Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
278
CYMBELIN.

W jaskiniach żyją tutaj i polują;
Bano się może, iż wzrośniemy w bandę;
Wówczas on, (patrzy to całkiem na niego)
Przysiągł, że nas wyłapie... Ale trudno
Przypuszczać, aby sam szedł tu; nie byłby
Ważył się, jem u by nie pozwolono.
Słuszna obawa więc, że miał groźniejszy
Ogon, niż głowę.
Arwiragus. Ha, niechaj się dzieje,
Jak bogi zechcą; lecz brat mój postąpił.
Jak należało.
Belaryusz. Nie miałem ochoty
Polować dzisiaj; choroba Fidelia
Drogę mi przedłużała.
Gwideryusz. Ja mu głowę
Uciąłem własnym jego mieczem, który
Wydobył na mnie; rzucę ją do wody
Za naszą skałą, niech płynie do morza;
Niechaj rybakom teraz opowiada.
Ze jest Klotenem, synalkiem królowej.
Co mi tam!

(Odchodzi).

Belaryusz. Boję się zbyt rychłej pomsty.
O, Polidorze, czemuś to uczynił?
Mimo odwagi —
Arwiragus. Ja bym go wyręczył,
Jeśliby zemsta tylko mnie spotkała.
Kocham cię, bracie, ale ci zazdroszczę;
Ten czyn tyś skradł mi. O, pragnę, by zemsta,
O ile czoło jej stawić możliwem,
Przyszła tu z nami obliczyć się...
Belaryusz. Ano,
Stało się! Żadnych dziś łowów! Nie trzeba
Niebezpieczeństwa wyzywać bez celu.
Do groty! Zajmij się z Fideliem kuchnią,
Na Polidora ja zaczekam tutaj...
Przyjdziem wnet oba.
Arwiragus. Biedny, chory chłopiec!
Chętnie doń pójdę. Aby mu przywrócić
Rumieniec, bez wahania krew puściłbym