Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. IX.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
281
AKT CZWARTY. SCENA DRUGA.

Gwideryusz. Dość! Przestań!
Słowa, to godne ust dziewcząt, nie igraj
Z powagą śmierci. Zwłoki zwróćmy ziemi,
Niech obowiązku nie opóźnia zachwyt.
Do grobu nieśmy go.
Arwiragus. Gdzie ma on spocząć?
Gwideryusz, Obok najlepszej matki, Euryfili.
Arwiragus. Dobrze, a chociaż głosy nam zgrubiały,
Już prawie męski przybrawszy charakter,
Pieśń mu zanućmy tę, co niegdyś matce,
Zmieniając tylko imię Euryfili
Na jego imię: Fidelio.
Gwideryusz. Kadwalu!
Nie mogę śpiewać; mógłbym chyba, płacząc,
Wymawiać słowa... Śpiew bólem stłumiony
Gorszem bluźnierstwem nawet, niż w świątyni
Kłamstwo kapłańskie...
Arwiragus. Więc wtóruj nam, mówiąc.
Belaryusz. Przy wielkim bolu milkną niniejsze. Kloten
Poszedł w niepamięć; a to-ć syn królowej
I chociaż wrogiem okazał się naszym,
Zważcie, iż winę już odpokutował.
Jakkolwiek każdy: wysoki, czy niski,
Jednako prochem staje się — szacunek,
Anioł-stróż świata oddziela potężnych
Od zwykłych śmiertelników. Nasz przeciwnik
Księciem był, chociaż zaś jego wróg poległ,
Trzeba jak księcia pochować go.
Gwideryusz. Dobrze.
Trup Tersytesa godzien jest Ajaksa,
Gdy obaj martwi.
Arwiragus. Zechcesz go tu przynieść?
My pieśń tymczasem zanucim. — Zaczynaj.

Śpiew.

Gwideryusz. Już cię słońce nie ogrzeje,
Już nie wtargnie chłód do łona;
Zakończone twe koleje,
Należytość uiszczona.