dać satysfakcyę! O, gdyby mógł równać się ze mną co do rodu!...
Drugi dworzanin (do siebie). Przybyłby nowy członek rodowi szubrawców!
Kloten. Nic pod słońcem bardziej nie może mnie gniewać! Niech to wezmą dyabli! Wolałbym, doprawdy, nie być tak wysoko urodzonym... Lęk ich zbiera, bić się ze mną — lęk ze względu na moją matkę, królowę. Byle błazen może mieć bójek wyżej uszu, a ja biegam, jak kogut, którego nikt tknąć się nie waży.
Drugi dworzanin (do siebie). Słyszałem dużo kogutów, ale żaden nie piał tak głupio!
Kloten. Co waść mówisz?
Pierwszy dworzanin. Nie wypada waszej miłości bić się z lada chłystkiem, który go urazi.
Kloten. Wiem o tem, niestety; ale wypada przecie, bym tych uraził, co są niżsi odemnie.
Pierwszy dworzanin. To istotnie wypada tylko waszej książęcej mości.
Kloten. A ja co mówię?
Pierwszy dworzanin. Czy słyszałeś książę — o tym cudzoziemcu, który dziś wieczorem zgłosił się u dworu?
Kloten. Cudzoziemiec? Jako żywo, pierwszy raz. — słyszę!
Drugi dworzanin (do siebie). Wielkie dziwo! Sam jest bestyą zagraniczną, a nie wie o tem!
Pierwszy dworzanin. Włoch to, jak powiadają, przyjaciel Leonata.
Kloten. Leonata? Ależ to łotr nad łotry. I on więc jest łotrem. Chciałbym go poznać. Skąd wiecie o tym cudzoziemcu?
Pierwszy dworzanin. Od jednego z paziów waszej książęcej mości.
Kloten. Czy wypada, bym poszedł go zobaczyć? Czy to nie będzie poniżeniem dla mnie?
Pierwszy dworzanin. Ależ książę nie możesz poniżyć się.
Kloten. Całkiem moje zdanie.
Drugi dworzanin (do siebie). Jesteś skończonym głupcem, a to samo poniża cię już do tego stopnia, że o większem poniżeniu nie może być mowy!
Kloten. Chodźcież, zobaczyć pragnę tego Włocha! Muszę odbić na nim, co dziś przegrałem w kręgle. Nuże, mości panowie!
Drugi dworzanin. Do usług waszej książęcej mości.

(Kloten i pierwszy dworzanin wychodzą).

Że też mógł czart tak chytry, jak mamusia,
Zrodzić takiego osła! — Swym rozumem
Ujarzmia ona świat, a jej synalek
Nie umiał nigdy w życiu trzech policzyć!

O, biedna księżno, zacna Imogeno,
Co też ty wszystko ścierpieć musisz! Ojcem
Włada macocha, wiecznie coś knująca;
A ten zalotnik, bardziej nienawistny
Niźli banicya nawet przeciw mężu;
A ów rozwodu grzeszny pomysł... Boże!
Opiekuj ty się grodem jej honoru,
Zbeszcześcić nie daj świątyni jej duszy.
Za te wierności męki niezliczone
Powróć jej męża, a z mężem koronę!

(Odchodzi).
SCENA DRUGA.
Sypialnia. W rogu widać ustawioną dużą skrzynię. IMOGENA wypoczywa w łożu, zajęta czytaniem. PANNA RESPEKTOWA.

Imogena. Kto tu? Heleno!
Panna. Oto jestem, pani!
Imogena. Która godzina?
Panna. Dochodzi już północ.
Imogena. Od trzech więc godzin czytam. Wzrok się znużył...
Zagnij tę kartkę, dotąd przeczytałam.
Idź więc, lecz świecy nie bierz, niech się pali;
Gdybyś zbudziła się o czwartej rano,
Zbudź i mnie także... Usypiam już całkiem.

(Panna respektowa wychodzi).

Bogi, oddaję się waszej opiece!
Od elfów równie, jak od pokus nocnych,
Strzeżcie mnie, błagam...

(Usypia. Jachimo wychodzi ze skrzyni).

Jachimo. Ćwierkają świerszcze, utrudzony człowiek
W spoczynku szuka nowych sił; tak samo
Niegdyś Tarkwiniusz wchodził, by niewinność
Zbudzić i zranić potem. — Cytereo,
Jak cudnie zdobisz twe łoże! Ty, lilio,
Bielsza od płócien! O, gdybym cię tknąć mógł!
I ucałować raz tylko! Jak lekko
Zwarły się cudne rubiny ust; balsam

Niesie ich tchnienie. Oto promień świecy
Schyla się ku niej i wejść usiłuje
Pod rąbek powiek, aby tam podziwiać
Gwiazdy zakryte teraz, biel i lazur
Niebiańskim mrokiem otoczone w koło.
Lecz cel mój, cel mój?
Spójrzmy na pokój — trzeba spisać wszystko;
Takie a takie obrazy; tam okno;
Taki nad łożem baldachim; dywany,
Figury takiej treści; ten — to pierwsze —
Jakiś na ciele znak od urodzenia!
Silniej on, niźli tysiące szczegółów
Mego zeznania potwierdzi prawdziwość.
Śnie, małpujący śmierć, przywal ją mocno!
Niech w niej uczucia nie zostanie więcej,
Niźli w kościelnym posągu... To dla mnie...

(Zdejmuje Imogenie naramiennik).

Tak ślizki, jak gordyjski węzeł — mocny.
Moim on teraz, by świadczyć na zewnątrz
Tak silnie, jak poczucie wewnątrz świadczy.
Ach, do szaleństwa ja go przyprowadzę!
Na lewej piersi znaczek pięciodzielny,
Jak dno czerwone w kielichu pierwiosnka.
Dowód pewniejszy niż z wyroku sądu.
Gdy mu wymienię znak ten, pewny będzie,
Iż gród zdobyłem i zabrałem skarby.
Dosyć już tego!
Na co spisywać to, co jakby wbite,
Jak wszrubowane w mą pamięć? Ot, właśnie
Czytała Tereusza — na tej karcie
Oddaje Filomela siebie. Dosyć, dosyć!
Wracam do skrzyni, zatrzask niechaj spadnie.
Pędźcie, wy smoki nocy, świt krukowi
Niechaj otworzy oczy! Czuję trwogę wściekłą:
Tam wypoczywa anioł, a tu — piekło!

(Zegar wydzwania godzinę).

Raz, dwa, trzy... Czas już najwyższy!

(Wraca do skrzyni).

SCENA TRZECIA.
Przed oknami komnat Imogeny.
Wchodzi KLOTEN Z DWOMA DWORZANAMI.


Pierwszy dworzanin. Podziwiam łagodność waszej książęcej mości przy graniu; nikt z zimniejszą krwią nie rzuca asa.
Kloten. Ano, komuż nie zrobi się zimno, gdy przegrywa?
Pierwszy dworzanin. Nie każdy jednak potrafi tak nad sobą zapanować, jak to waszym jest zwyczajem, mości książę; namiętność rozpala cię i czyni rozpieczonym dopiero wówczas, gdy wygrywasz.
Kloten. Wygrana dodaje animuszu. Gdybym tylko posiadł tę głupią Imogenę, złota miałbym podostatkiem. Już dzień niebawem będzie, nieprawdaż?
Pierwszy dworzanin. Owszem, już dnieje, miłościwy panie!
Kloten. Niechże tu przyjdzie kapela. Wszak radziliście mi, bym ją obudził muzyką. Powiadacie, że to nie zawiedzie.

(Schodzą się grajkowie).

Chodźcież raz i nastrójcie gęśle. Jeśli uda si wam poruszyć ją przebieraniem palców po strunach spróbujemy nastroić także język; jeśli i to nie pomoże, niech ją dyabli wezmą; nie myślę jednak dać za wygranę. Naprzód świetna i świetnie wykonana przygrywka, potem przedziwnie słodki śpiew w zdumiewającym, nadzwyczajnym takcie. — A potem niech cna pójdzie po rozum do głowy.

Pieśń.

Ptaszyna śpiew poczęła swój,
Gna Feb po nieboskłonie;
Wśród kwiatów ujrzał czysty zdrój,
Napoił tam wnet konie.

Złocisty jaskier z poza mgły
Spoziera w dal po łanie;
O, luba, luba, rzuć już sny
I przyjm to powitanie.


Kloten. Tylko tak dalej. Jeśli to poskutkuje, tem wyżej cenić będę waszą sztukę; jeśli nie, w takim razie jest widocznie winą błąd jej słuchu — błąd, którego naprawić już nie zdoła ani włosień koński, ani baranie jelita, ani głos rzezańca.
(Grajkowie odchodzą).
(Wchodzą król z królową).

Drugi dworzanin. Zbliża się król...
Kloten, Bardzo mi przyjemnie, że do tak późna byłem na nogach, dzięki bowiem tylko temu, mogłem wstać tak rano. Dzień dobry, wasza królewska mości, dzień dobry, moja matko.

Cymbelin. Czekasz przed dumnej naszej córki drzwiami?
Czyliż nie wyjdzie?

Kloten. Zaalarmowałem ją muzyką, ale ona nie raczyła zwrócić na to uwagi.

Cymbelin. Zbyt świeże jeszcze wygnanie jej gacha.
Dłuższy dopiero czas zatrze w jej duszy
Obraz miłego, a wtedy, Klotenie,
Zostanie twoją.
Królowa. Podziękuj królowi
Za to, że nic nie zaniedbuje, by ci zjednać
Córkę swą; dołóż jeno także starań,
Zalecaj się; wyzyskuj pilnie, synu,
Każdą minutę; odmowa niech tylko
Podsyca w tobie zapał, by się zdało,
Iż cię wszechwładna wola ducha zmusza
Do wszelkich dla niej przysług; że wykonasz
Wszystko, co każe, a jedynie rozkaz,
Byś się oddalił, wprawia cię w szaleństwo.
Kloten. Szaleństwo! Tego jeszcze brakowało tylko!

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec. Posłowie z Rzymu zjawili się* właśnie,
Jednym z nich Kajusz Lucyusz.
Cymbelin. Mąż to dzielny;
Choć przykra sprawa przywiodła go tutaj,
Lecz cóż on winien? Przyjąć go wypada
Stosownie do czci tego, czyim posłem;
Przy tem pamiętać o przysługach trzeba,

Jakie niedawno oddał nam. — Mój synu!
Gdy swą władczynię powitasz, pójdź za mną
I za królową; potrzebny mnie będziesz
Wobec tych rzymskich gości. Pójdź, małżonko!

(Cymbelin, królowa, posłaniec i dworzanie odchodzą).

Kloten. Jeśli już wstała, pomówię z nią zaraz,
Jeśli nie, niechaj spi dalej. — Hej, hola?

(Puka).

Wciąż się otacza fraucymerami. Czyby
Nie posmarować której łap? Wszak złoto
Otwiera w stęp; wszak Dyany leśniczowie
Dla złota sami nieraz kłusownikom
Napędzą zwierza; złoto nieraz gnębi
Najsprawiedliwszych, a ochrania zbójów —
Nieraz i tych i tamtych darzy stryczkiem.
Czegóż nie stworzy ono i nie zniszczy?
Niechże mi złoto zjedna protektora
W osobie której z dam dworskich... Sam jeszcze
Nie umiem sobie dać rady? Hej!
Panna. Kto tam?
Kloten. Szlachcic.
Panna. Nic więcej?
Kloten. Syn dostojnej damy.
Panna. No, to już więcej, niż mógłby powiedzieć
Niejeden z tych, co mają równie drogich
Krawców. I czegóż książę pan pożąda?
Kloten. Twej zacnej pani; czyli już gotowa?
Panna. O, tak, gotowa... nie wyjść z swej komnaty.
Kloten. Masz tu garść złota, sprzedaj mi twą miłość.
Panna. Miłość, czy tylko życzliwość we wzmiankach
O twej miłości, gdzie należy? Księżna...

(Wchodzi Imogena).

Kloten. Dzień dobry, luba siostrzyczko, daj rączkę...
Imogena. Dzień dobry, książę; szkoda waszych trudów,
Bo zawód będzie ci zapłatą. Wdzięczność
Tkwi u mnie cała w wyznaniu, że dzięków
Nie mam za wiele, że przeto ich trwonić
Nie mogę.
Kloten. Ach, przysięgam: kocham ciebie!

Imogena. Dośćby rzec było, gdyż na jedno wyjdzie.
Ja zaś przysięgam, że na twe przysięgi
Zważać nie będę.
Kloten. To nie jest odpowiedź.
Imogena. Jedynie, abyś nie mógł wziąć milczenia
Za cichą zgodę — mówię. Daj mi spokój!
Najwyszukańsze twe grzeczności spotka
Zawsze ta sama odprawa. Kto mądry,
Powinien umieć zrzec się, czego trzeba.
Kloten. Na łup szaleństwa pozostawić ciebie
Byłoby grzechem.
Imogena. Głupcy nie szaleją.
Kloten. Masz mnie za głupca?
Imogena. Tak, bo-m jest szalona.
Bądź mądrym, ja przestanę być szaloną.
Dla nas obojga lek w tem. Wybacz, książę,
Lecz sam mnie zmuszasz do tej niekobiecej
Szczerości. Oto, zbadawszy me serce,
Oświadczam raz na zawsze pod zaklęciem,
Iż się o ciebie nigdy nie zapytam.
Co gorsza, miłość bliźniego w mem sercu
Zmarniała, sama czuję — tak dalece,
Iż nienawidzę ciebie; gdybyś umiał
Uznać to, jabym nie potrzebowała
Mówić wprost w oczy.
Kloten. Brak ci posłuszeństwa,
Którego słusznie żąda ojciec. Wszakże
Małżeństwo twoje z niegodnym nicponiem,
Który się karmił jałmużną, zimnemi
Ze stołów dworskich odpadkami — nie jest
Związkiem, jak my to pojmujem, małżeńskim.
I chociaż nawet nie bronią prostakom
(No, że on prostak, o to nie ma sporu),
Z których nic zresztą wywieść się nie może,
Jak tylko nowa nędza — wchodzić w związki,
Wedle upodobania; tobie przecież
Tej samowoli zabrania stanowczo
Prawo do tronu. Togo prawa nie śmiesz
Kalać do spółki z nędznym niewolnikiem,

Sługą sług, potyradłem — kreaturą
Nawet tych nazw niegodną...
Imogena. Oh, nędzniku!
Gdybyś był synem Zeusa, lecz wraz niczem
Nad to, czem jesteś — nie byłbyś zaprawdę,
Godnym, pachołka jego nosić szaty.
I należałoby zazdrościć tobie,
Zasługi was obydwóch zestawiwszy,
Gdybyś był kata podręcznym u niego,
Znienawidzonym za ten honor.
Kloten. Pomsta
Niechaj go bierze!
Imogena. Największą dlań hańbą,
Być wymienionym przez ciebie; najmniejsza
Cząstka odzieży, jaką miał na sobie,
Więcej mi warta od twej całej głowy,
Choćby włos każdy był człekiem twej miary.
Pisanio!

(Wchodzi Pisanio).

Kloten. Cząstka odzieży! Do dyabłów!...
Imogena. Pobiegnij prędko po moją Dorotę.
Kloten. Odzieży?
Imogena. Waryat ściga mnie, jak zmora,
Większy gniew budząc, niż trwogę. Dziewczyna
Niechaj klejnotu szuka, co z ramienia
Spadł mi niespostrzeżenie; to dar męża.
Za wszystkie skarby najmożniejszych królów
Ja nie oddałabym tego klejnotu.
Jeszcze dziś rano, tak mi się wydaje,
Miałam go, w każdym zaś razie wieczorem.
Wiem, gdyż tuliłam do ust mych obrączkę.
Miałażby uciec, aby zdradzić pana,
Iż całowałam coś, co nim nie było?
Pisanio. Znajdzie się pewnie.
Imogena. I ja mam nadzieję.

(Pisanio odchodzi).

Kloten. Taka obraza... Co? Jego odzieży?
Imogena. Rzekłam, nie przeczę.
Chcesz mnie zaskarżyć, to przywołaj świadków!

Kloten. Powiem twojemu ojcu.
Imogena. I twej matce.
Ona tak dobra dla mnie! Niezawodnie
Coś najgorszego wnet o mnie pomyśli.
A teraz pozostawiam ciebie, książę,
Na pastwę złego humoru.
Kloten. Oh, zemsty!
Jego odzieży? Dobrze!

(Odchodzi).
SCENA CZWARTA.
Rzym. Dom Filaryona.
Wchodzą: POSTUMUS i FILARYO.

Postumus. Nie bój się; obym mógł tak pewnie liczyć
Na przebaczenie króla, jak-em pewny
Czci jej!
Filaryo. Czy obmyśliłeś już sposób, jak króla
Przebłagać?
Postumus. Wcale nie! Cierpliwie ufam,
Iż czas odmieni wszystko i drżę z zim na
W oczekiwaniu ciepłych dni. W niemocy
Cóż dać wam mogę dziś więcej nad — wdzięczność?
Gdy los zawiedzie, umrę twym dłużnikiem.
Filaryo. Sama twa przyjaźń, twoje towarzystwo,
Hojną zapłatą tego, co zrobiłem.
Augustus posły szle waszemu panu.
Ostro przemówić ma don Kajusz Lucyusz.
Przepaszczon haracz wraz z zaległościami
Spłacony będzie, gdyż w przeciwnym razie
Król wasz obaczy znowu nasze hufce,
Których wspomnienie dlań tak przykre.
Postumus. Sądzę,
(Choć mężem stanu nie jestem, nie będę),
Że wojna musi wybuchnąć — i prędzej
Gallijskie legie wasze wylądują
W naszej ojczyźnie, obcej trwogom, niźli
Choć grosz haraczu dostaniecie stamtąd.

Lud nasz dziś więcej ma wojennej wprawy,
Niż wówczas, kiedy Cezar, z jego klęski
Szydząc, przyznawał jednak, iż odwagą
Może zaniepokoić; owóż ład ten,
Gdyby spróbować kto zechciał, dowiedzie,
Iż postęp go nie minął.

(Wchodzi Jachimo).

Filaryo. Patrz! Jachimo!
Postumus. Najszybsze sarny snać miałeś w zaprzęgu,
I żagle twoje były całowane
Od wszystkich wiatrów.
Filaryo. Jakże mi się miewasz?
Postumus. Twój szybki odwrót ma, zgaduję, źródło
W klęsce tak samo szybkiej.
Jachimo. Nie widziałem
Kobiety równie pięknej, jak twa żona.
Postumus. Ni równie dobrej; bo w przeciwnym razie
Jej czar patrzałby przez okna, by wabić
Fałszywe serca w fałszywą igraszkę.
Jachimo. Tu od niej list.
Postumus. Czy dobre wieści?
Jachimo. Sądzę!
Postumus. Czy Kajusz Lucyusz na brytańskim dworze
Za was już gościł?
Jachimo. Był oczekiwany,
Nie wylądował jednak jeszcze...
Postumus. Dobrze.
A cóż pierścionek? Czy błyszczy, jak dawniej,
Czy też niegodny już ciebie?
Jachimo. Przegrawszy,
Straciłbym tylko jego wartość w złocie.
Lecz znów podjąłbym podróż tak daleką,
By drugą noc mieć tak krótką, tak słodką,
Jaką w Brytanii miałem. Mój jest pierścień!
Postumus. Zbyt ciężki, abyś wziął go w posiadanie!
Jachimo. Twa żona dość go oceniła lekko!
Postumus. Bez żartów; boli cię zawód; nie zechcesz,
Byśmy sie znali nadal.

Jachimo. Owszem, panie!
Znajmy się, byłeś dotrzymał umowy.
Gdybym poddania się twojej małżonki,
Nie przywiózł z sobą, wówczas co innego.
Lecz ja zdobyłem cześć jej i twój pierścień.
Nie miej urazy do mnie. Wszak działałem
Zarówno wedle twojej woli, panie,
Jak po jej myśli.
Postumus. Jeśli mi dowiedziesz,
Że ją tuliłeś w łożu do swej piersi,
Podam ci rękę, a wraz z ręką pierścień.
W przeciwnym razie za to, iż masz czelność,
Tak myśleć o niej, musi paść skruszony
Miecz twój, lub mój; a może padną oba,
Bezwolnie padną, by czekać znalazców.
Jachimo. Już w tem, co powiem, znajdziesz prawie dowód;
Każdy ci szczegół wskaże, iż nie zmyślam.
A nie dość na tem, pragnę jeszcze wszystko
Przysięgą stwierdzić, za twą, ufam zgodą,
Choćbyś przysięgę uznał za zbyteczną.
Postumus. Słucham was.
Jachimo. Naprzód rzecz o jej sypialni,
(Snu tam zaprawdę nie zaznałem wcale,
Lecz warto czuwać, by zyskać, co-m zyskał).
Sypialnię zdobią dokoła dywany.
Haft na nich srebrny w jedwabiu, przedstawia
Jak Kleopatra czeka Rzymianina;
Rozmiar okrętu, czy też może duma
Wypiera Cydnu fale. Świetne dzieło!
Sztuka i przepych doszły w niem do szczytu.
Zaprawdę, niepojęty trud i zręczność.
Formalny odblask życia.
Postumus. Tak, lecz o tem
Mogłeś odemnie słyszeć, lub od innych.
Jachimo. Dowód mój wzmocnią niemało, przypuszczam,
Inne szczegóły.
Postumus. Proszę, chciej go wzmocnić
Pod grozą hańby!

