Verte/Część druga/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


CZĘŚĆ
II.



I.

Późna jesień rdzawem złotem osypała Warownię. Wiązy stały ciche w miedziano-ceglastych kędziorach liści, skurczonych, gotowych do odlotu i rozpruwających się już za podmuchem wiatru. Bór prześwitywał rudzizną dębów, złotem klonów i czerwono żółtym kolorem szeleszczących brzóz; tylko makaty i ciężkie brokatele iglastych drzew zachowały swój dostojny strój nie ulegający sezonowym zmianom. Ciemno-zielone ich sylwety nadawały tężyzny niespożytej rozzłoconemu borowi. Powietrze było ciche, pełne uroczystej powagi i sytości. Białe nitki pajęczyn, pływające swobodnie, jak puszczone na wiatr srebrne włosy, czepiały się rżysk, omotywały drzewa i kładły się spokojnie długiemi pasmami na brudno-żołtej trawie. Od czasu do czasu przeszedł powietrzem huk przytłumiony, a wówczas złoty grad liści spadał z wstrząśniętych zlekka drzew i białe włosy babiego lata zachwiane kołysały się żywiej w przestworzu.
Był ranek. Dwór stał milczący zatopiony w ciszę, tylko duże stado gołębi trzepotało się na łamanym dachu domostwa, gospodarując i gruchając zapobiegliwie. W pewnej chwili wyszedł na ganek pan Cezary Burba, siwy już i ociężały, ale był dość silny jeszcze, bo, opierając się na kiju, zeszedł sam ze schodów i rozglądał się dokoła. Drgnął, usłyszawszy głos nad sobą.
— Niech dziadzio zaczeka, zaraz przyjdę.
Spojrzał w otwarte okno i uśmiechnął się.
— Już nie śpisz dziecko... Właśnie czekam na ciebie, pogodę mamy słodką, chciałoby się pochodzić.
Za chwilę szli razem. Elża prowadziła starca pod rękę, słuchając jego opowiadania o jesiennych urokach wsi i lasu.
— Wszystko się teraz zmieniło — westchnął Burba — więc i rykowiska ciche, armaty wystraszyły łosie, jelenie, wszystko spłoszone. Zmieniło się wiele na świecie i ciągle się jeszcze zmieniać będzie, więc zaszły zmiany i w Warowni.
— Oj, tak dziadziu — szepnęła młoda kobieta.
W jej głosie był smutek, który dotknął Burbę. Po chwilowym: milczeniu spytał.
— A czy Tomek dawno pisał?
— Czytałam dziadziowi ostatni list jego.
— A... hm — mruknął starzec — myślałem, że nie wszystkie listy narzeczonego czytasz nam, dziecko.
Elża odczuła w tych słowach jakby lekki wyrzut i ból, nic jednak nie odrzekła.
Zapadło znowu przykre milczenie. Gorska wreszcie przemówiła pierwsza:
— Minął rok od tych strasznych, przeżytych czasów, bitew rozgrywających się w pobliżu nas, rok już jesteśmy pod nową tyranją.
— A tak, i z górą rok od twego powrotu z Warszawy.
— To była okropna podróż, prawie ostatnim pociągiem przed wzięciem Warszawy, — nie zapomniemy z Tomkiem tej przeprawy.
— I on, biedak, już tak dawno na froncie, modlę się i drżę o niego od rana do nocy — westchnął Burba.
Nowe drgnienie żalu w jego głosie i nowe ukłucie w sercu niema Elży. Tak, to ona winna, że Tomka tu niema.
Burba mówił dalej.
— Cóż robić, ani ja nie potrafię być ojcem, ani Urszulka matką Gracchów, aby ofiarność dla ojczyzny przewyższała u nas uczucia rodzicielskie, łzy nam nie wysychają z tęsknoty za Tomkiem i z obawy o niego. Nie mamy nawet zapału Poberezkiego, który dlatego, że Olgierd służy w wojsku polskiem, gotów go poświęcić. Ja nie umiem się nad tym zastanowić, wiem tylko, że mogę stracić syna, ta świadomość przejmuje mnie bolesnym niepokojem. Że Tomek jest żołnierzem polskim, że walczy w „żelaznej” okrytej chwałą brygadzie — to są dla mnie kwestje objektywne, subjektywną, pod sercem leżącą jest ta, że mogę go stracić. Sądź mnie, Panie, jeślim: grzeszny i zły patrjota, ale... zachowaj mi syna.
Pan Cezary drżał na całym ciele, Elża czuła, że osłabł, bo ciężej oparł się na jej ramieniu. Spojrzała uważnie na niego i spostrzegła grube łzy na jego powiekach. Załkało głucho w jej piersi. Kochała tego starca... Wiedziona uczuciem i jakby przekonana o własnej winie, pochyliła się szybko i ucałowała gorąco jego rękę. Położył drżące palce na jej czole bez słów, poczem przyspieszył kroku. Szli owocowym sadem, wśród szelestu liści. Tu było najcieplej. Pan Cezary lubił przebywać na słońcu. Drzewa stały już szare, obrane z owoców, gdzieniegdzie tylko majaczył omszały fjolet pozostałych śliw. Pan Cezary strącił kilka laską, a gdy spadły pęknięte, ukazując złoty miód miąższu, schylił się, podniósł je i podał Elży.
— Patrz, co to znaczy dojrzałość, dojście do mety, do szczytu. Tak jest ze wszystkiem na świecie, tak jest i wśród ludzi i ich uczuć, wszystko musi dojrzeć, by okazać właściwą swą wartość i osiągnąć swój cel.
— Czasem jest się strąconym laską, jak ten owoc, i wtedy osiągnięcie celu przyspiesza się — odrzekła Elża.
Burba zerknął na nią.
— Hm, bywają wypadki, że i taka laska czasem potrzebna.
— No tak, i zależy też od losu czy sprowadzi szczęście.
Burba nagle poruszył się niespokojnie, przystanął, nasłuchując uważnie.
— Słyszysz? armaty, czy to stamtąd, gdzie Tomek?
— Stamtąd zadaleko, to z naszego frontu.
— Boże, Boże! jęczy ziemia, jęczą ludzkie serca, a wojna sieje zniszczenie potwornemi gębami armat, genjuszem śmiercionośnych wynalazków. To się zwie kulturą dwudziestego wieku.
— Ale z tego chaosu, z tej wielkiej wojny wyłoni się Polska, dziadziu.
— Uwierzę w zmartwychwstanie Polski dopiero wtedy, gdy ją ujrzę wskrzeszoną, samodzielną i godną tego stanowiska w świecie. Ale ty, Elżuniu, mówisz o wojnie z takim spokojem, jakbyś nikogo nie miała w jej paszczy.
Elżunia spuściła oczy, nie ze wstydu, lecz że słowa dziadka zabolały ją, dotykając krwawej rany w jej sercu. Zdało się jej, że usłyszała oto straszny ryk morza, huk dział pancernika, że ujrzała czarne dymy i opancerzone wieżyce pływających stalowych twierdz. Oczyma duszy wpiła się w ten obraz pełen zgrozy, szukając wśród wodnych przepaści i kłębisk dymów sylwetki kapitana na jednym z opancerzonych potworów. Milczała, oddana cała swej wizji. Pan Cezary wziął to za skruchę. Stanął i przycisnął jej głowę do piersi.
— Nie smuć się, dziecko — rzekł — Bóg zasmucił, Bóg pocieszy. Poczem, uwolniwszy ją od siebie, dodał:
— Ja tu zostanę, na tej ławie, tu dużo słońca. Odmówię sobie koronkę do Przemienienia Pańskiego, jak codzień, a ty może chcesz się przejść.
— Tak, pójdę trochę w bór.
— Ostrożnie, często się włóczą szwabskie knechty, a i chłopów już teraz bać się trzeba.
Gorska pragnęła teraz pozostać sama.
Miała w sobie tyle męki, że się pod jej brzemieniem uginała jakby pod ciężarem fizycznym. Wyrzucała sobie uległość względem Tomka i przyjazd po skończeniu kursów do Warowni. Oto wegetuje tutaj przykuta i zniewolona wojną, oddzielona od świata. Ona to spowodowała wyjazd Tomka, zasiewając żal i niepokój w sercach starych Burbów i gorycz w sercu narzeczonego... Czyż wiecznie będę gnębiła wszystkich dokoła siebie? Czyż nie przestanę trapić się ciągłą analizą tego, o co dusza woła. czyż nie czas przestać łudzić siebie i tamtych? Męczę się, narzekam na swój los, a czegóż mi brak? Nasunęły się surowe pytania.
Wiedziała, że młodość jej nie przekwitła jeszcze, że cieszy się zdrowiem i powodzeniem w życiu, że jest kochaną i uwielbianą i że opływa w dostatkach materjalnych. Mimo to jednak, czy dozwolonem jej było osiągnąć sferę ideału, stanąć na niebosiężnych szczytach marzeń i znaleźć tam, w tych krainach, gdzie słońca ogniste stwarzają nowe światy, nowe piękna, — dobrobyt duchowy... W nieustannej pogoni za szczęściem, we wzlotach i tęsknem zapatrzeniu się w bezkresy swoich marzeń doznawała jedynie przykrego zawodu, wynosząc zawsze z tej pielgrzymki głęboko zranione serce. Częstokroć świadoma sił własnych i celu swoich zamierzeń, buntowała się przeciwko rzeczywistości, otaczającej ją złowrogim łańcuchem zdarzeń. Lecz były chwile, że bunt wyrastał w zabójczy krzew niewiary, a wówczas naigrawała się z siebie z jakąś maniacką zawziętością. Od pewnego czasu jednak wyczerpana walką zmagających się w niej żywiołów, usiłowała wyzbyć się wszelkich snów i pragnień, by tą drogą dojść, wedle przyjętego obowiązku narzeczonej, a następnie żony Tomasza Burby do porozumienia z twardą logiką konieczności. Uprzytamniając sobie to wszystko, co zaszło, starała się wysnuć wniosek, że winna spełnić socjalne zadanie kobiety i zostać żoną, matką, wychowawczynią nowego pokolenia, szanowaną obywatelką, posłuszną odwiecznym dogmatom i moralnej tradycji. I teraz oto zbłąkana wśród drzew boru, doszukiwała się celu swego przyszłego życia.
— Więc trzeba będzie — myślała — paradować w dostojnym stroju cnotliwej niewiasty, żony, ewentualnie matki, obywatelki, gospodyni wiejskiej, cieszyć się ze swych porządków domowych, jedwabnych kołder, obrusów, sreber, porcelany i nowych sukien. Zgodzić się na pragnienia czysto praktyczne i pogodne zadowolenie codziennością, bo wówczas wystarczy garderoba, kołdry, pokój sypialny, dziecięcy, spiżarnia.
Nagle uczuła w sobie zimny dreszcz, spojrzała dokoła prawie nienawistnie.
— Czemuż to wszystko, co innym wystarcza, leży po za sferą moich pragnień.
Bunt się w niej rozwinął z nową siłą, bolał ją rozrost jego, kolce tego zielska szarpały jej ciało, jej nerwy, jad jego zatruwał jej duszę. Ale ból ten, dokuczając jej niemal fizycznie, tępił w niej wszelką reakcję. Była, jak tonący nad głębiną, który czuje paraliż rąk i nóg. Ogarniał ją zupełny bezwład duchowy, możnaby rzec, agonja siły woli, zdolności do czynu, obojętność samoobrony. Nie umiała się już nawet pobudzać do walki, potrafiła już tylko marzyć i w tych snach pędziła życie i miała tak śnić wiecznie. Zamykaj drzwi do gmachu wspomnień, bacząc by się doń marzenia i tęsknoty nie wkradły — powtarzała sobie często, nie orjentując się, że tym samym już tęskni i już marzy. — To, co było jawą cudną i to, co rzeczywistością cudną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie — wmawiała w siebie z piekącą coraz cięższą raną w sercu. A jednak nie broniła się, patrzyła tępo w otwartą przed nią otchłań.
Czy otchłań?... nawet nie to, ale pusty, obojętny horyzont, okraszony miłością Tomka, jego sercem całkowicie jej oddanym, no... i dobrobytem życia materjalnym. Któż dba o inny dobrobyt?... dla kogo to, co w dostatku bytowania czyni jednak pustkę głuchą, może być rzeczą większego znaczenia niż pełne kieszenie?... Dla kogo duch i jego magnacka sfera w najszerszym zrozumieniu, jego zadowolenie, jego luksus, może stanowić przepych, nie wytrzymujący porównania z przepychem i luksusem materjalnym? Ach, odpowiedź na to łatwa, oto dla tego, kto jest mniej lub więcej utylitarnym analfabetą, — to powód, że głusz przed sobą widzę, że zagasły moje zorze.
Gorska biegała po lesie, błądziła w jego gąszczach z dziwnym uczuciem, że nie jest samą, ale że jest jednak tylko z sobą, z tym co było nią, w niej. Rozproszyła się jej istota na materję ciała i na poszczególne atomy duchowego jestestwa. Oto duch jej płynie tam na tym promieniu złota słonecznego, który padł na wielkie wachlarze klonu, i duch jej smutny patrzy na cielesną Elżę z wyrzutem, iż o nim zapomina, jakkolwiek jest on jej władcą i jej prawodawcą. Rozzłaca się w słońcu duch Elży, wzywa ją do pogromu tego, co w niej nie jest jego tchnieniem. Elża czuje, że jej duch ją woła, bo stał się oddzielną istotą poza powłoką ciała, poza obrębem umysłu, serca swego Elża nie ma w piersiach, nie bije, bo ono jest tam, na ostrych krzakach głogu, rozprysłe. O, jakie krwawe korale jego atomów jak wielkie krople gorącego karminu, uwięzły na kolcach krzewu. Więc i ono jest po za jej ciałem poszarpane w oddzielne płomyki, nie skupi się już, nie zapłonie stosem ognia i nie zabije pulsem naturalnym. Wyrwała je sama, rzuciła na ten głóg, a teraz często widzi je i dziwi się, że takie czerwone, słyszy szelest jego krwi, soplami ociekającej z głogu. Te jagody róży dzikiej, to jej serce.
A oto jeszcze jakieś atomy wirują i spadają na nią gradem iskier kłujących jak igły, sieką ją deszczem żądeł palących i błyszczą niby miganie roju os w słońcu. To jej nerwy. Opuściły ciało, by tym bardziej, tym zjadliwiej kąsać. Elża czuje dokoła siebie swoje własne jestestwo i to sprawia jej mękę niewypowiedzianą, coś w rodzaju wiwisekcji. Jest w tej męce ból głuchy, że to, co istotę jej tworzy, jest w tej chwili po za nią i drwi z niej. Jeszcze coś otacza ją, jakaś potęga, jakaś moc wielka, roznosząca głos gromów; jej echo ogłusza Elżę, lecz nazwać tej siły przedziwnej nie potrafi. Młoda kobieta idzie przez bór jak lunatyczka, rozcząstkowana na atomy, zbiera na swą ciemną suknię wszystkie cienie grasujące w lesie jesiennym, słucha wyrzutów swego ducha, będącego nią w niej, patrzy na rozbite serce swe na głogach i czuje siekący dokoła bolesny grad iskier jej nerwów. Na głowę jej padają rude liście i słońce sieje na jej włosy blade trzęsienia jesiennych promieni. Bór jest milczący, niby zastygły wielki topaz złoto-piwny, gdzieś z daleka płynie huk głuchy i wstrząsa ziemią. Gdy huk milknie, słychać, jakby echo jego, przeciągły szum, poważny i monotonny pysznego boru. Elża go słyszy, idzie w tę stronę w zadumie swej głębokiej, z której wyłania się pytanie:
— Czy to szum jodeł, czy... morza?...

II.

