Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
255
AKT TRZECI. SCENA TRZECIA.

Giną najczęściej; gdybyście widzieli,
Jak często obelżywe epitety
Miast czci, nagrodą są szlachetnych czynów;
Jak często winą zowie się zasługa
I karku jeszcze zgina za tę łaskę!
Ja, dzieci, sarn dowodem tego jestem.
Me ciało miecze posiekały rzymskie;
Wśród najgodniejszych mnie też wymieniano.
Cymbelin miłość mi swą ofiarował.
Pierwszym z rycerzy byłem ja w opinii;
Podobny drzewu, któremu owoce
W dół uginają gałąź; aż raz nagle
Burza, czy kradzież — zwijcie to, jak chcecie
Owoce, nawet liście mi zabrała
Co do jednego,
Gtwideryusz. Zbyt niepewna łaska!
Belaryusz. Mą całą winą było — jak już wiecie
Że dwaj łotrzyki przysięgli fałszywie,
Jakobym tajne miał stosunki z Rzymem,
Nad czcią mą tryumf odniosło zwycięstwo.
Poszedłem na wygnanie; lat dwadzieścia
Są owe lasy, skały, moim światem.
Dzięki szlachetnej tej swobodzie, więcej
Spłaciłem długów pobożnych niebiosom,
Niżeli w całem mem poprzedniem życiu.
Lecz nieprzystojna to dla łowcy mowa.
W góry! Kto pierwszy ubije mi zwierza,
Biesiady królem będzie, przez dwóch innych
Obsługiwanym. A trucizny bać się,
Zbyteczna, darzą nią tylko w pałacach.
Idźcie już! Potem zejdziem się w dolinie.

(Gwideryusz i Arwiragus odchodzą).

O, jakże trudno stłumić skry natury!
Chłopcy nie wiedzą, że są dziećmi króla
I nie przeczuwa Cymbelin, że żyją.
Za ojca mają mnie. A jednak, chociaż
W niskiej jaskini wychowani, myśl ich
Ku dachom pnie się królewskiego zamku.
Na tle szaroty tej i powszedniości
Królewskie piętno widoczniejsze na nich,