Jachimo. Kominek się mieści
Od strony południowej; nad kominkiem
Dyana w kąpieli. Nie widziałem figur,
Któreby same tak się tłumaczyły.
Artyzm naturą stał się, choć milczącą;
Ba, poszedł dalej nawet, chociaż musiał
Ruchu i tchnienia zrzec się.
Postumus. I to jednak
Mogłeś od innych słyszeć. Głośną była
Moja Dyana.
Jachimo. Rzeźbiona powała
Roi się od Cherubów. Zapomniałem
Rzec ci o wilkach jeszcze przed kominkiem.
Są to dwa srebrne, skrzydlate amorki,
Każdy dotyka ziemi jedną nogą
I o pochodnię opiera się z gracyą.
Postumus. I to jest honor!
Być może, wszystko to widziałeś, (pamięć
Masz doskonałą!) ależ, abyś wygrał,
Nie dosyć jeszcze wiedzieć, jak wygląda
Sypialna jej komnata.
Jachimo. A więc zblednij!

(Wydobywa naramiennicę).

Jeżeli łaska, spojrzyj na ten klejnot.
Chowani go znowu, niechaj się połączy
Z twoim pierścieniem. Oba mą własnością.
Postumus. Na Zeusa! Jeszcze raz niech się popatrzę.
Więc to ta sama jest naramiennica,
Którą jej dałem?
Jachimo. Dzięki jej, ta sama.
Zdjęła obrożę, jeszcze dziś to widzę;
A z jakim wdziękiem dała mi ją! Wdzięk ten
Przyćmił i podniósł dla mnie wartość daru.
Dając, przyznała, iż niegdyś ów klejnot
Drogim był dla niej.
Postumus. Zdjęła go, być może,
Lecz by mnie przysłać.
Jachimo. Tak? Zajrzyj do listu.
Postumus. Nie, nie, to prawda. Weź-że i to razem!

(Daje mu pierścień).

[trzę.

i

On dla mnie odtąd jest, jak bazyliszek,
Co wzrokiem swym zabija. Czci nie szukać,
Gdzie jest uroda; wierności, gdzie pozór,
Ani miłości, gdzie drugi mężczyzna.
Kobiecych przysiąg stałość równie krucha,
Jak ich do cnoty przywiązanie! Głupstwo!
O, tam obłudy bezmiar!
Filaryo. Przyjacielu!
Odbierz ty pierścień, on jest twoim jeszcze.
Kto wie? Twa żona mogła zgubić klejnot,
Mogła jej zresztą ukraść go przekupna
Służebna.
Postumus. Tak jest. Tylko taką drogą
Mógł on go dostać. Oddajże mi pierścień.
Wskaż, jakie znamię ona ma na ciele.
To mi ważniejsze, bo klejnot — skradziony.
Jachimo. Na Zeusa, mam go prosto z jej ramienia.
Postumus. Słyszycie? On się zaklina — na Zeusa!
Więc dobrze, oto pierścień. To rzecz jasna.
Jak ona mogła zgubić to? Jej sługi,
Wierne, kto mógłby skłonić do kradzieży?
I jeszcze obcy! Nie! Ona musiała
Oddać się jemu. Oto herb ohydny
Jej nędznych chuci. Drogo, moja pani,
Kupiłaś tytuł ścierki! Ty, zapłatę
Weź umówioną; niechaj wszystkie dyabły
Piekło rozdzielą między was oboje!
Filaryo. Uspokój się! To wszystko nie wystarcza
Dla przekonania, jeśli jesteś pewny,
Ze ona...
Postumus. Nie trać słów na darmo! Ona
Oddała mu się.
Jachimo. Jeśli żądasz jeszcze
Silniejszych na to dowodów, przypomnę,
Ze pod jej piersią — oh, godną uścisku —
Kryje się plamka, dumna z swej siedziby.
Na honor, usta me spłonęły na niej.
Ta plamka po biesiadzie uniesienia
Nowy głód we mnie wzbudziła. Tę plamkę,
Czyli pamiętasz?

Postumus. Dziś ona jest plamą,
Tak niezmierzoną, jak przepaści piekła,
Gdzie dla niej jeszcze mało miejsca.
Jachimo. Słuchaj...
Postumus. Szkoda twych trudów. Po co tutaj liczyć?
Wszystko to jedno, raz, czy milion razy!
Jachimo. Przysięgam.
Postumus. Tylko bez przysiąg, mój panie
Przysięgniesz, że nie było tak, to skłamiesz;
A zamorduję ciebie, gdy zaprzeczysz,
Jak-eś mnie zhańbił.
Jachimo. Ja też nie chcę przeczyć!
Postumus. O, gdybym mógł ją poszarpać na strzępy
Ale ja pójdę. Przed oczyma ojca,
Wobec całego dworu to uczynię...
Coś zrobić muszę!

(Przechadza się gwałtownym krokiem).

Filaryo. Odchodzi od zmysłów,
Wygrałeś zakład! Podążmy w trop za nim,
Aby poskromić gorączkę wściekłości,
Którą sam przeciw sobie zwraca.
Jachimo. Chętnie!


SCENA PIĄTA.
Tamże.
Wchodzi POSTUMUS.

Postmnus. Nikt li nie może powstać na tej ziemi
Bez współdziałania kobiety? My wszyscy
Same bękarty i ten najzacniejszy
Człowiek, którego zwałem ojcem, Bóg wie,
Gdzie był, gdym został poczęty; mennicza maszyna.
Wydała we mnie fałszywą monetę.
Lecz moją matkę uważali wszyscy
Za Dyanę doby swej; podobnie dzisiaj
I moja żona wyższą jest nad inne.
O, zemsty, zemsty! Nieraz mi wzbraniała
Miary prawego szczęścia i żądała
Umiarkowania, różana od wstydu.

Jej słodki obraz zdołałby rozpalić
Nawet Saturna, a gdy dla mnie była
Czystszą od śniegu, nietkniętego okiem, —
Żółty Jachimo, w przeciągu godziny —
Czyż nie tak? O, nie — zaraz, bez mówienia...
Jak wypasiony, spieniony odyniec,
Ledwie: oh, krzyknął — i było po wszystkiem.
Doświadczył tylko, że to, co go miało
Powstrzymać, sama ona mu podała
Jako zwycięzcy. O, gdybym mógł znaleść
W ciele mem cząstkę, która jest z kobiety —
Bo, dziś przysięgnę, że wszystko cokolwiek
Drga zbrodniczymi popędy w mężczyźnie,
Kobiecą cząstką jest; kłamstwo — popatrzcie,
To rzecz kobiety; pochlebstwo — kobiety,
Fałsz, chuć zwierzęca, żądza zemsty krwawa,
Skąpstwo, szyderstwo, pycha, wietrzność zmienna,
Oszczerstwo, dziwne zachcianki i chwiejność —
Wszystko, co zbrodnią; wszystko, znane piekła,
Są w części, gdy nie całkiem — od kobiety.
Ba, wszystko to jest całkiem od kobiety.
Gdyż nawet w zbrodni,
Stałemi one nie są, owszem, zbrodnię,
Niestarszą nad minutę, zamieniają
Na taką, która o połowę młodsza.
Pisać przeciwko nim i kląć je będę
I nienawidzić... Nie! Prosić potrzeba,
By, czego pragną, dawały im nieba,
A sam czart sroższej nie wymyśli kary.

(Wychodzi).
Dzieła Wiliama Szekspira T. I - ornament from p.663.jpg


AKT TRZECI.

SCENA PIERWSZA
Brytania. Sala w pałacu Cymbelina.
Wchodzą: z jednej strony CYMBELIN, KRÓLOWA i KLOTEN z orszakiem, z drugiej KAJUSZ LUCYUSZ i jego towarzysze.

Cymbelin. Czegóż więc od was chce Augustus Cezar?
Lucyusz. Gdy Juliusz Cezar, który dotąd żyje
W pamięci ludzi i nigdy nie zejdzie
Z ich ust, ni uszu — bawił tu w Brytanii
Jako zwycięzca — przyrzekł Kasybelan,
(Zawdzięczający pochwałom Cezara
Chwałę swą, prawda, nie mniejszą od zasług),
W imieniu własnem i swojego rodu
Rzymowi płacić haracz: trzy tysiące
Funtów. — Ten haracz jednak od lat kilku
Zalega, panie.
Królowa. Co więcej: i nadal
Zalegać będzie.
Kloten. Dość jeszcze Cezarów
Minie się, zanim przyjdzie nowy Juliusz.
Toż nie myślimy bynajmniej opłacać
Prawa do naszych nosów.
Królowa. Inne czasy!
Los, co pozwolił Rzymowi nas podbić,
Dzisiaj nam sprzyja. Wspomnij, królu-panie,
Dzielnych swych przodków i to, jak natura
Obwarowała nam wyspę. Wśród morza,
Brytania istnym jest Neptuna fortem,
Skał otoczona dzikich palisadą,
Falami morza i ławami piasku,
Co raczej pożreć mogą niż dopuścić
Czyjkolwiek najazd. Ujarzmił nas Cezar,
Lecz grą słów znanych: veni, vidi, vici,
Nie tu się chełpił. Przeciwnie, dwa razy
Cofał od brzegów swą flotę — bezsilną
Igraszkę w ręku owych mórz straszliwych.

Jakby łupami jaj miotały flotą
Pale, bez trudu rozbijając statki
O nasze skały. Szczęśliwy z tryumfu,
Który mu niemal „pogromcy Cezara“
Sławę już dawał — o, zwodnicze szczęście! —
Radości ogniem oświecił gród Luda,
Co w Brytyjczyków serca wlał odwagę.

Kloten. Krótko a węzłowato: nikomu tu ani w głowie, płacić haracz. Państwo nasze, jak powiedziano, urosło w potęgę, a nowych Juliuszów Cezarów ani śladu. Dzisiejsi mogą mieć także krzywe nosy, nie mają jednak jego potężnych ramion.
Cymbelin. Synu, daj matce przyjść do słowa.
Kloten. Znajdziemy jeszcze wśród nas takich, którzy potrafią niegorzej od Kasybelana wziąć się do rzeczy. Nie powiadam tego bynajmniej o sobie, chociaż i ja mam pięści niczego. Skąd haracz? Za co haracz? Jeśliby Cezar potrafił słońce zakryć firanką, lub schować księżyc do kieszeni, no, to mógłby zażądać, byśmy płacili mu za światło, ale tak, panie, złamanego grosza na haracz nie damy i basta!

Cymbelin. Wspomnijcie jeno:
Zanim wymusił na nas Rzym daninę,
Byliśmy wolni. Ambicya Cezara
(Ambicya tak nadęta, iż o mało
Nie rozsadziła żeber tego świata),
Bez żadnych przyczyn zakuła nas w jarzmo;
Zrzucić je znowu, to-ć powinność ludu,
Co, jak my, chlubić się pragnie — i słusznie —
Dzielnością...
Kloten. O, tak!
Cymbelin. Rzeknij Cezarowi:
Nadał nam prawa nasz praszczur Mulmucyusz,
Ciężko je pokaleczył Cezar. Moc ich wznowić,
Odzyskać znowu władzę utraconą,
Choćby się nawet Rzym miał o to gniewać,
Jest obowiązkiem naszym. Prawa nasze
Nadał Mulmucyusz, pierwszy z Brytyjczyków,
Który koronę złotą wdział na skronie
I nazwał siebie królem.

Lucyusz. Cymbelinie!
Z ubolewaniem muszę w takim razie
Przyjaźń Cezara wypowiedzieć tobie;
Przyjaźń Cezara, który więcej królów
Ma na usługi, niżeli ty — dworzan.
Usłysz więc: oto wojnę i zniszczenie
Zwiastuję tobie w imieniu Cezara;
Niech na cię spadnie gniew jego straszliwy,
Któremu nic się nie oprze. — To rzekłszy,
Za mnie samego dank składam.
Cymbelin. Kajuszu!
Miłym mi gościem bądź; wszak na rycerza
Twój pan pasował mnie; pod nim spędziłem
Młodość, zaszczyty sobie zdobywając;
Teraz bój stoczyć mam na śmierć i życie.
Wiem: Pomorzanie wraz z Dalmatyńcami
Również się zbroją, — wzór, którym pomiatać,
Słabego serca byłoby dowodem.
Tego nie znajdzie w nas nikt.
Lucyusz. Bój pokaże!

Kloten. Jego królewska mość wita was uprzejmie. Zabaw tu z nami dzień, dwa dni, lub jeszcze dłużej. Później, gdy inaczej zechcesz złożyć wizytę, znajdziesz nas za pasem słonej wody, który ci chętnie odstąpimy, jeśli potrafisz go zabrać. Jeśli zaś polegniesz przy tej awanturze, krukom naszym ciało twe z pewnością wybornie smakować będzie. No, a potem, będzie po wszystkiemu.

Lucyusz. Tak, mości książę.
Cymbelin. Znam wolę twego pana, on zna moją,
A co do reszty — witaj!


SCENA DRUGA.
Tamże. Inna sala w pałacu.
Wchodzi PISANIO z listem w ręku.

Pisanio. Co? Wiarołomstwo? Czemuż mi nie wskażesz
Oszczercy? Jakież to zatrute tchnienie
Zdołało wcisnąć się w twe uszy, panie?

Co za fałszywy Włoch (o, umią oni
Zatruwać ręką i językiem) zdołał
Tak łatwo zaufanie twe ogłupić?
Niewierna? Stokroć nie! Za wierność chyba,
Bardziej podobna do wzniosłej bogini,
Niźli do zwykłej kobiety — dziś znosi
Burze, co żelazną cnotę pobić zdolne.
O, panie, stoisz dziś swym charakterem
Tak nisko wobec niej, jak przedtem stałeś
Swoją godnością. Co? Miałbym ją zgładzić?
W imię miłości i wierności, którą
Jako twój sługa ślubowałem? Zabić,
Przelać jej krew — gdy to zwiesz wierną służbą,
Bodajbym nigdy nie był wiernym sługą.
Jakże wyglądać muszę, skoro sądzą,
Ze zdolny jestem spełnić coś takiego.

(Czyta:)

„Zrób to. Sposobność poda ci jej rozkaz
Po moim liście“. Oh, przeklęte pismo,
Czarne, jak ten atrament; bez uczucia,
Współwinny sprzysiężenia, chociaż z wierzchu
Wyglądasz tak niewinnie. — Cyt! To ona!

(Wchodzi Imogena).

Niezdatny jestem do tego rzemiosła.
Imogena. I cóż nowego, Pisanio?
Pisanio. Oto jest list od mego pana, księżno.
Imogena. Od twego pana? Mój pan?... Leonatus?
Co za astronom byłby ten, kto znałby
Gwiazdy, jak ja znam owe pismo.
Przyszłość nie byłaby dlań tajemnicą.
Dajcie, bogowie, by ten list mi mówił
O szczęściu, zdrowiu, o miłości męża;
Nie o rozłące jednak, co go boli.
Lekiem ból bywa, i w tym jest też razie;
Bo wzmacnia miłość — niechże się pogodzi
Mój mąż ze wszystkiem, byle nie z tem jednenu
Nie bierz mi za złe, wosku, a wy bądźcie
Błogosławione, pszczoły, których dziełem
Ten zamek słodkich tajemnic. Kochanek,
A biedny dłużnik prośbę szlą odmienną

Lecz pod podobna pieczęcią spotyka
Bankrut aresztowania rozkaz, amor zasię
Zwierzenia kryje. — Bogi, dobrej wieści!

(Czyta:)

„Surowość sądu, jaka spotkałaby mnie ze strony twego ojca, gdyby mnie przychwycono na jego terytoryum, nie mogłaby jednak być tak okrutną, by twój widok, najdroższa, nie powołał mnie napowrót do życia. Wiedz, że znajduję się w Kambrei, w porcie Milfordskim. Pójdź za radą. jakiej ci udzieli miłość. Kończąc, życzę ci wszelkiej pomyślności, wierny swej przysiędze i we wzrastającej miłości wiernie tobie oddany Leonatus Postumus“.

Hej, skrzydlatego rumaka! — Pisanio,
Słyszysz? On w porcie Milford, czytaj! Powiedz,
Jakto daleko? Gdy ktoś dla drobnostki
Leci tam tydzień, czyżbym ja w dniu jednym
Dotrzeć nie mogła? Przeto, sługo wierny,
Spragniony pana widoku tak samo,
Jak ja — nie, przecie mniej — nie, jak ja, przecie,
Bo me pragnienie bez granic) — mów prędko,
{Powiernik uczuć, winien w okamgnieniu
Przebytki słuchu napełnić po brzegi),
Mów, jak daleko stąd szczęśliwy Milford,
I skąd to szczęście Walii kraj spotkało,
Iż taki port ma? Ale przedewszystkiem,
Jak się wymkniemy stąd, jak uzasadnić
Czas między pójściem, a powrotem naszym?
Nie; naprzód powiedz, jak się stąd wydostać?
Wprzód począć trzeba, zanim się porodzi,
Poród już przyjdzie Na to później pora...
Proszę cię, ile tuzinów mil zrobisz
W ciągu godziny.
Pisanio. W przeciągu dnia — tuzin.
Dość będzie dla was, księżno, ba, za wiele.
Imogena. Ależ, kto idzie na stracenie, jeszcze
Dążyłby spieszniej; słyszałam o koniach,
Co na wyścigach pędzą szybciej, niźli
Piasek w klepsydrze. Lecz to jest dzieciństwem.
Do mej służebnej pójdź, niech uda słabą

I żąda pójścia do dom; ty tymczasem
Spraw mi podróżną suknię, lecz niedrogą,
Ot, jak dla chłopki...
Pisanio. Zważ, mości księżniczko...
Imogena. Ja patrzę naprzód, ni w lewo, ni w prawo,
Ni poza siebie; tam bowiem mgły wszędzie
Grożą mi przysłonięciem oczu. Proszę ciebie,
Uczyń, co rzekłam. Nie chwiej się, jak trzcina::
Milford, to dzisiaj meta ma jedyna.

(Odchodzą).
SCENA TRZECIA.
Górska okolica w Walii. W głębi jaskini.
Wchodzą: BELARYUSZ, GWIDERYUSZ i ARWIRAGUS.