Pan Mel Uniewicz szedł wieczorem, drogą przez lasek, oddzielający dwór od folwarku. Przy nim biegły dwa ogromne brytany, naszczekując w stronę ciemnych gąszczów. Uniewicz niósł pod pachą paczkę książek i mruczał coś nieżyczliwego, wyraźnie zły. Gdy zajaśniały światła na folwarku, skierował się do jednej z oficyn. Wtem zastąpił mu drogę cień jakiś. Pan Mel stanął.
— Kto tu jest?...
— To ja, Krywejko.
— A, kochany sybirak. Cóż to, czy i pan chodzi na wykłady pani Elży?
— Et, szkoda czasu i atłasu, jak to mówią. Pani Gorska darmo się tylko męczy.
— Ma pan rację. Wykład historji Polski najkwiecistszy, tyleż obchodzi chłopa, co mnie wdzięki ich brudnych bab. Ale pani Elża uparła się kształcić te zakute łby, a choć to i Polacy i katolicy, nie ufam ja im. Przekonałem się wielokrotnie, że lepsi bywają chłopi ze wsi, niż ta służba dworska, bo to i głupie w pień i złe a zawsze niewdzięczne. I we mnie pani Elża wmówiła obowiązek kształcenia tych głąbów, więc idę posłusznie na owe kursa, jeśli nauczę chamów arytmetyki, to będą jeszcze lepiej kraść: tyle zysku. Byłeś pan tam?
— Wracam stamtąd. Pani Elża czyta im teraz właśnie nowele na temat Syberji i zesłańców. Gorąco są pisane, ale to nie dla nich, choć popularne. Oni w zesłańcach rozumieją tylko złodziei i zbrodniarzy. Idei patrjotycznej walki, męczęństwa za kraj ani pojmują, ani w to wierzą. Moskal to ich wiara, a wszystko co się tej wierze sprzeciwia, jest godne potępienia. Szkoda trudu i zapału Gorskiej. Ale pójdę jeszcze z panem, posłuchamy.
Weszli do obszernej izby, dostatnio oświetlonej i pełnej ławek zapchanych ciężkiemi postaciami mężczyzn i kobiet. Naprzeciw pod ścianą przy stole siedziała Elża, czytając głośno o kopalniach Nęrczyńskich i tęsknocie za krajem zesłańców politycznych w jurtach ciemnych i zimnych. Odmalowała obrazowo w słowach nędzę bytu młodych idealistów Polaków, którzy za miłość dla ojczyzny wyrwani zostali z ław szkolnych i rzuceni w te śniegi Sibiru. Jeden z nich, młody student, umierał na suchoty. Leżąc na słomie, przesiąkłej wilgocią jurty, w otoczeniu swych kolegów i towarzyszy wygnania, marzył o Polsce. W słowach prostych, szczerych żegnał Polskę, której nie miał już ujrzeć, poczem zaczął majaczyć. Ustęp ten, poprzedzony przez Elżę krótkim komentarzem, brzmiał:
„Tyle — wśród nas krwi i łez wylanych i ciał zabitych synów i głów płonących ogniem i serc, z których wykwitają białe lilje i róże czerwone niby płomień gorący a wiecznie krwawy... „
— O la Boga... gdzieby tu róże z serca zakwitały i białe leleje? A toć pewno święty był ten pan, co umira.
Nastąpiło tłomaczenie, poczem Elża, nie tracąc zapału, czytała dalej:
„Taki stos potężny ognia patrjotyzmu, taki orkan niebotyczny, taki szczyt siły uczuć, wszystko to będzie nowym fundamentem, nowym tronem. Zasiądzie złota Pani nasza w glorii i chwale na tym wzniesieniu, zbudowanym przez dzieci swoje. Wielki tron, potężny tron nie ze złota, nie z klejnotów, ale z, krwi... z łez, z jęków męczenników, z płaczu dzieci“.
Kilka kobiet westchnęło przeciągle, jedna szepnęła:
— To już nijak tyło Pana Jezusowy taki tron.
Elża nie dosłyszała czytając dalej:
„Bracie mój, ocknij się — szepnął kolega umierającego, pochylony nad nim.
„— Gdzie jesteśmy? — spytał on.
„— Na Syberji, wśród śniegów, na wygnaniu.
— Na wygnaniu? Ha, to znaczy w drodze do chwały. My idziemy do niej. Do naszej złotej pani. Niesiemy jej przyszłą wolność, niesiemy jej złoto naszych serc, brylanty naszych łez na — jej koronę, a te śniegi, splamione naszą krwią, to gronostaje na jej płaszcz królewski!...
— Patrz pan na tę parę — szepnął Krywejko do Uniewicza.
Młody parobek, siedzący w ostatniej ławce przy tęgiej dziewczynie, objął ją bez ceremonji i łaskotał, manewrując ręką niezwykle przemyślnie. Twarz jego była roześmiana i dowcipna w swoim rodzaju. Dziewce oczy mrużyły się z lubości. Pan Mel uśmiechnął się i odszepnął:
— Są w ekstazie, cóż ich. obchodzi korona Polski, skoro są na drodze do własnej, jako wieńczącej ich apetyty.
Gorska czytała w podnieceniu, z ogromnym uczuciem i mocą. Umierający wygnaniec majaczył:
„Widzę liczne zastępy... takie piękne, grzmiące, waleczne. Tętnią kopyta ich koni, szczęka broń, szumią pióra. Husarja, husarja wali... Idzie, roznosi, pędzi po zielonych łanach, płyną orły, rój, rój ptaków. Nie. Ależ oni mali... Wypływa serce Skargi, serce Kochanowskiego. Oto myśl Polska... myśl i uczucie, które zwalczą, zwyciężą,.. wszystko. Umieram... ginę... nie... ujrzę więcej...“
— Już umarł, bo wszyscy śpią — mruknął Uniewicz.
— Dobranoc — zawołał głośno Krywejko wzburzonym głosem.
Elża umilkła stremowana.
— Co się stało?...
— Śpią durnie, a pani im czyta takie piękne rzeczy. Oni się na tym rozumieją jak... woły na marcepanach. Tfu, puste łby...
— Panie Krywejko...
Ale Sybirak, zwykle spokojny i cichy, wpadł we wściekłość.
— O gnoju im czytać, o wołach, jakiemi są jeden z drugim, ale nie o świętej idei naszych męczenników, nie o Skardze.
— Oni wiedzą, kto to był Skarga i Kochanowski — broniła Elża. Zanadto się uniosłam w tym okresie, przyznaję, stał się dla nich niezrozumiały. To moja wina. Ale ja im to wytłomaczę. A przedewszystkiem — zwróciła się do kursistów — kto to był Skarga?
Milczenie.
— No, przypomnijcie sobie, proszę, kto to był Piotr Pawęski, o którym wam tyle opowiadałam, tak ciekawie słuchaliście przecie.
Milczenie.
— Więc zapomnieliście? — W głosie Elży był żal, przykrość odmalowała się na jej twarzy.
— Ksiądz — bąknął wreszcie jeden głos — zabity bez króla, akurat ci wtenczas, kiej święty Stanisław Kostka odprawiał mszę na Wawylu, co leży na Skałce.
Gorska poczerwieniała z oburzenia, ale cierpliwie jęła na nowo tłomaczyć obszernie o Skardze, o Stanisławie Kostce i o Kochanowskim poczem popularyzowała najprzystępniej ostatnie majaczenia studenta w czytanej noweli.
Ale gdy w trakcie tego wykładu Krywejko dostrzegł znowu jedną głowę kiwającą się, młodego zaś parobka rozpoczynającego nowe manewry przy ohaftowanym łonie rozanielonej bogdanki, wówczas nie wytrzymał, śpiącego sturchnął w bok, a do erotycznej pary syknął przez zęby.
— Do stodoły z amorami a nie tu, kiedy pani was uczy, bydlaki.
I wyszedł z izby, splunąwszy.
Po lekcji Uniewicz i Elża wracali do dworu. Mżył deszcz jesienny, ciche szmery wydawał lasek przydrożny. Wieczór był ciemny, wilgotny, błyskający z daleka wesoło szeregiem oświetlonych okien dworu. Uniewicz zauważył:
— To niezwykła illuminacja przy obecnym braku nafty, zapewne są goście.
— Tego tylko brakło. Jestem tak zdenerwowana.
— Spostrzegłem już dawno, że pani unika ludzi, to zły objaw.
— Przeciwnie, dobry, dający gwarancję, że będę domatorką w przyszłości. Poszukiwana zaleta... żony.
— Niepodobne to do pani. Ale dziś zdenerwowała się pani niepotrzebnie. Krywejko miał słuszność, nagadawszy im trochę. Zapał pani zgaśnie, zalany brutalnie głupotą tych bezmózgowców. To jeszcze pnie w grubej korze.
— Ktoś musi ją zacząć zdzierać wszakże.
— To robota nie na pani siły. Zaczynał Poberezki u siebie w Chodurach i bardzo poważnie, ale zgryzł się zupełnym brakiem, rezultatów i dał pokój. Zrobiła pani wiele, wpłynąwszy na Tomka, by otworzył szkołę dla dzieci, to rozumiem bo to przyszłość; ale tych baranów zostawić trzeba w ich własnej skórze. Ktoby tam te kudły rozczesać zdołał. Już rok mija jak pani nad nimi pracuje ot jakie postępy.
— Może jestem nieudolną?...
— Przeciwnie, bywam wszakże na wykładach i słyszę. Kładzie Pani łopatą w łby, co dużo znaczy, wyczerpuje pani temat, ale i siebie. Widzę często jej zmęczenie. Tomek i Burbowie starzy martwią się tą pani manją. Powtarzam: szkoda zapału.
— Czy pan jednak myśli, że mną kieruje istotny zapał?...
Uniewicz milczał długą chwilę.
— Chce pani być czynną — rzekł.
— Chcę pracować, wolę to jak kucharowanie z babcią i z Jasiową. Muszę coś robić, muszę zabić w sobie... a... zapchać czas... te wieki... nudy... męki... te.... te... wojenne wegetacje... ten czas...
— Ja rozumiem — szepnął Uniewicz. — Czemu pani nie pisze
— Nie... mogę... Nie... mogę...
Nie widział, lecz odczuł, że załamała ręce.
— Nie piszę. Nie maluję... bo drugie mnie nie zajmuje, do pierwszego zaś zapał odszedł. Wszystko we mnie zatraciło się, wszystko przepadło. Czytam tylko, czytam...
— I myśli pani, a to czasem najgorsze.
— To też chłonę cudze myśli, by zgubić w nich swoje własne...
— A ja serdecznie radzę pani pisać.
— Panie Melu, czy to warto?...
— Niech mi pani wierzy, że tak. Najpierw będzie pani dotykała tego, co ją boli, będzie się pani obracała na własnym podwórku, aż nadejdzie moment, że stanie się w nim za ciasno, ujrzy pani przestrzeń.
— I ucieknę znowu za swój płot, bo przestrzeń to przyszłość, a tej... boję się.
— Więc najpierw z trwogą, potem coraz śmielej wzięci pani ponad płot podwórka i... wreszcie poszybuje.
— Och, panie, to nie dla mnie i to niebezpieczne.
— To dla pani niezbędne do życia. Trzeba się przemóc, zwalczyć i... iść byle nie stać w miejscu. Pani to nie stojąca woda, lecz rzeka bystra, duży dopływ źródeł życiodajnych jest w pani. Ja to już — staw, mogę pleśnieć, ale nie pani.
Murmyła, nieodstępny towarzysz Elży, człapiący koło jej nóg, zawarczał nagle i skoczył naprzód. Jednocześnie usłyszeli szmer kroków. Uniewicz rozjaśnił latarkę elektryczną.
— Kto idzie?...
— A to państwo... Cześć...
W kręgu latarki stała przed nimi wysoka, cienka postać Olgierda Poberezkiego, w mundurze legjonisty. Powitali się wesoło. Młodzieniec, błyskając szkłami binokli, całował z wylaniem ręce Gorskiej.
— Zrobiliśmy najazd na Warownię: całe Chodury, sześciu kolegów z całego świata i paru moich kolegów z Legjonowa. Ja wybrałem się przerwać państwu bakalarskie zajęcia na naszą korzyść. Jest i Zdziś Burba, jadący prosto z Warszawy.
Uniewicz spytał o Tomka, na co Poberezki dopiero po chwili mruknął sucho:
— O nim ja nic nie wiem.
Na słowie — ja — był wyraźny nacisk. Uniewicz zorjeniował się, że pyta Olgierda o rywala i że od wyjazdu Poberezkiego, po odmowie Elży, widzą go tu pierwszy raz. Olgierd natomiast zemścił się, celując w Górską. Mówił z intencją:
— Warownia nic się nie zmieniła, sądziłem, że zastanę już tu... duże zmiany. Tymczasem jest wszystko... po dawnemu.
— Bo wojna zostawiła swój ślad w spalonym folwarku, dwór i mieszkania służby na szczęście ocalały — odparowała Elża zrozumiany atak.
We dworze było gwarno. Elża, rozbierając się w przedpokoju, Widziała przez otwarte drzwi wnętrze salonu. Kilku legjonistów otaczało fortepian, przy którym panna Emilja Gozdecka, rozpromieniona, roztrzepotana jak podlotek, akompanjowała do piosenek legjonowych, śpiewanych chórem. Elża zdziwiła się obecnością Gozdeckiej. Olgierd zauważył to natychmiast i szepnął.
— Emilka znowu zmieniła front warszawski na nasz, bo teraz są szanse legjonowe, więc na nie skierowuje swój huraganowy ogień, ale jakoś dotąd bez skutku. Baterja nasza ani drgnie. Chcemy jej wyswatać naszego majora, ale i on mówi, że to już strzały puste, bez kul.
— Militarnie się pan wyraża — rzekła Gorska i weszła do salonu.
Podbiegł do niej czupurny Zdziś Burba, trzęsąc czarną czupryną witał ją wesoło, zbliżał się serdecznie uśmiechnięty stary wąsal Poberezki. Legjoniści przestali śpiewać, wyprostowani czekali na swoją kolej. Uwaga ich zwróciła się na Elżę. Gozdecka, złośliwie uśmiechnięta, sucho przywitała Gorską.
— Pani... jeszcze bawi?...
Odwykła już trochę od liczniejszych zebrań i teraz, czując skierowane na siebie oczy przedstawionych jej obcych mężczyzn, spłonęła i uczuła gwałtowną chęć ucieczki. Ale Poberezcy, Zdziś Burba i Uniewicz otoczyli ją kołem. Oswajała się w ich towarzystwie. Za chwilę podszedł do nich młody oficer i z lekkim ukłonem rzekł bardzo uprzejmie:
— Jakkolwiek jest to zbyt obcesowo z mojej strony, jednak: muszę wyrazić swój zachwyt nad utworami pani. Czytałem „Fatum“ i niezmiernie miło mi, że mam sposobność poznać autorkę.
Elża zmieszała się. Zapomniała już o swoim autorstwie.
— Śliczny typ dała pani w Orlewiczu, ale ciekawy jest Warski, porywający.
Na twarz Elży wypłynęła łuna rumieńca.
— Przytem Warski, jest główną postacią książki, chyba się nie mylę?
— Tak, — odrzekła prawie machinalnie, ale była cała w ogniu. Patrzano na nią.
— Jeden tylko zarzut mógłbym uczynić, jeśli wolno.
— Proszę bardzo.
— Otóż Warski jest sztucznie sparodjowany, to się odczuwa zbyt wyraźnie. Za gwałtowny przeskok z jego sylwetki początkowej do końcowej. Zepsuty jest jakby rozmyślnie, nawet z pasją, ale sztucznie.
— Tak, — powtórzyła Gorska, — utkwiwszy badawcze oczy w sympatycznej twarzy porucznika.
Prędko zmieniła temat rozmowy z młodym oficerem i wówczas dopiero stała się mniej lakoniczną. W pewnej chwili Zdziś Burba rzekł do niej:
— Mam dla kuzynki list z Warszawy.
— Od wujenki Renardowej?
— Tak, przez nią mi oddany, ale list z zagranicy. Co ci to kuzyneczko?... ciągle dziś rumienisz się, jak pensjonarka. Wiesz, że bardzo spoważniałaś, zeszczuplałaś i...
— Postarzałaś — dodała Elża szybko, by pokryć wrażenie.
— Nie, słowo honoru, że nie to, tylko jest w tobie teraz jakiś smutek, zaduma pogłębiła wyraz oczu, więc wypiękniałaś. Boja kuzyneczko chociaż sam jestem wesoły urwis, ale nie cierpię zbyt rozbawionych kobiet. Ty, kuzyneczko, bywałaś dawniej wesołą, zawsze jesteś żywą, ale w stylu odmiennym, niż rozbrykanie. Taka jednak rozszczebiotana sójka hałaśliwa, naiwnie paplająca kokietka, robi na mnie wrażenie fizycznie wprost odrażające. Wiesz jakie?
Elża znała dosadne wyrażenia Zdzisia.
— Mniej więcej domyślam się.
— Ale nie wiesz. Otóż taka kobieta jest dla mnie jak... no, przed tobą trzeba to wytworniej ubrać... jak rozfikana femina na pastwisku, uganiająca się za jakimś Masculinem. Oto naprzykład ten typ — wskazał oczami na Gozdecką. Całuje rączki. Takie rozfikanie uchodzi do piętnastu lat.
— Daj mi, kuzynie, ten list.
— Ty nawet nie słuchasz, kuzynko, co ja mówię?
— Pilno mi zobaczyć ten list.
— To gruby pakiet, nie pozwolimy ci teraz czytać.
Gdy wreszcie doszedł do swego plecaka, Elża starała się wyrobić w sobie spokój całą siłą woli. I dopięła celu. Panując dzielnie nad drżeniem rąk, wzięła list w dużej kopercie z dobrze znanym adresem, tylko przybladła trochę. W tej chwili właśnie proszono do kolacji. Gorska, siedząc między Zdzisiem i Olgierdem, trzymała na wodzy swoje podniecenie: nie spostrzegała nawet złych błysków w oczach siedzącej naprzeciw Emilji, która z kwaśno-słodką miną słuchała komplementów swego towarzysza, porucznika legjonów, skierowanych do Elży. Wreszcie niezwykły słuch Gorskiej złowił niechcący w ogólnym gwarze imię Tomka na ustach Gozdeckiej. Zaciekawiła się i usłyszała szept poprzez stół.
— ... Ponieważ zerwał, więc nie wypadało mu być w domu, skoro ona tu została, wstąpił do wojska...
Rozmowa przy stole głośniejsza zgłuszyła szept i... znowu wypłynęła:
— ... Wodziła go przez dwa lata po manowcach, więc miał tego dosyć...
— Może to rozpaczliwy krok jego raczej — mówił cicho oficer. Czyżby pani G. tu została, gdyby wogóle było zerwane, tembardziej z jego inicjatywy?
— Niema gdzie wyjechać, a zresztą pewno liczy, że on do niej wróci. Jest bardzo pewna siebie, jak każda literatka, czy nawet pseudo-literatka.
— Czy pani się jednak nie myli? — spytał porucznik, trochę szyderczo, patrząc na rozpłomienioną twarz panny.
— Znam stosunki, ale się o tem głośno nie mówi.
Jakiś cichszy głos Emilji, z wdzięcznym pochyleniem głowy prawie do ucha oficera, przerwał nagły toast Uniewicza. Pan Mel siedzący za jakimś legjonistą, bezpośrednim towarzyszem Gozdeckiej, z drugiej strony, powstał blady, z gorejącemi oczyma i kieliszkiem w ręku. Przemówił donośnie lekko wzburzony.
— Obecność panów, żołnierzy polskich, przypomniała mi tak żywo przyjaciela mego, Tomasza Burbę, syna naszego gospodarza. Tomasz walczy również w polskich szeregach, daleko od domu, z tęsknotą w sercu, ale energją i zapałem skierowanym w obronie ojczyzny. Uczcijmy go, panowie, w jego domu, wobec jego szanownych rodziców i narzeczonej, pani Elży Gorskiej, w której ręce składam mój toast.
— Niech żyje — huknęli legjoniści, odsuwając krzesła z rumorem.
— Zdrowie kolegi Burby i jego wdzięcznej narzeczonej.
— Zdrowie młodej pary.
— Kuzynko, w twoje ręce — zawołał Zdziś, mocno stuknąwszy szkłem o szkło.
Wszyscy podchodzili z kieliszkami do niej i do starych Burbów, wzruszonych ze łzami w oczach. Pani Urszula popłakała się na dobre. Całowano Elżę po rękach, młodzież wojskowa w świetnych humorach, widząc wzruszenie, jakie toast wywołał, prześcigała się w zapałach. Dziunio Poberezki w milczeniu z brwią zsuniętą trącił lekko o kieliszek Elży. Podszedł do niej porucznik, towarzysz Gozdeckiej, z blaskiem żywym w oczach i, rzekłszy głośno kilka serdecznych słów, ucałował gorąco jej ręce. Gdy stanął przy Elży Uniewicz, spojrzała mu głęboko w oczy.
— Dziękuję za Tomka i... za siebie — szepnęła.
Zdziwił się, pytanie było w jego wzroku.
— Słyszałam to samo — co pan. Uniewicz odszedł.
Elża bała się spojrzeć na Gozdecką, jakaś delikatność nie pozwalała jej na to. Przecież jej położenie jest teraz okropne — myślała Gorska, nie wyobrażając sobie takiej sytuacji. Emilja milczała, burakowa na twarzy, lśniąca od potu, była jak w gorącej kąpieli. Porucznik natomiast rozbawił się, nawiązał rozmowę ze swym vis a vis, Zdzisiem Burbą, wciągnął Elżę i Poberezkiego, zwracał się i do Gozdeckiej wesoło, z lekkim odcieniem żartu i subtelnej ironji. Sam wzniósł zdrowie Elży, jako autorki „Fatum“, przyczem powiedział kilka miłych słów na ten temat. Toast na cześć gospodarzy domu oficer zakończył słowami:
— Mówiąc o staropolskiej gościnności waszej, podkreślam szczegół dla mnie znamienny. Oto przyjęliście nas państwo, jako żołnierzy polskich, bez pierwszego, stereotypowego dla nas pytania „z której panowie brygady? Czy z pierwszej!...” Pytanie takie prześladuje nas i miewa niekiedy konsekwencje. U nas nie usłyszeliśmy tego, jakkolwiek państwo Burbowie nie mogli na razie wiedzieć, do której brygady należymy. Ta ich, że się wyrażę, bezpartyjność dla żołnierza polskiego jest bardzo miłą.
Kolacja przeciągnęła się długo, poczem nastąpiły znowu śpiewy, pod wpływem trunków coraz swobodniejsze, miarkowane jednak przez porucznika, który wiedział, gdzie jaki ton zachować należy. Zdziś gdzieś na boku pociągnął pana Mela za rękaw.
— Panie toast toastem, ale jakże tam jest między nimi?
Wskazał głową na Elżę.
— Po staremu, są zaręczeni.
— Toż to już z górą półtrzecia roku tego narzeczeństwa. Jakoś nie pilno kuzynce. Dla tego to i Tom uciekł. Co?... Ha?
— A no tak, dlatego.
— Mówię panu, że i ona da nura. Widzę to po niej. Tam ktoś jest inny, kto jej Tomka przesłania zupełnie, spycha nieboraka, aż zepchnie i, gdyby nie wojna — he, dawno już by Elży nie było w Warowni. Mnie jej żal, marnuje się kobieta, a cały ich trójkąt cierpi. To na nic. Bo jest ktoś trzeci w całej tej aferze.
Pan Mel patrzał ciekawie na Zdzisia.
— Czemuż się nie zjawia? — spytał.
Zdziś rozejrzał się i zniżył głos.
— Bo to ktoś z zagranicy i tam stale przebywa. Anglik.
— Skądże pan wie?..!
— Przyparłem do muru Renardową, a że i baba przypuszcza to samo, więc porozumieliśmy się. To dyplomata.
— Kto?...
— No, ten... Anglik. Chciałem zdobyć więcej szczegółów, ale Renardowa skąpa w plotki. Także unikat babski.
Zdziś już miał wygadać się o przywiezionym liście, lecz się wstrzymał. Powierzono mu list w zaufaniu. Zaledwo odszedł Burba, pozostawiając Uniewicza w zamyśleniu, gdy zbliżył się Dziunio Poberezki.
— Panie, czy to prawda?...
— Co mianowicie?... — pan Mel był zły.
— Że oni jeszcze narzeczeni?...
— No, ja na ich ślubie nie byłem.
Olgierd wyprostował się.
— Panie, ja pytam poważnie.
— Zupełnie tak samo panu odpowiadam. Ani kościelnego, ani cywilnego ślubu nie brali.
— Ale czy wezmą kiedy?...
Uniewicz żachnął się.
— A dajcie mi spokój. Skąd ja mam o tem wiedzieć. — Pytaj pan sam pani Elży, skoro panu na tem zależy.
Olgierd skłonił się chłodno i odszedł obrażony, myśląc:
— Kryje się w tej sprawie jakaś tajemnica.
Elża wymknęła się i pobiegła do siebie. Rozszarpała dużą kopertę. Długi list Artura pochłonął ją, czytała, piła oczami drobne litery, spalała je ogniem wewnętrznego żaru.
Artur Dovencourt-Howe pisał:
„Drogie moje ubóstwiane dziecko. Czy tylko droga Pani?...
Nie jestem zdolny wyrazić mego żalu do Pani za tak uparte milczenie Jej. Na pięć moich listów, z wielkim trudem przesyłanych, ani słowa od Pani, od Ciebie, Elly moja. Jest Pani wierną swym zasadom, walczysz z niemi, nie bacząc na własną i czyjąś mękę. Gdyby nie ta bezwarunkowa pewność, że walczysz, że duszą trwasz przy mnie, że Ci jest źle, już bym nie pisał. Nie jestem szatanem kuszącym szczęśliwe narzeczone. Wiem, że tak, jak Pani dla mnie była przemijającą słabostką, tak samo ja dla Pani. Uczucie Twe znam i odczuwam właściwie. Przywiązanie Twoje dla narzeczonego nie przyćmiewa w Tobie głęboko wrytych uczuć dla mnie, myśli o mnie i tęsknoty za mną, ale zabrania Ci realnego czynu, krępuje. To jest w Tobie zagadką, a moją tragedją. Skrzydeł swych dla mnie rozwinąć nie odważasz się, cierpisz jesteś pełna rozterki, lecz nie przełamiesz tej purytańskiej skorupy w której zasklepia Cię lęk przed wiarołomstwem. Czy to logiczne Chociaż Burba jest zaledwo Twoim narzeczonym, jednak wobec niego wiarołomstwo duchowe popełniasz, pomimo wszelkich obostrzeń stawianych sztucznie między nami. Jesteś jednostką inteligentną indywidualną i śmiałą w poglądach, a nie chcesz zdobyć się na krok tak w zasadzie łatwy i uczciwy, by zerwać z Burbą, którego nie kochasz. Kochasz mnie i sama o tem wiesz najlepiej. Wierz mi, Pani moja promienna, że sam bym już chciał wyrwać Ciebie z mej duszy, ale... nie mogę. Miłość dla Ciebie sprawia mi tylko mękę, jednak nie mogę. Jak nałogowiec haszyszu, lub morfinista truję się rozmyślnie, świadomość tej trucizny jest mi gorzka, lecz ją chłonę, bo dusza nią żyje. Myślę niekiedy, że posiadasz w sobie osobliwy dar hypnotyzmu, który działa zabójczo na pewne osobniki i przykuwa je mocno mocą fluidu i bezwiednego czaru. Ale na wszelkie hypnozy ja jestem zbyt trzeźwy. Filozofowanie na nic się nie zda, kocham i to jest mój dogmat, w nim zamykam wszystko. Może Cię przez ten czas wyidealizowałem do potęgi w swej wyobraźni, bo czar Twój nie znika, lecz stale trzyma mię pod swym wpływem.
Widzę, że moja albiońska przysłowiowa zimna krew bywa jednak żywiołowszą i gorętszą w stosunku do Pani, niż Jej słowiański romantyzm i ukraiński temperament. Widocznie odbiega się niekiedy daleko od rasowych właściwości. Pomimo Twego milczenia odczuwam Twoją przynależność do siebie i Tobą żyję, oraz myślę, że już rychło moją będziesz, że moją być musisz, a musisz dlatego, że taka wola silna jak moja musi Cię do siebie zniewolić.
Słuchaj, Elly, żądam byś dała znak o sobie, byś się odezwała do mnie, bym wiedział, co z Tobą? Muszę wiedzieć, bo od tego zależy przyszłość moja, nasza i życie moje. Szarpania się do niczego nie doprowadzą, trzeba oprzeć się na czemś realnem, bo nawet marzeń utopijnych nie uznaję, stawiam zatem kwestję jasno. Proszę Cię, Elly, napisz do mnie szczerze i objaw swoje credo. Chcę wiedzieć, co Cię trzyma przy Burbie, bo wszak nie miłość. Przyszłość musi być naszą, zatem dążmy do niej oboje, dążmy do siebie tymczasem duchowo i fluidycznie, lecz bez wytchnienia, bez wahań i zwątpień, jak ludzie, którzy szczęście swe widzą jasno, nie wizjonersko, lecz plastycznie, choć w oddali. Ono przed nami, ukochana, sięgnąć nam tylko śmiało i... sięgniemy, gdy moment nadejdzie. Dość błagań i snów, moment nadejść musi, to celem naszym być powinno, to będzie nasz Syon. Dość słów, niech już nastąpią czyny. Tak szalenie, tak potępieńczo Cię kocham, że chwilami Cię nienawidzę. Drażnisz moją dumę męską, ambicję moją szarpiesz bezlitośnie i pragnę Cię i kocham, jak samego życia, które zachowałbym tylko dla idei zdobycia Ciebie, by Cię mieć swoją. Wypływamy na ocean za parę dni. Opuszczam brzegi Europy bez znaku życia od Ciebie, bez słowa pożegnania. Będę we flocie czynnej, a w której eskadrze, to szczegół zbyteczny. Kierunek drogi mego pancernika niech będzie dla Ciebie enigmą. Pisz: port Southampton, poste restante. Matka moja jest w Anglji, wie o wszystkiem, zachowała Cię w swym wspomnieniu, rozmawialiśmy dużo o Tobie, bardzo wiele sympatji ma dla Ciebie, ale nie wierzy, że i ja zaważyłem silnie w Twojem życiu. Nie może zrozumieć, by kobieta zajęta mną mogła mi się oprzeć i na tym pewniku zasadza swoją niewiarę w Twoje dla mnie uczucia. Jest w tem zarozumiałość macierzyńska i brak ufności w odporność kobiet wogóle. Teorja ta załamuje się na Tobie, Elly moja, moje drogie ukochane dziecko, moja siłaczko, którą jednak ja zwalczę, którą zabiorę dla siebie, jak swoją, którą rozwiodę nawet, gdybyś wyszła za Burbę, i żadne względy nie wstrzymają mnie od tego“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jakaś siła nieprzemożna poderwała Elżę od listu, wstała z krzesła, wyprostowana, z blaskiem w źrenicach, z ogniem na twarzy?. Ramiona wzniosła do góry i wyciągnęła przed siebie ruchem szaleńczym. Z piersi jej, pełnej muzyki w onej chwili, pełnej niebywałego czaru, zachwytu i szczęścia, wybiegł okrzyk, niby hejnał opiewający całą treść jej istoty?:
— Jam twoja. Mój... Mój...
Stała tak z rękoma splecionemi nad głową, zapatrzona jak w zorzę złotą, w wizję jego postaci, wsłuchana w jego głos nakazujący, wierząca w wspólne z nim szczęście i przyszłość. On panował nad nią wszechwładnie.

