Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
261
AKT TRZECI. SCENA CZWARTA.

Imogena. Gdzież pójdę?
Ach. czyż tylko tu słońce, dnie i noce?
Wobec ogromu świata czyż Brytania
Nie jest okruchem ledwie; czyli-ż nie jest
Jakby łabędziem gniazdem pośród stawu?
Wszak i gdzieindziej żyją ludzie.
Pisanio. Dobrze,
Iż pani onem „gdzieindziej“ nie gardzisz.
Lucyusz, wysłannik Rzymu, jutro pono
Zawita tutaj. Chciej się pani zniżyć,
Jak twoje szczęście poniżono; ukryj
To, co dobyte na jaw, co ci grozi
Niebezpieczeństwem; jedną tobie drogę
Roztropność każe obrać: tajemniczą;
Może też spotkasz na niej Postumusa,
Zbliż się do niego, byś, nie wiedząc wprawdzie,
Co czyni, mogła zawsze choć z oddali,
Wybadać prawdę.
Imogena. O, wskaż mi ten sposób!
Byle nie ranił śmiertelnie skromności,
Zaraz spróbuję go.
Pisanio. Posłuchaj, pani!
Zapomnij, że-ś kobietą; zamiast władać,
Spełniaj rozkazy: lękliwość, nieśmiałość,
(Niewiast ozdobę główną, ba istotę),
Zmień na zuchwalstwo; nie szczędź ciągłych drwinek,
Przekorna, szybka w słowach, a gderliwa,
Jak sroka; nawet najdroższy twój klejnot,
Usta — o, biada, ale tak być musi —
Trzeba powierzyć łakomstwu Tytana,
Całującego wszystko — trzeba wreszcie
Zbyć się pieszczonych tych splotów, co budzą
Zazdrość Junony.
Imogena. Na co tu słów tyle?
Zgaduję myśl twą; jestem już w połowie
Mężczyzną.
Pisanio. Braknie jednak cech zewnętrznych.
To-ż przewidując, przywiozłem w tobołku
Kurtę, kapelusz, spodnie, słowem wszystko.
Ubrana, jak przystoi młodzieńcowi