Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
209
AKT PIERWSZY. SCENA PIERWSZA.

W nagrodę cnoty oddała mu siebie!
Co to być musi za człowiek, osądźcie
Po jej wyborze!
Drugi dworzanin. Chylę przed nim czoło
Po tem, co słyszę. Lecz powiedz mi, waszmość,
Nie ma król więcej, prócz niej, dzieci?
Pierwszy dworzanin. Nie ma!
Wprawdzie dwóch synów miał. Jeśli-ś ciekawy,
Posłuchaj: starszy trzy lata ukończył,
Młodszy zaś jeszcze w powijakach leżał,
Gdy ich skradziono... Nikt po dziś dzień nie wie,
Gdzie się podzieli.
Drugi dworzanin. Dawno to się stało?
Pierwszy dworzanin. Jakoś przed laty dwudziestu.
Drugi dworzanin. Czyż to możebne, by królewskich dzieci
Tak źle strzeżono i tak źle szukano,
Iż się nie znalazł ślad?
Pierwszy dworzanin. Prawda! To dziwne.
Niedbalstwo prawie śmieszne, lecz — niestety —
Prawdziwe.
Drugi dworzanin. Muszę wam wierzyć na słowo.
Pierwszy dworzanin. Cyt! Oto właśnie szlachetny pan idzie
Z królową i księżniczką...

(Wychodzą).
SCENA DRUGA.
Tamże.
Wchodzą: KRÓLOWA, POSTUMUS, IMOGENA.

Królowa. Wierzaj mi, córo, ja zwyczajem macoch
Koso na ciebie nie popatrzę nigdy.
Mam stać na straży twej kaźni; ten strażnik
Sam ci podaje klucze od więzienia.
Tobie zaś, panie, pragnę być rzeczniczką,
By jak najrychlej uśmierzyć gniew króla.
Gniew ten jaskrawo jeszcze wciąż goreje,
Najlepiej przeto będzie, gdy się poddasz
Sądowi króla z tą cichą pokorą,
Jakiej wymaga rozsądek.