III.

Zima wlokła się sennie w Warowni, coś wisiało w powietrzu co odczuwali wszyscy, nie odgadując wszakże zasadniczego źródła tego niepokoju. Elża była smutna, jakby przyćmiona, na listy Tomasza odpisywała krótko i coraz rzadziej. Grała dużo, mnóstwo czytała i chodziła na swoje nieskończone spacery, nazywane przez panią Urszulę wałęsaniem się bez celu. Smutek Elży był już za widoczny by go nie spostrzegać, rodzice Tomka widzieli jej stan duchowy, ale sądzili różnie. Pani Urszula oburzała się szczerze i traciła serce dla przyszłej synowej. Stosunek obu pań ochłódł wyraźnie. Pan Cezary smutniał razem z Elżą, przeczuwał wiele, gryzł się, ale kochał Elżę jednakowo i nigdy jej niczego nie wyrzucał.
Tymczasem smutek Elży wzmagał się, spadł na nią niepokój silny i trapił ją tak gwałtownie, że stał się chorobliwym. Kursów swych dla ludu nie zaniedbywała, ale wychodziła z nich niekiedy półprzytomna. Była milcząca, zamknięta w sobie, z nieschodzącą zadumą na czole. Pisała dużo, ale wszystko potem darła i paliła, jeśli jaki szczerszy ton wyrwał się z jej duszy, to tylko przed Uniewiczem, z którym rozmawiała częściej. On odczuwał w niej mękę wewnętrzną, jakąś straszliwą rezygnację, niepojętą dla siebie.
— Dlaczego pani nie idzie tam, dokąd dusza ją woła? — zapytał raz Uniewicz.
— Bo dusza, panie, dąży często za błędnym ogniem i wchodzi na bezdroża — odrzekła.
Pan Mel patrzał na nią z tępym żalem i bólem.
— Ma pani rację, dusza lubi błądzić i nieraz ginie, ale trudno ją zatrzymywać nad przepaścią, gdy już brnie.
— Oj, trudno — szepnęła Elża.
Uniewicz widział jej szarpanie się, ale i sam był jak struty, czasem wygłaszał potwornie czarne myśli, częściej ironizował wszystkie. Dla Elży był niekiedy zagadkowy, ale stał się jedyną ostoją dla jej skołatanych nerwów.
Pewnego dnia w listopadzie nadszedł nowy list Artura, przysłany z Warszawy; był krótki lecz arbitralny. Jeden punkt uderzył w nim Elżę: „muszę za wszelką cenę zobaczyć się z Tobą, Eliy moja, i dopnę celu”.
Gorska zlękła się samego przypuszczenia, samej możliwości ujrzenia go. Wiedziona niezwykłym rozdrażnieniem, napisała z nagłą rozpaczliwą determinacją do znajomej jego w Warszawie, panny Izabelli, że jej ślub z Burbą odbył się już dawno, cicho w Warowni, i że z tego powodu prosi ją o nienadsyłanie więcej listów pana Dovencourt’a, którego upoważnia zawiadomić o fakcie spełnionym. Pisząc to kłamstwo, Elża czuła w sobie zgrzyt przykry, bolesny skurcz serca, a jednocześnie jakiś śmiech szyderczy, jakby szydzącego demona i wstyd, że ucieka się do takiego środka niskiego, by odsunąć od siebie wpływ Artura. Zasłaniała się kłamstwem pierwszy raz w życiu, jak tarczą, czując, że ubliża tym i Arturowi i Tomkowi. Ale rozumując tak, napisała i wysłała list z jakimś gorączkowym pośpiechem, jakby w obawie, że się rozmyśli. Gdy jednakże kozaczek dworski odjechał konno na pocztę, Elża chciała go zatrzymać, by list cofnąć, ale było już za późno. Wówczas rozpanoszył się w niej śmiech i drwił okrutnie. Przykre uczucie śmieszności, najboleśniejsze chyba dla subtelnych natur, drażniło ją dotkliwie, wyprowadzając zupełnie z równowagi. Ból w niej wzrastał z każdym dniem. Czynu swego wstydziła się sama przed sobą, nazywając go szopką i lichą komedją. Czasem uspakajała ją myśl, że list wysłany przez jakiegoś żołnierza, z powodu nie działającej poczty, mógł zaginąć, wówczas byłaby uratowana od śmieszności i może od gorszych jeszcze następstw ze strony Artura. Lecz lękała się łudzić.
W wigilję Bożego Narodzenia, przed samą wieczerzą, zjawił się przed dworem w Warowni żołnierz konno. Wpuszczony do sieni, oddał staremu Burbie list z Warszawy, zasalutował i odjechał bez komentarzy. Pan Cezary czytał adres i kręcił głową.
„J. Wielmożna Pani Elża Tomaszowa Burbina z Warowni“.
Stary pan pokazał list żonie. Spojrzeli na siebie czujnie.
— Omyłka to, czy niesmaczny żart czyjś? Wszak to nie prima aprilis?
Burba włożył list do kieszeni. Gdy dzielono się opłatkiem, starzec, całując Elżę nadzwyczaj serdecznie i wręczając jej list, rzekł gorąco:
— Daj, Boże, by za rok było tak istotnie, jak jest tu.
Młoda kobieta spojrzała na adres i zbladła jak kreda. Zmiana jej twarzy była tak straszna, że wszyscy zdrętwieli. Dygoczącemi ustami wyjąknęła.
— Skąd... to?...
— Z Warszawy.
Elża spostrzegła w tej chwili zdumione oczy wszystkich, skierowane na siebie. Przeszyły ją groźne źrenice pani Urszuli, dotknęło bolesne spojrzenie Burby. Ale wzrok Uniewicza badawczo szyderczy rzucił falę krwi na jej twarz. Stanęła w pożodze rumieńca tym jaskrawszej, że bezpośrednio po trupiej bladości, i nagle wybuchnęła szalonym śmiechem.
— Ha, ha, ha, ha — zatargała staccato nieokiełznana gama jej głosu, w którym było wszystko, prócz szczerej wesołości.
— Co to znaczy?... — zdumiał się Burba.
— Elżo, z czego ty się tak śmiejesz?... jesteś chyba nieprzytomna? — zgromiła ją surowo Burbina.
A młoda kobieta nie mogła się uspokoić. Śmiech jej wpadał już w spazm łkania, w oczach błysnęły łzy. Sytuacja stawała się nad wyraz przykrą i kłopotliwą. Pani Urszula resztą sił wstrzymywała się od wybuchu, była blado-sina z oburzenia, na czole pana Cezarego wystąpił gęsty pot. Uniewicz, Krywejko, pani Jasiowa, siedzieli jak przykuci do miejsca, dziwnie strwożeni. Wtem drzwi od kredensu stuknęły i głośno wpadł kozaczek, wołając:
— Młody pan przyjechał.
Skoczył otwierać drzwi.
Spazmatyczny śmiech Elży skonał, przerażenie osiadło na twarzy, zerwała się, chwyciła list i wybiegła z pokoju. Burbowie byli już w sieni, witając syna. Ściskany, całowany, tulony do piersi matki, Tomasz rozglądał się niecierpliwie i wyrywał z objęć rodziców.
— Gdzie Elżuśka?... — padło niespokojne pytanie.
— U — siebie bąknął Uniewicz.
— Czy zdrowa? co to znaczy?
— Zdrowa, zaraz pewno... przyjdzie.
Burbowie milczeli.
— Czy wie, że... jestem?...
— Skądże?... nic nie wie, żeś przyjechał — kłamał pan Mel.
Wszyscy, nawet pozornie spokojny Uniewicz, mieli niewyraźne miny.
— Idę do niej — zawołał Tomek.
Elża zdążyła przeczytać życzenia, zawarte w liście od panny Krystyny i zapewnienie, że wieść o ślubie wysłana już do pana Dovencourt-Howe tą samą drogą, którą przechodziła jego korespondencja. List był suchy, ale uprzejmy i zdradzający zupełną wiarę w omawiany przedmiot. Gorska zagryzła usta aż do krwi, serce bić przestało z wrażenia.
— A więc spaliłam ostatnią deskę ratunku. Z Arturem koniec, koniec.
Szarpnęło nią łkanie, czuła na wargach słony smak krwi i pohamowała się w samą porę, gdyż wbiegł Tomek.
— Elżuchna... jedyna...
Porwał ją w ramiona i druzgotał w uścisku, całował zachłannie jej oczy, włosy, szyję, sięgał ust, ale je cofała blada, bierna i cicha. Spostrzegł to i odsunął ją lekko.
— Bronisz mi ustek?... Dlaczego?
Tomasz patrzał na nią uważnie. Ujrzał krople krwi na chusteczce.
— Zagryzłaś wargi tak boleśnie?... czy to... z powodu mego przyjazdu?... Mów.
— Nie, Tomku. Nie.
Zarzuciła mu ręce na szyję skruszona i rozżalona zarazem własną męką i niepokojem Tomka. Tulił ją w milczeniu przepełniony uczuciem dla tej kobiety, której duszy zgłębić nie umiał. Gdy przyszli na wieczerzę, byli oboje spokojni ale smutni. Zato starzy Burbowie uszczęśliwieni obecnością syna zapomnieli o wszystkiem tak, że wkrótce ich nastrój udzielił się i narzeczonym, podtrzymywany umiejętnie przez Uniewicza. Tomek bawił w domu dwa dni świąteczne, poczem zapowiadał swój przyjazd dopiero na wiosnę i napomykał o ślubie, gdyż urlop chce wziąć długi a może nawet uwolnić się zupełnie. Elża projekt Tomka przyjęła nadspodziewanie dla niego. Szepnęła miękko:
— Dobrze Tomku, wróć i weź mnie już, zabierz już dla siebie.
I mówiąc to bezwzględnie szczerze, chciała ostatecznie zerwać łańcuch swych walk, swej męki, zacząć inne nowe życie. Zabić przeszłość i już bez złud, bez Fata Morgany, hypnotyzującej ją stale, iść w przyszłość; ciemną czy jasną, zamgloną czy pogodną, byle jaknajdalej odsunąć się od wizji utraconego raz na zawsze szczęścia.
Tomasz odjechał radosny, pełen nadziei. Burbowie otoczyli Elżę nową falą tkliwej miłości i do niej zawitał dawno utracony względny spokój. Był on płytki, nie sięgający głębiny duszy, pokryty grubą warstwą apatji, której Elża na razie zetrzeć nie miała odwagi. Nie cieszyła ją cicha pogoda je jestestwa, bo lękała się spojrzeć uważniej w obłoki, by nie ujrzeć szarego cienia pełznącej chmury. Szła trochę naoślep przed siebie. Uniewicz nie rozmawiał z nią nigdy o Tomku, ani o ich małżeństwie. Raz jej tylko powiedział w chwili rozdrażnienia:
— Będę w Warowni tylko do czasu ślubu pani.
Gdy zdumiona zapytała, dlaczego — odrzekł krótko:
— Bo chcę pozostać przyjacielem Tomka na zawsze.
Elża nie dobrze rozumiejąc, przyglądała mu się jak komuś, kto nagle stracił zmysły.
A pan Mel dokończył nerwowo:
— Mogę znosić wasze narzeczeństwo, zaznaczani, wasze, ale nie ścierpię waszego małżeństwa, które quand méme będzie jednak małżeństwem.
— Czy to ze względu na Tomka? — spytała.
— I na panią również.
— Nie rozumiem.
— Bardzo szczęśliwie, że pani mnie wogóle nie rozumie.
— Czyli, że mógłby pan mnie zabić... za Tomka, ale już wtedy przestałby pan być wszakże jego przyjacielem.
— Więc pani sądzi, że przyjaźń rozerwać może tylko brutalny czyn i że inne powody nie mogłyby stanąć między mną i Tomkiem jako niweczące naszą przyjaźń?... Ha, niech pani pozostanie w tym krótkowidzącym mniemaniu.
Elża wzruszyła ramionami, nie chcąc odgadywać tajemnych myśli Uniewicza, które nie budziły w niej teraz szczególnego zainteresowania. Ocknęły się znienacka domysły i zabarwiły odrazu ironją i śmiechem. Coś musnęło jej usta grymasem niesmaku. Bladość wystąpiła na twarzy pana Mela. Założył filozoficznie ręce po napoleońsku i rzekł takim tonem, jakby mówił o pogodzie, tylko w oczach miał węża:
— Jakiś pono mędrzec, którego świat nie widział, w jakichś pismach, których nikt nie czytał, rzekł tak: „Nie śmiej się z cudzej niedoli, lecz śmiej się raczej ze swego szczęścia, bo szczęście to wesele, a wesele bywa nawet... w Pajacach...“
Purpura wystąpiła na twarzy Elży. „Śmiej się Pajacco” zazgrzytała w niej ironja. Nie tracąc jednak pewności siebie, spojrzała poważnie w oczy Uniewicza.
— Mądry jest ten... wynaleziony przez pana mędrzec, ale ja znam innego, który głosi tak: „Z niedoli swej nie dawaj żeru gawiedzi, ani... kobiecie“.
Chwila milczenia, poczem pan Mel rzekł:
— Znam i tego mędrca, a oto jeszcze jedna jego sentencja: — „Mów do człowieka, milcz przed ludźmi.® — Panią uważam za człowieka.
Elża podbiegła i żywo podała mu rękę.
— Jestem pobita na łeb i na szyję. Przepraszam, a za ostatnie dziękuję.
Pochylił się nisko i długo z pietyzmem ucałował jej ręce. Pocałunkiem tym, ruchem i całą postacią, zda się, dopowiedział wszystko przemilczane. Gdy podniósł głowę, na twarzy miał cień jakiś nieznany Elży dotąd.
— Niech pan patrzy, — świeży śnieg — zawołała. — Jedźmy na polowanie.
— Jedźmy — powtórzył.

— Biegnę po dziadzia.

IV.