Belaryusz. Cudny dzień! Trudno usiedzieć w kryjówce
Tak niskiej. Chłopcy, trzeba ugiąć karku!
Ta brama niech was uczy, jak się modlić,
Jak modły ranne odprawiać do nieba.
Bramy monarchów tak wysokie zwykle,
Iż śmiało olbrzym nawet przejść je może,
Turbana bezbożnego nie zdejmując
Dla powitania ranku. Cześć ci, niebo!
My skał mieszkańcy szanujem cię szczerzej
Niźli panowie dumni,
Gwideryusz i Arwiragus. Cześć ci, niebo!
Belaryusz. Teraz na łowy! Wy pnijcie się w górę,
Bo macie młode nogi. Ja tu będę.
Gdy mnie ujrzycie nakształt ptaszka małym,
Zważcie, że przestrzeń tak zmienia rozmiary,
Większym lub mniejszym czyniąc — i wspomnijcie,.
Co wam o dworach, książętach, o zmiennem
Na wojnie szczęściu prawiłem. Tam służba
Służbą nie wedle tego, czy spełniona,
Lecz czy uznana. Takie roztrząsanie
Daje nam korzyść z wszystkiego, co widać;
I nieraz człek się przekonywa o tem,
Że bezpieczniejszy chrząszcz w swej twardej łusce,
Od niejednego orła. — O, zaiste,

Lepiej tak żyć, niż w służbie panów zbierać
Niewdzięczność; myśmy bogatsi, niż ludzie,
Którzy darmują i dają się kopać.
I mamy więcej powodu do dumy
Niż ci, co chełpią się jedwabiem cudzym;
Takiemu wprawdzie ukłoni się kupiec,
Ale to jeszcze rachunku nie maże.
Nie pomieniałbym, się doprawdy, z nikim!
Gwideryusz. Ty z doświadczenia mówisz. My jednakże
Biedne, bezpiórne pisklęta — my nigdy
Nie wylecieliśmy za obręb gniazda,
Nie wiemy przeto, jaki wiatr powiewa
W oddali. Życie to pewnie najlepsze,
Jeżeli spokój jest najlepszem życiem.
Tobie smakuje ono, bo-ś znał inne,
Ostrzejsze; ono zresztą zgodne z wiekiem
W pół niedołężnym; lecz dla nas to życie
Klatką nieświadomości jest, podróżą w łóżku,
Kaźnią za długi, z której wyjść nie wolno
Za pewien obręb.
Arwiragus. Gdy twych lat dożyjem,
O czem wspominać będziemy, gdy w grudniu
Jak zwykle zimny wiatr z deszczem, w jaskiń
Najdzie nas w kącie wciśniętych? Cóż bowiem
Znamy? Jesteśmy całkiem jak zwierzęta:
Chytrzy w szukaniu zdobyczy; zajadli,
Gdy o żer idzie. Animusz nasz cały
Polega na ściganiu tego, co ucieka;
Jak ptaszki w klatce uczymy się nucić
Pienia wolności.
Belaryusz. Co tu wiele gadać!
Gdybyście tylko lichwę miast poznali
Na własnych skórach i sztukę dworactwa
I jak u dworu trudno się uczepić,
Jak trudno potem zostać na nim, (bowiem
Szczyt łaski pewną jest wróżbą upadku,
A przytem śliski jest tak, że obawa
Już zgubie równa); i gdybyście znali
Wojenne plagi, żądze niebezpieczeństw,
Bo w nich cześć, sława, które wśród szukania

Giną najczęściej; gdybyście widzieli,
Jak często obelżywe epitety
Miast czci, nagrodą są szlachetnych czynów;
Jak często winą zowie się zasługa
I karku jeszcze zgina za tę łaskę!
Ja, dzieci, sarn dowodem tego jestem.
Me ciało miecze posiekały rzymskie;
Wśród najgodniejszych mnie też wymieniano.
Cymbelin miłość mi swą ofiarował.
Pierwszym z rycerzy byłem ja w opinii;
Podobny drzewu, któremu owoce
W dół uginają gałąź; aż raz nagle
Burza, czy kradzież — zwijcie to, jak chcecie
Owoce, nawet liście mi zabrała
Co do jednego,
Gtwideryusz. Zbyt niepewna łaska!
Belaryusz. Mą całą winą było — jak już wiecie
Że dwaj łotrzyki przysięgli fałszywie,
Jakobym tajne miał stosunki z Rzymem,
Nad czcią mą tryumf odniosło zwycięstwo.
Poszedłem na wygnanie; lat dwadzieścia
Są owe lasy, skały, moim światem.
Dzięki szlachetnej tej swobodzie, więcej
Spłaciłem długów pobożnych niebiosom,
Niżeli w całem mem poprzedniem życiu.
Lecz nieprzystojna to dla łowcy mowa.
W góry! Kto pierwszy ubije mi zwierza,
Biesiady królem będzie, przez dwóch innych
Obsługiwanym. A trucizny bać się,
Zbyteczna, darzą nią tylko w pałacach.
Idźcie już! Potem zejdziem się w dolinie.

(Gwideryusz i Arwiragus odchodzą).

O, jakże trudno stłumić skry natury!
Chłopcy nie wiedzą, że są dziećmi króla
I nie przeczuwa Cymbelin, że żyją.
Za ojca mają mnie. A jednak, chociaż
W niskiej jaskini wychowani, myśl ich
Ku dachom pnie się królewskiego zamku.
Na tle szaroty tej i powszedniości
Królewskie piętno widoczniejsze na nich,

Niźli u ludzi, co kuszą się o to.
Naprzykład ten Polidor — spadkobierca
Tronu Brytanii i syn Cymbelina,
Zwany przez niego Gwideryuszem. — Bogi!
Gdy na trój nożnym stoiku siedzę, prawiąc
O moich czynach wojennych, z zapałem
Wciska uwagi swoje w mą opowieść.
„Tak zginął wróg mój, mówię, tak mu stopa
Ugniotłem karku!“ Jemu krew królewska
Tryska do twarzy — spocony, wytęża
Mięśnie, przybiera stosowną postawę
A Kadwal (Arwiragus), młodszy z braci,
Niemniej ognisty — ileż może wetchnąć
Życia w me słowa, bardziej rozpalony,
Niźli wsłuchany... Lecz cyt! Zwierz tu przemknął,
O, Cymbelinie! Bóg i me sumienie
Wiedzą, jak to wygnanie jest niesłuszne;
Dla tego synów twych, (jeden dwa lata,
Drugi, trzy liczył) skradłem, porywając
Tobie dziedziców, jak ty moje dobra.
Ty, Euryfilo karmiłaś ich; ciebie
Czczą, jak rodzoną matkę; co dzień grób twój
Stroją. A we mnie, Belaryuszu, (niegdyś
Zwałem się Morgan), rodzonego ojca
Uznają obaj... Lecz czas począć łowy!

(Wychodzi).
SCENA CZWARTA.
W pobliżu portu w Milfordzie.
IMOGENA i PISANIO wchodzą.

Imogena. Gdyśmy zsiadali z koni, powiedziałeś,
Że cel już blisko. Nigdy chyba matka
Tak nie tęskniła za mną, jak ja za nim.
Pisanio, człeku, mów gdzie jest Postumus?
Tak dziwnie patrzysz... co ty masz na sercu
Skąd to głębokie bierze się westchnienie?
Gdybyś był malowany, każdy w tobie
Uznałby milczkiem obraz pizerażenia;

Przybierz mniej straszną minę, jeśli nie chcesz,
Abym odeszła od zmysłów. Co tobie?
Dlaczego wpijasz oczy w owe pismo?
Uśmiechnij się, gdy wieść to godna wiosny;
Gdy zimą trąci, masz stosowną minę.
Ależ to pismo mego męża. Czyżby
Włoch go zatruło jadowite tchnienie?
W biedzie je st? Człeku, mów! Niechaj twój język
Wprzód zdejmie grozę, która przy czytaniu
Może mnie zabić.
Pisanio. Czytaj, pani, proszę!
Ujrzysz, jak strasznie nademną nieszczęsnym
Znęca się przeznaczenie.

Imogena (czyta:) „Twa pani, Pisanio, skalała me łoże. Krwawią mi serce dowody. Nie jestto ułomna podejrzliwość; co mówię, opiera się na świadectwie tak silnem, jak ból mój, tak pewnem, jak moja zemsta. Tę ostatnią musisz ty, Pisanio, spełnić w mem imieniu, jeśli jej wiarołomstwo nie splamiło także twej wierności. Własną ręką odbierz jej życie; daję ci sposobność uczynić to w pobliżu portu w Milford; w tym też celu otrzyma ona list odemnie. Jeśli zawahasz się, ciosem w nią ugodzić i mnie pewną przesłać wiadomość, że tak się stało — wówczas przekonasz mnie, iż byłeś rajfurem tej hańby i równie jak ona, niewiernym dla mnie“.

Pisanio. Mamże dobywać jeszcze miecza? Po co?
List ten już przeszył jej serce. Oszczerstwo
Od miecza silniej rani; głos oszczercy
Ma więcej jadu, niźli gady Nilu;
Burzą oszczerstwo pędzi w świat na kłamstwach;
Królów, królowe, dziewice i matki,
Ba, tajemnice nawet grobów ono
Oplwa i zbrudzi... Posłuchaj mnie, pani!
Imogena. Skalane jego łoże! Co to znaczy?
Skalałam, leżąc w niem z myślami o nim,
Pomiędzy biciem godzin płacząc rzewnie!
Ze snu, gdy wreszcie pokonał znużoną,
Zrywając się z okrzykiem przerażenia,

Który nazwiskiem jego mnie rozbudzał
To znaczy, kalać łoże? Kalać łoże?
Pisanio. O, dobra pani!
Imogena. Niewierna? Na twe sumienie, Jachimo!
Gdyś go oskarżał o rozpustę, łotrem
Wydałeś mi się — lecz teraz gotowa-m
Sądzić inaczej! Przemawia snać przezeń
Grzęznąca w szmince jakaś rzymska sroka;
Ja biedna ozdób nie mam, jestem szatą,
Co wyszła z mody — a za dobrą jeszcze,
Aby na śmiecie pójść; pociąć mnie trzeba
W drobne kawałki... O, przysięgi męskie,
Jesteście kobiet zdrajcami. Twe własne
Odstępstwo, mężu, uznaje najczystsze
Objawy za zbrodniczą maskę; ono
Nie jest wypływem natury, kobiecej
Przynęty dziełem.
Pisanio. Posłuchaj mnie, pani!
Imogena. W najzacniejszego zwierzeniach mężczyzny
Fałsz uznawano w czasach Eneasza;
Z niejednej szczerej łzy szydzono przecie,
Pomnąc o kłamnych łzach Sinona; równie
Ty, Postumusie, wszystkich zacnych mężów
Musisz zniesławić. Odkąd ty upadłeś,
Dobroć za fałsz, rycerskość za niewiarę
Uchodzić będą. Bądźże choć ty wiernym,
Wykonaj pański rozkaz. Gdy go ujrzysz,
Zechciej pochwalić trochę mą uległość.
Patrz: sama miecza dobywam... Nuż, przeszyj
To serce, czysty dom szczerej miłości;
Nie bój się — ono próżne, ból w niem tylko;
Ni śladu dawnych skarbów, twego pana.
Bądźże posłuszny! Mógłbyś wprawdzie męstwo
W lepszej okazać sprawie, lecz nie wolno
Być tobie tchórzem, Pisanio!
Pisanio. Precz z oczu,
Nędzne narzędzie! Nie przeniosę tego,
Byś mi splamiło dłoń!
Pisanio. Wszak umrzeć muszę,
A skoro z reki twojej dziś nie padnę,

Nie jesteś wiernym sługą. Samobójstwa
Zabrania rozkaz Boży, powstrzymując
Słabą mą rękę; nastawiam ci serce...
Lecz cóż to przed niem? Nie, nie chcę puklerza!
Niech ostrze wejdzie bez trudu, jak w pochwę.
To prawowierne listy Leonata.
Wszystkie-ż kacerstwem one? Precz, precz z wami,
Sprawcy mej złudy! Ani chwili dłużej
Nie chcę was czuć na sercu! Tak zawierza
Niejedno dziecię fałszywym swym mistrzom,
I choć zwiedzeni czują żądło zdrady,
Zdrajca bezkarnie dalej zgubę szerzy.
A ty, coś skłonił był mnie do oporu
Wobec rodzica; dla którego książąt,
Proszących o mą rękę, odtrącałam —
Sam przyznasz jeszcze, iż podobne czyny
Nie codzień rodzą się, że nie są zwykłe.
Sama boleję, gdy pomyślę o tem,
Jak kiedyś, skoro już się przeje tobie
Kobieta, wspólnie z tobą dziś grzęznąca
W toni upojeń — torturować ciebie
Będzie wspomnienie moje... Prędko, prędko!
Rzezaka ma-ż zachęcać jeszcze jagnię?
Gdzie masz nóż? Jesteś ty nazbyt leniwy
W spełnianiu tego, co pan ci nakazał.
A teraz ja ci każę!
Pisanio. Zacna pani!
Odkąd dostałem ten rozkaz, na chwilę
Ócz nie zmrużyłem...
Imogena. Więc zgładź mnie i — spać idź!
Pisanio. Niech raczej wprzódy sam siebie oślepię!
Imogena. Dla czegóż jąłeś się wiec takiej sprawy?
Nadarmo-ż gnałeś tyle mil? A pretekst,
Miejsce i trudy, umęczenie koni,
I wybór czasu, strach o mą ucieczkę
Z dworu, (na który nigdy już nie wrócę),
Wszystko to po co? Warto-ż było, przyznaj,
Aż tyle przebyć, by wreszcie na miejscu,
Gdy sarna sama nastawia swe łono,
Łuk cofnąć?

Pisanio. Chciałem ja zyskać na czasie,
By się uwolnić od haniebnej misyi.
Wśród tego wymyśliłem coś. Chciej, pani,
Wysłuchać mnie cierpliwie.
Imogena. Ach, mów sobie.
Aż język ci się wystrzępi. Słyszałam,
Że-m nierządnicą; głębszej chyba rany
Niebezpieczeństwo słuchowi mojemu
Nie może grozić. Nie ma nawet sondy
Dość długiej, aby tę ranę zmierzyła.
Więc mów, mów!
Pisanio. Byłem o tem przekonany,
Że pani już nie wrócisz.
Imogena. Bystry domysł!
Alboż nie na śmierć wiodłeś mnie?
Pisanio. Bynajmniej!
Gdybym miał w głowie tyle, co i w sercu,
Mój plan przyniósłby ubawienie... Ha, trudno!
Haniebnie pana mojego podeszli!
Łotr, który mistrzem jest snać w tym zawodzie
Na was obojgu dokazał swej sztuki.
Imogena. To kurtyzana rzymska.
Pisanio. Nie wierz, pani!
Ja zawiadomię go, że już nie żyjesz,
Na dowód zaś, posłuszny rozkazowi,
Poszlę mu krwawy szal... Brak twej osoby
Na dworze — będzie potwierdzeniem.
Imogena. Dobrze!
Lecz cóż ja pocznę? Gdzie skryć się, jak żyć mam?
Czem życie dla mnie, gdy przestanę istnieć
Dla męża?
Pisanio. Chcesz na dwór powrócić, pani?
Imogena. Nie, nie chcę dworu, nie chcę ojca; dłużej
Nie zdołam patrzeć na to szorstkie, dumne,
A tak potwornie głupie „nic“, jakiem jest Klotem
Wszystkie męczarnie oblężenia niczem
Wobec umizgów jego.
Pisanio. W takim razie,
Trudno pozostać w Brytanii.

Imogena. Gdzież pójdę?
Ach. czyż tylko tu słońce, dnie i noce?
Wobec ogromu świata czyż Brytania
Nie jest okruchem ledwie; czyli-ż nie jest
Jakby łabędziem gniazdem pośród stawu?
Wszak i gdzieindziej żyją ludzie.
Pisanio. Dobrze,
Iż pani onem „gdzieindziej“ nie gardzisz.
Lucyusz, wysłannik Rzymu, jutro pono
Zawita tutaj. Chciej się pani zniżyć,
Jak twoje szczęście poniżono; ukryj
To, co dobyte na jaw, co ci grozi
Niebezpieczeństwem; jedną tobie drogę
Roztropność każe obrać: tajemniczą;
Może też spotkasz na niej Postumusa,
Zbliż się do niego, byś, nie wiedząc wprawdzie,
Co czyni, mogła zawsze choć z oddali,
Wybadać prawdę.
Imogena. O, wskaż mi ten sposób!
Byle nie ranił śmiertelnie skromności,
Zaraz spróbuję go.
Pisanio. Posłuchaj, pani!
Zapomnij, że-ś kobietą; zamiast władać,
Spełniaj rozkazy: lękliwość, nieśmiałość,
(Niewiast ozdobę główną, ba istotę),
Zmień na zuchwalstwo; nie szczędź ciągłych drwinek,
Przekorna, szybka w słowach, a gderliwa,
Jak sroka; nawet najdroższy twój klejnot,
Usta — o, biada, ale tak być musi —
Trzeba powierzyć łakomstwu Tytana,
Całującego wszystko — trzeba wreszcie
Zbyć się pieszczonych tych splotów, co budzą
Zazdrość Junony.
Imogena. Na co tu słów tyle?
Zgaduję myśl twą; jestem już w połowie
Mężczyzną.
Pisanio. Braknie jednak cech zewnętrznych.
To-ż przewidując, przywiozłem w tobołku
Kurtę, kapelusz, spodnie, słowem wszystko.
Ubrana, jak przystoi młodzieńcowi

W twym wieku, poproś Lucjusza o miejsce
W rzędzie sług jego; powiedz, że wnet pozna.
Twoje zdolności, gdy ma zmysł muzyczny.
Ręczę, że chętnie przyjmie cię. To człowiek
Zacny — co więcej: to człowiek pobożny.
A co się tyczy wydatków na życie,
Czerp je z zasobów mych; wystarcza, sądzę,
Na długo.
Imogena. Jesteś jedyną pociechą,
Jaką bogowie mi dają, Pójdziemy,
Niejedno jeszcze wypada pokonać,
Lecz da Bóg, wszystko wreszcie pokonamy,
Co czas przyniesie. Myśl twą podejmuję;
Z odwagą, godną mojej krwi królewskiej,
W czyn ją wprowadzę. A teraz — do dzieła!
Pisanio. Pozwól, księżniczko, abym cię pożegnał
Bo gdy spostrzeże dwór mą nieobecność.
Mnie twą ucieczkę przypiszą. Księżniczko!
Oto flaszeczka, dar królowej dla mnie.
Zawiera ona arcy-cenny środek;
Parę kropelek siły ci przywróci,
Gdybyś zasłabła na morzu, lub lądzie.
W tej gąszczy możesz, księżniczko, swobodnie
Przedzierzgnąć się w mężczyznę. Niechaj bogi
Wszystko na dobre wnet obrócą.
Imogena. Amen!

(Wychodzą).
SCENA PIĄTA.
Sala w pałacu Cymbelina.
Wchodzą: CYMBELIN, KRÓLOWA, KLOTEN, LUCYUSZ i orszak.

Cymlbelin. Dość na tem. Bywaj zdrów!
Lucjusz. Dzięki ci, królu!
Cesarski list mnie znagla do powrotu.
Żałuję, że przedstawić mi wypada
Was, królu, jako wroga mego pana.
Cymbelin. Tak lud mój żąda, udręczony jarzmem,
Ja sam niegodny byłbym krwi królewskiej,
Gdybym w ustępstwach szedł dalej.

Lucyusz. Chciej, panie,
Przydać mi orszak, by mnie odprowadził
Do portu w Milford. Przyjmij, o, królowo,
Życzenia szczęścia — i w am go też życzę.
Cymbelin. Panowie, wras obrałem do tej służby.
Jak najsumienniej spełńcie obowiązek.
Żegnaj, Lucyuszu!
Lucyusz. Książę, wasza ręka!
Kloten. Po raz ostatni daję ją w przyjaźni.
W przyszłości będzie inaczej.
Lucyusz. Opatrzność
Czyni zwycięzców. Bądź zdrów, mości książę!
Cymbelin. Nie opuszczajcie panowie Lucyusza
Aż za Sewrernem. Szczęśliwej podróży!

(Lucyusz z orszakiem odchodzi).

Królowa. W gniewie odchodzi, ale to jest właśnie
Honorem dla nas.
Kloten. Tem lepiej; spełniono
Życzenia dzielnych naszych Brytańczyków.
Cymbelin. Lucyusz już listem cesarzowi doniósł,
Jak stoją rzeczy. Czas przeto najwyższy,
Sposobić nasze konie, nasze wozy;
Wojska cesarskie w Galii bardzo prędko
Zbiorą się; stamtąd najazd jego hufców
Uderzy na nas.
Królowa. Nie uchodzi zwlekać.
Szybko, z energią musimy się zbroić.
Cymbelin. W przewidywaniu tego, już zaczęto
Przygotowania. Lecz, droga królowo,
Gdzie nasza córka? Nie widział jej Lucyusz,
Ani nie przyszła mnie powitać rano;
Więcej snać złości, niźli posłuszeństwa
Tkwi w niej. Wezwijcie ją... Trudno nam dalej
Pobłażać.

(Jeden ze służących wychodzi).

Królowa. Wielki królu! Odkąd poszedł
Postumus na wygnanie, wiedzie ona
Samotny żywot; takich ran lekarzem
Jeden czas tylko. Nie zrażaj jej, panie,

Swą surowością; dla niej jest nagana
Ciosem, co zabić może.

(Służący wraca).

Cymbelin. Cóż, gdzie ona?
Czem się usprawiedliwia.
Służący. Królu-panie!
Komnata córki twej zamknięta, z wewnątrz
Nie odpowiedział nikt na me pukanie.
Królowa. Prosiła mnie o usprawiedliwienie
Jej samotności wobec ciebie, panie.
Smutek, prosiła, zmusza ją do tego,
By zaniedbywać nawet wobec ciebie
Codziennych obowiązków. I prosiła,
Bym ci to rzekła. Niestety, gwar dworski
Pamięć osłabił mi.
Cymbelin. Zamknięte, mówisz,
Drzwi — jej zaś nie ma. Bogi, kłam zadajcie
Moim przeczuciom!

(Wychodzi).

Królowa. Synu, pójdź za królem!

(Kloten — wychodzi).

Pisanio, powierniku Postumusa!
Dałam mu dekokt; miałżeby tu nie być
Skutkiem zażycia kropel? Mniema o nich,
Iż to cudowny lek. Ale — gdzie ona?
Może nakoniec rozpacz ją porwała?
M:oże, miłości szał kazał jej pomknąć
Do Postumusa? Dosyć, że jej nie ma;
Dość, że zhańbiona; to na młyn mój woda.
Czy się zabiła, czy żyje zhańbiona,
W mojem dziś ręku Brytanii korona.

