Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
285
AKT CZWARTY. SCENA DRUGA.

A ty, jak wiele też sam utraciłeś
W tej katastrofie? Co stało się? Kto to?
Kto ty?
Imogena. Jam nic, i lepiej by mi było,
Gdybym w nic zapadł. Ten człek był mym panem
Dzielny Brytańczyk, miłowania godny,
Padł tu od ciosów zbójeckich góralów.
Równego jemu pana nie ma; gdybym
Z wschodu na zachód poszedł, służby żebrząc,
Znalazłbym wielu, może — wszystkich dobrych,
Służyłbym wiernie, ale nie znalazłbym
Równego jemu.
Lucyusz. Poczciwy młodzieńcze!
Niemniej mnie skargi twe wzruszają smętne
Jak widok twego pana. Jak go zwano?
Imogena. Ryszard de Champ.

(Do siebie).

Choć kłamię, to-ć nikomu
Nie szkodzę; choćby więc słyszały bogi,
Przebaczą.
Lucyusz. Ty zaś zowiesz się?
Imogena. Fidelio.
Lucyusz. I nie zawiodłeś bynajmniej imienia,
Owszem, przez wierność zasłużyłeś na nie.
Może spróbujesz ze mną? Chociaż pewnie
Równie dobrego nie znajdziesz już pana,
Kochać cię będę niemniej, jak on, pewnie.
Gdyby sam cesarz list pisał i gdyby
List ten przez senat został mi przysłany,
Nie zaleciłoby to ciebie bardziej
Niż twoja własna wartość. Pójdź-że ze mną.
Imogena. Pójdę, gdzie każesz, panie. Ale przedtem
Chciałbym te zwłoki ukryć przed muchami,
Jak tylko może głęboko ten rydel
Wkopać się. Skoro już kwieciem i liściem
Grób ten obsypię, gdy zmówię sto modlitw,
Każdą dwukrotnie — płacząc i wzdychając,
Opuszczę jego służbę, by pójść z wami,
Jeśli mnie zabrać chcesz.