Luty kończył się, gdy Elża, zdobywszy nareszcie upragnione pozwolenie od władz okupacyjnych, wyjechała do Warszawy. Miała uregulować swoje sprawy finansowe, wziąć spłatę z Taraszczy od wujostwa Renardów i zakrzątnąć się trochę koło wyprawy. Trzy lata prawie nie była w Warszawie i teraz ją wstrzymywano, głównie Uniewicz i Pan Cezary, pani Urszula przeciwnie zachęcała ją do zrealizowania wszystkich zaległych interesów, by, gdy czas nadejdzie, nie opóźniać ślubu upragnionego przez Burbów. Młodą kobietę niosła do Warszawy jakaś moc tajemnicza, tęsknota za światem, za gwarem, nawet za ludźmi, których najmniej lubiła, nie zaliczając ich wcale do ponęt życiowych. Głusz Warowni odbiła się na niej nieco, Elża zdziczała trochę, więc tymbardziej dziwił ją i przestraszał niebywały zapał do wyjazdu i ten pęd osobliwy, unoszący, zda się, szybciej od pociągu, którym jechała. Była wesoła, podniecona, jakby wyzwolona z jakichś oków. Nie zajechała do Renardowej, lecz do znajomego hotelu, chciała bowiem mieć zupełną swobodę. Przyjęto ją tam niezwykle uprzejmie, jak stałego gościa, który po długiej podróży powraca, a gdy wchodziła do windy, portjer zawołał głośno do windziarza, wręczając mu klucze:
— Stanisław... numer 27 dla pani dziedziczki.
— Skądże ten tytuł? — pomyślała.
Rozlokowała się i schodząc na obiad do restauracji, rzuciła okiem na tablicę numerów. Pod 27 czerniał świeży napis: JW. Elżbieta Burbina, obywatelka z Wołynia.
Rozśmieszona weszła do sali restauracyjnej, nie pojmując, z jakiego źródła w hotelu mogli wiedzieć o jej domniemanym ślubie. Więc to się już tak rozeszło?... Prawie trzy lata nie była tu, z nikim nie korespondowała i oto list jej do panny Izabelli znalazł widocznie szeroki rozdźwięk. Nasunął się nagle jakiś cień i mącił pogodą umysłu, serce zabiło silniej, na usta cisnęło się słowo:
— Przedwcześnie, przedwcześnie.
Niepokój nagły, jak robak wychynął i pełznął ku niej, uczuła w nerwach dziwne rozprężenie, dreszcz nią targnął lekki, jakby przeczuciowy, pierwszy ton nadchodzącej burzy. Nie miała apetytu, odsuwała potrawy z niechęcią, tylko kawę czarną pochłaniała wrzątkiem w niebywałej ilości. Była niedziela, w drugiej sali restauracyjnej grała muzyka, rozstrajając Elżę do reszty. Drażniła ją uwertura o frywolnych scherzach, a, gdy nastąpiły poważne akordy, nerwy młodej kobiety szarpnęły się jakby rwane obcęgami. Fala szalonego niepokoju owładnęła nią przemożnie i zerwała z miejsca. Gdy szwajcar restauracyjny nakładał na nią karakuły, Elża zaciskała usta, by zahamować szczękanie zębów, jak w paroksyzmie febry. Nie wstępując do numeru, wyszła na ulicę bez celu, chciała orzeźwić się powietrzem, zgubić po drodze niezrozumiały niepokój.
— Pójdę do wujostwa.
Skierowała się przez Krakowskie w stronę Aleji Jerozolimskich. Ale w miarę, jak szła, czuła, że dzieje się z nią coś niezwykłego. Serce jej biło nienaturalnie, jakiś koszmar na jawie szedł przed nią i za nią, zaciskał się dokoła niej, szczególne uczucie strachu, lęk popychał ją naprzód i cofał w tył; były mgnienia, że lęk się wzmagał i pobudzał do ucieczki. Gdy minęła księgarnię Gebethnera i Wolffa, zabrakło jej nagle tchu w piersiach, kolana jej się uginały, dźwigała nogi ciężkie, jak żelazem obłożone.
— Nogi mi drętwieją, co to jest?... Czyżbym była chora?...
Przed nią błyszczały wielkie szyby cukierni Loursa.
— Wejdę na chwilę — śmignęła myśl. Lecz natychmiast owiał ją strach jakiś i pchnął dalej. Patrząc przed siebie tępo, mijała cukiernię. Nagle suchy trzask drzwi wejściowych i szybkie męskie kroki, dążące ku niej.
Co to?...
Elża nie odwróciła się, lecz zatrzymało ją, przykuło wrażenie tych kroków. Sekunda... czy wiek?...
Przed nią stał Artur Dovencourt-Howe.
Elża zachwiała się, udar był zbyt silny. Zbladła jak przy skonie. Zawirował świat, ulica, ziemia zadygotała pod stopami kobiety. Runęłaby może na chodnik, lecz Dovencourt wziął jej rękę, ścisnął mocno, prędko pocałował i szepnął nakazująco:
— Spokoju... proszę.
Przechodnie już gapili się na nich.
Artur ujął rękę Elży, wsunął sobie pod ramię i rzekł niskim zdławionym głosem:
— Proszę oprzytomnieć, jedyna... patrzą na nas.
W milczeniu przeszli przez środek ulicy, Elża nic nie widziała, nie słyszała, w uszach jej huczały dzwony, szum, zgiełk w całej istocie; jedno tylko miejsce żyło i czuło, to ramię ściśnięte ramieniem Artura. On ją prowadził, niemal niósł, jak bezwładną. Ocknęła się w przedsionku hotelu Bristol.
Szli dalej, nie pytała dokąd.
Posadził ją na fotelu pod lustrem w czytelni, sam usiadł naprzeciw, odgradzając ją sobą od sali prawie pustej w tej chwili. Odrzucił z ramion futro, rozejrzał się błyskawicznie, ucałował jej ręce. Ujrzała jego czoło blizko swej twarzy, wpiły się w nią jego szaro-stalowe, ciemne szpary zmrużonych źrenic, widziała tuż przy sobie wytworny owal szczupłej, bladej, wygolonej twarzy, wąskie typowe usta z pogłębionemi fałdami przy bokach, nos suchy, wybitnie rasowy i całą sylwetkę jego wykwintną, a męską i silną. Patrzała na niego szeroko otwartemi oczami, myśląc, że śni.
— Skąd Pan tu?... wybiegł wreszcie szept z jej ust.
— Przyjechałem! Nic nadzwyczajnego.
— Jakim sposobem?...
— Jestem pod obcym nazwiskiem, zwalczyłem szalone trudności, lecz być tu musiałem, nie wstrzymałaby mnie żadna siła. Przyjechałem wczoraj i natychmiast pytałem o panią w hotelu, jeszcze jej nie było. List do Warowni miałem wysłać dzisiaj?
Elża nie mogła przyjść do równowagi.
— O kogo pan pytał w hotelu?...
— O panią Elżbietę Gorską, obecnie Burbinę.
Zadrżała i podniosła na niego oczy.
— Więc pan wie...
Przytrzymał ją wzrokiem.
— Elly... czy to prawda?...
— Nie, nie, nie — wyrywało się z piersi Elży i sama, nie wiedząc kiedy, wypowiedziała krótko i cicho:
— Tak.
Spuściła oczy.
Dovencourt-Howe wyprostował się na krześle, dłonią podparł czoło i przetarł je nerwowym ruchem. Twarz jego zbladła silniej, pionowa głęboka brózda przerżnęła czoło, zadrgały muskuły twarzy, żłobiąc silniej fałdy koło ust zaciętych. Lecz ten odruch walki i męki trwał chwilę. Mężczyzna z pod dłoni kurczowo zgiętej i podpierającej czoło, której palce blade i długie drżały, jak szpony gotowe do szarpania, patrzał surowo na milczącą kobietę i wreszcie spytał sucho:
— Kiedy się to... stało...
— Nigdy, nigdy — drżały słowa na jej wargach.
— Dawno — szepnęła nieswoim głosem.
Długie ciężkie milczenie.
— A czy ty wiesz, że ja przyjechałem po... ciebie?...
Zadrżała.
— Zapóźno.
— Nigdy! Ty Burby nie kochasz. Jak mogłaś wyjść za niego, kochając mnie! Skąd zaczerpnęłaś odwagi do tego kroku... Słuchaj, przyjechałem, by cię wyratować, by cię zabrać dla siebie, boś ty moja.
Elża trzęsła się beznadziejnie.
— Zapóźno — jęknęła powtórnie.
Ciemny zygzak przemknął przez jego twarz.
— Dlaczego? — zgrzytnął.
Ona milczała.
Zdusił jej rękę wściekle.
— Dlaczego!?. Mów!
A w niej ożył już demon, instynkt oporu, obrony przed nim.
— Mam dzieci — szepnęła.
Drgnął gwałtownie i znowu ochłódł. Padły zimne słowa:
— Masz... dzieci?.. Ty!?
— Tak... dwoje.
Wstał powoli i przeszedł czytelnię wzdłuż, dłonią tarł się lekko po głowie, jakby przygładzał włosy. Elża prowadziła za nim błędnemi oczyma.
— Zaraz się wszystko skończy. — Arti! Arti! to kłamstwo, czy ty... mnie... rzucisz? — wyło w jej duszy.
Dovencourt podszedł i siadł znowu przy niej.
Z oczu Elży padło parę ciężkich łez. On patrzał na te lśniące krople i gwałtownie gniótł rękawiczkę.
— Czy mam już odejść?.. spytała biernie, tracąc przytomność.
On pochylił się nad nią ze sztucznie utrzymanym chłodem.
— Czy ty myślisz — mówił twardo — że ja się ciebie wyrzeknę nawet dla... takich względów? Czy sądzisz, że to, co wyznała, oddali mnie od ciebie?, że miłość moja, bezpamiętna rozbije się o twego męża i... twoje dzieci?.. Czy sądzisz, że ten szczegół zniweczy moje uczucia i pragnienie ciebie?.. Słuchaj... Twoje małżeństwo to rozpaczliwy czyn, ja je unieważnię, rozumiesz?! rozerwę twoje śluby, bo ty musisz być moją i... będziesz, bo nie Burbę, ale mnie, mnie kochasz. Nie zaprzeczaj!.. Twoje wrażenie na mój widok to najszczersze wyznanie, to twoje credo. Moją być musisz a twoje dzieci będą mojemi! Nie płacz.. Elly... to, co mówię, to mój dogmat niezłomny. Życia bez ciebie nie chcę i dlatego twoją straszną omyłkę naprawię, by życie twoje uratować dla siebie i dać ci szczęście.
Głos jego przyciszony grzmiał jednak jak surma, szatańska energja była w nim i potęga druzgocąca Elżę.
Nie wytrzymała tego momentu. Zerwała się z krzesła odurzona jego słowami, jego głosem, pijana szczęściem, nieprzytomna z bólu. Wargi jej białe zdołały wyszemrać:
— Dosyć... już... na Boga...
— Elly!..
— Proszę... proszę mnie zwolnić, chcę być sama.
— Ja panią odprowadzę.
Wyszli z czytelni, zawołał automobil. Wsiedli. Dał adres jej hotelu.
Milczała, przecząc głową na wszystko, co mówił, o co pytał.
Chwila i wysadził ją z samochodu. W westybulu podała mu rękę.
— Żegnam pana.
— Tylko do widzenia — rzekł sucho ale stanowczo, lokując ją w windzie.
Została sama. Zatrzasnęła drzwi numeru, sekundę trwała bez ruchu, jak ogłuszona. Nagle ręce jej splotły się na rozpalonym czole, upadła na kolana, zanosząc się łkaniem.
Szalała z bólu, rozpaczy i męki.

V.