(Wraca Kloten).

I cóż, mój synu?
Kloten. Naprawdę uciekła.
Pospiesz do króla; on wścieka się, nie chce
Nikogo widzieć.
Królowa. Krwią serce mu broczy;
Gdyby-ż do jutra zamknąć zechciał oczy!

(Królowa odchodzi).

Kloten. Kocham i nienawidzę! Ona piękna,
Ona królewna; ma u dworu więcej
Estymy, niźli którakolwiek dama,
Niż wszystkie damy; co dobrego która
Ma w sobie, ona wszystko łączy, przeto
Przewyższa wszystkie i przeto ją kocham,
Lecz to, że mnie odtrąca, że się rzuca
W ramiona chłopu, to tak jej uwłacza,
Iż pryska cały czar; to w niej uznaję
Za godne nienawiści, godne pomsty.
Bo jeśli głupcy mają —

(Wchodzi Pisanio).

Kto to? Co to?
Intrygi, łotrze? Do mnie, do mnie, bliżej!
Przekupny ty rajfurze, oczajduszo,
Gdzie księżna pani? Raz, dwa — lub cię poszlę
Do wszystkich dyabłów!
Pisanio. Miłościwy książę...
Kloten. Gdzie księżna? Prędko mów, bo, na Jowisza,
Nie spytam drugi raz! Ty, skryty szelmo;
Wyrzuć ze serca sekret, lub, dalibóg,
Wnet je rozpłatam i sekret wygrzebię.
U Postumusa ona? Mów, u Postumusa?
Co za wstyd; tyle cetnarów prostactwa!
Kto zeń wydusi choćby gram szlachectwa?
Pisanio. Jakżeby, książę, mogła być u niego?
Kiedy-ż zniknęła? On zaś bawi w Rzymie.
Kloten. Wiec gdzie jest ona? Mów, a bez wykrętów
Dokładnie wiedzieć chcę, co z nią się stało.
Pisanio. Najmiłościwszy książę!
Kloten. Zacny łotrze!
Mów, gdzie twa pani? Zaraz mi to powiedz!
Bez „miłościwych książąt“ — wyduś z siebie
Słowo, na które czekam, bo milczenie
Zasądzi ciebie na śmierć.
Pisanio. Mości książę,
To pismo wszystkie poda ci szczegóły
O jej ucieczce.

(Podaje mu list).

Kloten. Ja pobiegnę za nią
Choćby przed tron Augusta.
Pisanio (do siebie). Trudna rada.
W przeciwnym razie przypłaciłbym głową;
Ona daleko! List ten co najwyżej
Da mu mitręgę, jej zaś nie zaszkodzi.
Kloten. Ha!
Pisanio (do siebie). Panu śmierć doniosę. Imogeno,
Gdybyżeś z kraju cało wyszła jeno!
Kloten. List autentyczny.
Pisanio. Ile mi wiadomo...

Kloten. To Postumusa ręka, znam ją przecie! Słuchaj-no. Chcesz ty, łotrzyku, zaprzestać łotrostw, wiernie mi służyć, załatwiać moje interesa, o ile ja do tego podam ci sposobność? Czy chcesz poświęcić mi się z całym zapałem, to znaczy: każde łotrostwo, jakie ci polecę, spełniać akuratnie, sumiennie? Jeśli tak, mieć cię będę za porządnego człowieka. Będziesz, mógł wtedy liczyć na moją wydatną pomoc, na to, że skoro tylko przyjdzie do mowy o twym awansie, głos mój padnie stanowczo na twą korzyść.
Pisanio. Dobrze, jaśnie panie!
Kloten. Chcesz-że mi służyć? Skoro tak cierpliwie, tak po męsku wytrzymałeś dotąd w służbie łysej fortuny tego żebraka, Postumusa, to chyba z wdzięcznością tem gorliwiej przystaniesz do mnie. Chcesz mi służyć.
Pisanio. Chcę, jaśnie panie!
Kloten. Podaj mi twą rękę — a tutaj moja kieska. Czy pozostały może pod twą opieką ubiory Postumusa?
Pisanio. Mam u siebie w mieszkaniu ten sam ubiór, w którym żegnał mą panią.
Kloten. Otóż i pierwsza usługa, której żądam od ciebie: przynieś mi to ubranie.
Pisanio. Natychmiast, mości książę.

(Odchodzi).

Kloten. O, gdybym cię — dopadł w porcie Milfordzkim — o jedno tylko zapomniałem go jeszcze zapytać, lecz pomyślimy zaraz o tem — owóż tam właśnie zgładzić chcę ciebie, nędzny Postumusie. Ale najpierw muszę mieć tu jego suknie. Ona raz powiedziała — dotąd mi gorycz słów tych odbija się w sercu — powiedziała, że więcej ceni choćby tyłku suknię Postumusa, niźli moją własną, szlachetną postać wraz z wszystkiemi ozdobami i zaletami mej osoby. W tym samym więc stroju gwałt jej zadam — wprzód jednak jego zgładziwszy i to przed jej oczyma; niechaj zobaczy moje męstwo, będzie to najsroższą karą dla jej pychy. Widzę już, jak to będzie: on powalony o ziem, nad jego martwemi zwłokami palę pełną szyderstwa mówkę — a potem, zadowoliwszy me żądze — co to wszystko chcę ja dla większego jej udręczenia, załatwić w jego sukniach! — zawrócę ją do dworu; kopiąc, popychać będę do powrotu. Pozwoliła ona sobie żartować ze mnie, musi być tedy i moja zemsta wyuzdanie wesołą.

(Pisanio w nosi odzież).

Więc to ów ubiór?
Pisanio. Tak, miłościwy panie!
Kloten. Jak dawno temu do Milfordu uszła?
Pisanio. Zaledwie mogła tam dotrzeć.
Kloten. Strój ten zanieś do mego pokoju, oto drugi mój rozkaz; trzeci będzie tej treści, byś z całego serca milczał o mych zamiarach Przykładaj się tylko gorliwie, a ręczę ci za wysoki awans. — Moja zemsta mieszka teraz w Milfordzie. O, gdybym miał skrzydła, by ją ścigać!

(Kloten odchodzi).

Pisanio. Ja, wiernym tobie być? O, wierny panie,
Wierność ma tylko przy tobie ostanie!
Niech do Milfordu idzie — na stracenie!
Oby sprzyjały nieba Imogenie.
Głupca zaś udawanie me omami:
Pójdzie, by tylko walczyć z przeszkodami!

(Odchodzi).

SCENA SZÓSTA.
W Walii Przed jaskinią Belaryusza.
Wchodzi IMOGENA. w stroju męskim.

Imogena. Rzecz to nie łatwa, widzę, być mężczyzną.
Jakże-m zmęczona! Ziemia przez dwie noce
Była mem łożem; zasłabłabym pewnie,
Gdyby nie silna wola. — Gdy Pisanio
Wskazał cię z góry, Milfordzie, tak blisko
Byłeś mym oczom. Na Jowisza! Chyba
W dal nawet domy uchodzą przed biednym.
Który wytchnienia szuka. Dwaj żebracy,
Rzekli, że zbłądzić nie mogę. Skłamali.
Więc nawet nędza kłamie, choć wie dobrze,
Jak ciężką karę wycierpieć potrzeba?
Ha, trudno, skoro możni stale stronią
Od prawdy; gorsza zaś wina, w dostatku
Grzeszyć, niż kłamać z biedy; fałsz podlejszy
W królu, niżeli w żebraku. — Mój mężu!
Ty-ś jednym z tych fałszywych... Przed chwileczką
Ginęłam z głodu, lecz dość wspomnieć ciebie,
By mi obmierzła nawet myśl o jadle.
O, dokąd, ścieżko? Tam schron dzikich ludzi?
Przejdę na palcach... Nie... To wygłodzenie,
Nim strawi siły, wprzód je rozzuchwala.
Przesyt i spokój — to rodzice tchórza;
Śmiałków wyradza troska. — Hejże, kto tam?
Jeśliś rozumną istotą, odpowiedz;
Gdyś dziki, daj lub weź!... Milczenie... Wejdźmy...
Lecz wprzód dobędę miecza; jeśli wróg mój
Tak miecza boi się, jak ja, wnet zamknie
Ze strachu oczy... Takiego chcę, bogi!

(Wchodzi do jaskini).
(Zjawiają się Belaryusz, Gwideryusz i Arwiragus).

Belaryusz. Palma pierwszeństwa twoja, Polidorze.
Ty więc przy uczcie króluj... Ja i Kadwal
Kuchnią zajmiemy się, wedle umowy.
Zapał i sztuka musiałyby zmarnieć,
Gdyby im brakło nagrody... Pójdziemy...

Głód nam przyprawi ubogą biesiadę.
Po trudach chrapie się i na kamieniu,
Podczas gdy gnuśnym puch nawet za twardy,
Bądź pozdrowiony ubożuchny domku,
Co sam się strzeżesz.
Gwideryusz. Z nóg upadam prawie.
Arwiragus. I mnie brak sił już, głosu wszakże nie brak.
Gwideryusz. Trochę zimnego mięsiwa jest w grocie;
Dobre i to, nim pieczeń się uskwarzy.
Belaryusz (zaglądając do wnętrza jaskini). Stójcie! Myślałbym, że to elf się zjawił,
Jeśliby „ktos“ ten nie raczył się właśnie
Naszem mięsiwem.
Gwideryusz. Co powiadasz, ojcze?
Belaryusz. Na bogów, anioł! A jeśli nie anioł,
To chyba obraz cudowny! Popatrzcie:
Bóstwo w chłopięcych kształtach!

(Z jaskini wychodzi Imogena).

Imogena. Zacni panowie, nie krzywdźcie mnie, proszę.
Wchodząc, wołałem, z tym szczerym zamiarem,
By kupić lub wyżebrać to, co wziąłem.
Bóg świadkiem, jam nie złodziej; nic nie skradłbym,
Choćbyście złotem wysypali ziemię.
Oto pieniądze za strawę, na stole
Byłbym je złożył, głód mój nasyciwszy,
I byłbym jeszcze pomodlił się za was.
Gwideryusz. Pieniądze, chłopcze?
Arwiragus. Zanim je przyjmiemy,
Niechaj wprzód stanie się błotem i złoto
I srebro wszystkie; jak już jest niem zresztą,
Cenne jedynie dla tych, których Bogiem
Błoto.
Imogena. Ach, wy się gniewacie, jak widzę.
Gdy chęć wam przyjdzie zgładzić mnie za winę,
Wiedzcie, że zginę, choć jej nie spełniłem.
Belaryusz. Gdzie idziesz?
Imogena. Do Milfordu...
Gwideryusz. Twe nazwisko?

Imogena. Fidelio. Jeden z mych krewnych mnie wziąć ma
W Milford na okręt, by do Włoch popłynąć.
Do niego spieszę. Jeżeli zgrzeszyłem,
Wiedzcie, że-m ginął z głodu.
Belaryusz. Piękny chłopcze,
My-śmy nie dzicy; nie chciej o nas sądzić
Po tej jaskini. Bądź nam pozdrowiony!
Noc już się zbliża; lepszego posiłku
Potrzeba tobie, nim wyruszysz dalej.
Nam tem przyjemność tylko zrobisz; nuże,
Serdecznie gościa powitajcie, chłopcy!
Gwideryusz. Gdybyś dziewczyną był, szedłbym w zaloty,
Wiernie ci służąc. A wierz mym uczuciom,
Na wiatr nie mówię!
Arwiragus. Mnie to owszem cieszy,
Ze on mężczyzną; kochać go jak brata
Mogę i kocham, radując się w sercu,
Jakbym po długiej powrócił rozłące.
Masz tutaj samych przyjaciół.
Imogena. Przyjaciół?

(Do siebie).

Czemu nie braci? Jeśliby tak było,
Byliby ojca mojego synami;
A ja na równi z tobą, Postumusie,
Straciłabym na cenie.
Belaryusz. Jaki smutny!
Gwideryusz. Gdybyż-em mógł mu dopomódz!
Arwiragus. O, bogi!
Trudu, ni mienia, ani niebezpieczeństw
Nie żałowałbym dlań!
Belaryusz. Słuchajcie, chłopcy!

(Prawi im coś szeptem)

Imogena (do siebie). Wielcy mężowie,
Gdyby za dwór im służyła jaskinia,
Gdyby obsługiwali się sami i gdyby
Jedynie takim hołdowali cnotom,
Które sumienie im wskaże, nie bacząc
Na niezliczonych tłumów czcze uznanie —

Jeszcze nie staliby, jak ci dwaj, wyżej.
Chętnie zmieniłabym płeć, aby zostać
Ich towarzyszem, gdy mnie zwiódł Leonat.
Belaryusz. Tak! Czas dziczyznę sprawić. Pójdź, mój synu!
Głód w rozhowory nie lubi się bawić,
Toż po wieczerzy dopiero, gdy łaska,
Opowiesz nam z swych przygód, co sam uznasz,
Jako stosowne.
Gwideryusz. Wejdź z nami do groty.
Arwiragus. Milszy nam jesteś, niźli noc puhaczom,
A skowronkowi dzień.
Imogena. Stokrotne dzięki!
Arwiragus. Skończcie już. Chodźmy.

(Znikają w głębi jaskini).
SCENA SIÓDMA.
Rzym.
Wchodzą dwaj SENATOROWIE i TRYBUNOWIE.

Pierwszy senator. Oto jest cesarskiego treść dekretu:
Ponieważ właśnie lud stoi pod bronią,
Celem podbicia Panonii, Dalmacyi —
Legiony nasze zaś w galijskiej ziemi
Nazbyt są słabe, by wojnę rozpocząć
Ze zbuntowaną Brytanią — należy
Powołać szlachtę. Prokonsulem będzie
Lucyusz; wam zasię, trybunowie, cesarz
Daje zupełną swobodę w zbieraniu
Rycerskich hufców. Niechaj żyje cesarz!
Trybun. Czy wodzem będzie Lucyusz?
Drugi senator. Tak jest, Lucyusz.
Trybun. On teraz bawi w Galii.
Pierwszy senator. Z tym legionem,
Który, jak rzekłem, macie uzupełnić.
Czas rozpoczęcia walki, liczbę wojska,
Wszystko to wasza rzecz będzie, obmyślić.
Trybun. Spełnimy, co nam obowiązek każe.

(Odchodzą).
Dzieła Wiliama Szekspira T. IV ornament p.472.jpg


AKT CZWARTY.

SCENA PIERWSZA
W pobliżu jaskini Belaryusza.
Wchodzi KLOTEN.

Kloten. Jeśli Pisanio nie zełgał, musi miejsce ich spotkania znajdować się tu gdzieś w pobliżu. — Strój jego w sam raz dla mnie; nigdzie nie gniecie, leży jak ulany. Dlaczego więc nie miałaby się nadać — dla mnie także jego narzeczona, pochodząca od tego samego stwórcy, który stworzył krawca, tych szat stwórcę. Już ja dam z nią sobie radę. Nie darmo przecie powiadają — mam cały respekt dla tej gadki — że kobieta pewnie się z tym zgodzi, kto jej dobrze dogodzi. To będzie też mojem zadaniem. A mogę sobie chyba przyznać — czyż godzi się zwać próżnością, jeśli mężczyzna manipuluje z lusterkiem, w swoim oczywiście pokoju — owóż mogę sobie przyznać, że linie mego ciała nie zarysowują się ani odrobinę mniej delikatnie, niż u niego; jestem równie młody, a silniejszy; fortunie bardziej odeń miły, przytem wyższy poważaniem, jakiego obecnie doznaję, wyższy rodem, co najmniej równie zręczny w służbie rycerskiej w ogólności, a zręczniejszy w pojedynku. No, i proszę kogo, to uparte stworzenie na złość mnie, kocha jego! Ach, jakże nędzną kreaturą człowiek! Twa głowa, Postumusie, za małą godzinkę spaść musi ci z karku, choć tak silnie na nim siedzi w tej chwili; twa narzeczona uledz będzie musiała gwałtowi; przed oczyma podrę ci suknie na drobne kawałki — a skoro to się stanie, kopiąc, za pędzę ją do ojca. Być może, iż go trochę ubodzie zbyt surowe postępowanie moje; lecz mama, robi z nim, co jej aię żywnie podoba, z pewnością więc obróci wszystko na mą chlubę. Konie uwiązałem silnie — za błyśnij mój mieczu i spełnij straszliwe dzieło! Fortuno, wydaj ją w moje ręce! — To jest najniezawodniej miejsce ich spotkania; nie ważyłby się Pisanio, prawić mi bajek.

SCENA DRUGA.
Przed wejściem do jaskini.
BELARYUSZ, GWIDERYUSZ, ARWIRAGUS i IMOGENA wychodzą z jaskini.

Belaryusz. Gdy niezdrów czujesz się, pozostań w grocie.
Skończywszy łowy, powrócimy tutaj.
Arwiragus. Bracie, pozostań. Wszak jesteśmy braćmi.
Imogena. Wszak braćmi wszyscy powinni być ludzie.
To tylko kasta rozdziela te pyłki.
Ja to, naprawdę, co się zowie, chory.
Gwideryusz. Idźcie polować, ja zostanę przy nim.
Imogena. Tak jeszcze chory nie jestem, choć źle mi.
Tylko się miejskie niewieśeiuchy mażą,
Ginąc ze strachu, nim jeszcze zasłabną.
Bez troski idźcie do swych zwykłych zajęć;
Kto nawyknienia burzy, wszystko burzy.
Nie jest mi dobrze, lecz to się nie zmieni,
Gdy zostaniecie. Komu brak ochoty
Do towarzystwa, nie wzmocni go ono.
Choroba moja niezbyt groźna jeszcze,
Gdy mówię o niej. Zostawcie mię, proszę;
Nic nie ukradnę wam, prócz siebie chyba,
A choćbym umarł — nie wielka to kradzież!
Gwideryusz. Kocham cię, rzekłem. Uczuć się nie mierzy,
Lecz kocham ciebie tak, jak oprócz ciebie,
Kocham jedynie ojca.
Belaryusz. Co ty mówisz?
Arwiragus. Jeśli to grzechem, podzielam go z bratem;
Nie wiem, dla czego tak gorąco kocham
Tego młodzieńca. Sam raz rzekłeś, ojcze,
Ze głąb uczucia bezdenna... Przyjmijmy,
Iż u drzwi mary już stoją, że musi
On umrzeć, lub ty, ojcze, powiedziałbym:
„Raczej już ojciec, niż on!“

Belaryusz (do siebie.) O, wzniosłości!
O, ty szlachectwo natury i rodu!
Złe z złego rodzi się, z podłości podłość,
Mąki i plewę, cnoty i występki
Natura daje... Nie jestem ich ojcem,
Musi jednakże dziwić mnie, gdy słyszę,
Że jego bardziej, niźli mnie kochają...
To już dziewiąta!
Arwiragus. Żegnaj, drogi bracie.
Imogena. Szczęśliwych łowów.
Arwiragus. Tobie: zdrowia. — Idźmy!
Imogena (do siebie). Jacy poczciwi! Boże, jak świat kłamie!
Dworzanie mówią: za dworem dzicz sama!
Wręcz o czem innem ty pouczasz, życie!
Z głębi mórz wstają potwory, gdy potok
Niejedną słodką rybą nas uracza.
Lecz jam na prawdę chora — czas, Pisanio,
Skosztować twego środka.
Gwideryusz. Nic nie zdradził.
Powiedział, że los wrogi pchnął go w nędzę,
Że hańba spadła nań, choć nie zawinił.
Arwiragus. I mnie to mówił, lecz przyrzekł zarazem,
Iż kiedyś więcej dowiem się.
Belaryusz. Do lasu!
Pozostawiamy ciebie, wypoczywaj.
Arwiragus. Nie zabawimy długo.
Belaryusz. A nie choruj!
Wszak ty-ś gosposią naszą...
Imogena. W złem, czy dobrem,
Wierzę wam.
Belaryusz. Obyś zachował tę wierność!

(Imogena oddala się).

Chociaż zbiedzony, chłopiec ten niechybnie
Szlachetną krew ma w żyłach.
Arwiragus. Śpiewa, jak anieli.
Gwideryusz. A jak gotuje!
Arwiragus. Korzonki tnie zgrabnie
W figury, tak zaś przyprawia polewkę,
Jakby był chorej Junony lekarzem.

A cóż dopiero mówić o tem lubem
Mieszaniu westchnień z uśmiechem, jakgdyby
Westchnienia wzdychać zbierała ochota,
Ze uśmiechami nie są, lub jakgdyby
Uśmiech drwił z westchnień, co z świątyni bogów
Wychodzą, aby wiatrów stać się łupem,
Które przeklina żeglarz.
Gwideryusz. W nim cierpliwość
Zrosła się z smutkiem tak, iż w jedno splotły
Swoje korzenie.
Arwiragus. Wzrastaj, cierpliwości!
Ty zasię smutku, przeklęte nasienie,
Uwolnij winnej macicy korzenie!
Belaryusz. Czas już najwyższy. Chodźcież. — Któż to znowu?

(Wchodzi Kloten).

Kloten. Nigdzie tych łotrów nie mogę wyszukać.
Wziął mnie na kawał. O, jakżem strudzony!
Belaryusz. „Łotrów?“ Czy do nas pije? Skąd ja znam go?
Ach, toć to Kloten, syn królowej. Przebóg!
Coś w tem się święci! Dawno-m go nie widział,
Poznałem jednak... Najlepiej zniknijmy!
Gwideryusz. On przecie sam. Wy dwaj na zwiady pójdźcie.
Czy wiedzie kogo z sobą? Prędko, prędko!
Ja tu go spotkam.

(Belaryusz i Arwiragus oddalają się).

Kloten. Stój! Kto tam ucieka?
Ach, to zapewne rozbójnicy górscy...
Słyszałem o nich... Kto ty, niewolniku?
Gwideryusz. Istotnie byłbym chyba niewolnikiem,
Gdybym nie odparł obrazy...
Kloten. Rabusiu!
Łotrze, opryszku, poddaj się, złodzieju!
Gwideryusz. Komu-ż? Czy tobie? Któżeśty? Masz może
Silniejsze ramię, lub mężniejsze serce?
W języku, prawda, nie dorównam tobie,
Nie zwykłem bowiem nosić miecza w zębach.
Ktożeś ty, który tak przemawiasz?

Kloten. Chamie,
Czy nie poznajesz mnie z szat?
Gwideryusz. Nie, nicponiu!
Ni ciebie, ani twego krawca, twego dziadka;
Bo on ci suknie te dał, w których, widno,
Cała twa wartość.
Kloten. Kłamiesz, arcyszelmo!
Nie zrobił ich mój krawiec.
Gwideryusz. Precz więc z oczu,
I dziękuj temu, kto ci dał je. Głupców
Nie warto nawet bić.
Kloten. Ha! Usłysz, drabie,
Moje nazwisko.
Gwideryusz. Jakże się nazywasz?
Kloten. Kloten, brygancie!
Gwideryusz. „Kloten, brygancie!“ — Niechaj i tak będzie!
Mnie to nie strwoży; ni tyle, co żaba,
Lub pająk...
Kloten. Otóż, ku tem większej grozie,
Ku zupełnemu zgnębieniu, wiedz o tem,
Ze mi królowa matką.
Gwideryusz. Wielka szkoda!
Podlejszy jesteś, niż twój ród.
Kloten. Ty nie drżysz?
Gwideryusz. Drżeniem przejmuje mnie jedynie mądrość,
A głupcom puszczam wszystko płazem.
Kloten. Giń więc!
Gdy własnoręcznie ubiję cię, pomknę
Za wspólnikami twymi, którzy uszli.
Na bramach ludu zatknę wasze głowy.
Poddaj się, nędzny rozbójniku górski.

(Wychodzą, walcząc).
(Wracają Belaryusz i Arwiragus).

Belaryusz. Sam jeden przybył.
Arwiragus. Prócz niego nikt zresztą
Musiałeś się pomylić, ojcze.
Belaryusz. Nie przypuszczam.
Dawno to wprawdzie, jak go widywałem,
Lecz ani jeden rys jego oblicza
Nie zatarł się w pamięci z biegiem czasu.

Tak samo zresztą jąka się, tak samo
Bryzga słowami... Nie! To niezawodnie
Kloten we własnej osobie.
Arwiragus. Tu byli...
Gdyby brat tylko poradził z nim sobie.
Zły to, powiadasz, człowiek.
Belaryusz. W nim poprostu
Człowieka nie ma; jak pomnę, on nie wie,
Co lęk, co zgroza; często brak poznania
Chadza z zuchwalstwem. Lecz oto i brat twój.

(Wchodzi Gwideryusz z głową Klotena w ręku).

Gwideryusz. Kloten, to mieszek całkiem pusty,
Bez grosza. Mózgu nie byłby mu ze łba
Wycisnął sam Herkules, bo tam mózgu
Nie było wcale. Musiałem to zrobić,
Bo byłby głupiec ten poniósł mą głowę,
Tak jak ja jego.
Belaryusz. Przebóg, co zrobiłeś?
Gwideryusz. Wiem, co: uciąłem głowę Klotenowi,
Synowi, jak sam rzekł, królowej-pani.
Lżył mnie on łotrem, opryszkiem; przysięgał,
Że sam was wszystkich połapie; że głowy
Zdejmie nam stamtąd, gdzie wyrosły z karków,
I u bram ludu zawiesi!
Belaryusz. Już po nas!
Gwideryusz. Cóż więcej stracić, mój ojcze, możemy,
Nad to, co on chciał zabrać: życie? Prawo
Nas nie ochrania; więc żali się wahać,
Gdy taki dumny kloc mięsa nam grozi,
Na własną rękę grając sąd i kata?
Czyż praw nie czcimy? Widzieliście wielu,
Którzy z nim przyszli?
Belaryusz. Ani żywej duszy
Nie widać nigdzie, ale — naturalnie —
Musiał mieć orszak. Bo choć jego humor
Był ciągłą zmianą — i to jeszcze zmianą
Z złego na gorsze, to-ć do tego stopnia
Nawet on chyba nie upadł na głowę,
By sam się wyrwał. Zapewne u dworu
Coś zasłyszano, iż jacyś tam ludzie

W jaskiniach żyją tutaj i polują;
Bano się może, iż wzrośniemy w bandę;
Wówczas on, (patrzy to całkiem na niego)
Przysiągł, że nas wyłapie... Ale trudno
Przypuszczać, aby sam szedł tu; nie byłby
Ważył się, jem u by nie pozwolono.
Słuszna obawa więc, że miał groźniejszy
Ogon, niż głowę.
Arwiragus. Ha, niechaj się dzieje,
Jak bogi zechcą; lecz brat mój postąpił.
Jak należało.
Belaryusz. Nie miałem ochoty
Polować dzisiaj; choroba Fidelia
Drogę mi przedłużała.
Gwideryusz. Ja mu głowę
Uciąłem własnym jego mieczem, który
Wydobył na mnie; rzucę ją do wody
Za naszą skałą, niech płynie do morza;
Niechaj rybakom teraz opowiada.
Ze jest Klotenem, synalkiem królowej.
Co mi tam!

(Odchodzi).

Belaryusz. Boję się zbyt rychłej pomsty.
O, Polidorze, czemuś to uczynił?
Mimo odwagi —
Arwiragus. Ja bym go wyręczył,
Jeśliby zemsta tylko mnie spotkała.
Kocham cię, bracie, ale ci zazdroszczę;
Ten czyn tyś skradł mi. O, pragnę, by zemsta,
O ile czoło jej stawić możliwem,
Przyszła tu z nami obliczyć się...
Belaryusz. Ano,
Stało się! Żadnych dziś łowów! Nie trzeba
Niebezpieczeństwa wyzywać bez celu.
Do groty! Zajmij się z Fideliem kuchnią,
Na Polidora ja zaczekam tutaj...
Przyjdziem wnet oba.
Arwiragus. Biedny, chory chłopiec!
Chętnie doń pójdę. Aby mu przywrócić
Rumieniec, bez wahania krew puściłbym

Całemu miastu Klotenów i jeszcze
Chlubiłbym się z dobrego czynu!

(Odchodzi).

Belaryusz. Boska
Naturo, jakże cudnie się objawiasz
W królewskich tych potomkach! Są łagodni,
Jak zefir, kiedy całuje fiołki,
Nie chyląc nawet im czółek; lecz nagle —
Krew ich królewska umie stać się wrogą,
Jak dzika burza, która jodłę górską,
Za czub porwawszy, zgina do stóp. Instynkt
Niespostrzeżenie, bez żadnych pouczań
W monarszą w nich się przeradza wspaniałość,
Honor i wzniosłość budzi niezrównaną,
Odwagę wznieca, krzewiącą się dziko,
Zapewnia żniwo bez siewu. — Szczególna!
Czego zwiastunem to przyjście Klotena?
Co nam śmierć jego przyniesie?

(Wraca Gwideryusz).

Gwideryusz. Gdzie brat mój?
Głowa Klotenowego kloca w dół popłynie
W poselstwie do królowej; zakładnikiem
Aż do powrotu będzie jego ciało.

(W jaskini odzywa się uroczysta muzyka).

Belaryusz. To mój misterny instrument. Posłuchaj.
Skąd też Kadwala grać wzięła ochota?
Gwideryusz. On tam — w jaskini?
Belaryusz. Wszedł przed chwilą właśnie.
Gwideryusz. Co to? Od śmierci mej najdroższej matki
Milczała gęśl... Solenność znamionuje
Solenną tylko chwilę. Cóż to znaczy?
Tryumf lub skarga z byle błahych przyczyn
Przystoi małpom chyba albo dzieciom.
Oszalał Kadwal?

(Wchodzi Arwiragus, niosąc Imogens jakgdyby martwą).

Belaryusz. Patrz, właśnie nadchodzi,
Dźwigając na ramionach powód smutku,
Z którego drwiliśmy.
Arwiragus. Zginęło ptaszę,
Pielęgnowane przez nas czule. Raczej

Wolałbym z lat szesnastu w sześćdziesiątkę
Przeskoczyć nagle, raźny krok młodości
Zmienić na znojny pochód z kul pomocą,
Niż to obaczyć.
Gwideryusz. O, ty słodka lilio.
Ani w połowie nie jesteś tak piękną
Na brata mego ramionach, jak byłaś,
Dopóki żywa rosłaś.
Belaryusz. Melancholio!
Kto zbadał twoje głębie, dno wymierzył,
By miejsce wskazać, gdzie twa łódź leniwa
Najłatwiej spuścić mogłaby kotwicę?
Błogosławione dziecię, wiedzą bogi
Na jak zacnego urosłabyś męża,
Gdybyś był nie padł pastwą melancholii.
Jak go znalazłeś?
Arwiragus. Już zesztywniałego;
Ale z uśmiechem na ustach, jakgdyby
Nie strzała śmierci zmiotła go — on drwił z niej,
A chyba muszka na śmierć załechtała.
Prawy policzek przytknął do poduszki...
Gwideryusz. Gdzie?
Arwiragus. Na podłodze; skrzyżował ramiona;
Że spi, sądziłem; podkute obuwie
Z nóg zdjąłem, aby nie czynić stukotu.
Gwideryusz. On też spi; jeśli zaś umarł, mogiłę
W łoże przemieni, przy którem rusałki
Pląsy wieść będą. Czerw się tam nie zbliży.
Arwiragus. Przez całe lata, jeśli żyć tu będę,
Ślubuję sypać najpiękniejsze kwiaty
Na twą mogiłę; nie zabraknie tobie
Pierwiosnków bladych, jak bladem twe liczko,
Hiacyntów sinych, jak twe żyłki sine,
Ani róż, które chlubić się powinne,
Iż woń ich słodką, by twój oddech... Ptaszki
Dziobkami znosić ci będą to wszystko,
Ku zawstydzeniu onych spadkobierców,
Którzy nie pomną o grobie ojcowskim.
Gdy zaś niestanie już kwiatów, niech mirta
Grób twój ustroi na zimę.

Gwideryusz. Dość! Przestań!
Słowa, to godne ust dziewcząt, nie igraj
Z powagą śmierci. Zwłoki zwróćmy ziemi,
Niech obowiązku nie opóźnia zachwyt.
Do grobu nieśmy go.
Arwiragus. Gdzie ma on spocząć?
Gwideryusz, Obok najlepszej matki, Euryfili.
Arwiragus. Dobrze, a chociaż głosy nam zgrubiały,
Już prawie męski przybrawszy charakter,
Pieśń mu zanućmy tę, co niegdyś matce,
Zmieniając tylko imię Euryfili
Na jego imię: Fidelio.
Gwideryusz. Kadwalu!
Nie mogę śpiewać; mógłbym chyba, płacząc,
Wymawiać słowa... Śpiew bólem stłumiony
Gorszem bluźnierstwem nawet, niż w świątyni
Kłamstwo kapłańskie...
Arwiragus. Więc wtóruj nam, mówiąc.
Belaryusz. Przy wielkim bolu milkną niniejsze. Kloten
Poszedł w niepamięć; a to-ć syn królowej
I chociaż wrogiem okazał się naszym,
Zważcie, iż winę już odpokutował.
Jakkolwiek każdy: wysoki, czy niski,
Jednako prochem staje się — szacunek,
Anioł-stróż świata oddziela potężnych
Od zwykłych śmiertelników. Nasz przeciwnik
Księciem był, chociaż zaś jego wróg poległ,
Trzeba jak księcia pochować go.
Gwideryusz. Dobrze.
Trup Tersytesa godzien jest Ajaksa,
Gdy obaj martwi.
Arwiragus. Zechcesz go tu przynieść?
My pieśń tymczasem zanucim. — Zaczynaj.

Śpiew.

Gwideryusz. Już cię słońce nie ogrzeje,
Już nie wtargnie chłód do łona;
Zakończone twe koleje,
Należytość uiszczona.

Lube dziewczę, chłopcze miły,
Czeka na was głąb mogiły.
Arwiragus. Już ci bać się nie potrzeba
Żadnej władzy, ni mocarzy;
O strzęp sukni, o kęs chleba
Troska ciebie już nie zwarzy.
Króle, mędrcy — równi tobie:
Wszak i oni spoczną w grobie.
Gwideryusz. Czem dla ciebie błyskawice?
Arwiragus. Co dla ciebie grom dziś znaczy?
Gwideryusz. Fałsz nie spojrzy ci już w lice.
Arwiragus. Drwisz z rozkoszy i rozpaczy.
Obaj. Kochanka luba, kochanek miły,
Pospołu z tobą pójdą w mogiły.
Gwideryusz. Niech nie tknie czarodziej ciebie.
Arwiragus. Niech w różka nie zwodzi ciebie.
Gwideryusz. Niech upiór nie nęka ciebie.
Arwiragus. Niech minie ból, męka, ciebie.
Obaj. Niech nad tobą spokój wionie,
Hołdy zbieraj i po zgonie.

(Belaryusz powraca ze zwłokami Klotena).

Gwideryusz. Obchód skończony, złóż go ojcze, tutaj.
Belaryusz. Ot, parę kwiatów... Więcej po północy,
Bo zioła, nocną zwilgocone rosą,
Najlepiej zdobią mogiły. U strójcie
Twarz zmarłą w kwiaty; wam wyziera z twarzy
Zwiędłość, co wkrótce i te kwiaty zwarzy.
Chodźcie modlitwę odmówić na klęczkach.
Co nieba zrządzą, człowiek nie odmienia;
To koniec szczęścia, ale i cierpienia.

(Odchodzą).

Imogena (budząc się). Tak, panie, do Milfordu. Tędy droga?
Dzięki. — Przez krzaki? — A daleko jeszcze?
Ktoby to myślał! — Bez mała sześć milek?
Maszerowałam całą noc... Spać pragnę.
Cyt! Bez nikogo! — Bogi i boginie!

(Spotrzega trupa).

Kwiaty są, jakby rozkosze na ziemi,
A krwawy trup pod niemi, jakby boleść...

Tak... Ciągle jeszcze śni mi się zapewne...
Bo śniło mi się, żem strażnikiem groty
I zacnych ludzi kucharzem; niedorzeczność,
Filar, z niczego na nic przeniesiony,
A zbudowany z mgły, przez wyobraźnię;
Wzrok nawet może stać się, jak myśl, ślepym.
Drżę, taki lęk mnie zbiera. Ależ w niebie
Została przecie kropelka litości!
Drobna, jak ziarno maku; z niej, bogowie,
Dajcie mi cząstkę... Ja śnię jeszcze ciągle...
Nawet na jawie sen przy mnie i we mnie,
Nie urojony, bo czuję go. Bogi!
Ten trup bez głowy — w szatach Postumusa!
Jego kształt nogi, a to jego ręka;
Stopa Merkura, uda godne Marsa,
Herkulesowe ramię — lecz gdzie głowa?
Mord nawet w niebie? — Co? — Brak jej. — Pisanio!
Wszystkie przekleństwa szalonej Hekuby
Rzucone Grekom, rzucam, by cię zmiażdżyć.
W spółce z Klotenem, tym dzikim szatanem,
Zgładziłeś mego męża tu! Czytanie,
Pismo niech zwie się odtąd nieinaczej,
Jak zdradą stanu. — Przeklęty Pisanio!
Fałszywem pismem — przeklęty Pisanio,
Zwaliłeś główny maszt najwspanialszego
Okrętu. — Biada mi, o, Postumusie,
Gdzie twoja głowa? Gdzie ona? Gdzie ona?
Niechby Pisanio przeszył ci był serce,
Byle zostawił głowę... Czy-ż możebne?
On wraz z Klotenem, złość w spółce z chciwością
Sprawili to nieszczęście. Tak, to jasne, jasne!
Ten trunek, co go dał mi, nakazując,
Jako dla ukojenia serca świetny,
Czyż nie odurzył mnie, nie zabił prawie!
Zgadza się jedno z drugiem. Oto dzieło
Pisania i Klotena, obu. — Ach!
Twa krew niech różem będzie dla lic moich,
Byśmy tem straszniejszymi się wydali,
Gdy kto nas znajdzie. — O, mężu, mój mężu!

(Wchodzą: Lucyusz, kapitan, kilku oficerów i wróżbita).

Kapitan. Galijskie legie przebyły już morze,
Jak im kazano i w porcie Milfordu
Czekają na was razem z okrętami
Całkiem gotowe.
Lucyusz. Jakie wieści z Rzymu?
Kapitan. Szlachtę i ludność graniczną powołał
Senat. Gorącym ożywieni duchem
Z pewnością dzielnie się spiszą. Są w drodze
Pod rozkazami mężnego Jachima,
Brata Sienny.
Lucyusz. Kiedyż wylądują?
Kapitan. Przy pierwszym wietrze pomyślnym.
Lucyusz. Ten pospiech
Piękne rokuje nadzieje. Zlustrować
Należy wojska, które już przybyły.
Każdy przywódzca niech pamięta o tem.
Teraz mi powiedz, ty, panie, co tobie
O naszej wojnie śniło się w tycii czasach.
Wróżbita. Ubiegłej nocy dały mi znak bóstwa;
Pościłem, modląc się o objawienie.
Ptak Jowiszowy, orzeł Rzymu, wzbił się
Z orjentu ziem wilgotnych tu, na zachód,
I znikł w słonecznem świetle; to oznacza,
Jeśli stan grzeszny nie mąci mi wzroku,
Zwycięstwo Rzymu.
Lucyusz. Śnij, tak panie, zawsze —
Byle sprawdzały się sny. Ale stójcie!
Czyż to pień został pozbawiony wierzchu?
Szczątki to jakiejś szlachetnej budowy.
Patrzcie: paź — martwy, czy we śnie. Zmarł pewnie.
Wzdryga się życie szukać łoża sobie
Przy nieboszczykach, albo spać na grobie.
Chciałbym zobaczyć twarz chłopca.
Kapitan. On żyje!
Lucyusz. Wyjaśni więc nam rzecz całą. Młodzieńcze,
Opowiedz swe przygody; bo, przypuszczam,
Godne poznania; kogoż to obrałeś
Jakby za krwawą poduszkę? Kto, powiedz,
Śmiał zburzyć dzieło szlachetnej natury?

A ty, jak wiele też sam utraciłeś
W tej katastrofie? Co stało się? Kto to?
Kto ty?
Imogena. Jam nic, i lepiej by mi było,
Gdybym w nic zapadł. Ten człek był mym panem
Dzielny Brytańczyk, miłowania godny,
Padł tu od ciosów zbójeckich góralów.
Równego jemu pana nie ma; gdybym
Z wschodu na zachód poszedł, służby żebrząc,
Znalazłbym wielu, może — wszystkich dobrych,
Służyłbym wiernie, ale nie znalazłbym
Równego jemu.
Lucyusz. Poczciwy młodzieńcze!
Niemniej mnie skargi twe wzruszają smętne
Jak widok twego pana. Jak go zwano?
Imogena. Ryszard de Champ.

(Do siebie).