Przebyła tak pół dnia, pogrążona w niemej kontemplacji tego, co zaszło. Płakała z żalu nieokreślonego dla samej siebie, wyrzucała sobie kłamstwo, popełnione przed Arturem, oburzała się za jego bezwzględność, to znowu dumną się czuła i szczęśliwą świadomością jego uczuć. Wstyd ją palił, gniew unosił, i grały hejnały radosne w jej duszy. Wieczorem przyniesiono jej list Artura. Czytała zachłannie, oblewając łzami litery, jego ręką kreślone, ale przyszedł nowy, zawrotny prąd w tym oceanie jej uczuć, więc poszarpała list i rzekła głośno z wielką mocą:
— Już Tomka nie rzucę. Jego świat to mój świat, jego życie mojem będzie...
Całą noc przemęczyła się w gorączce duchowej i fizycznej, rozpalała ją walka tytaniczna zmagających się z sobą potęg okrutnego pragnienia, rozbudzonej i rozkwitłej miłości dla Artura, szalonego pożądania, by uledz jego woli, by oddać mu życie i siebie całą na wieczne posiadanie, — temu człowiekowi jedynemu, któremu oddać się byłoby cudem, ekstazą szczęścia, którego władanie dałoby rozkosz najwyższą, wytęsknioną, wyśnioną.
— A jednak już teraz z Tomkiem nie zerwę. Z nim mój los — szeptały bezwiednie usta.
Elża czuła całą grozę swego położenia, tragizm i bezsens. Znalazła się na słabej łódce obowiązku, wśród walących na nią ze wszech stron fal oceanu, gnanych huraganem uczuć, żądz, tęsknoty bezbrzeżnej. Często zatapiały ją te mocarne fale. Elżę opadały siły, darło się w niej wszystko na strzępy, każdy nerw życia wołał o ratunek, ramiona wyciągały się błagalnie.
— Arti!... jam Twoja!...
Oczy paliły się od łez i gorączki, usta piekły żarem, ręce, na których czuła pocałunki Artura, przytulała do spiekłych warg, zcałowując z nich te stygmaty rozkoszy. Opanowywała ją egzaltacja, szał, kładła się w myśli u nóg Artura, jak niewolnica, byle być jego, jego, choć przez chwilę złudy, choć w halucynacji. I znowu ten bezwiedny, pełen rezygnacji szept ust:
— Tomek, to już mój los, moja konieczność.
Więc uciekać, wyrwać się z pod naporu fal przeciwnych, skryć się do spokojnej przystani — Warowni — błądziła myśl. — I znowu stchórzyć?...
Najpierw kłamstwo, potem ucieczka, — istotnie szlachetna broń, godna kobiety — odzywał się szyderczo głos jakiś.
A gdzie wola?... gdzie stanowczość i słowo dane Tomkowi przed czterema laty? Obietnicę szczęścia zrujnować mu własnym szczęściem?
Skoro wzamian za obietnicę szczęścia masz mu dać złudę i kłamstwo — lepiej zrujnować dziś jego nadzieje.
A sobie zbudować gmach cudu niebotyczny.
A sobie stworzyć raj na ziemi, zaspokoić czteroletnią tęsknotę, swoją i Artura, dać mu wymarzone szczęście i samej zatonąć w przestworzu szczęścia. Zaznać haszyszowych upojeń w ramionach tego człowieka, być duszą duszy jego, sercem jego serca, należeć do niego, być jego własnością, rzeczą.
A Tomasz?...
Ogromny rozhukany bałwan ironji ryknął sarkazmem:
Tomasz?... Czyż po nim nie można przejść bezkarnie do szczęścia z Arturem! Czyż go nie można podeptać, gdy się dąży ku wyżynom?... Czy on może dorównać Arturowi, czy on sam nie usuwa się z konieczności na bok wobec tamtej potęgi?...
Giń, giń, giń, Tomku — szumiały fale.
Łódka znikła w ich zalewie, zsunięta w otchłań przepastną.
Pierś kobiety prężyła się namiętnie, usta, buchające żarem, wołały gorąco:
Arti mój, jam Twoja tylko i zawsze Twoja!
Weź mnie, weź stąd, zabierz dla siebie, ty Panie, ty potęgo, ty... piekło moje, demonie mój!
Szloch szczęścia zatargał sercem, bo oto łódź obowiązku ginie gdzieś w zachłannej głębi. Nasuwają się najsłodsze rojenia, wizje cudowne płyną, płyną złotym nieprzerwanym potokiem. Ona, Elża, żoną Artura, z nim, w Anglji, tam nad morzem, w jego domu, w jego władaniu duchowym i fizycznym; więc baśń, więc pieśń i cud i poezja i marzenie i zachwyt jedyny w życiu. Więc zasadniczy motyw jej twórczości dotychczasowej: co było cudną jawą i to, co rzeczywistością cudowną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie — istotnie przyoblecze kształty realne, gdy Artur weźmie ją za żonę.
On ją tak silnie kocha, on Artur?... Czy to nie sen olśniewający, czy nie zorza złudna, która rychło zgaśnie?...
Elża chwytała list podarty Artura, składając z kawałków całość, wyławiała słowa, przypominała sobie każdy cień na twarzy jego, dźwięk barytonowego głosu, każde zmarszczenie brwi i każdy błysk zmrużonych oczu. Wówczas w czytelni nie widziała nic, ogłuszona, oślepiona jego obecnością, teraz zaś mogła wyznać mu wszystko, kłamstwo i prawdę i to, że chce być jego.
Zamknęła oczy by wywołać nowe wizje czaru i uroku pełne, jak po zażyciu opjum. Lecz ujrzała obraz zupełnie inny. Tomek, w okopach wśród gradu kul, wśród trupów, w ogniu, zmizerowany, zmęczony a tęskniący do niej, z myślą o niej i o dniu, w którym nazwie ją żoną swoją.
I oto pragnienie ofiary z samej siebie ożyło znowu, a choć czuła całą jego sztuczność, ale droga do poświęcenia pociągała ją ku sobie z nieprzepartą mocą. Gdy błysnął jasny dzień, Elża była zdecydowana.
— Niech się spełni to, co już ma być moim przeznaczeniem.
Zaczęła się ubierać gorączkowo ale starannie, włosy układała tak, jak lubił Artur. Ironja w niej zgrzytała bezlitośnie:
— Ach, jakże tylko kobietą jestem.
W najwyższym zdenerwowaniu biegała po pokoju, nie wiedząc jak postąpić, jak Artura zawiadomić o powziętej nieodwołalnie decyzji. Pomimo stanowczości postanowienia pragnęła w duszy chwilę ostateczną oddalić jeszcze, bo straszyło ją widmo tej pustki okropnej, jaka miała się wówczas otworzyć przed nią! Mroził ją i przerażał chłód śmiertelny. Zaczynała parokrotnie pisać do Artura, ale po kilku zdaniach rwała kartki bezradnie, najpierw nie wiedząc, co pisać, powtóre — dokąd wysłać. Adresu jego w Warszawie nie znała, ani też przybranego nazwiska.
— Jak on strasznie ryzykuje przyjazdem swoim tu — uderzyła ją myśl trwożna. Szalone ryzyko i odwaga; wszak on kładzie życie na szali. Wykryty poniósłby okropne konsekwencje swego postępku, Śmierć mu groziła na każdym kroku.
— Dla mnie to zrobił, dla mnie, dla mnie!
Hejnał szczęścia wznosił piersi Elży.
Jak on to przyjmie, gdy się dowie że... jestem wolna?
Cóż za siła w tym człowieku! Czemu ja się bronię od szczęścią, czemu odpycham szczęście, dla jakiej idei, czy chimery? co inną powoduje?... Jezus Marja! czy ja zmysłów niestraciłam, odpychając Artura?
Słowo, obowiązek, przeznaczenie... uczciwość... sumienie... prawo... — Jakie prawo?! Wszak jestem wolna! Jakiż mnie trzyma obowiązek?...
— Oszaleję! — krzyknęła Elża, wciągnięta w obłędny wir myśli. Uczciwość, sumienie, prawo — wszystkie te głosy odezwały się naraz, jak dzwony całego świata, zerwane z wieżyc jakimś wichrem piekielnym.
Elża słuchała tych głosów despotycznych z zapartym oddechem, jak skazaniec wyroku i jak skazaniec przed szafotem, w obliczu kata czekała jeszcze łaski, — cudu.
W tem silne stukanie do drzwi. Zmartwiała.
— Uciekać stąd... uciekać!
Stukanie powtórzyło się.
— Proszę!
Portjer stanął w progu, wymienił obce, szwedzkie nazwisko, poczem cofnął się w tył.
Artur wszedł prędko, nerwowo, z lekkim, charakterystycznym pochyleniem wysokiej szczupłej postaci i złożył Elży głęboki ukłon. Drzwi zamknęły się cicho. Chwilę stali oboje naprzeciw siebie bez słowa. Elża, oparta ręką o stół, drżała, oblewały ją zimne i gorące dreszcze, twarz łuną spłonęła i zgasła w białym macie. On patrzał na nią z pod zmrużonych powiek, jakby do duszy jej wnikał, zbliżył się o krok i dłonią przykrył jej rękę na stole, ścisnął mocno, podniósł do ust, nizko chyląc głowę, oczu nie zdejmował z jej bladej twarzy.
— Elly...
Wstrząsnęła się gwałtownie.
— Elly... ukochanie moje...
Brakło jej tchu, gardło ścisnął skurcz spazmatyczny. Czuła, że milczeniem wypowie mu wszystko, co pragnie ukryć, ale mówić nie mogła. On ujął drugą jej rękę, zwieszoną bezwładnie, i obie dłonie przy tulił do warg, palących gorączką.
Ocknęła się. Nadpłynęła ku niej moc postanowienia. Spojrzała poważnie w oczy Artura i, wysunąwszy łagodnie ręce z jego dłoni, rzekła głucho:
— Dziś wyjeżdżam...
Usta mężczyzny opadły, zarysowując krzywą linję sarkazmu.
— Do męża — syknął.
Zamilkła i ciężko usiadła na krześle. On stał przed nią.
— Chcesz uciekać do męża i dzieci... przedemną i sądzisz, że ja, pokonany takim argumentem, odjadę i... zapomnę? Och, no, kochając cię przez cztery lata, bez widywania ciebie, bez słowa od ciebie, ale z wiarą, że tylko mnie kochasz i moją będziesz, teraz po otrzymaniu tej wiadomości, przyjechawszy z narażeniem życia do Warszawy po ciebie, mam się wystraszyć twojej godności małżeńskiej i odjechać pokornie, zwyciężony przez twoje tchórzostwo... twoją słabość?
Sądziłem, żeś silniejsza duchem, że potrafisz zwalczać warunki i nie dasz się wciągnąć w nieszczęście, łamiące ciebie.
— Ktoś z nas jednak musi być złamanym.
— Nazbyt cię kocham, by ciebie nie wyrwać z tej otchłani. Powiedziałaś mi wczoraj, że już zapóźno, czyli, że do rozwodu nie dopuścisz. Zabrania ci tego etyka małżeńska, godność kobieca, tradycja i kościół zapewne. Och, wszystkie ironje, wszelkie sarkazmy niczem są wobec tej siły, która we mnie z tych anachronizmów drwi. Te nakazy, trzymające cię w więzach, maleją śmiesznie wobec pragnień moich, naszych, wobec potęgi, która nas ku sobie skłania. Takie nakazy, to karły wobec nas. Nie hołduj karłom, bądź twórczą, nie zaś odtwórczą w swych uczuciach. Nie przystoi ci szablon, zaniechaj go i bądź sobą, nie lekceważ drogi swej do szczęścia osobistego, nie marnuj życia i talentu, który posiadasz, którego rozwinąć nie możesz, stojąc w miejscu, rozterce i ciągłej męce bez przestrzeni, bez ujścia dla twego temperamentu... Och, no nie dla zmysłów, bo te... zaspakajasz, — syknął z tłumioną pasją i zerwał się z miejsca.
— Jezu, Jezu, Jezu — rwało się z piersi Elży.
Czoło ścisnęła dłońmi i oparła je na stole. Szalała w niej rozpacz, że oszukuje Artura, szydził okrutnie śmiech jakiś szatański i skuwał ją lęk, by się nie zdradzić, bo wówczas... wówczas... już się nie oprze. Dławił ją wstyd, obelgą były ostatnie słowa Artura. Jak on śmie wierzyć, że ona należy do innego, że ona oddała się innemu!...
Artur chodził wzdłuż pokoju. Nagle usiadł, kurczowo zgiętą dłonią podparł czoło, zasłaniając oczy. Elża podniosła na niego wzrok pełen obawy, niemal pokorny i poddańczy. Padłaby mu do nóg z rozkoszą i wyznała swoje kłamstwo. Patrzała na jego rękę smukłą i bladą, na drżenie palców, wgniecionych w czoło, na ostro spięty mankiet i rękaw ubrania i znowu tępo wznosiła oczy na głowę ciemną, na rozdział włosów na boku i na widoczny dół twarzy: pyszny zarys brody smagłej z błękitnawym odcieniem wygolenia, na usta zacięte stanowczo i pionowe fałdy około nich. Patrzała na niego i potężniał w niej krzyk duszy, serca: Artur, Artur przy niej! Szarpała się, mocowała nieludzko z pragnieniem rzucenia się przed nim na kolana. Niech ją bierze, niech się nie męczy, niech wie, że ona czysta, że nie należy do nikogo, bo chce należeć tylko do niego.
Wtem Artur odsunął dłoń, oczy jego padły na Elżę i utkwiły w jej źrenicach chmurne, przenikliwe, badawcze. Ostra igła tego wzroku przeszyła ją nawskroś. Artur oczami otwierał jej duszę, sondował ją, wyłuszczał z niej prawdę, sięgał w głąb serca śmiało, zaborczo, szukając w niej nie istoty uczuć, bo tę znał, lecz innej prawdy, prawdy faktu, którym się przed nim zasłaniała. Oczy mężczyzny stawały się coraz chłodniejsze w wyrazie, coraz więcej ostrza i stali było w nich. Elża straciła panowanie nad sobą, nie mogła znieść tego wzroku i jego wyrazu. Spuściła powieki, a on je oczami przepalał, przepalał. Kobieta czuła, że on na nią patrzy i, nie widząc, zaczynała rozumieć myśl, pytanie, zawarte w jego oczach. Ogarnął ją lęk nagły, jakiś przeczuciowy dreszcz przed gromem. Bała się i drżała. Artur wyprostował się i rzekł martwo, patrząc w przestrzeń:
— Szczególne uczucie... podejrzenie raczej, wkraczające niemal... w pewność, prześladuje mnie coraz natarczywiej.
Elża struchlała.
— Hm! Och... no! czyżby jednak?..
Kobieta zamknęła oczy, oblał ją żar. Czuła, że Artur znowu patrzy na nią i nie śmiała oddychać.
— Czyżby jednak?, powtórzył ciszej.
Milczenie.
Lekko, lekko pochylał się ku niej, przenikał wzrokiem jej zamknięte drżące powieki, okolone sinemi cieniami, jej twarz koloru opłatka, jej usta, z których uciekła ostatnia kropla krwi. Był jak tygrys nad ofiarą, tak zabójczym, dzikim wzrokiem przepalał ją nawskroś.
— Elly... Czyśbyś Ty... szepnął.
Elża miała wygląd zemdlonej i zupełny bezwład w sobie.
— Elly... — powtórzył głośniej z tłumionym wybuchem.
Bez słowa, bez ruchu siedziała jak martwa, tylko głowa jej opadła ciężko na piersi.
— Wiem już, rozumiem, chyba przeczucie nie myli mnie. Ty nie możesz być zamężną. Jesteś wolna.
Milczenie.
Szarpnął nią gwałtownie.
— Elly, ocknij się... mów! Jesteś wolna?!.
— Nie.
Brwi Artura zbiegły się w straszny, piorunowy zygzak.
— Nie?
Przecząco poruszyła głową.
— Więc... nie kłamałaś jednak. Jesteś żoną?.. Więc to prawda?..
Znowu przeczący ruch głowy.
Dovencourt zbladł, groza mignęła mu w oczach.
— Co to znaczy?!.
— Kłamałam, żem zamężna... ale... nie jestem wolną... jestem narzeczoną Tomasza Burby.
Jakby zarzewie ognia padło na twarz Artura. Czoło zajaśniało blaskiem, ale na usta sypnął grad szybkich krótkich drgnień. Nagły błysk zębów w drapieżnym rozchyleniu warg i — runął śmiech straszny, demoniczny.
— Ha, ha, ha! per Bacco.
Elżę śmiech ten obezwładnił narazie, ale na krótki moment. Oburzona powstała z krzesła.
— Z czego się pan śmieje?.. — zawołała ostro.
Dovencourt-Howe wziął jej ręce. Pomimo błyskających jeszcze w uśmiechu zębów, jak u rozdrażnionego lwa, była w nim stanowczość i moc zniewalająca. Posadził Elżę z powrotem i przyklęknął przed nią, chowając czoło w jej dłoniach.
— Moje ukochane maleństwo, moje białe, moje święte... — mówił gorąco i miękko.
Traciła władzę nad sobą, ale przemogła się.
— Panie Arturze... na Boga!.. Pan... zapomina...
Wstał i wyprostował swą wyniosłą postać. Szparki jego zmrużonych źrenic ciemno-szarych spadły na Elżę z góry, władczo.
— Ależ dobrze pamiętam! Jest pani narzeczoną Burby od czterech lat. Duży okres, wystarczający, by stracić wolność, poczucie samodzielności i... wszelkie prawa do szczęścia. Ha! to nadzwyczajne. Niesłychane!
— Nie widzę w tem nic zabawnego — rzekła sucho.
— Owszem, Elly... to jest nawet zabawne.
— Niewłaściwie mnie pan nazywa — szepnęła.
Silniej zmrużył oczy i przytrzymał ją niemi długo, poczem w milczeniu skłonił się lekko. Spytał:
— Dlaczego pani popełniła takie kłamstwo?..
— Pan mnie potępia...
— Ach, nie, ale to było niegodne pani. Czy to miało być tarczą obronną przeciw mnie?..
— Tak.
— Więc pani myślała, że mnie to spłoszy?
— Chciałam zniweczyć w panu i... w sobie... wszelką złudę.
— Złudę, która była... — zawiesił pytanie, pochylony ku Elży.
— Marzeniem — dokończył za nią — tęsknotą, nadzieją szczęścia wielkiego, niezmiernego, pani Elżo. I oto kłamstwo nie osiągnęło celu. Biegłem do ciebie, lekceważąc i roztrącając wszelkie tamy, prawa, biegłem, by łamać prawo uświęcone i ciebie zdobyć. A oto jesteś silną, nie uległaś przeobrażeniu. Pierwszy powiedział mi o tem... Warski. Nie pisałaś do mnie, lecz napisałaś „Fatum”. Druga świadomość mego trwania, to wrażenie twoje przy spotkaniu się naszym wczoraj; trzeci pewnik, to... owe kłamstwo. Jestem dla ciebie jedynym, tak, jak ty dla mnie. Nie zaprzeczaj, wszystko, co powiesz, będzie teraz parodją. Przed nami jest tylko jedna wyraźna, wytyczna droga — nasze małżeństwo.
— Nie, nasze rozejście się raz na zawsze.
— To znaczy?..
— Wyjdę, wyjść muszę tylko za Burbę.
— Muszę?... czy to nie za silne?...
— Dla pana... może, dla mnie jest to rzecz poważna, konieczna, więc ją odpowiednio traktuję.
— Zdaje mi się, że wpadamy w błędne koło. Co? na moje pytanie ścisłej odpowiedzi nie daje mi pani... Dlaczego wyjście za Burbę nazywa pani koniecznością?... Co panią do tego zmusza? Jakie dane są za tem? Żądam odpowiedzi zwięzłej, rzeczowej. Widzę, że torturuję panią, lecz będę bezwzględny. A więc... co się składa na owo „muszę”?
— Obowiązek... sumienie... słowo... — wyrzuciła jednym tchem.
— Taak? Och, no, bardzo czcigodny tryumwirat, zasłaniający swoją powagą imperatorski majestat miłości. O niej pani nie mówi. Czy to rzecz podrzędna?... Czy tamte siły, wymienione, zdolne są skruszyć ją na proch, odrzucić precz?
— Miłość to przedewszystkiem i zawsze egoizm.
— Niezwykle piękna teorja, ale paradoks jednocześnie. Zatem pani wychodzić chce za Burbę, spowodowana altruizmem. Czy i Burba żywi to samo w stosunku do pani?... Ciekawy łącznik.
— On mnie kocha.
— Ach tak. Czyli, że za jego miłość pani popychana przez altruizm, obowiązek i sumienie chce mu wyrządzić największą krzywdę, jaką kobieta może wyrządzić mężczyźnie. Bajeczny konglomerat!
— Panie, dosyć tej dysputy!
— Nie, pani, jeszcze nie koniec. Teraz wniosek zasadniczy. Pani Burby nie kocha i nie kochała nigdy! Był zapewne jakiś szał krótkotrwały i to niekiedy... otumania, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi bujny temperament i... zapalna głowa.
— Daruj mi, droga pani — wtrącił miękko — ale jeszcze... oto taka jaskrawa tęcza malowana farbami falsyfikatów...
Elża drgnęła. Przemknęło odległe wspomnienie: gdzie miłość istotna a gdzie złuda.
— Pani drży... z zimna, czy z wrażenia? spytał.
— Proszę, niech pan mówi.
Och, no... taka tęcza zwykle prędko gaśnie.
— O tem mogę tylko ja decydować.
Artur rzekł zimno:
— Ponawiam moje żądanie, chcę od pani odpowiedzi kategorycznej... i nie ustąpię.
— Słucham.
— Pani kocha Burbę?...
Podniosła smutne oczy na tego, który był jej całym światem, a któremu wyznać swych uczuć nie miała odwagi, a może nawet i prawa.
— Jak brata, jak... jak... przyjaciela — odrzekła.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie, innej odpowiedzi żądam. Czy pani kocha Burbę jak człowieka jedynego, wybranego i upragnionego na życie całe. Tout court, czy go pani kocha? i to słowo w danym razie zamyka w sobie wszystko.
— Nie — odrzekła Elża, śmiało patrząc w oczy Artura.
On schylił czoło nisko, jakby składając hołd wypowiedzianej przez nią prawdzie. Błysk jego źrenic zaniepokoił ją. Dodała prędko:
— Nie kocham Tomasza, ale będę jego żoną, bo dałam mu słowo i słowa nie cofnę, nie mogę łamać mu życia, nie chcę go ranić śmiertelnie.
Zaległa głucha cisza. Oboje stali przed sobą, milcząc, tylko Dovencort-Howe nie spuszczał oczu z twarzy Elży, ona zaś utkwiła źrenice w oparte o stół ręce Artura.
Po długiej minucie milczenia zabrzmiał jego matowy nizki głos: — „Get thee to a nuuery“... Gorska zastanowiła się. Spojrzała na niego.
— Co Pan mówi?...
— „Lub jeśli chcesz koniecznie wyjść zamąż“... wolno cedził Artur.
Krwisty rumieniec oburzenia oblał twarz Elży.
— To obraza dla Tomasza.
— Ty go obrazisz, skoro nie kochając, wyjdziesz za niego i nie unikniesz wówczas oszczerstwa. Niema takich praw, które prowadziłyby do ołtarza dwoje ludzi nie związanych wspólnym uczuciem. Gdy zaś z jednej strony jest miłość, a z drugiej, tylko poświęcenie, wówczas związek taki to zbrodnia. — Ty, Elly, nie popełnisz takiego kłamstwa wobec niego i... wobec samej siebie. Chcesz iść drogą ofiary, ale nie wytrwasz; instynkt, dusza, serce odepchnie cię od spełnienia tego czynu, takie ofiary mszczą się potwornie, ty tego nie spełnisz, bo moja miłość ocali cię od nieszczęścia.
Mówił z siłą, z przekonaniem, a ona słuchała słów jego z nabożeństwem, jak wyroczni. Wszystko w niej wołało, że powinna iść ufnie tylko za głosem jego. Milczała jednak, obezwładniona przez rozgrywającą się walkę serca z poczuciem obowiązku.
Powstała bardzo blada z wyrazem męczeńskim na twarzy, z bólem w oczach, rzekła głucho:
— Pan męczy mnie!, bo ja słowa nie złamię, zostanę żoną Tomasza.
Artur wstał również.
— Zostanę żoną Tomasza — powtórzyła twardo.
— Więc się myliłem. Nie kochasz mnie.
Elża była, jak posąg bólu i męki, bez słowa, bez ruchu.
Artur patrzał chwilę, poczem wziął jej ręce w swoje, przysunął ją trochę do siebie i tuż prawie nad jej czołem szepnął zaledwo szmerem ust, szaro-blady na twarzy:
— Czy masz względem tamtego jeszcze inne zobowiązania?...
Ocknęła się, zraniły ją te słowa. Jasnym dumnym wzrokiem spojrzała mu w oczy.
— Jestem czysta!
Blask niezwykły rozświetlił zmartwiałe rysy Artura, nizko popochylił głowę i całował jej dłonie gorąco z pietyzmem.
— Wybacz, ukochana, wybacz, dziecko, rozpacz nasunęła mi szaleńcze posądzenie, krzywdząc ciebie.
Elża wysunęła ręce z jego dłoni i zawołała stłumionym krzykiem:
— Pan mnie męczy, męczy!
— Czy mam wyjść i zostawić cię!
— Chcę być samą, samą.
— Więc dobrze, wychodzę. Uspokój się jedyna... Krótko, lecz mocno ucałował jej ręce.
— Męczymy się oboje — rzekł, skłonił się nizko i wyszedł z pokoju.
— Arti! skonał w jej piersi głośny okrzyk, zanim się wydostał na usta.
Stała z rękoma przy skroni, jak rażona piorunem. Nagle skoczyła do okna. Ujrzała Artura w powozie odjeżdżającego.
— Arturze!... Arturze... mój... jam twoja, twoja!!
Patrzyła do czasu; aż powóz zniknął na rogu następnej ulicy. Wtedy upadła na kolana i płakała długo. W płaczu tym dojrzewało ostateczne postanowienie. Gdy wstała z klęczek, była jak po ataku silnej gorączki. Zadzwoniła gwałtownie, wezwała portjera.
— Proszę mnie natychmiast, za wszelką cenę wystarać się o bilet na kurjer Wołyński. Jadę dziś.
— „Decug“ odchodzi za parę godzin, następny za kilka dni — rzekł portjer zdziwiony.
— Jadę zaraz!
Gorączkowo pakowała rzeczy, o niczem nie myśląc, nie dopuszczając myśli do głowy, pochłonięta pragnieniem ucieczki.
W godzinę potem już jej nie było w hotelu.
Zaledwo odjechała, gdy do hotelu wszedł chłopak z koszykiem w ręku i stanął przed portjerem, podając mu kartkę. Portjer przeczytał;
— „Pod 27.“ Ależ pani Gorska, czy Burbina, bo już sam nie wiem jak, tylko co wyjechała.
— Kazano oddać w ręce — rzekł chłopak.
Portjer klasnął w dłonie.
— Stanisław, prędko! na stację, zdążycie, pani dobrze zapłaci?
Windziarz chwycił koszyk, kartę i rzucił się do drzwi.
Elża siedziała w wagonie, gdy Stanisław wbiegł do przedziału.
Wręczył jej koszyk i kartkę z adresem napisanym ręką Artura.
Kwiaty od niego!
Gdy Elża rozwinęła koszyk, ujrzała pęk rosnących białych storczyków.
Zanurzyła twarz płonącą w wykwintnym kwieciu, całując subtelne kielichy z uczuciem okrutnego smutku i niezmiernej tęsknoty. Kilka łez ciężkich spadło na przeczysty welin storczyków, osiadając na nich srebrnemi kroplami.
— Arti! Arti! Arti! ukochany, jedyny, niezapomniany — szeptały jej usta.
Dusza jej cała, serce wrzące miłością, myśl tęsknota i pragnienie wyrywało się do tego, od którego... znowu uciekła.
W tych storczykach świetnych widziała jakby samego Artura. Oczami i sercem przywarła do nich.

VI.