Choć kłamię, to-ć nikomu
Nie szkodzę; choćby więc słyszały bogi,
Przebaczą.
Lucyusz. Ty zaś zowiesz się?
Imogena. Fidelio.
Lucyusz. I nie zawiodłeś bynajmniej imienia,
Owszem, przez wierność zasłużyłeś na nie.
Może spróbujesz ze mną? Chociaż pewnie
Równie dobrego nie znajdziesz już pana,
Kochać cię będę niemniej, jak on, pewnie.
Gdyby sam cesarz list pisał i gdyby
List ten przez senat został mi przysłany,
Nie zaleciłoby to ciebie bardziej
Niż twoja własna wartość. Pójdź-że ze mną.
Imogena. Pójdę, gdzie każesz, panie. Ale przedtem
Chciałbym te zwłoki ukryć przed muchami,
Jak tylko może głęboko ten rydel
Wkopać się. Skoro już kwieciem i liściem
Grób ten obsypię, gdy zmówię sto modlitw,
Każdą dwukrotnie — płacząc i wzdychając,
Opuszczę jego służbę, by pójść z wami,
Jeśli mnie zabrać chcesz.

Lucyusz. Tak, dobry chłopcze!
Będę ci raczej ojcem, niźli panem.
O, przyjaciele.
Nas to pacholę uczy, nas, jak męże
Mają swe obowiązki spełniać. — Najpiękniejszy
Kawał murawy wybierzcie; włóczniami
Wykopać grób. Nieboszczyk ten przez ciebie
Stał mi się drogim, chłopcze. Weźcie zwłoki
I pochowajcie je w rycerski sposób.
Rozpogódź lice. Nieraz — rzec to mogę —
Wyższemu szczęściu ból torował drogę.

(Odchodzą).
SCENA TRZECIA.
W pałacu Cymbelina.
Wchodzą: CYMBELIN, DWORZANIE i PISANIO.

Cymbelin. Nuże, przynieście mi wieść jaką o niej.
Istne deliryum nęka ją z obawy
O syna — szał, co życiu grozi. Bogi,
Jakże mnie ciężko karzecie! Imogena,
Pociecha moja cała, znikła; żona
Na łożu śmierci; w czasie, kiedy wojna
Zagraża mi straszliwie, syn jej przepadł,
Niezbędny właśnie; zewsząd ciężkie ciosy,
I ani krzty otuchy. — Lecz ty, panie.
Który widziałeś dobrze, iż uciekła,
A chcesz udawać, jakbyś nic nie wiedział,
Poczekaj, musisz ty mi na torturach
Wyśpiewać wszystko!
Pisanio. Moje życie, królu,
Pokornie składam u twych stóp, jednakże
Ani gdzie moja pani bawi, nie wiem,
Ani dlaczego znikła, kiedy wróci.
Błagam cię nie wątp, najjaśniejszy panie,
O mej wierności.
Pierwszy dworzanin. Dostojny monarcho!
W dniu, gdy uciekła, on był przecie tutaj,

Klnę się sumieniem. Wiem zresztą, jak szczerze
Swe obowiązki pełni on. Klotena
Gorliwie wszędzie poszukują. Pewnie
Znajdzie się on.
Cymbelin. Burzliwe przyszły czasy!
Tym razem niech ci ujdzie to na sucho,
Lecz podejrzenie nasze dalej wisi
Nad twoją głową.
Drugi dworzanin. Najjaśniejszy panie!
Wylądowały już legiony rzymskie,
Wysłane z Galii, a wzmocnią się jeszcze
Szlachtą przez senat rzymski powołaną.
Cymbelin. Teraz rad trzeba królowej i syna!
Za wiele na mnie jednego!
Pierwszy dworzanin. Mój królu!
Wróg nie przyćmiewa twego wojska liczbą;
A choćby więcej ich przyszło, my także
Wystawmy więcej, trzeba tylko hufce
Wieść w pole. Same przecie o to proszą.
Cymbelin. Dzięki wam. Idźmy na spotkanie chwili,
Która nas czeka; nie Włochy nas trwożą,
Jeno najbliższa troska. Dość już! Pójdźmy.

(Cymbelin i dworzanie odchodzą).

Pisanio. Ni słówkiem pan mi nie dał odpowiedzi
Na ów list, w którym donosiłem jemu,
Ze Imogena padła z mojej ręki.
Dziwne! Nic nie wiem też, co z nią się dzieje,
Choć mi przyrzekła donieść; o Klotenie
Także nie sposób zasięgnąć języka.
Wszystko to razem wprawia mnie w ambaras.
Dopomagajcie, bogi; przez fałszywość
Zacność salwuję, niewiernością wierność.
W wojnie okażę miłość dla Brytanii,
Gdy nie polegnę, sam mnie król pochwali.
Co ciemne, przyszłość wyjaśni po burzy;
Bezsternym łodziom szczęście za ster służy.


SCENA CZWARTA.
Przed jaskinią.
Wchodzą: BELARYUSZ, GWIDERYUSZ ARWIRAGUS.

Gwideryusz. Hałas w około.
Belaryusz. Skryjmy się zawczasu.
Arwiragus. Cóż warto życie, gdy kryć się wciąż mamy
Przed czynem i niebezpieczeństwem?
Gwideryusz. Zresztą,
Co wam pomoże ucieczka? Rzymianie
Jako Brytanii synów nas zabiją,
Albo też, mając nas za rozbójników,
Za barbarzyńców, zabiorą nas z sobą,
A potem zgładzą.
Belaryusz. Słuchajcie, synowie,
Pospieszmy w góry, tam będzie bezpieczniej.
Do królewskiego wojska iść nam trudno.
Klotena śmierć nowiną, nas nikt nie zna,
Nie należymy do żadnego wojska;
Zaczną nas przesłuchiwać, gdzie mieszkamy,
I dojdą w końcu, co się tutaj stało,
Przyznanie będzie śmiercią, przedłużoną
Przez straszne męki.
Gwideryusz. Ojcze, te obawy
Chyba przystojne nie są w takich czasach.
I co nam po nich?
Arwiragus. Jak przypuszczać nawet,
Ze gdy usłyszą rżenie rzymskich koni,
Gdy ujrzą ognie obozowe, kiedy
Wzrok ich to olśni, a słuch oszołomi,
Czasu nie będą mieli, by wybadać,
Co my za jedni.
Belaryusz. Wielu zna mnie w wojsku
Z dawnych lat; Kloten był wówczas też młody,
A jednak czas go bynajmniej nie zatarł
W mojej pamięci. Przytem król, wierzajcie,
Nie wart mych usług, a waszej miłości;
Skutkiem wygnania nie mogłem was kształcić;
Rośliście nakształt dzikich zwierząt. Szczęście,

Co przy kolebce waszej stało, znikło,
Na łup was zdając skwaru latem, w zimie
Niewolnikami czyniąc mrozu.
Gwideryusz. Lepiej
Umrzeć, niż żyć tak. Oh, pójdźmy do wojska;
Mnie ani brata żywa dusza nie zna,
O tobie dawno musiano zapomnieć,
Wypadłeś przeto ludziom całkiem z głowy,
I nikt o ciebie nie spyta.
Arwiragus. Na słońce!
Ja tam pójść muszę. Jakto? Żebym dotąd
Konającego nie widział, krwi żadnej
Prócz krwi tchórzliwych zająców i wrącej
Krwi gemz, jeleni? Bym dotąd nie dosiadł
Konia, z wyjątkiem jednego, na którym
Bywali jeźdźce nielepsi odemnie;
Konia, co nie znał wędzideł, ni podków?
Wstyd mi świętemu słonku patrzeć w oczy,
Chłonąć blask jego święty i pozostać
Marnem nic.
Gwideryusz. Ojcze, ja także pójść muszę.
Błogosławieństwo daj, puść po dobremu,
A tem-ci chętniej pójdę; gdy nie, niechaj
Niebezpieczeństwo spadnie tylko na mnie
W postaci rzymskich mieczów.
Arwiragus. Mówcie: Amen!
Belaryusz. Ody wam tak mało na życiu zależy,
Dlaczegóż ja troskliwiej miałbym bronić
Resztek dni moich! Pójdę razem z wami!
Gdy dacie żywot ojczyźnie w ofierze,
Niech i mnie taka sama śmierć zabierze!

(Do siebie).

Czas im za długi... Krew wre w nich szalenie;
Czynami chcą stwierdzić swe pochodzenie.



Dzieła Wiliama Szekspira T. I - ornament from p.663.jpg


AKT PIĄTY.

SCENA PIERWSZA
Brytania. Przed obozem Rzymian.
POSTUMUS — wchodzi z zakrwawioną chustką w ręku.

Posumus. Zachowam ciebie, chustko; wszak sam chciałem
Ujrzeć na tobie tę czerwień. — Mężowie,
Jeśli z was każdy zechce tak postąpić,
Iluż natenczas zgładzi swoje żony,
Zgładzi za byle drobny błąd. — Pisanio!
Nie każdy rozkaz spełnia dobry sługa.
To tylko obowiązkiem jest, co słuszne.
Gdybyście bogi i mnie tak karali,
To nie dożyłbym dnia, w którym wydałem
Nieszczęsny rozkaz; żyłaby Imogena
Dla odpokutowania winy swojej,
Mnie zaś nędznego tknąłby gniew wasz słusznie.
Lecz niejednego wy stąd zabieracie
Z łaski, by drobną splamiwszy się winą,
Nie popadł w większe; gdy tymczasem inni,
Liczbę swych grzechów mnożą wciąż gorszemi —
I grozę siejąc, czują się bezpieczni.
Imogena u was już, bogi; uczyńcie,
Co wam najlepsze zda się; dziś pokora
Jedynem mem zbawieniem. Z włoską szlachtą
Przybyłem tutaj, walczyć przeciw państwu
Mojej małżonki. — Ale dość, Brytanio,
Ze-m zabił twą księżniczkę; bądź spokojna,
Więcej ran tobie nie zadam. Bogowie,
Raczcie wysłuchać mych zamiarów: oto
Włoski strój składam, a wdzieję brytańską
Odzież wieśniaka, by przeciw tym walcząc,
Z którymi tutaj przyszedłem, módz zginąć,
Zginąć dla ciebie, Imogeno, przez którą
Życie me, każde tchnienie, równe śmierci;
Nieznany, nie znienawidzony, — zgoła nawet

Nie żałowany, sam siebie poświęcę.
Chciałbym odwagi dowieść, o, bogowie,
Więcej, niżeli ten mój strój zapowie.
Dajcież mi, błagam, siły Leonata.
Wbrew światu, nową modę wnieść jam skory:
Wielkością małe uzacnić pozory.

(Wychodzi).
SCENA DRUGA.
Tamże. Pole pomiędzy obozem rzymskim i brytańskim.
Z jednej strony wchodzą: LUCYUSZ, JACHIMO i wojsko rzymskie: z drugiej strony wojsko brytańskie, a w niem POSTUMUS, jako prosty żołnierz. Przeszedłszy scenę, znikają za nią. Zgiełk bojowy. Wracają, walcząc z sobą JACHIMO i POSTUMUS. Ten ostatni, pokonawszy i rozbroiwszy Jachima, odchodzi.

Jachimo. Poczucie winy pozbawia mnie męstwa.
Jam pewną panię oczernił niegodnie,
Dziedziczkę tego państwa; dziś za karę
Osłabia mnie wiatr ziem jego; gdyby nie to,
Czyżby pokonał mnie ten chłop od roli
W rycerskim boju? Cześć, godność wrodzona —
Ciężarem hańby są dla mego łona.
Jeśli, Brytanio, o tyle twa szlachta
Przewyższa chłopa, jak on nas tu wali,
Chyba z bogami my się w walkę wdali!

(Odchodzi. Bój wre dalej: Brytańczycy pierzchają; Cymbelin dostaje się do niewoli; Belaryusz, Gwideryusz i Arwiragus przybywają mu na pomoc).

Belaryusz. Stójcie! Korzystne mamy stanowisko.
Dzierżymy przełęcz; jedynie tchórzostwo
Rzuciło popłoch.
Gwideryusz i Arwiragus. Trzymajcie się jeno!

(Postumus pospiesza na pomoc Brytańczykom, którzy oswobodziwszy Cymbelina, oddalają się. Wchodzą: Lucyusz, Jachimo i Imogena).

Lucyusz. Uciekaj z tłumu i ratuj się, chłopcze!
Druh rąbie druha, niesłychany zamęt...
Rzekłbyś, oślepło i pogłuchło wszystko.
Jachimo. To Brytańczykom przybył sukurs świeży.
Lucyusz. Szczególny obrót; posiłków nam trzeba,
Lub jak nie pyszni tył podamy wkrótce!

(Wszyscy odchodzą).
SCENA TRZECIA.
Inna część pola walki.
Wchodzi POSTUMUS i brytański SZLACHCIC.

Szlachcic. Czy od tych idziesz, co wytrwali?
Postumus. Od tych.
Lecz wy snać od tych, co pierzchnęli?
Szlachcic. Od tych.
Postumus. Ha, prawda, wszystko tam było stracone
Oprócz nadziei na niebie. Król nawet
Odbiegł od skrzydeł, szeregi przerwane;
Gdzieś spojrzał, plecy tylko widać naszych,
Tłumnie uciekających do wąwozu.
Rozochocony w róg, krwi świeżej żądny,
Na zapas rąbał, więcej rąbał prawie,
Niż mu starczyło mieczów, dobijając
Śmiertelnie rannych i tych ledwie tkniętych,
Którzy ze strachu tylko padli. Wąwóz
Trupami zatkał się i ranionymi
Sromotnie w plecy — nakoniec tchórzami,
Ocalonymi, aby zginąć w hańbie.
Szlachcic. Gdzie to ów wąwóz?
Postumus. Tuż przy polu walki,
Oszańcowany rowem i nasypem,
Dzieło starego rycerza — przysięgam —
Zacnego wielce. Zasłużył, zaprawdę,
By za to, co dziś zrobił dla ojczyzny,
Późnego dożył wieku, białych włosów.
On to w wąwozie wraz z dwoma chłopcami,
(Pacholętami, co raczej do pląsów
Niźli do takiej nadają się rzezi;
Piękniejsze liczka ich, niżeli owe,
Które czar chroni wstydliwość pod maski);
On tedy zajął drogę, gromiąc zbiegów:
„Brytański jeleń pierzcha, nie wojownik!
W piekło pędzicie wy, uciekający!
Stójcie, bo jak Rzymianie rzezać będziem
Na sposób bydła was, płochliwe bydło!
Zbawi was jeden wstecz rzut oka groźny!
Stójcie!“ I z trzech tych, jakby trzy tysiące

Zdziałała pewność siebie i zaprawdę,
Za trzy tysiące byli siłą, czynem.
(Trzech bohaterów nie stanowi-ż wojska,
Ody reszta niczem?) Tak wołając: „Stójcie!“
Podporę w miejscu mając, bardziej jednak
Czarując własną szlachetną postawą,
(Taki czar kądziel nawet zmieni w włócznię);
Ogień na nowo rozpalali w oczach,
Wstyd i odwagę wskrzeszali, i wielu
Tchórzów — przez przykład sam (stokroć przeklęty,
Kto w wojnie pierwszy stchórzy), powracało,
Aby nastawić piersi tak zuchwale,
Jak lwy, bieżące wprost na oszczep łowca.
I oto pościg zatrzymał się; atak
Przeszedł wnet w odwrót, w zamęt, wreszcie w klęskę.
Rzekome orły, uszły gołębiami;
Tryumfatorzy zmienili się w jeńców,
A nasi tchórze — jak okruchy chleba
Dla wygłodniałej załogi okrętu —
Urośli nagle w zbawców. Gdy spostrzegli
Serc drzwiczki tylne ledwie odchylone,
Toż to rzucili się, rąbiąc, co Bóg dał,
Nawet zabitych, konających, trupów,
Których porwała z sobą pierwsza fala.
Z dziesięciu, których pędził przedtem jeden,
Każdy był teraz zabójcą dwudziestu;
A ci, co wprzódy paść woleli raczej,
Niżeli walczyć — nagle przerażenie
Roznieśli wokół.
Szlachcic. Nie do uwierzenia:
Ten wąwóz, tych dwóch chłopców i ten starzec.
Postumus. Nie dziw się, panie, chyba, że sam wolisz
Podziwiać, niźli brać udział w zdarzeniach
Podziwu godnych. Jeśli chcesz, posłuchaj
Żarciku w rymach, który rzecz tę streszcza:
„Kto pobił Rzymian, a nam dał blask chwały?
Wąwóz, dwaj chłopcy, starzec osiwiały!“
Szlachcic. Bez złośliwości!
Postumus. Ach, nie myślę o niej;
Mym przyjacielem, kto od wroga stroni.

By gdy mu pośpiech wrodzoną pobudką,
Będzie mnie i przyjaźnią ścigał krótko.
Ależ ja w rymach brodzę.
Szlachcic. Znów złośliwość?

(Odchodzi).

Postumus. Więc poszedł!
Oto jest szlachta! To są koryfeje!
Wśród bitwy pytać, co się w bitwie dzieje!
Iluż tak samo cześć swą dziś splamiło,
By trupa tylko módz ocalić! Uciekł,
A przecie zginął! Mnie chronił a boleść.
Próżno szukałem śmierci, gdzie jęczała,
Anim ją ujrzał, gdzie miotała ciosy.
Szczególna, że ten potwór, tak okrutny,
W puharach uciech nieraz się ukrywa,
Wśród puchów łoża, w muzyce słów słodkich —
Więcej tam mając sług, niż u nas nawet,
Którzy dla niego pracujemy mieczem.
Ale ja muszę dopaść go! Jakkolwiek
Walczyłem dzisiaj po stronie brytańskiej,
Toć Brytańczykiem przestałem być. Nuże,
Wiem już, jak sobie najlepiej usłużę.

(Zmienia strój).

Nie walczę więcej. Poddam się, chociażby
Prostemu chłopu, jeśli wpadnie na mnie.
Rzeź tu nielada wyprawił Rzymianin,
Musi też srodze pomścić się Brytańczyk.
Śmierć — to łup cały, dla mnie przeznaczony;
Chciałem jej, walcząc z tej i z tamtej strony.
Że mi nie umknie wreszcie, mam nadzieję;
Tak za Imogenę krew moją przeleję.

(Wchodzą dwaj oficerowie brytańscy na czele orszaku żołnierzy).

Pierwszy oficer. Dzięki wam, bogi; Lucyusz w naszych rękach;
Starca i chłopców mają za aniołów.
Drugi oficer. Był z nimi czwarty człowiek, w lichym stroju.
On także wrogów odpędzał.
Pierwszy oficer. Tak mówią.
Lecz wszyscy znikli bez śladu. — Stój, kto tam?

Postumus. Rzymianin,
Który nie włóczyłby się tutaj, gdyby
Szli w jego ślady inni.
Drugi oiicer. Trzymać tego łotra!
Ni kostka z niego do Rzymu nie wróci,
Aby powiedzieć, jak kruki go żarły.
O, jak się pyszni! Przed króla go wiedźcie!

(Wchodzą: Cymbelin z orszakiem, Belaryusz, Gwideryusz, Arwiragus, Pisanio i jeńcy rzymscy. Oficerowie prowadzą Postuma przed króla, który powierza go dozorcy więzienia, poczem wszyscy odchodzą).
SCENA CZWARTA.
Więzienie.
Wchodzi POSTUMUS z dwoma DOZORCAMI.

Pierwszy dozorca. Teraz już nikt go nie skradnie z pod klucza.
Paś się, gdy znajdziesz gdzie trawkę.
Drugi dozorca. Smacznego!

(Odchodzą).

Postumus. Błogosławione bądźcie mi łańcuchy;
Przez was odzyskam wolność. Jam szczęśliwszy
Niźli reumatyk, który woli stękać
Bóg wie, jak długo, zamiast radykalnie
Śmiercią wyleczyć się. Dla mnie śmierć kluczem,
Który otworzy te kłódki. — Sumienie,
Ty-ś skrępowane od rąk i nóg silniej.
O, bogi, niechaj pokuta odsunie
Rygle, bym został już wolnym na wieki.
Lecz czy to dosyć, że cierpię? W ten sposób
Dziecię rozzbraja gniew ojca, bogowie
Łaskawi... Mam-że dopełnić pokuty?
Gdzież lepiej zdołam zdziałać to, jak w kaźni,
Nie pod przymusem, jeno z własnej woli?
Głównym warunkiem zadośćuczynienie?
Przyjmcież je, bogi, zabierzcie mi wszystko!
Wiem, litościwsi wy, niż chciwi ludzie,
Co jedną trzecią biorą bankrutowi,
Szóstą, dziesiątą część, aby mógł jeszcze
Podnieść się zczasem. Tego ja nie żądam.

Za życie Imogeny mojem płacę,
A choć nie warte ono tyle, zawsze
I to jest życiem. Nie każdą monetę
Waży się: biorą i lekkie — dla stempla.
Zabierzcież moje — i na niem wasz stempel.
Niechaj to będzie, przedwieczne potęgi,
Zamknięciem mych rachunków. Weźcie życie,
A weksel w dwoje przedrzejcie. Imogeno!
Z tobą w cichości chcę mówić.

(Usypia).
(Odzywają się czarodziejskie dźwięki muzyki. Zjawia się duch Sycyliusza Leonata, ojca Postuma, starca w rynsztunku, prowadzący pod ramię ducha matrony, jego małżonki, a matki Postuma. Za nimi postępują dwaj młodzi Leonaci, bracia Postuma, z broczącemi ranami, tak jak padli na polu walki. Całe grono ustawia się kręgiem dokoła Postuma).

Sycyliusz. O, gromowładzco, gnębić muszkę
Nie godzi ci się wcale;
Na Marsa gniew swój zwróć, na Juno,
Która w zazdrosnym szale
O zemście przemyśliwa.
Cóż ci zawinił syn mój biedny,
Nieszczęsne, drogie dziecię,
Którego nie znam, zmarłszy przedtem,
Nim zjawił się na świecie.
To-ć jako ojciec (sierot ojcem
Czyż ciebie lud nie zowie?)
Odpędź ty od mojego dziecka
Doczesnych cierpień mrowie!
Matka. Nie ocaliła mnie Lucyna;
Rodząc, uległam męce.
Po toż mój płód dobyto sztuką,
By wpadł dziś wrogom w ręce?
O, biedny, biedny!
Sycyliusz. Otrzymał godne przodków ciało,
Szlachetna jego dusza;
Całego świata cześć pozyskał
Potomek Sycyliusza.
Pierwszy brat. Gdy dorósł w męża, czy ktokolwiek
Dorównał mu w Brytanii?
Czy kto cnót tylu chwałą jaśniał?
Toż się poznała na niej

Imogena, jego cnót czcicielka
I jego serca pani.
Matka. Dlaczegóż przez ten związek popadł
W banicyę, poniżenie —
Pozbawion włości Leonata,
Miejsca przy Imogenie,
Swej żonie słodkiej?
Sycyliusz. Dlaczegóż panie, przez Jachima,
Mistrza we frantów szkole,
Taki nań zamęt zsyła zazdrość
I takie serca bole,
Iż nie wie nawet nieszczęśliwy,
Jak dał się wywieść w pole?
Drugi brat. Z sfer świętej ciszy zstępujemy,
Drużyna rozżalona;
Rodzice, my dwaj, którym w boju
Wróg mieczem przeszył łona.
Odparcie krzywdy naszym celem,
Rycerskiej czci obrona!
Pierwszy brat. Jakże odważnie brat nasz stanął
W obronie Cymbelina.
Czy-ż się nagrody, władzco bogów,
Czyn ten nie dopomina?
Gdy mu zapłatą ból, jak wówczas
Płaconą będzie wina?
Sycyliusz. Twe kryształowe otwórz okno
I zeszlij nam nadzieję,
Że ród tak stary, tak szlachetny
Przez gniew twój nie zm arnieje!
Matka. Naszego syna wwiedź, Jowiszu,
Na szczęsne znów koleje!
Sycyliusz. Spojrzyj z twych gmachów marmurowych
Na dolę tę sierocą,
Bo rady bogów przywołamy,
By przyszła nam z pomocą.
Matka. Bo zaskarżymy nawet ciebie,
Gdy losy go zdruzgocą.

(Wśród gromów i błyskawic zstępuje Jowisz, siedząc na orle. Pada piorun. Duchy rzucają się na kolana).

Jowisz. Milcz. Zuchwałością tchnie ten twój krzyk dziki!
Jeden grom z wyżyn rzucić mi wystarczy,
By zgładzić wszystkie świata buntowniki.
W Elizyum cienie podążcie z powrotem,
Gdzie duchy wiecznych kwiatów łan zaprasza.
Co wam do ziemskich zdarzeń? Wiecie o tem,
Że troska o nie, moja rzecz, nie wasza.
Doświadczam, kogo kocham, by nagroda
Tem słodszą była. Nie sarkajcie próżno;
Dłoń ma ratunek zgnębionemu poda,
Dość prób! On szczęścia odbierze dań dłużną.
Pod moją gwiazdą zrodzon, w mej świątyni,
Zawarł małżeństwo... W drogę duchy, dalej!
Nikt Imogenie krzywdy nie uczyni,
Nic już tych dwojga szczęścia nie obali.
Złóżcie tabliczkę tę na jego łonie;
Mej życzliwości dowód w niej się mieści...
A potem precz stąd, precz stąd, nim — zatonie
Cierpliwość moja w łzach waszej boleści.
W gmach kryształowy unieś mnie stąd, orle!

(Ulatuje w górę i znika).

Sycyliusz. Przybył wśród gromów i czuć było siarkę,
Gdy święty orzeł spuścił się tu groźnie;
Lecz ulatując, rozsiał wkoło wonie
Pól elizejskich, ptak zasię królewski
Tak wiekuiste swe rozpostarł skrzydła,
Tak dziobem kręcił, jakby chciał wyraźnie
Dać do poznania nam, że bóg się czuje
Zadowolonym.
Wszyscy. Dzięki ci, Jowiszu!
Sycyliusz. Zatrzasła brama w pałacu z marmuru.
Do promiennego dotarł już bóg domu.
Nuże, uszczęśliwieni nagłą zmianą,
Spełnijmy zaraz, co nam nakazano.

(Duchy znikają. Postumus budzi się).

Postumus. O śnie, tyś mym praszczurem był, tyś stworzył
Mojego ojca, a z nim moją matkę
I moich braci; lecz jak dla ironii,
Bo oto, gdzie są? Ledwie się zbudziłem,

Znikli, zabrani rychlej, niż stworzeni.
Biedni to ludzie, co się opierają
Na łasce możnych, co śnią, jak ja śniłem;
Zbudzeni, nic nie znajdą. — Urojenie!
Bywają ludzie, którzy nawet we śnie
Nie znają zasług (a szczęście to wielkie,
Takie sny), jednak nie mogą się skarżyć
Na brak nagród... Niech kto powie, za co
Mnie dziś naprzykład bogi tak bogacą?
Lecz cóż to znaczy?.... Tabliczka? — Klejnocie,
Nie bądź ty naszych furfantów sposobem
Wspaniała z zewnątrz, a wewnątrz bez treści.
O, gdybyż treść twa złotą była, gdybyż
Nie zapatrzyłeś się na dworskich panów!
Dotrzymaj słowa:

„Jeśli bez szukania znajdzie się dziecię twe, nieznane samemu tobie, i jeśli uściśnie go kawałek miękiego powietrza; jeśli ze starego cedru urąbane zostaną gałęzie, które przez długie lata pogrążone już w martwocie, połączą się ze starym pniem i na nowo pokryją się liśćmi, wówczas kres nastanie cierpieniom Leonata, wówczas uszczęśliwiona Brytania w spokoju i dostatkach okwitać będzie!“

Sen to wciąż jeszcze, albo niedorzeczność,
Którą dał język szalony, mózg pusty,
Lub też zagadka nie do rozwiązania.
Bądź co bądź jednak zgodna z tym zamętem
Jaki mnie porwał. Schowam to z przyjaźni.

(Wracają dozorcy).

Dozorca. Chodź, panie; czyś już przygotowany do śmierci?
Postumus. Oh, może już przegotowany, tak długo to trwało.
Dozorca. Wisieć, oto hasło! Jeśliś do tego istotnie gotów, w takim razie nie trzeba już ciebie gotować.
Postumus. Jeśli widzowie uznają mnie za smaczny kąsek — sąd zapłaci rachunek.
Pierwszy dozorca. Oj, rachunek to nielada dla was, panie; ale pocieszcie się tem, że nikt już odtąd nie będzie was nękał żadnymi rachunkami, że nie zobaczysz już żadnego rachunku z gospody, który człowiekowi zatruwa nieraz na odchodnem całą przyjemność goryczą. Wchodzisz słaby, bo potrzebujesz podjeść sobie; wychodzisz chwiejnym krokiem, bo wypiłeś szklaneczkę za wiele; smutno ci, bo za wiele wydałeś, smutno ci, bo za wiele przyjąłeś. W głowie i kieszeni pustki. Głowa tem cięższa, im bardziej próżna; mieszek tem lżejszy, iż pozbawiono go ciężaru. O, wierzaj mi: pozbędziesz się wszystkich tych sprzeczności. — O, co za filantrop z groszowego stryczka; tysiące sumuje w okamgnieniu, niema-ż równie bystrego rachmistrza; kwituje odrazu przeszłość, teraźniejszość i przyszłość; gardło służy mu równocześnie za pióro, papier i atrament. Jedno pociągnięcie i wszystko wyrównane.
Postumus. Więcej mam ochoty do śmierci, niż ty do życia.
Pierwszy dozorca. To prawda, panie, że kto spi, nie czuje, jak go zęby bolą. Swoją jednak drogą, kto miałby udać się na takie, jak waszmość pan spanie na łóżko, które kat mu pościeli, chętnie zapewne pomieniałby się ze swym dozorcą. Bo czyż wiecie, panie, jak a was droga czeka?
Postumus. O, to wiem doskonale, mój przyjacielu.
Pierwszy dozorca. Chyba-ż śmierć, czyhająca na waszmość pana ma oczy we łbie, a ja śmierci tak malowanej nie widziałem. Musimy albo zdać się na tych, którzy twierdzą, jakoby droga była im znaną, albo być sobie samemu przewodnikiem, chociaż wiem, że nie znacie drogi, albo wreszcie na własne ryzyko plunąć na wszystkie te dociekania. Jak zaś pójdzie panie — kto zgadnie? Mnie wszystko tak wygląda, że już nie wrócicie, aby o tem komukolwiek opowiedzieć.
Postumus. A ja ci powiadam, bratku, że nikomu nie brak oczu do przypatrzenia się drodze, na którą wejdę, chyba że sam je przymknie, aby nie patrzeć.
Pierwszy dozorca. Figle, figle, jegomości! Alboż to człowiek nie ma oczu na nic lepszego, jak na to, by je wyszczerzać, tam gdzieś na oślep? Jestem przekonany, że droga do szubienicy, to właśnie taka droga, na której trzeba oczy przymknąć.

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec. Zdejmcie mu okowy i zaprowadźcie go do króla.
Postumus. Przynosisz dobre wieści; daj mi wolność.
Pierwszy dozorca. No, to chyba ja się powieszę.
Postumus. Będziesz w takim razie więcej miał swobody, niźli nawet dozorca; nieboszczyków nic nie obchodzą żadne rygle.

(Postumus odchodzi z posłańcem).

Pierwszy dozorca. Tak się zakochać w szubienicy, to sztuka, w której przewyższył go ten chyba, kto ożeniłby się z samą szubienicą, aby płodzić szubieniczęta. Ale, dalipan, niech on będzie sobie Rzymianin, znam gorszych łotrów, którzy jednak żyć pragną. Bywają między nimi i tacy, którzy giną zupełnie bez zamiłowania. Gdyby tak na mnie przyszło, postąpiłbym, jak oni. Chciałbym, abyśmy wszyscy byli jednej myśli i aby ta myśl była dobra; wtedy dyabli wzięliby wszystkich dozorców i wszystkie szubienice! Przemawiam wprawdzie przeciw dzisiejszemu memu stanowisku, ale moje życzenie wznosi mnie przecie do gówy.

(Odchodzi).
SCENA PIĄTA.
W pałacu Cymbelina.
Wchodzą: CYMBELIN, BELARYUSZ, GWIDERYUSZ, ARWIRAGUS, PISANIO, SZLACHTA, WOJOWNICY i ORSZAK.

Cymbelin. Stańcie tu przy mnie, których bogi dały
Ku mego tronu podporze. Bolejąc,
Iż biedny żołnierz, co tak dzielnie walczył,
Którego sierak przyćmił złote zbroje,

A naga pierś puklerze zawstydziła —
Znikł gdzieś bez wieści — oznajmiamy ninie,
Że kto go znajdzie, tego uszczęśliwi
Obfitość naszej łaski.
Belaryusz. Nigdy w życiu
Tyle nie podziwiałem bohaterstwa,
Ile w nim właśnie; dziwne to, zaprawdę;
Książęce iście męstwo w kimś, co zda się,
Do żebraczego stworzonym tchórzostwa.
Cymbelin. Czyliż nic o tym człeku nie wiadomo?
Pisanio. Próżno szukano go w pośrodku żywych
I pośród trupów.
Cymbelin. Na me utrapienie
Zostałem jego nagrody dziedzicem.
Wam ją oddaję: serce, mózg, wątrobę
Brytanii, przez was tylko ocalonej,
Lecz kto wy, mówcie.
Belaryusz. Najjaśniejszy panie,
Szlachta Kambrejska. Byłoby niegodnem
I nie prawdziwem bardziej chwalić siebie.
Dość na tem, żeśmy uczciwi.
Cymbelin. Klęknijcie!
A teraz wstańcie mymi rycerzami.
Wam daję pierwsze miejsce w mym orszaku,
I nie poskąpię stosownych dostojeństw.

(Wchodzi Korneliusz z damami dworu).

Co to za pospiech z ócz wam patrzy? Czemu
Smutkiem witacie zwycięstwo, jakgdyby
Rzym wydał was, a nie Brytania?
Korneliusz. Królu,
Zamącić muszę tę szczęśliwą chwilę.
Królowa zmarła.
Cymbelin. Komuż mniej przystoi,
Niż lekarzowi, wieść przynosić taką?
Lecz wiemy: śmierć drwi z leków, chwyta przecie
Nawet lekarzy. Jakże ona zmarła?
Korneliusz. W szaleństwie zmarła, straszna, jak za życia;
Okrutna była, więc też i okrutną
Zginęła śmiercią. Co zeznała, ginąc,
Opowiem, jeśli wolno, a te panie

Niech mi zadadzą kłam, jeżeli zbłądzę...
Płacząc, patrzały, na jej zgon.
Cymbelin. Opowiedz.
Korneliusz. Tem rozpoczęła, iż was nie kochała.
Celem jej było wyniesienie przez was,
A nie osoba wasza; ona była żoną
Waszego tronu, nie was; ona w głębi
Nienawidziła was.
Cymbelin. Rzecz całkiem nowa.
Gdyby się w chwili śmierci nie przyznała,
Nie uwierzyłbym, sam słysząc ją. — Dalej!
Korneliusz. Córka twa, panie, otoczona przez nią
Czułością zdradną — wedle słów nieboszczki —
Była jej solą w oku. Gdyby nie uciekła,
Byłaby padła ofiarą trucizny,
Z ręki królowej.
Cymbelin. O, chytry szatanie!
Kto zdoła przejrzeć kobietę? Cóż więcej?
Korneliusz. O, gorsze jeszcze przyjdą rzeczy. Oto
Zeznała, jako sposobiła dla was
Zabójczy środek, który raz zażyty,
Co chwila życia część urywa. Zwolna
Miał on was zabić, cal po calu, przyczem
Jej płacz, troskliwość i pieczołowitość,
Miały was w błąd wwieść. Czas, w którym jej środek
Byłby podziałał, wystarczyłby na to,
By jej synowi zapewnić koronę.
Gdy jednak skutkiem zniknięcia Klotena
Cel zawiódł, rozpacz zdjęła ją bezdenna.
Zdradziła zamiar na złość Bogu, ludziom,
Biadając, iż się nieszczęście nie stało,
Zmarła w wściekłości.
Cymbelin. Słyszycie wy, damy.
Damy. Tak było, sir, istotnie.
Cymbelin. Moje oczy
Bez winy, piękną bowiem była; uszy
Miałem pochlebstwa jej pełne, a serce
Ufało kłamnym pozorom. Jedynie
Zbrodnia wpaść mogła na trop. O, me dziecię,

Teraz powiedzieć możesz, że-m był głupcem.
Stąd twa ucieczka. — O, nieba, pomocy!

(Wchodzi Lucyusz, Jachimo, wróżbita i gromada jeńców rzymskich w otoczeniu straży — po nich zaś Postumus i Imogena).

Już nie po haracz przychodzisz, Kajuszu.
Brytania zniosła go, cho-ó kosztem śmierci
Tylu walecznych, których przyjaciele
Żądają pomsty przez zabicie jeńców,
Na co już dałem moje przyzwolenie.
Więc się przygotuj!
Lucyusz. Zważ panie, zmienną wojny kolej. Trafem
Zwycięstwo wasze; my w razie zwycięstwa
Nie odważylibyśmy się z krwią zimną
Godzić w pojmanych serca. Lecz gdy bogi
Chcą, byśmy życiem tutaj przypłacili,
Niech się tak stanie. Rzymianin, wiadomo,
Wszystko potrafi z rzymską znieść godnością.
Augustus żyje, on nas pomści kiedyś.
Tyle co do mnie. Jedno chciałbym tylko
Wybłagać u was: za mojego pazia,
Syna tej ziemi, zechciej przyjąć okup.
Nikt się pochlubić nie może pazikiem
Równie łagodnym, oddanym, uważnym,
Pilnym i wiernym i kobieco tkliwym.
Niechaj te cnoty poprą moją prośbę,
Byś jej, szlachetny królu, nie odmówił.
Nikomu z waszych nie wyrządził krzywdy,
Choć był wśród Rzymian; poza tem utoczcie
Krwi, ile chcecie.
Cymbelin. Musiałem go widzieć.
Twarz mi tak znana — lecz skąd? Słuchaj, chłopcze,
Wzrok twój do mego przecisnął się serca,
Biorę cię. — Coś mnie, rzec, jakgdyby zmusza:
(Bynajmniej nie przez wzgląd na twego pana)
Żyj i zażądaj, czego chcesz, odemnie,
A dam ci, byle bez ujmy dla mojej
Czci i godności... Nie odmówię nawet,
Gdybyś zażądał najszlachetniejszego
Z pośrodku jeńców...
Imogena. Dziękuję pokornie.

Lucyusz. Nie proszę, byś zażądał mego życia,
Bo wiem, że sam to zrobisz,
Imogena. O, nie, przebóg!
O co innego idzie tu, ja widzę
Coś, co mi gorsze, niż śmierć. Wasze życie
Niech samo radzi sobie.
Lucyusz. Ten chłopczyna
Wzgardził mną. Jakże prędko szczęście ginie,
Na chłopcu fundowane lub dziewczynie.
Nad czem on duma?
Cymbelin. Czego pragniesz, chłopcze?
Kocham cię coraz bardziej. Dobrze rozważ,
O co masz prosić. W kogo się wpatrzyłeś?
Chcesz jego życia? Druh to twój, czy krewny?
Imogena. Jestto Rzymianin, krwią równie daleki
Mnie, jak ja tobie, panie. Nie! Jam bliższy,
Jako poddany...
Cymbelin. Czemuż tak weń patrzysz?
Imogena. Powiem po cichu, gdy mi posłuchania
Zechcesz udzielić.
Cymbelin. Oh, z całego serca.
Dla ciebie cały uchem będę. Zwiesz się?
Imogena. Fidelio, królu.
Cymbelin. Dzielny z ciebie chłopiec.
Tyś paziem, ja twym panem; chodź, mów śmiało.

(Cymbelin rozmawia po cichu z Imogeną).

Belaryusz. Czyżby powstało z martwych to pacholę?
Arwiragus. Dwie krople wody nie są podobniejsze.
Różany nasz Fidelio, który umarł...
Co o tem sądzić?
Gwideryusz. Ten sam, niewątpliwie.
Belaryusz. Cyt! Spojrzał na nas. Czekajcie spokojnie.
Bywają czasem dziwne podobieństwa.
Jeśli to on jest, przemówi wnet do nas.
Gwideryusz. Widzieliśmy go na własne oczy trupem.
Belaryusz. Cicho, czekajmy!
Pisanio (do siebie). Czy to moja pani?
Ha, skoro żyje, niech się, co chce, dzieje,
Czy złe, czy dobre.