Pogrążona w swoich myślach Elża usłyszała ruch w korytarzu. Nagle wszedł konduktor, wprowadzając do przedziału dwie panie. Elża, spojrzawszy, przeraziła się: były to panie Cielińska i Emilja Gozdecka. One natomiast okazały wielkie zdziwienie.
— Pani już wraca z Warszawy... tak prędko?
— Już wracam — odrzekła krótko.
— Czy wyprawa już się robi?
— Jeszcze się nie robi.
— Jesteśmy bardzo szczęśliwe, że wspólnie odbędziemy podróż na Wołyń — roztkliwiała się Gozdecka, obrzucając przytem przez face a main całą postać Gorskiej. Ciekawe oczy panny utkwiły wreszcie w koszu z kwiatami. Zdumienie i zawiść mignęły na jej twarzy.
— Ach, jakie piękne storczyki, czy to od narzeczonego?
— Cóż znowu! — zaprzeczyła Cielińska — przecie pan Tomasz na froncie. To pewno od tego, kto się w pani kocha — dodała z dyskretnym uśmiechem.
Elża milczała wzburzona.
— Przepraszam panią, ale to nie nowina. Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. To nawet śliczny gest te kwiaty, tylko zbyt cenny.
— A czy pan Tomasz nie zazdrosny — z kwaśnym grymasem spytała Emilja.
— Ach, Emilko, każdy mężczyzna jest zarozumiały i myśli, że tylko on istnieje dla danej kobiety. Zresztą ten pan nie jest wolny — dokończyła cicho, tak jednak, że Elża usłyszała.
Zapanowała nad sobą, by nie wybuchnąć nerwowym śmiechem i udawała, że nie słyszy i nie widzi porozumiewawczego uśmiechu, obu pań. Przyszły jej na myśl słyszane dawniej ploteczki.
— Niech więc te baby trwają w tym przekonaniu, niech nie wiedzą prawdy, jej prawdy.
Tymczasem Cielińska z Gozdecką, mówiąc coś jeszcze dwuznacznikami, jęły poprostu umizgać się do Elży, wyciągały ją na słówka, widocznie chciwe dowiedzenia się bliższych szczegółów o koszu ze storczykami.
— Pani nawet nie wie, jak zawsze mile i sympatycznie o niej mówimy, jak bardzo jesteśmy jej życzliwe — sączyła „dystyngowanie“ przez usta Cielińska — jak z panią często współczujemy.
— Współczujemy? — ostro spytała Elża.
— Ach nie, niech się pani nie gniewa, tylko dlatego, że za ciasno dla pani w Warowni, a wuj Poberezki mówi zawsze, że pani taka inna, taka światowa.
— W wuju ma pani wielkiego wielbiciela — skrzywiła się znowu uśmiechem Gozdecka.
— W pana Poberezkiego wierzę i cenię jego przyjaźń — rzekła Elża z naciskiem.
— Ależ i my panią bardzo rozumiemy, niech pani wierzy, że otaczamy ją wielką sympatją.
— Ach, lisy, farbowane lisy, lisy — burzyła się Elża. z trudem powstrzymując wybuch. — Chcecie mnie wyciągnąć na zwierzenia! Czekajcie! Zjecie djabła, zanim będziecie wiedziały, co we mnie tkwi. Nie dla takich wron i kawek ziarna mojej duszy, krew mego serca...
Dość obcesowo zwróciła Gorska rozmowę na inny temat. Gdy zaś te panie zbaczały znowu w kierunku utartej widocznie plotki, Elża nie przeczyła i nie potakiwała. W duszy jej obok bólu, spowodowanego rozstaniem z Arturem, obok rozpaczy i tęsknoty za nim, obok okrutnego żalu, że pożegnała na zawsze szczęście swego życia i jego urodę, że uciekła od uroku jedynego dla siebie, rósł i bolał żal do ludzi, ironja i gorycz zalewała pesymizmem wiarę w ludzką szczerość i sympatję. Męką była dla niej podróż w towarzystwie tych pań. W chwilach nudy, krańcowego upadku sił do czczej gawędy, zanurzała twarz w storczykach, pijąc z nich moc do życia, do walki. Tchnąc w ich kielichy tęsknotę swoją i miłość, szeptała w duchu do ich przeczystej bieli:
— Zamykacie w sobie tajemnicę moją. Strzeżcie jej zazdrośnie, ukrywajcie, niech jej brud ludzki nie dosięgnie. Niech ona pozostanie w uroku swym owiana nimbem czaru. Nie rzucę jej w koryto ludzkiego żeru, nie zmieszam z ludzką wstrętną śliną. Nie. Za wielkaś dla mnie, tajemnico moja, za święta, za droga, by ją ludzie poznali. A gdy o niej kiedy usłyszą, niech to nastąpi wtedy, gdy już sprofanować jej nie potrafią.
Po powrocie do Warowni Elża wpadła w stan okropny. Przeżyty wstrząs duchowy wywołał rozstrój nerwów, grożący neurastenją. Zupełna apatja młodej kobiety, zanik sił, tak zwykle żywotnych, przerażał starych Burbów, lecz nie mogli już tłumaczyć tego tęsknotą za Tomkiem, czuli, że jest coś, co podkopuje szczęście Tomka i rujnuje spokój Elży. Jej nagły powrót z Warszawy zdumiał wszystkich, najwięcej Uniewicza, który tego zrozumieć niemógł. Tłumaczenie się Elży chorobą nie trafiło do przekonania pana Mela.
I wlokły się znowu miesiące bezdennie smutne, głuche. Wszyscy oczekiwali powrotu Tomka z upragnieniem, Elża z trwogą i dreszczem lęku. Cały wolny czas od zajęć swych, poświęcanych kursom dla ludu, Elża spędzała na pisaniu wierszy, nowel, wspomnień i listów do Artura, z których ani jednego nie wysłała. Dovencourt nie pisał również. Elża czuła, że ucieczką swoją dotknęła go zbyt boleśnie i że raz na zawsze odebrała mu wszelką nadzieję. Gnębiło ją przykre nad wyraz uczucie wstydu z powodu tej ucieczki, rozumiejąc jednocześnie, że to był jedyny ratunek. Milczenie Artura Elża uważała za zupełnie naturalne; ale było jej smutno, strasznie, bezdennie smutno, jak po zgonie najdroższej osoby. Nieustanna myśl o Arturze wyprowadzała ją z równowagi. Pragnęła całą siłą woli wyrwać z duszy tę miłość ogromną, wyszarpnąć ją z serca ale, pomimo najszczerszych wysiłków, Artur trwał i olbrzymiał i potężniał i zabierał coraz despotyczniej całe jej jestestwo pod swój wpływ. Te walki duchowe zaczęły przeistaczać naturę Elży znamiennie. Pesymizm jej rósł, wiara we własny fatalizm nabierała mocy, zrodziła się gwałtowna niechęć do życia i obojętność względem śmierci zupełna. Energja była złamana, osłabła wola i rzutkość natury. Elża przestała się modlić. Dawniej wierząca, teraz zobojętniała, ironizując z czczonych poprzednio dogmatów. Nie zdradziła się z tym głośno, ale czytała z przyjemnością dzieła skrajnych ateuszów, analizowała ich twierdzenia i, skłaniając się ku nim, czuła w sobie wyłom duchowy, czuła, że woła w niej głos jakiś nienaturalny, nie z jej jestestwa, ale głosowi temu poddawała się biernie, nawet często zapalnie. Gdy nadeszła wiosna i lato, Elża dnie spędzała w lesie z Kajtusiem i Murmyłą, improwizując sama dla siebie fantastyczne jakieś wizje, ciesząc się, że jest samotna, sam na sam z naturą. W takich momentach wypowiadała wszystka to, czem żyła jej dusza, co jej nasuwała tęsknota.

Pewnego dnia wrześniowego, w upalne południe, Elża bawiła w Pysznym Borze, zaszyta w głębi gąszczów, wśród iglastych wachlarzy jodeł i liści dębów. Kajtuś spał u jej nóg, Murmyła oganiał się od much i klapał zębami, łapiąc natrętne owady. Elża czytała głośno swój wiersz, pisany tejże nocy ołówkiem przy świetle księżyca.

Z nizin i pustki, z otchłani zwątpienia
W krainę marzeń wzlatam, duch skrzydlaty.
Czyny śnię wielkie i pragnę, by szczęście
Udziałem bytu mego było, wiosną życia,
By serce moje omdlałe i chore
I oczy łzami tęsknoty przyćmione
Uleczyć mogła światłość cud czyniąca...
Próżno mnie szatan, zaklęty w mą mękę
Na usta kładzie wyrazy bluźnierstwa —
Jam jednak zdolna zwalczyć ból i rozpacz
I pójść przez piekło najkrwawszych zawodów
W przestrzeń, na szczyty, gdzie słońce i gwiazdy
Królują wespół z Panem nieb i ziemi...
Boże! wzywałam Cię w modłach gorących
Lecz nie o promień łaski, miłosierdzia!
Ty wiesz, o Panie, żem dumna i pyszna
I zginać kolan w pokorze nie będę, —
Ja tylko, Boże, w obliczu Twej władzy
Szukam streszczenia swych marzeń i pragnę
Świątynię piękna, wesela i słońca
budować, wzniósłszy się lotem w wyżyny...
Lecz jeśli nie znasz zagadki dusz ludzkich
I szalejący w mej piersi huragan
Nie wnika burzą do Twego królestwa, —
Sama moc znajdę w ogromie tęsknoty
I czego pragnę dokonam, osiągnę!
A, gdy mnie wieczna pochłonie toń nocy,
Zgasnę, przeminę, wiedząc, iżem żyła...

Ostatnie słowa wypowiedziała z zapałem, ale i z okropnym szlochem wewnętrznym. Upadła na trawę i łkanie rwało jej piersi, łzy gradem gorącym płynęły z oczu, głosem pełnym bólu żaliła się.
— Nic już przedemną! poza mną były marzenia, nadzieje, złudy, przedemną nic, nic, pustka okrutna i droga obowiązku, sucha, zimna, ciężka. Poza mną Artur, przedemną Tomasz. Chryste! czy wytrwam, czy zdołam wytrwać?... A moje ideały, tęsknoty, moje pragnienia? porzucę je raz na zawsze, zostanie pustka w duszy — nie, zostanie miłość dla dzieci... Tomasza, zostanie wierność dla męża, cnota niewieścia, obowiązek gospodyni domu, obywatelki, Polki, ha ha!... toż to szczytne posłannictwo czcigodne, można się zasłużyć społeczeństwu, jako matrona, cnotliwa niewiasta, działaczka. Ach, Boże, Boże, Boże!... czemuż mnie to nie porywa, czemu te zaszczyty nie mają dla mnie powabu, uroku, czemuż wieje na mnie od nich lodowy wiatr, mróz przenika na samą myśl, że ja w ten czcigodny, dostojny, praktyczny sad wejdę, że stanę się jedną płonką, rodzącą i tworzącą dla kraju. Tworzącą co?... szlachetne czyny obywatelskie i... słodkie placki z rodzynkami i... baby. Stara Burbina słynie ze swych bab, a młoda zasłynie z placków. Ha! ha! ha! Per Bacco! jak mówi Artur, przecie ja wierzę w swoją własną moc, „i czego pragnę dokonam, osiągnę” — ha! ha! spełnię obowiązki żony, matki, gospodyni, wypiekającej placki, smażącej konfitury, robiącej na drutach spencerki dla wiejskich dzieci, urządzającej wieprza con amore, „a gdy mię wieczna pochłonie toń nocy, zgasnę przeminę, wiedząc, iżem żyła” ha! ha! tak, wiedząc, iżem żyła w czeladnej, w kuchni, przy garnkach, w spiżarni, przy kołyskach. Ach, ach, życie czcigodne, bogobojne, jakieś ty wstrętne dla mnie, jakieś ty potworne. Czy ja wytrwam na stanowisku, czy mnie siła buntu mego nie uniesie na manowce, nad przepaście nawet, byle uciec z tych, szanownych ram, z tego, z tego więzienia!...
Zimny podmuch przewiał nad nią, lecz nagle gorąca fala uderzyła w jej serce.
— Więzienia? któż to cię uwiązał, kto cię skuł... jesteś wolna jeszcze. Leć, leć tam, do światła, do słońca do... niego. On cię wyratuje, on miast więzienia roztoczy przed tobą przestrzeń szeroką, podniebną, nadgwiezdną. Tam leć!
I znowu ten podmuch, mrożący w niej krew.
— Nie mogę, nie mogę. Nie mogę! Spaliłam za sobą wszystko piękno i wszystek czar, ideały, marzenia, nadzieję odtrąciłam, wszystko zrujnowałam. Gdybyż i tęsknota skonała w mej duszy, gdybyż i ona znikła na wieki. Gdyby życie całe i przyszła starość wolną już była od tęsknoty, a więc i od wspomnień. Niech pamięć zamrze, niech zginie, ale czy zginie?...
O Boże, czy iść za głosem Twoim i żyć tu, wśród tej puszczy, wśród grobów moich wspomnień, czy... iść za podszeptem szatana i zerwać wszystko i dążyć do... Artura. Złamać zobowiązania, zlekceważyć godność cnoty, sumienia i biedź tam, do szczęścia, do światła. Sybarytyzm, egoizm, pikureizm! A któryż to jest głos Boży, a któryż podszept szatana, kiedyż byt mój byłby czysty, święty, a kiedyż grzeszny... Ha!... wieczna zagadka! Jedna strona karty zapisana z — głoskami obowiązku, altruizmu — lecz odwrócić kartę — sybarytyzm, egoizm, epikureizm i... szczęście i miłość i czar. — Szczęście... miłość... czar! wszak to są chyba największe powaby życia, najistotniejsze postulaty ludzkie. Czyżby one były podszeptem szatana? Więc Tomka uszczęśliwić, a tamtego złamać... za co?!... Tamtemu nigdy nic nie obiecywałaś, a tego łudzisz już tyle lat — szeptało sumienie.
Elża zadrżała.
— Tak łudzę go, ale i sama się łudziłam, pchnął mnie w jego ramiona szał jakiś, który wzięłam za miłość, więc nie tylko Tomka, ale i siebie oszukałam bezwiednie. Teraz trzeba znosić następstwa i krótką chwilę szału okupić męką całego życia, Tak być powinno, tak trzeba.
Wróciła z lasu do Warowni. Zbliżając się, patrzała z jakimś dziwnym bólem na domostwo szare, spiętrzone, ogromne.
— Tu więc, w tych ścianach przeznaczone mi jest spędzić życie.
I wydał jej się ten gmach dziwnie ponury, smutny, jak grób. A przecież było tu tak wesoło, tak nawet uroczo. Dokoła pachniały jesienne kwiaty, ostatnie wiązy, już w złoto-rdzawych koronach, szumiały potężnie. Z okna Elży wiatr jesienny wywiewał firanki, jak białe skrzydła gołębie, na gzymsach okien i dachu świergotały jaskółki, świecąc granatowym aksamitem piór i białym atłasem żabotów.
Wtem Elża stanęła, zdawało jej się, że w jej oknie zamajaczyła jakaś postać. Uczuła dreszcz, który się zjawia często razem z nagłym przeczuciem.
— Tomek przyjechał.
Wchodziła do domu prawie pewna, że on jest. Ujrzała w przedpokoju jego czapkę i szynel. Uczuła chłód, uderzył ją nieprzyjemnie mrok wielkiej sieni. Bez żadnego wyraźnego uczucia, głucha i bierna szła do swego pokoju. Otworzyła drzwi. Tomek Burba siedział przy jej biureczku, piecami do niej, zgarbiony, trzymając w ręku coś, czemu się przyglądał uważnie. Elża obrzuciła wzrokiem przedmioty na biurku, brakło karty, wyobrażającej popiersie mężczyzny w fantastycznej łunie światła, który rysami twarzy, wyrazem oczu i wykwintnym układem postaci przypominał Elży Artura. Górska widziała, jak ramka z kartą drży w ręku Tomasza. Zamknęła drzwi z hałasem. Tomasz obejrzał się, szybko powstał, kładąc ramkę na biurko. Elża zbliżyła się, blada, zmieniona, on także dość sztywny. Ale, gdy ujął jej ręce, zapłonął.
— Elżuśka!
Wtulił twarz w jej dłonie, całował je, pieścił, wziął ją w ramiona i przygarnął do siebie. Zaczynał się zapalać jej poddaństwem, nie rozumiejąc bierności; nagłe ochłódł, odsunął ją od siebie i wskazał na kartę. Spytał sucho:
— Kto to jest?
— Przecie widzisz, fantazja.
— I stoi na biurku w ramce.
— Lubię tę kartę, jest piękna.
— I ten typ lubisz, prawda?
— Tak.
— Typ, któremu bardzo do twarzy byłoby w... liberji, więcej niż z teką dyplomatyczną — zgrzytnął.
Elża zawrzała, lecz powściągnęła się całą mocą.
— Czy ta karta... piękna, koniecznie ma stać na twoim biurku?
— Jak chcesz.
— Może ona ci daje natchnienie, może znowu piszesz coś o... Warskim.
— Nie piszę nic.
W takim razie pozwolisz, że ją stąd zabiorę.
— Mogę ci zrobić jeszcze większą przyjemność.
Mówiąc to, Elża szybko wyjęła kartę z ramy i wolno, spokojnie podarła ją na strzępy.
Burba zarumienił się, doznał przykrego uczucia wstydu, zimna twarz Elży była dla niego wyrzutem.
Gorska zrozumiała jego milczenie, pomimo wzburzenia i obrazy pożałowała go. Zaczęła mówić o czym innym, zarzuciła go pytaniami. Tomasz był strapiony, Elża zmuszała się zwycięsko do swobody. Gdy usłyszeli kroki za drzwiami, Tomasz szybko ucałował jej rękę.
— Przepraszam cię, Elżuśka.
— Nie mówmy o tem — przerwała, bojąc się wybuchnąć.
Wzbierała w niej niechęć do Tomka, chociaż odczuła dobrze powód zironizowania przez Tomka postaci na karcie, jednak to ją do niego zraziło.
Małostkowa zemsta Tomka nad podobizną człowieka, w którym przeczuwał rywala, odniosła skutek dla Tomka najgorszy. I on zrozumiał, że ustępstwo Elży nie jest jego zwycięstwem. Wydał się sam sobie śmiesznym.
Młody Burba przyjechał na miesięczny urlop. Zaczęto poważnie myśleć o ślubie. Elża nie sprzeciwiała się projektom Burbów, ale ślub odłożyła stanowczo na zimę, na wszelkie zaś wymówki została obojętną.
Stosunek z Tomkiem wikłał się ciągle, brakło szczerości w obcowaniu ich wzajemnym. Tomasz wmawiał w siebie, że tego nie widzi, ale chłód Elży onieśmielał go i niesłychanie dręczył. Za nic jednak nie chciał wyjaśnić sytuacji. Bał się wyniku. Gdy oszalały, pijany uczuciem, pieścił ręce narzeczonej, chwytał ją w ramiona, miał zawsze wrażenie bolesne nad wyraz, że ona się na te pieszczoty wstrząsa, że odsuwa go od siebie całą swą istotą, że tylko nie chce okazać tego jawnie przez delikatność, czy jakie inne skrupuły. Tak wyraźnie i kategorycznie unikała jego pieszczot, iż doszło do tego, że ją tylko w ręce całował i to nie zawsze. Tomek burzył się, wybuchał, wymawiał Elży jej chłód, kilka razy chciał już z nią poważnie porozmawiać, ale gdy ją ujrzał, chwytał go lęk zabobonny, jakby przeczucie, że wszystko runie, że nastąpi katastrofa, niszcząca całe szczęście jego, przyszłość wytęsknioną z tą ukochaną kobietą i przeszłość, która w poczęciu swym, należała do niego. Gdy Elża kryła się w swoim pokoju, nazywanym „jej światem“, pod pozorem pisania i pracy, Tomek warjował z męki, nudów i złych przeczuć. Wyruszał wtedy konno do lasów, błądząc w nich często do późna.
Pewnego dnia wracał wieczorem przez bór. Księżyc wypłyną z poza ciemnych koron jodeł i rzucił srebrno-błękitne subtelne światło na polankę, wyglądającą wśród żółknących drzew, jak źrenica oka, nad którą uniosły się opiekuńcze rzęsy. Cicho było w borze, tylko cykały koniki polne i gdzieś z daleka krzyczały derkacze. Słodycz syta, jesienna, rozlana dokoła, podziałała na tęskną, spragnioną duszę Tomka. Jakieś rzewne uczucie napełniło mu serce. Skoczył z konia, przywiązał go do drzewa i, odszedłszy kilkanaście kroków, upadł w trawę nawznak, podłożywszy ręce pod głowę. Nagle przypomniał sobie łąkę warowniecką, zalaną księżycem, Elżę wśród traw i kwiatów i siebie przy niej. Kiedy to było... Już trzy lata przeszło. Jakie to przecudne wspomnienie, jakie to były szczęśliwe chwile w jego życiu. Ona wtedy tak gorąco, tak żywiołowo przyjmowała jego pieszczoty... Zatrząsł się na to wspomnienie, dreszcze namiętne oblały go żarem, wyciągnął się jak długi, — palił go ogień pożądania i miłosnej tęsknoty.
— Gdyby ona była tu ze mną... teraz — rwał się w jego piersiach spazm rozkoszny. Jakieś czerwone motyle jęły mu latać przed oczami, pulsy biły w rozpalonych skroniach jak młoty, w ustach miał żar, dyszał pragnieniem. Młoda, silna jego natura wrzała jak wulkan przed wybuchem. Myśli mętne tłoczyły się w mózgu.
...Elża z nim, tu, w tej ciszy leśnej, w tej srebrni księżyca, ona tu przy nim, cała biała, olśniewająco biała, jej usta palą się żywą krwią, oczy jej błyszczą, jak przyćmione mgłą błędne ogniki, tyle w nich złotych iskier pożądania, jej biała szyja pulsuje, jej piersi... Tomek zadrżał i jęknął... jej piersi osrebrzą księżyc, rzuca na nie opalowe-błękitne światło.
Tomek zerwał się, wyobraźnia go unosiła, krew wartka rozszalała się w nim. Wstał i przeciągnął ramiona osłabłe, ułożył usta w znak jej imienia, gdy nagle naprzeciw ujrzał białą postać niewieścią, wypływającą z cienia drzew, jak zjawisko.
— Elża, na Boga, to ona! — zaszumiało mu w głowie — to ona idzie do mnie, najmilsza, upragniona.
Rzucił się ku niej i stanął — zdumiony. Poznał Karolcię Słupską. Była podobna do obłoku, który spadł z nieba, pociągając za sobą smugę błękitu. Usta jej, jak płatki maków kraśnych, drżały od wewnętrznej jakiejś burzy, pierś odkryta z pod białej peleryny i płóciennego szlafroczka, falowała szybko, na długich rzęsach perliły się łzy. Patrzała w oczy Tomasza z bezgraniczną wiernością i przywiązaniem niewolniczym.
W Tomaszu skłębiły się uczucia. Po zdumieniu i przykrym zawodzie nastąpił gniew, że zamiast tamtej upragnionej spotyka tę... już zapomnianą, tę dziewczynę, którą oddalił od siebie przed trzema laty aktem swoich zaręczyn z Elżą. Czyż ta cudnie rozwinięta kobieta — to ta sama skromna leśniczanka?
Długą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tomek nagie otrzeźwiał, podniósł rękę do czapki i cofnął się w tył, ale Karolcia szybko i zwinnie uklękła przed nim, oplatając ramionami jego kolana. Mężczyzna szarpnął się, lecz ręce dziewczyny trzymały go mocno, a głos słodki, przesiąkły łzami, zaszeptał gorąco:
— Panie mój najmilszy, królu mój złocisty, nie odchodź, nie odchodź. Jam twoja sługa wierna jak pies, ja ciebie, panie, miłuję jednakowo teraz jak i dawniej, ja ginę dla ciebie, panie mój cudny, królu mój piękny, jam twoja wierna Karolcia, do śmierci, do śmierci. Rób ze mną, panie, co chcesz, zabij, ale nie odpędzaj mnie od siebie, nie odchodź.
Podniosła twarz zalaną łzami i patrzała na niego wzrokiem tak pełnym miłości i poddaństwa, tyle czaru było w tych jej błękitnych, jak wielkie bławaty zroszone rosą, łez, oczach, tyle słodyczy, błagania, zachwytu i bólu i męki zarazem, że Burba nie miał siły jej odepchnąć od siebie; rozrzewnienie wzięło nad nim górę. Pochylił się ku niej nizko i chciał ją unieść z ziemi.
— Panno Karolino, proszę wstać. Co pani robi. Proszę, proszę wstać.
A ona chwyciła jego ręce i jęła je okrywać żarliwemi pocałunkami. Czuł jej usta rozpalone na dłoni i wilgoć łez, czad jakiś niebezpieczny buchał płomieniem od tej dziewczyny i mącił mu umysł, zabijał wolę, podniecał. Karolcia odczuła to po drżeniu jego rąk, zerwała się gwałtownie z kolan i całą figurą upadła na jego piersi, przylgnęła do niego, ramionami oplotła jego szyję, parzącym oddechem oblewała mu twarz.
— Kocham, kocham, szaleję z miłości, panie mój, zabij, ale nie odpychaj!
— Panno Karolino...
— Nie jestem żadną panną, jestem twoją Karolką, twoją sługą...
Bronił się coraz słabiej, bo ogarniał go szał zmysłów, ta dziewczyna burzyła w nim krew, razjątrzała namiętność jego, targała nerwy. Naraz uczuł na swych ustach płomienie jej warg, wpiła się w niego, wessała i, gnąc się w tył z jękiem rozkoszy, pociągnęła go za sobą. Owiały go jej miękkie, jasne włosy, zapach ciała uderzał go jak wino, huczało mu w mózgu, trząsł się cały, dygotał jak w ataku febry i... stracił przytomność. Wydało mu się nagle, że Elżę trzyma w ramionach, że to ona go całuje w usta, że on z nią szaleje. Ogarnął go wicher pożądania nieokiełznanego. Zgniótł Karolcię w uścisku potężnym, uniósł nad ziemię i zaczął oddawać jej pocałunki z jakąś straszną, okrutną pasją. Dziewczyna krzyknęła głucho, wijąc się z rozkoszy. Zdarł jej płótno z ramion, nie broniła mu. sama rozszalała do utraty zmysłów.
— Królu mój złocisty....
Tomasz drgnął i oprzytomniał w jednej chwili; puścił Karolcię i ręce podniósł do czoła. Zlane było ukropem potu. Zdławił go wstyd i żal.
— Czemuś przemówiła? — szepnął z wyrzutem bezwiednie prawie.
Ale ona go nie zrozumiała, rzuciła się znowu na niego, choć ją odsuwał. Prosiła go, zaklinając z płaczem, błagała, by ją wysłuchał, aby ją nie odtrącał, aby pozwolił jej widywać go choć czasem tu w lesie, gdzie ich nikt nie spotka. Że ona za miesiąc jedzie jako sanitarjuszka na front, że będzie szukać śmierci, bo nie żyć jej bez niego i zresztą nie chce doczekać się jego ślubu. Więc prosi go prawie modlitwą, aby darował jej kilka chwil szczęścia, że nic więcej nie chce, jak tylko porozmawiać z nim czasem, głos jego usłyszeć i w oczy mu patrzeć.
Tomek zmęczony całą tą sceną obiecał, trochę z wyczerpania nerwów, trochę ze wzruszenia a trochę przez delikatność dla kobiety i z podziwu nad jej urodą. Miłość jej działała na niego podniecająco. Odjechał wzburzony do dna duszy, przyrzekając sobie solennie więcej Karolci nie widzieć.
Na drugi dzień udał, że jest chory, nie wychodził ze swego pokoju.
Bał się spojrzeć w oczy Elży. Gdy zaś ona z panią Urszulą szła go odwiedzić, udawał, jak uczeń rozkapryszony, że śpi. Zaniepokoiło to Burbinę, chciała posyłać po lekarza, lecz pan Mel, domyślając się psychicznych powodów tej niedyspozycji Tomka, prosił, aby go zostawić przedewszystkiem w spokoju, gdyż organizm nadszarpnięty na wojnie dopomina się o swe prawa.
Tomasz Uniewicza nie wtajemniczał po dawnemu w swoje sprawy, czuł w nim także pewną zmianę w stosunku do siebie, jakąś sztywność, zręcznie ukrywaną, która ich obu krępowała.
Drażniły Tomasza rozmowy Elży z Uniewiczem i dysputy wyczerpujące, takie, że on nie mógł do nich należeć, gdyż tematy były mu za mało znane, lub zupełnie obce. Zamiłowanie Elży do tych rozmów sprawiało mu głęboką przykrość. Zdawało mu się, że o ile Elża kocha go prawdziwie, powinna unikać tego, co go od niej usuwa zasadniczo, powinna znać stopień jego wykształcenia i intelektu i nie narażać go na upokarzającą rolę niemego słuchacza. Gdy jednakże Elża, spostrzegłszy się czasem, zwracała nagle rozmowę w kierunku przystępniejszym, było mu tymbardziej przykro.
Zazdrościł Uniewiczowi, że mówi biegle po francusku, że grywa z Elżą na cztery ręce, zły był nawet za przyjaźń pana Mela dla Elży, gdyż wydawała mu się zbyt żywą i zbyt pełną uwielbienia. Wszystko to wpłynęło na znaczne ochłodzenie stosunku wzajemnego obu przyjaciół, ze ścisłem zachowaniem dawnych pozorów.
O spotkaniu z Karoliną Uniewicz nie wiedział, Tomek zaś, uspokoiwszy się, oddalał od siebie myśl o tej dziewczynie, lecz rozdrażnione pragnienia przywoływały ją często, nasuwając wizje rozkoszne, jakkolwiek bez uczuciowego tła, poprostu fizjologicznie potrzebne dla głodnych zmysłów.
Tomasz pożądał Elży tymbardziej, im częściej przypominał sobie scenę z Karolcią, ale obojętność narzeczonej, niekiedy nawet chłód jej i wyraźna niechęć do najniewinniejszych pieszczot, mroziła Tomka, wywołując porównanie uczuć Elży do miłości tamtej dziewczyny. Porównanie wychodziło na korzyść Karolci.
— Zimna analityczka, bez krwi, bez temperamentu, filozofka — jątrzył się Tomek na narzeczoną i wnet sam sobie przeczył, przypominając dawną Elżę, jej zapał, jej żywiołowość, jej żar płomienny w pierwszych czasach narzeczeństwa. A jej szaleństwo na łące wówczas przy księżycu... Toż to był żywy ogień, ale i wtedy coś się w niej nagle zmieniło, gdy stał się zbyt zuchwałym. Jeden moment i odrazu ostygła; pamiętał dobrze tę chwilę i słowa Elży. Czy nie od tej prawie sceny datuje się pewien przełom w jej zachowaniu się — myślał Tomasz. A Karolina, przez tyle lat oddana mu wiernie, czeka tylko jego skinienia, Namiętność leśniczanki budziła w nim dreszcz straszliwych żądz, unosiły go dzikie pragnienia. Elża onieśmielała go, ziębiła swą obojętnością, Karolcia rwała się ku niemu wrzątkiem całej natury swojej, łaknącej jego pieszczot, jego posiadania. Ta usuwała się,przebywając najczęściej u siebie ze swemi książkami i zeszytami, tamta wyczekiwała na niego w chłodzie jesiennym i nocą w lesie, by mu oddać bez zastrzeżeń dziewiczość swoją, urodę i miłość wielką, ślepą na wszystkie względy, głuchą na następstwa.
Rozmyślając tak pewnego wieczora, zmrożony nowym dowodem chłodu Elży, Tomasz odruchowo prawie, trochę biernie, pojechał konno na znajomą polankę w lesie. Nie omylił się. Karolcia czekała na niego. Upadła mu do nóg, jak przy pierwszym spotkaniu, nie czyniła mu żadnych wymówek, przyznając się, że czeka tu na niego codziennie prawie do świtu, dziękowała mu tylko z takim ciepłym promieniem w oczach, garnęła się do niego pożądliwie, a cicho, jednak z kokieterją zupełnie nową u niej, którą Tomek odczuł. Zauważył w niej, prócz rozkwitłej bujnie urody, duże zmiany. Dawna lękliwa Karolcia, potulna z natury i nieświadoma swych wdzięków, zmieniła się w kobietę pewną siebie, ufną w swój czar zmysłowy i zręcznie wyzyskującą go dla ukochanego. Snadź bytność w Kijowie paroletnia wyszkoliła ją w tym zakresie, a pochlebstwa męskie, niewykwintne w tej sferze, ale zapewne jaskrawe, nauczyły ją zalotności i różnych sposobów przywabiania mężczyzn. Sposoby były dość pospolite, wywołujące uśmiech pobłażliwy nawet na ustach Tomka, nie zaliczającego się do smakoszów wytwornej kokieterji, ale sama mistrzyni była niezwykle powabna, wzbudzająca apetyt szczery, nawet niecierpliwy. Był to pyszny typ na świetną kurtyzanę w przyszłości. Tomek widział to, rozumiał i zdumiewał się, niemniej jednak poddawał się pod jej wpływ, działała na niego.
Siedzieli w cieniu wielkiej jodły, zasnuci baldachimem gałęzi Karolcia mówiła mu ciągle o swej miłości, tęsknocie za nim o złamanym życiu i wiecznej już niedoli. Gdybyż choć o niego była spokojna, że on będzie szczęśliwy, ale... Umilkła z ciężkim westchnieniem, zawieszając niedokończone zdanie w powietrzu. Tomek wzdrygnął się i ostygł wyraźnie. Więc Karolcia prędko radziła się go, co ma teraz zrobić i czem życie stargane zapełnić. A gdy jej przypomniał, że ma wszakże iść na sanitarjuszkę, zająknęła się i dodała spiesznie, że przecież wojna się kiedyś skończy, a chociaż ona pragnie śmierci, jednak sanitarjuszka to nie żołnierz na froncie, jeśli zatem nie zginie, co wtedy?..
— Wyjdziesz za mąż — rzekł Tomek, powracając mimowoli do dawnej formy nazywania.
Dziewczyna upadła twarzą na jego kolana, płakała z radości, że on ją znowu, jak swoją nazywa, że tak być powinno, bo ona chce być jego sługą, bo on może z nią zrobić wszystko, nawet zabić. I tak płacząc i zaklinając się, wczołgała się całym ciałem na jego kolana, zwinęła się jak wąż, przywarła do niego, otaczając go mocno ramionami. Białe jakieś batysty usunęły się z niej głęboko, rozplotły włosy, cisnęła się do niego tak zaborczo i namiętnie, że Burba ledwie głowy nie stracił.
Jednakże wspomnienie Elży oderwało go znowu od Słupskiej. Uciekł, przeklinając siebie, swoje zmysły i Karolcię.
— Szelma dziewczyna! co się z nią zrobiło. Nie na sanitarjuszkę dla chorych, ale na uciechę dla oficerów pójdzie.
Zaczął przemawiać w duchu do narzeczonej.
— Elżuś moja, wybacz, jestem łotr, ale to wybryki zmysłów, to nie moja dusza; dusza, serce tobie na wieki oddane.
Powróciwszy, stał pod oknem Elży i modlił się do niej.
Nazajutrz Tomek był wyjątkowo czuły, Elża chłodna i dziwnie zmieniona. Śnił się jej Dovencourt w jakichś odmętach brudnych fal, borykający się z potworami morskiemi. Oplotły go wielkie ośmiornice-głowonogi, on je zwalczał a nowe macki, jak baty, wysuwały się z morza, chwytając go wpół. Twarz Artura była zimna, lecz niezłomna w energji, zacięta wola i siła zastygła zda się na niej. Na jego piersiach widziała swoją fotografję, zdjętą w jego Kodak, w La Turbie.
Gorska nie mogła zapomnieć tego snu. Straszny niepokój nią targał o Artura.
— Może zginął na pancerniku. Boże, zmiłuj się nad nim i nade mną.
Czułości Tomka drażniły ją wyjątkowo; doszło do sprzeczki odrazu ostrej, bo oboje nie mogli dłużej panować nad sobą.
— Zawsze chcesz być królewną dla mnie łaskawą, lub nie — zawołał Burba.
Elża przerwała wreszcie potok wyrzutów narzeczonego, zamknęła się w swoim pokoju; Burba pojechał do lasu i... spotkał Karolcię. Ale tym razem wyśledził go Uniewicz. Wiedząc o sprzeczce, bał się o Tomka, gdyż Burba dosiadał konia z jakimś okropnym wyrazem złego w twarzy.
— Ten warjat wreszcie sobie co zrobi — pomyślał pan Mel i ruszył za śladem w głąb boru. Długo błądził, nie chcąc spotkać Tomka. O grubym już zmroku ujrzał z daleka leśniczego Słupskiego, który skradał się pomiędzy drzewami.
— Poluje jucha na upatrzonego. Na kłusowników narzeka, a sam pierwszy.“
Było już zupełnie ciemno, Pan Mel postanowił wracać do domu, niespokojny bardzo o Tomka. Bał się nawet, że sam zabłądził, szedł wolno, rozglądając się uważnie. Maszerował tak już zbyt długo, gdy wtem usłyszał nagle chrobot jakiś szczególny, chrzęst i jakby żucie potężnych szczęk.
— Łoś, albo jeleń w haszczach — pomyślał.
Jeszcze parę kroków i ujrzał w ciemnościach duże zwierzę z pochylonym łbem ku ziemi. Żuło trawę.
— Co u licha! Co to jest?
Podszedł bliżej, włosy zjeżyły mu się na głowie; poznał chrzęst uzdeczki i dźwięczenie wędzidła.
— To koń Tomka.
Był już przy wierzchowcu. Ataman drgnął, ale wnet parsknął porozumiewawczo i na nowo zabrał się do trawy.
Uniewicz obmacał go uważnie, stwierdził, że jest przywiązany.
— Gdzież Tomek?..
Mrowie przeszło go po ciele, targnął nim straszliwy lęk o przyjaciela, chciał krzyknąć, lecz się instyktownie powstrzymał, bo oto usłyszał znowu cichy jęk, jakiś dziwny w brzmieniu. Uniewicza oblał zimny pot przerażenia. Wtem spazmatyczny, łkający śmiech, kobiecy przeszył ciszę leśną.
Pan Mel zdrętwiał, stał przykuty do miejsca.
— Całuj... całuj... jesz... cze — głośny szept, znowu śmiech straszny, dziki, namiętny jakiś, bestjalski, śmiech samicy rozjuszonej.
— Cicho... Karolka! nie krzycz tak, sprowadzisz tu kogo — szeptał stłumiony głos męski.
Uniewicz poznał i oparł się ciężko o drzewo. Nie miał sil do ucieczki, nie chciał, by go wykryto, pragnął wsiąknąć w drzewo, zapaść w ziemię.
Słyszał pocałunki i znowu szept kobiecy.
— Bierz mnie, jam przecie twoja, chcę ciebie i ty mnie chcesz, czyś ty nie mężczyzna, panie mój. Przecie widzisz, jam ci nie oporna, ja mdleję... mdleję...
— Nie kuś mnie ty... nie można — odburknął Tomek.
Uniewicz odetchnął.
— Bogu chwała!
Szeptali coś jeszcze, ona prosiła pieszczotliwie, on się bronił słabo, wreszcie pan Mel usłyszał szybkie kroki Burby. Prędko usunął się w bok za drzewo. Tomek zdyszany dopadł konia i wskoczył na siodło.
— Boże mój, Boże!... — jęknął cicho, ale tyle było wyłącznego wyrazu w tym szepcie, taki ból i żal, że Uniewicz wszystko pojął, wszystko zgłębił.
Gdy Burba odjechał, Uniewiczowi zdawało się, że słyszy znowu jakieś szepty w tej samej stronie co poprzednio.
— Co u djabła!
Wytłomaczył to sobie następstwem przeczulonego słuchu i ruszył w kierunku Warowni, gdyż po polance zorjentował się w miejscowości. Ale wkrótce potem zastanowiło go ciężkie stąpanie kroków. Przyczajony czekał. Mignęła wśród drzewa czarna postać tęgiego mężczyzny, rozległo się wesołe gwizdanie. Szedł Słupski.
— Aha!... i przedtem go spotkałem, ana!... rozumiem! Powtarza się historja zamku Wileńskiego z czarnym i rudym Radziwiłłem, tylko z tą różnicą, że tu zdaje się i bohaterka wmieszana do intrygi; te drugie szepty może to i nie było złudzenie. Tfu! kanalje!
Uniewicz zamyślił się poważnie. Psychologję Tomka i Elży znał dobrze. Ona była już dawno zbyt wyraźna, on zaczynał pozbywać się swych złudzeń i to go wykoleiło z równowagi duchowej, podczas gdy obcowanie z narzeczoną działało drażniąco na jego bujną naturę i wprowadziło go w stan niemal chorobliwy.
— Skorzysta z tego ten pająk leśny i ta ćma. Sieci rozciągnięte.
Jeszcze nie wpadł w nie dzięki Bogu, ale to była jego ostatnia ucieczka — kombinował pan Mel. Nie tylko poznał to po Tomku, ale i odczuł w gwizdaniu Słupskiego.
Ścisnął zęby z wściekłości, wyrzucił przekleństwo z wzburzonej piersi i znowu szukał ratunku dla przyjaciela. Sprawa była trudna, skomplikowana, ale pan Mel zawziął się. Po długich namysłach doszedł do wniosku, że ocalenie Tomka zależy od Elży i jest w jej ręku. Ona powinna wszystko wiedzieć i niech się to ostatecznie rozstrzygnie.
Miotały nim uczucia bardzo szczególne: obawy o Elżę i o Tomka zarazem. Bał się finału, ale rozumiał, że jest on już niezbędny, nawet konieczny.

VII.