Cymbelin. Stań tuż przy mnie, chłopcze,
I głośno pytaj. — Ty wystąp i daj mu
Odpowiedź, ale szczerą. Na majestat
I na łaskawość, z której słyniem wszędzie,
Klnę się, że ciężkie tortury oddzielą
Prawdę od kłamstwa. — Przemów-że do niego.
Imogena. Uprzejmie proszę, by mi rzekł ten szlachcic,
Skąd ma ów pierścień?
Postumus (do siebie). Co go to obchodzi?
Cymbelin. Skąd masz dyament, lśniący na twym palcu?
Odpowiedz.
Jachimo. Torturą grozisz mi, abym nie wyrzekł,
Co, wyrzeczone, twą torturą będzie.
Cymbelin. Moją?
Jachimo. Chcę tego przymusu, by zrzucić
Kamień milczenia z serca. Przez łotrostwo
Zdobyłem pierścień, klejnot Leonata,
Któregoś wygnał. A wierzaj, (to właśnie
Łacniej snać ciebie, niż mnie, zmiażdży), nigdy
Lepszego nie znał świat męża. — Czy dosyć?
Cymbelin. Mów, co konieczne.
Jachimo. Anioł twoja córka —
Serce me płacze za nią; już myśl o niej
Sił mnie pozbawia — przebacz — tracę zmysły.
Cymbelin. Me dziecię! Co z nią stało się?... Zbierz siły.
Raczej żyj do samego końca świata,
Niżbyś miał umrzeć milcząc. Nuże, przemów.
Jachimo. Razu pewnego (oh, przeklęty zegar,
Co tę godzinę wybił!) w Rzymie, (stokroć
Przeklęty dom!) przy uczcie, (jadem były
Potrawy, te przynajmniej, które-m spożył!)
Zacny Postumus — (zacny, mówię? Pewnie:
Zbyt zacny, by przystawać z nędznikami;
Boć nawet wśród wybranych, wśród najwyższych
Pierwsze miał miejsce), siedział, śledząc uchem,
Jak naszych ziem wielbiliśmy kochanki
Za czar, którego dosięgnąć nie zdoła
Ten nawet, kto najpiękniej umie mówić;
Za czar, przy którym Wenus i Minerwa
Bledną — czar ponad ziemską, iście, miarę;

Dalej, za duszy szlachectwo, za wszelkie
Przedziwne dary, za które się zwykle
Kocha kobietę; za urok, co okiem
Wpada, by serca usunąć zawiasy.
Cymbelin. Mów prędzej, spłonę tu z niecierpliwości.
Jachimo. Zbyt prędko przyjdzie to, co cię zasmuci.
On więc, Postumus, szczytny w miłowaniu,
Po książęcemu kochany, przemówił
Z taką godnością, nie ganiąc bynajmniej
Przedmiotów naszych pochwał, (a łagodny,
Jak sama cnota) — i nakreślił obraz
Swej pani, z taką swadą, iż jak zwolna
W słowa przelewał duszę, nasze dusze
Nagle na poziom kucharek opadły,
Nasz ferwor zasię stał się idyotyzmem,
Co nie potrafi trzech zliczyć.
Cymbelin. Do rzeczy!
Jachimo. Co do czystości twej córki — zaczynam —
Mówił, że Dyana przy niej lubieżnicą,
Tak bowiem chłodną Imogena. Niegodny,
Drwiąc z onych pochwał, wywołałem zakład.
Przeciwko temu, co błyszczało wówczas
Na jego zacnej ręce, postawiłem
Bajońskie sumy, klnąc się, że zdobędę
Przez jego hańbę, uwiedzeniem żony,
Ów pierścień. On zaś jako prawy rycerz,
Nie mniej ufając jej cnocie, niźli,
Jak sam stwierdziłem, godną tego była —
Dał w zakład pierścień. Byłby to uczynił
Z klejnotem nawet kołu Feba wziętym;
I mógł iść w zakład, chociażby o wartość
Rydwanu boga. Wnet też do Brytanii
Pomknąłem — Może przypominasz sobie
Mój na twym dworze pobyt? Wówczas, panie,
Przeczysta córka twoja mi wskazała,
Jaka granica dzieli od miłości
Rozpustę. Zawód nadziei, nie żądzy,
Skłonił przebiegłość mą pod waszem niebem
Do pracy w duchu haniebnym — to prawda —
Lecz pożytecznym dla mnie. Jednem słowem:

Sztuczka udała mi się najzupełniej.
Uwiozłem dosyć pozornych dowodów,
Aby rozwścieklić mego Leonata
I ciężko zranić mu niezłomną wiarę
W cnotliwość żony. Plotłem to i owo.
Opisywałem obrazy, dywany,
Naramienicę jej mu pokazałem,
(Zdobytą chytrze), wymieniłem nawet
Znamię tajemne. Musiał mi uwierzyć
Iż pogwałciłem czystość, obowiązki,
W moich uściskach. A potem... Lecz — przebóg —
Widzę go, zdaje mi się...
Postumus (występując). Tak, jam tutaj,
Dyabelski Włochu! Biada-ż mej głupocie!
Jestem mordercą, złodziejem, tych wszystkich
Nazw godnym, jakie nadaje zbrodniarzom
Przeszłość, obecna chwila, przyszłość... Niechaj
Poda mi sprawiedliwy sędzia stryczek,
Nóż lub truciznę. Królu, każ wyszukać
Najokropniejsze tortury; ja bowiem
Apoteozowałem, czem świat gardzi,
Ba, jeszcze gorzej. Jam jest ów Postumus,
Co zabił twoją córkę! Nie, fałsz; jestem
Ten, który jeszcze gorszemu łotrowi
Nakazał świętokradzki mord, złodziejstwo.
Ona świątynią cnoty była — więcej,
Bo cnotą samą. Obrzuć ty mnie błotem
I kamieniami, plwaj mi w twarz, szczuj psami!
Zwijcie każdego łotra Postumusem.
Łotrostwo wszelkie traktujcie, jak cnotę!
O, Imogeno! Ty, moja królowo,
Me życie, żono ma! O, Imogeno!
O, Imogeno!
Imogena. Cicho, panie! Słuchaj.
Postumus. Czy tu komedye grają? Śmiały paziu,
Masz twoją rolę.

(Uderza ją. Imogena upada).

Pisanio. Pomocy, panowie!
Pomocy mojej pani. Postumusie!

Teraz dopiero-ś zabił ją. Pomocy!
O, droga księżno!
Cymbelin. Chyba świat się kończy.
Postumus. Co za wir w głowie.
Pisanio. Przebudź się, księżniczko!
Cymbelin. Jeśli to ona, chyba chcą mnie bogi
Zabić radością.
Pisanio. Księżno!
Imogena. Precz odemnie!
Tyś mi truciznę dał, podstępny zbójco,
Niegodny nawet oddychać powietrzem
Tem, co książęta.
Cymbelin. Ależ to istotnie
Głos Imogeny!
Pisanio. Władczyni ty moja,
Niech we mnie bogi piorunem ugodzą,
Jeśli flaszeczki tej nie uważałem
Za lek cudowny. Był to dar królowej.
Cymbelin. Znów coś.
Imogena. Jam tem się otruła.
Korneliusz. O, nieba!
Prawda: królowa jeszcze coś wyznała.
To cześć ci wraca. Jeżeli Pisanio,
Rzekła, dał pani swojej medycynę,
Którą odemnie miał, to nią uraczy
Tak, jak się raczy szczury.
Cymbelin. Korneliuszu!
Korneliusz. Nieraz królowa nalegała na mnie,
Bym jej truciznę dał, przywrodząc zawsze
Za pretekst wiedzę, zapewniając święcie,
Ze tylko niskie truć będzie stworzenia —
Tylko psy, koty, których się nie szczędzi.
W obawie, aby nie chciała pójść wyżej,
Przysposobiłem trunek, co zażyty,
Nagle wstrzymuje życiową energię.
Niebawem jednak, wszystkie siły same
Budzą się. — Czyli-ś to zażyła, pani?
Imogena. Pewnie, bo-m zmarła.
Belaryusz. Słyszycie, synowie?
Teraz rzecz jasna.

Gwideryusz. Tak! To jest Fidelio.
Imogena. Czemu-ś odepchnął prawowitą żonę?
Wyobraź sobie, że stoisz na skale
I pchnij mnie znowu.

(Rzuca się Postumusowi na szyję).

Postumus. Owocem zawiśnij
Życie me tutaj, aż drzewo — zmarnieje.
Cymbelin. Jakto, me ciało, moje własne dziecię,
Każe mi gapić się na widowisko?
Mnie nic rzec nie masz?
Imogena (klękając). Pobłogosław, panie!
Belaryusz. Nie ganię waszej miłości dla niego;
Przyczynę mieliście.
Cymbelin. Niech te łzy moje
Zmienią się w wodę święconą. Imogeno!
Matka nie żyje.
Imogena. Ubolewam, ojcze!
Cymbelin. Zła była ona, jej jedynie winą,
Że tak się spotykamy dziś. Jej synal,
Poszedł i przepadł bez śladu.
Pisanio. O, władzco!
Wolny od obaw, nic już nie zataję.
Gdy księżna znikła, książę Kloten wówczas
Z nagim wpadł mieczem do mnie i spieniony
Od złości, przysiągł, że jeśli mu zaraz
Nie wskażę, gdzie Imogena, on w tej chwili
Życie mi weźmie. Ja miałem przypadkiem
W kieszeni list fałszywy mego pana.
Stamtąd dowiedział się, że Imogenę
Szukać ma w górach, opodal Milfordu,
Tam też, wściekłością zionąc, strój włożywszy
Mojego pana, udał się niezwłocznie
W tym niecnym celu, aby moją panię
Zhańbić, Co jednak dalej z nim się stało,
Nie wiem.
Gwideryusz. Ja tedy zakończę opowieść:
Jam go tam zabił.
Cymbelin. Niechaj Bóg zachowa,
Bym w zamian za twe dzielne czyny, musiał
Wydać surowy wyrok. Chciej zaprzeczyć
Młodzieńcze słowom twym.

Gwideryusz. Zeznałem prawdę.
Cymbelin. Wszak-ci to książę był.
Gwideryusz. A jednak prostak;
Zelżył mnie w sposób niegodny, książęcia.
I tak mnie dotknął, iż jeśliby morze
W podobny sposób chciało na mnie napaść,
Stawiłbym czoło. Uciąłem mu głowę,
I cieszy mnie to, iż nie ma go tutaj,
Aby o mojej rzekł tak samo.
Cymbelin. Biada!
Sam się potępiasz. Prawo żąda śmierci.
Giń więc.
Imogena. Jam miała to ciało bez głowy
Za zwłoki męża.
Cymbelin. Zwiążcie go natychmiast
I wyprowadźcie.
Belaryusz. Jedno słówko, królu!
Lepszy zabójca ten, niźli zabity.
Równy on tobie i zrobił dla ciebie
Więcej niż cała Klotenowa banda,
Niechętna w nastawianiu karku. Zwolń go,
On kajdan nie zasłużył.
Cymbelin. Słuchaj, stary,
Chcesz-li się nagród zbyć. nim ci je dano?
Chcesz nas rozgniewać? Więc on tyle znaczy,
Co nasz majestat?
Arwiragus. To była przesada.
Cymbelin. Życiem przypłacisz ją.
Belaryusz. Wszyscy trzej zginiem.
Ja pierwszy. Dwaj z nas godni są istotnie
Tego, co rzekłem. O, drodzy synowie,
Muszę odsłonić tajemnicę, groźną
Dla mnie, zbawienną dla was.
Arwiragus. To, co tobie,
Jest i nam groźne.
Gwideryusz. Nasze szczęście, twojem.
Belaryusz. Więc dobrze. Królu, miałeś poddanego
Imieniem Belaryusza.
Cymbelin. Tak! Wygnany
Został ów zdrajca.

Belaryusz. Dożył jednakowoż
Mojego wieku... Wygnano go, prawda,
W czem jednak zdrajcą był, nie wiem.
Cymbelin. Milcz o nim.
Cały go świat nie zbawi.
Belaryusz. Bez uniesień!
Wprzód mi wyrównaj rachunek za synów,
A gdy zapłacisz, możesz zaraz wszystko
Napowrót zabrać.
Cymbelin. Rachunek za synów?
Belaryusz. Zbyt natarczywy jestem, nazbyt śmiały!
Lecz oto klękam i póty nie wstanę,
Aż ujrzę synów moich podniesionych.
Wtedy zrób z starcem, co zechcesz. O, panie,
Ci dwaj szlachetni młodzieńcy, co ojcem
Zwą mnie, a siebie synami, nie moi!
To z twego pnia gałązki, wielki władzco;
To krew z krwi twojej.
Cymbelin. Z krwi mojej, powiadasz?
Belaryusz. Jak ty z krwi twego ojca. Stary Morgan,
To ów Belaryusz, którego wygnałeś.
Twa wola była grzechem mym i karą;
W tem cała zdrada. Ze tyle cierpiałem,
To moja zbrodnia. Tych dwóch zacnych książąt,
(Bo książętami są), wychowywałem
Od lat dwudziestu; wpoiłem im wiedzę,
Na jaką stać mnie; moje wykształcenie,
Znasz, królu. Euryfila, dozorczyni,
Którą pojąłem w tym celu za żonę,
Wykradła dzieci po mojem wygnaniu,
Tem nakłoniona, iż karę odniosłem,
Zanim spełniłem winę. Za mą wierność
Obity, zdrajcą stałem się. Im więcej
Odczułeś stratę bolesną, tem lepiej
Cel osiągnąłem. Miłościwy panie,
Weź teraz sobie synów, chociaż przez to
Najmilszych tracę towarzyszy w świecie;
Błogosławieństwo niebios w pełnej mierze
Niech spłynie na nich! Godni są, by błyszczeć
Na niebie jako gwiazdy...

Cymbelin. Mówiąc, płaczesz.
Lecz to, co w trójkę zdziałaliście w bitwie,
Jest cudowniejszem niźli to, co prawisz.
Straciłem synów, lecz jeśli to oni,
Nie mógłbym lepszych pragnąć.
Belaryusz. Cierpliwości!
Młodzian przezemnie zwany Polidorem,
To syn wasz, zacny, to książę Gwideryusz.
Mój Kadwal zasię, jestto Arwiragus,
Młodszy potomek wasz... Wziąłem go w płaszczu.
Cudnie utkanym własną ręką matki,
Świętej pamięci królowej. Ten płaszczyk
Mogę pokazać.
Cymbelin. Gwideryusz miał, pomnę,
Na szyi znamię nakształt krwawej gwiazdki;
Szczególne znamię.
Belaryusz. On też ma je dotąd.
Ów stempel, który wycisnęła na nim
Mądra natura, jakby z przezorności,
Wystarczy za świadectwo.
Cymbelin. Tak szczęśliwą,
Jak ja w tej chwili nowego porodu
Trojga mych dzieci, była-ż która z matek?
Błogosławieni wy, co stąd wyrwani,
Wracacie do swej władzy. — Imogeno,
Cóż powiesz? Tracisz tem samem królestwo!
Imogena. Nie, ojcze! Owszem, dwa zyskałam światy,
O, drodzy bracia, zeszliśmy się przecie!
Przyznajcie: ja tylko prawdę mówiłam,
Gdy bratem zwaliście mnie, waszą siostrę,
Ja was, jak słuszna, braćmi.
Cymbelin. Więc się znacie?
Arwiragus. Tak, drogi królu.
Gwideryusz. Od pierwszej też chwili
Miłość złączyła nas, nie rozerwana
Pozorną śmiercią Imogeny.
Korneliusz. Skutek
Leku królowej.
Cymbelin. O, cuda instynktu!
Jak ja to wszystko pojmę? Nielitośnie

Zwięzła opowieść ma aż nazbyt wiele
Szczegółów, godnych osobnej uwagi.
Gdzie-ż wy się kryli? Jakim ty sposobem
Sprzęgłaś się z Rzymem? I to, jak znalazłaś
I jak znów opuściłaś twoich braci?
Dokąd uciekłaś z dworu i dla czego?
Co znów was trzech we walce skojarzyło?
Ach, nie wyliczyć pytań, co się cisną,
Pragnąc wybadać szczegóły uboczne
Tych spraw... Lecz ani miejsce tu, ni pora
Dla drobiazgowej indagacyi. Patrzcie:
Postumus spuszcza kotwicę w grunt żony.
Ona zaś błyskawicznie wiedzie okiem
Po nim, po braciach, po mnie — zewsząd niosąc
Radosne błyskawice, z których każda
Inaczej płonie. Pójdźmyż stąd gromadą.
W świątyni rzućmy na ogień kadzidło.
Ty, stary, moim chciej pozostać bratem.
Imogena. I drugim ojcem dla mnie, którą-ś wzmocnił,
Abym dożyła tego szczęścia.
Cymbelin. Wszystko
Kipi radością, prócz jeńców. Niech pardon
Wróci im humor.
Imogena. Mój szlachetny panie,
Teraz chcę pomódz wam.
Lucyusz. O, bądź szczęśliwa?
Cymbelin. Lecz brak nam dzisiejszego bohatera,
Byłby ozdobą naszego tu grona,
A moja wdzięczność zyskałaby upust.
Postumus. Królu! Rycerzem, co wraz z tymi trzema
Walczył, odziany nędznie, (jak mi właśnie
Kazały wówczas me cele) — ja byłem.
Prawda, Jachimo, że do stóp mi padłeś?
Mogłem cię zabić.
Jachimo (padając na kolana). Masz mnie u stóp znowu.
Poczucie winy rzuca mnie na klęczki,
Tak jak twa siła przedtem. Weź to życie,
Które strwoniłem. Wprzód jednak weź pierścień
I naramiennik księżnej najwierniejszej
Wśród wszystkich, które przysięgały miłość.

Postumus. Powstań! Mej mocy użyć chcę wyłącznie,
By cię wyzwolić; zemstą dziś jedyną
Niech przebaczenie będzie... Żyj, Jachimo,
I bądź dla innych lepszym.
Cymbelin. Święte słowa!
Wielkodusznością czyliż zięć nas przyćmi?
Przebaczam wszystkim!
Arwiragus. Byłeś nam pomocny,
Jak brat, tem szczerzej cieszymy się teraz,
Ze jesteś nim istotnie!
Postumus. Jam waszym sługą, książęta. — Ty, zacny
Dowódzco Rzymian, chciej wezwać wróżbitę.
Zdawało mi się we śnie, że Jupiter
Na boskim orle przybliżył się do mnie,
Z duchami mego rodu. Gdy sen minął,
Znalazłem tę tabliczkę na mych piersiach.
Pismo tajemne — jest zagadką dla mnie.
Niechże on na niem spróbuje swej sztuki.
Lucyusz. Filarmoniuszu!
Wróżbita. Jestem na usługi.
Lucyusz. Przeczytaj i objaśnij, co to znaczy.

Wróżbita (czyta:) „Gdy lwa młode, same nie znając siebie, nie szukając, znajdzie i uściśnięte zostanie cząstką subtelnego powietrza, i skoro ze wspaniałego cedru odrąbane gałązki, po latach martwoty, odżyją na nowo, aby z starym pniem się połączyć i w świeżości wzrastać — wówczas kres położony będzie cierpieniom Leonata, a Brytania zakwitnie pełnią szczęścia i spokojuu.“

Tem młodem lwa ty jesteś, Leonacie,
Jeśli przełoży się wiernie twe imię,
Gdyż ono znaczy właśnie Leo — natus.

(Bo Cymbelina).

Cząstką subtenych tchnień, twa zacna córka.
To znaczy mollis aer. Mollis aer,
A mulier — jedno.

(Do Postumusa).

Mulier zaś, jak wieszczę,
jest bohaterska ta kobieta. Ona
Dosłownie, wedle wskazówki wyroczni,

Objęła ciebie, (który nie wiedziałeś,
Kim jesteś, ani-ś jej nie szukał wcale),
Subtelnem tchnieniem.
Cymbelin. Wcale trafny wykład.
Wróżbita. Cedrem wspaniałym, ty jesteś, o, królu;
Poobcinane gałązki — synowie,
Których Belaryusz wykradł; uważani
Za zmarłych, nagle odżyli na nowo.
Złączone z cedrem ojczystym gałązki
Pokój i szczęście zwiastują Brytanii...
Cymbelin. Dobrze! Zacznijmy pokojem Lucyuszu,
Chociaż zwycięzcy, oddajem się jednak
Rzymskiemu państwu i jego cesarzowi,
Haracz, jak dawniej przyrzekając płacić,
Od czego zła królowa nas odwiodła.
Dotknęła pomsta sprawiedliwych bogów
Ręką swą ciężko syna złej królowej.
Wróżbita. Palec niebiańskich mocy stroi struny
Na ton pokoju; spełnia się w tej chwili
Wizya, o której mówiłem ci, wodzu,
Jeszcze przed bitwą, ledwie co skończoną.
Ów orzeł rzymski, który górą lecąc
Ku zachodowi z północy, wciąż malał,
Aż w końcu znikł zupełnie w blaskach słońca —
Nie był-że zapowiedzią, iż nasz orzeł,
Potężny Cezar, na nowo w miłości
Zbrata się z sławnym Cymbelinem, lśniącym
Tu na zachodzie, jak słońce?
Cymbelin. Cześć bogom!
Niech do ich siedzib kłęby wonnych dymów
Z świątyń się wzniosą. Pomiędzy lud idźcie,
Zwiastować spokój. Gdy stąd wyruszymy,
Niech wioną nasze i rzymskie sztandary.
Tak przejdziem przez gród Luda, by zaprzysiądz
Pokój w świątyni Jowisza, a potem
Przypieczętować go uroczystością.
W drogę! Tak chlubnie a przytem tak prędko
Nikt snać nie rozstał się z wojenną chętką.

(Odchodzą).
KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Stanisław Rossowski.