Trudną była rozmowa Uniewicza z Górską, ciężka nad wyraz dla niego, kłopotliwa dla niej, ale pan Mel nie zawiódł się w przekonaniu swoim o Elży. Z wypiekami na twarzy, wzburzona, lecz panująca nad sobą, podała rękę przyjacielowi serdecznie.
— Prószę być spokojnym, ocalę Tomka.
W jej głosie była jakaś głucha nuta, może tłumiąca jęk duszy.
Uniewicza zdławił żal.
— Pani droga, wszak tu i o panią chodzi.
— Proszę być spokojnym — powtórzyła ciszej — ja jestem zdecydowana i pogrążyć Tomka nie chcę, bo on mnie kocha.
— Tak pani, tak, on panią kocha szalenie i dla tego tylko może go spotkać nieszczęście.
— Ja tego nie rozumiem, przyznaję, może sądzę po kobiecemu, ale staram się odczuć, tłomaczę Tomka i ratuję go.
— To tylko od pani zależy.
— Wiem, wszystko to moja wina.
Uniewiczowi zdawało się, że była w tych słowach odrobina ironji, ale może więcej bólu. Ucałował jej ręce ze szczerym współczuciem, co Elżę dotknęło niemile.
Wysunęła ręce nerwowo z jego uścisku i zawołała żywo:
— Pan lituje się nade mną niesłusznie, na litość zasługuje ten, kto nie ma woli i ten, kto, patrząc na przedmiot czarny, wmawia w siebie, że jest biały i ten, kto jest jak dziecko, które gryzie kamyk, myśląc, że to czekolada i beczy, że twarde, niesłodkie i...
Nagle Gorska wpatrzyła się w twarz Uniewicza, myśl poważna skupiła jej brwi na czole, rysując na nim bruzdę głęboką. Policzki kobiety zabarwiły się jaskrawym rumieńcem, w oczach mignął wstyd. Rzekła ciszej z goryczą:
— Ma pan rację, tak, i ja zasługuję na litość, więcej niż on — dodała szeptem i prędko odeszła.
Pan Mel uczuł dziwne ściśnięcia serca, zapiekły mu źrenice i zwilgotniały, co wydało mu się niezwykłem. Długo ze zwieszoną głową rozmyślał. Elża zaś czyniła sobie bolesne wyrzuty.
— Tomek przeze mnie traci władzę nad sobą i może wpaść w historję, która nas wszystkich pogrąży, tamta dziewczyna padnie ofiarą także przeze mnie, bo przecież bezczelne plany jej ojca w żadnym razie celu nie osiągną.
Elża nie chciała wierzyć, aby Karolcia mogła być taką Messaliną, za jaką ją Uniewicz przedstawił. Ona kocha Tomka wiernie, zatem „oślepła i ogłuchła“, a jej ojciec czyha na Burbę, ponieważ ten podrażniony chłodem narzeczonej ha!... ha!... z rozpaczy idzie na wabika tamtej, miłującej go i oddanej bez zastrzeżeń ha!... ha!.., męska psychologja! — Zwierzęcość, zmysły i nic więcej. Miłość do mnie pcha go w ramiona tamtej — wstrząsała się Gorska, a jednak wierzyła, że Tomasz ją, i tylko ją kochał.
— Każdemu, kto mnie kocha, przynoszę nieszczęście, fatum za mną chodzi, moja tragiczna niańka od urodzenia mi wierna — rozgoryczała się Elża. Ale trzeba zdławić fatum, zniweczyć ten fatalizm prześladujący, nagiąć go do własnej woli. Samej dla siebie ukuć kajdany, bo wszakże przysłowie mówi: „każden jest kowalem własnego losu“. I ja się nim stanę dla siebie. A... mogłabym być złotnikiem swego losu — przeszyła mózg Elży myśl, jak lśnienie błyskawicy płomienna.
Kobieta przymknęła powieki, trwożna, błagająca modlitwa była w jej sercu i silny nakaz dla samej siebie: „zamykaj szczelnie drzwi do gmachu wspomnień, bacząc, by się doń marzenia i tęsknota nie wkradły”. Za tym nakazem nasunęła się uparta wizja cudu, snu, zachwytu, jaki mógł być jej udziałem... gdyby... i dewiza — „to co było cudną jawą i co rzeczywistością cudowną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie“.
— To będzie tematem kiedyś mojej książki o nim w której on stanie się istotnym bohaterem złotego snu. Rzeczywistość nie dla mnie, pozostaje marzenie, ono będzie wieczną osłodą życia. A żyć jednak trzeba.
Elża porozumiała się z Tomkiem łatwo, nie tłomaczyła się ze swego postępowania, nic mu nadto nie obiecując, ale miłość Tomka niezmienna i głęboka podziałała na nią kojąco.
— Takie uczucie to już plus w życiu wielki, dla takiej miłości można dużo ustąpić z własnych pragnień — starała się wmówić usilnie, wpoić to w duszę swoją starganą.
Ale demon buntu odpowiadał jej natychmiast:
— Można, o ile w duszy nic innego nie tkwi, o ile w sercu głucho i pusto. Złoty, złoty sen duszy, cudowne marzenia serca, to dla ciebie jako promień przewodni życia, jako jego natchnienie, a życie samo... dla Tomka, dla jego szczęścia.
Zgrzytał śmiech jakiś, ironja i bunt niepokoił, ale Elża była już zahartowana duchowo. Zwalczyła się ostatecznie. Pozostał tylko ukryty w duchu trwożny lęk głuchy jak przeczucie, lęk nieokreślony, niepojęty, a ciągły niby tępy ból. Nurtował ją, dręczył i niezależny od niej nie dał się zwalczyć. Elża chciała zabić w sobie ten zew złowrogi, podniecała sztucznie energję swoją, zmusiła wolę do skierowania myśli w stronę Tomka. Pozornie stanowczość jej odnosiła skutek wyborny. Starzy Burbowie odetchnęli swobodnie, pełni nadziei w przyszłość syna. Tomasz żył szczęściem odzyskanym i nie rozpatrywał go, nie badał, wierzył w swoje „Słońce Życia“, jak nazywał narzeczoną, pragnął być wyrozumiałym na wszelkie jego przyćmienia, byle świeciło dla niego, jaśniej, czy ciemniej — byle dla niego.
Po rozmowie z Elżą Karolcia czekała na niego napróżno. Burba już się nie pokazał. Wstydził się tych paru spotkań ze Słupską, wyrzucał je sobie, potępiał siebie, Karolcię znienawidził.
Wkrótce urlop Tomka skończył się; wyjechał, postanowiwszy spotkać się z Elżą i rodzicami w styczniu w Warszawie i tam wziąć ślub, gdyż przez te kilka miesięcy miał być stale na froncie.
W chwili odjazdu Tomasza Elża była serdeczna ale roztargniona. Gdy Tomek pochłaniał pocałunkami jej ręce, spytała nagle:
— Kiedy wrócisz?...
— Pytasz, Elżuś? Wszak już tu wrócimy razem w zimie.
— Ach tak, prawda.
Tomek, chcąc zatrzeć przykre wrażenie tego pytania, zawołał wesoło:
— Mel zostaje na gospodarstwie, on przeto będzie nas witał w Warowni kosmatą ręką. Nie zapomnij, Melu, wdziać rękawicy.
— Z całego Kajtusia skórę zedrę na ten cel — rzekł Uniewicz, ale tak ponuro i z takim akcentem w głosie, że wszyscy teraz spojrzeli na niego zdumieni.
Stary Burba wtrącił poważnie:
— Chlebem i miodem tak już my z Urszulką sami was przyjmiemy, młode orlęta w starym gnieździe, potrafimy wyprzedzić waszą kolasę w drodze, by dziedziców Warowni godnie przyjąć.
— Tak i poco gadasz, Cezary, miała być niespodzianka. Ot język!
Po odjeździe Tomka, Elża, patrząc w zamyśleniu na oddalający się powóz, zwróciła się nagle do Uniewicza:
— Cóż Karolcia?
Pan Mel milczał.
— Nie odpowiada pan na pytanie.
— A czy ta Słupska interesuje panią jeszcze tak dalece? Wszakże już nie grozi Tomkowi z jej strony żadne niebezpieczeństwo, zresztą przed chwilą myślała pani o czym innym, dalekim od Słupskiej, tylko dla mnie jest ten komunał pytania, ale poco się pani trudzi.
— Dziwny pan jest, doprawdy. Nie pytam o tę pannę ze względu na niebezpieczeństwo jej dla Tomka, lecz o nią samą.
— Więc pani żałuje złamanej miłości tej dziewczyny, czy jej zakusów.
— Żałuję każdego uczucia, które nie rozkwitło w pełni i ginąć musi, zapoznane.
— W takim razie zadużo by osób żałować trzeba w samej Warowni, nie licząc istotnego bohatera „Fatum“. Nie wiem nic o jego „rozkwicie“, nie znam jego psychiki, ale wiem, że tylko na jego ból, nawet największy, można śmiało odpowiedzieć słowami panny Mancini do Ludwika XIV: „Vous étes roi, sire; et vous pleurez.“
Gorskiej zdawało się, że ziemia pod nią runie w przepaść, nie mogła wypowiedzieć słowa.
Uniewicz, nie patrząc na nią, wyszeptał cicho: — proszę wybaczyć — i odszedł.
Cały względny spokój Elży zniweczyły te słowa.
— Vous etes roi, sire, vous étes roi — powtarzała sobie uparcie, wracając do znanej wizji jego postaci, patrząc oczyma duszy w jego chłodne, lwie źrenice. Ujrzała w nich ironję, sarkazm szatański, siłę i pewność siebie, lecz nie było w nich bólu, ni męki, ni tęsknoty.
— Zapomniał, Wzgardził, znienawidził.
— Vous étes roi, sire. vous ne pleurez pas! To lepiej, lepiej, bo to moja rola, tylko moja.
Elża wstrząsnęła się.
— Ale skąd ten Uniewicz... — pełna była skłębionych rozbieżnych, ponurych myśli.
Weszła z hałasem na ganek pani Urszula.
— No, Elżusiu, dość tęsknoty za narzeczonym, będziesz go miała, detyno, wkrótce, stale i na zawsze mężem. A teraz chodź, pójdziemy do śpiżarni, do piwnic dojrzeć układania warzyw na zimę, przynieśli rydze, jeszcze trzeba solić, chcę, żeby wam, ptaszkom, nie tylko miło, ale i dostatnio było w Warowni.
Spojrzała na Elżę i wykrzyknęła z przestrachem:
— A tobież co się stało, Elżusiu, chora czy co?.. blada, w oczach łzy. Co tobie jest?..
Elża milczała.
— At kiedy dziwaczysz się. Rozumiem, że żałujesz Tomka, ale przecież on nie uciekł. Wróci, detynko, wróci, ukocha po mężowsku, nie opuści. Taki Tomek ho, ho, to złoto szczere, skarb dla żony. Ty, Elżuśka, wielki los wygrałaś w życiu. No, chodźmy, bo czas do pracy. Wieczorem przeczytasz coś dziadkowi, to się rozerwiesz, byle nie gazetę, bo straszne w nich wieści i wierzyć się nie chce, co się na świecie wyrabia. Pójdźmy!
Objęła w pół przyszłą synowę i pocałowała ją czule w czoło. Poszła naprzód, za nią powlokła się Elża blada, cicha, znękana, z wizją przymrużonych ironicznie oczów, z szeptem na drżących ustach:
— Vous étes roi, sire, vous étes roi...

VIII.

Elża czytała pamiętnik z Riviery.
...Leżałam na brzegu morza Śródziemnego, w potokach słońca, które zdawało się dotykać mnie płomiennemi mackami swych promieni, zlewało na fale i piasek nadbrzeżny tyle ognia, że woda stała się złotą, spienioną od gorąca i przeczystą jak tafla cennego kryształu. Białe piany burzyły się wszędzie, wąskie i szerokie ich pasma widać było hen, w oddali, na migotliwej lśniącej jaskrawo błękitem i srebrem puszczy wód. Kołysało się morze rozkosznie, fale piętrzyły się i spływały powoli, wdzięcznie, całowane namiętnie przez wściekle palące słońce, muskane wiatrem lekkim, jak szelest skrzydeł przelatującej mewy.
Brzeg, na którym siedziałam nie był plażą, lecz urwistym skalnym występem lądu, z głęboko wsuniętą w morze ławicą piasku. Słońce i tu dokazywało cudów, rozsypując wskroś białych fal piasczystych miljardy iskier złotych. Kamyki, wyrzucane przez szumiące udary wód, migotały jak brylanty, lśniły niby opale, czasem słońce rzuciło na nie purpurę; wówczas płonęły krwiste rubiny. Skały wyniosłe, poszczerbione jakby murem niebotycznym, odgradzały ziemię i ludzi od pełni morza, burzącego się ze wszech stron. Cały brzeg pokrywały złomy skalne, większe i mniejsze, wypolerowane jak szkło od ciągłego lizania fal, które skakały przez te progi kamienne, opluwając je pianą. Większe głazy woda obejmowała miłośnie do połowy tylko, tworząc dokoła suchego czuba wzburzony, biały wianek.
Nie było tu roślinności, gdzieś na szczytach skał czerniły się jakieś drzewiny, zresztą tylko niebo lazurowe, otchłanne a gorące, szaro-niebieskie, rozhuśtane morze, zmieniające kolory, niby muszla drogocenna i skały ciemne, skały rude, miejscami czarne, to znów przezroczyste jakieś, jakby złomy kryształu. I piasek. Cóż za rozkosz leżeć na tym sypkim, miękkim jak puch, o delikatnej barwie kremowej, piasku!
Diuny — te są niby zbiorowiska piany nagromadzonej w zwartej masie u podnóża skał. Burzą się, tworzą pagórki, dołki z nagromadzoną wewnątrz wodą od przypływów,, przeważnie jednak fala wygładziła piasek, wypolerowała na nim swe ślady grzebieniasto-ostre, jakby odcisk płynących bałwanów. Algi morskie wyrzucone z dna schną i kurczą się na piekocie, słońce przepala tu wszystko, sięga zda się do dna ziemi, obnosi się chwilami takie wrażenie, że ten wielki bulgot morski zakipi z nadmiaru gorąca.
Słońce przedziwnie wielkie, przerażająco bliskie ziemi panuje tu wszechwładne, to jedna potęga; morze druga, dwie siły, dwa kolosy. Wobec nich zmalały skały, ten skrawek lądu, wydawał się nicością, ja zaś robaczkiem. Miałam wrażenie, że jestem jak te algi morskie; one z głębin fal wychodzą, ja z odmętów świata.
Leżąc na piasku jak alga, patrzałam w sino-srebrną dal wód z rozkoszą, że mogę oto spoglądać na ten cud — morze i, że jestem sama. Jak dobrze niekiedy być samą! Myśl płynie swobodnie, lawiruje wśród mózgowych zakamarków, wyławiając wszystko, co się jeno w tych komorach gnieździ. Wywłóczy się z mózgowych diun całą naiwność natury ludzkiej.
Wówczas samokrytycyzm mój, bezwzględny władca, milczy bezsilnie. Śmieje się tylko mój cień — demon, będący zawsze w pobliżu mnie, raczej zawsze ze mną i we mnie. Teraz rechotowi demona mojego wtóruje morze potężnym chichotem.
Samotność nie tylko jest pouczającą, lecz i koi, sprawia ulgę, jest dla duszy tym, czym naprzykład zdjęcie żelaznej zbroi dla ciała.
Samokrytycyzm milczy, więc nie przeszkadza, nie wywołuje goryczy i tak jest dobrze. Świat daleki za siódmą skałą, ze siódmą diuną ludzie mnie nie widzą, ja ludzi i — zupełnie, zupełnie za nimi nie tęsknię. Lubię samotność, gdyż wtedy właśnie nie jestem samą. Towarzyszą mi moje myśli, nurzam się w świecie moich marzeń i złotych snów niedościgłych w rzeczywistości, lecz niemal realnie uwypuklonych w mej wyobraźni. Żyję przeto dualistycznie, bo istotnie i wyobraźnią, wolę ten drugi byt, w nim czuję się magnatką. W postaciach, stworzonych w mej Ikarji widzę koleżeństwo duchowe ze mną, tylko one nie są skalane życiową mierzwą, ludzkim brudem, ja zaś żyję wśród ludzi, więc zbyt często pragnę kąpieli ożywczej, jak Hagar pragnął kropli dżdżu, i nie mam jej. Miewam depresje duchowe niekiedy tak silne, że ciężarem swym przygniatają mnie do ziemi. Goryczy mam pełną duszę, żalu do siebie i swego losu, tęsknoty za tem, czego nigdy nie dosięgnę.
Morze usposabia mnie do tęsknoty, ona jest we mnie, lecz za czem?...
Za szeregiem lat, które minęły i które mi nic, nic nie dały, prócz żalu — że były. Przepłynęły one nade mną takie jałowe, takie monotonne i smutne, jak szary dżdżysty dzień jesienny. Wlokły się i wlokły ciężkie tygodnie, miesiące owych dni w rosie deszczu zatopionych. Ach, jak często płakałam wówczas!... Hej, lata moje młodzieńcze! do wspomnień waszych ucieka się zawsze z rozkoszą i z tęsknotą pieści się was, mówi się o was z uśmiechem dziecięcej radości na ustach. Lata młodzieńcze, będące niemal dla każdego uśmiechem życia, jego jedyną urodą...
Dla mnie one były katownią. Tak, te lata piękne, obfite w treść i zapał były dla mnie płaskie, złe i okrutne. Pragnienie czynów kołatało się w duszy, lecz niespożytkowane i chloroformowane ze wszystkich stron — aż zgasło.
Och, lata moje młodzieńcze, lata przebrzmiałe bez melodji i rytmu, byłyście potworną kakofonją, bezwdźwięcznym hałasem na tle moich zamiłowań wręcz przeciwnych i moich pragnień nigdy nie zrealizowanych. Moje marzenia pozostawały tylko w krainie marzeń, mój zapał, mój ogień wewnętrzny, który we mnie wrzał, moje natchnienia, które mnie niosły w krainę szczęścia, rozwiały się w mroku rzeczywistości. Zawsze tłocznia, zawsze kanciaste ramy dokoła. Więc nie tęsknota za cudem lat młodzieńczych, więc żal, że te lata właśnie cudem nie były. To mi truje duszę, ten bezdenny przesmutny żal. A może to tylko pesymizm rozpanoszył się we mnie i wszystko przedstawia z najgorszej strony?... Czy wogóle z każdego losu byłabym kiedykolwiek zadowolona przy moim upartym krytycyzmie... Jeśli ktoś nigdy nie jest zadowolonym z siebie, czy może być w zgodzie z własnym losem?... Choćby w kwestji uczuć. Tęsknię całe życie za miłością duchową, za jakimś ścisłym kontaktem duszy męskiej, silnej bogatej a niepospolitej, z moją duszą i — znajduję?... zawsze tylko zmysły Tak, kto mnie kocha, bezwarunkowo pożąda mnie w równej mierze. Czasem zdaje mi się, że wzbudziłam uczucie głębokie, że zainteresowałam duchowo; krzepię się tą myślą, tą złotą nadzieją, że oto teraz będzie mój Syon, że odnajdę w sobie człowieka, że się pogłębię przez wspólność dusz, że się uszlachetnię przez to samo, że ten ktoś widzi we mnie człowieka, potem kobietę. Wiec garnę się do tej jednostki, cenię ją za wybitniejszą indywidualność tylko z powodu, że nie jest szablonem, że inaczej traktuje głębie uczuć. Jestem przed nią szczersza niż przed innemi, moje credo z ufnością jej powierzam jako komuś niepospolitemu, nurzam się w tej wymarzonej dziedzinie ducha, w tej abstrakcji z dobrą wiarą — niemowlęcą.
Rezultat zaś tego wyidealizowanego Syonu zawsze jednakowy; po pewnym czasie owej cudnej wspólności duchowej, człowiek usypia sobie wolniutko, zostaje tylko mężczyzna, (to się określa nieco ordynarnie, po zwierzęcemu), który widzi we mnie tylko kobietę (określenie toż samo co męskie)... Następuje przetarcie oczu, przykre głupio-dziwaczne wrażenie, podobnie do tego, jakie nawiedza ludzi po zniknięciu malowniczej fatamorgany. Pryska czar, urok rozwiewa się bezpowrotnie, zostaje brzydka proza. On, patrząc w moje oczy, nie szuka już w nich duszy, lecz oczekuje na kokieterję, wyławia zamiast myśli wdzięk ze spojrzenia, on, który dawniej widział całość, teraz dostrzega szczegóły. Wpija wzrok w szyję, pożera oczyma biust, ocenia nogę, spływ ramion, kształt i rozchylenie się ust, ich barwę, słowem, przepala pożądaniem istotę, która była dlań dotąd człowiekiem, zanim zmysły nie ukazały mu jej w formie ciała kobiecego. Oto kwintesencja ideału! To jest przekleństwem mego życia, zawsze wzniosła uwertura, opowiadająca klasyczną sztukę i... pospolity czysto ludzki finał.
Takich doświadczeń miałam kilka w życiu, pomimo, że nie jestem ani piękna, ani erotyczka. Do jakich wniosków dochodzą kobiety bardzo piękne i erotyczne, nie wyobrażam sobie, lecz pewno do bardzo smutnych, o ile nie są tylko lalkami. Zresztą czy ja tu jestem bez skazy?..
Mea culpa, mea maxima culpa! Och, ironjo! zgrzytaj!, sarkazmie śmiej się! pesymizmie, wyj!!
Wszak i ja jestem tylko, tylko kobietą. Wprawdzie nie ja pobudzam zmysły w sobie, jak to robią mężczyźni, lecz może pozwalam je budzić.
Bądźmy sprawiedliwi! Jestem duchem i tylko duchem do czasu, aż on przestaje nim być, bo, gdy on zaczyna szukać w mych oczach kokieterji, w końcu ją... znajduje. Ach, sarkazmie, jak ty się śmiejesz! Aby ktoś mógł doszukać się we mnie kokieterji, muszę jednak mieć na to pewne warunki. Pierwszym głównym i jedynym — jest zdaje się duża wartość etyczna i estetyczna, duchowa (znowu duchowa), następnie rasa, komfort, elegancja światowa, sarkazm, złośliwość demoniczna, pewność siebie (bez zarozumiałości), energja, lecz nie reklamująca się głośno, broń Boże! raczej ukryta w pozorach albiońskiej flegmy, oraz brak skłonności do pozorowania cnoty. Tartuffów nie znoszę, nic również z tego, co się bogobojnie nazywa — poczciwością. Trzeba być siłą non plus ultra, ale aksamitną nawet w erotyzmie. Zawsze potęga w subtelnej powłoce — nigdy mazgajstwo.
Odbiegłam daleko od poprzednich refleksji. Chciałam złagodzić swą winę tłómaczeniem, że kokieterję moją wywołać może tylko wybrany typ. Słaba obrona, nie wyjaśniająca zasadniczo kwestji, że i we mnie, jak w każdej istocie żeńskiego rodzaju, siedzi przedewszystkiem kobieta, że tkwi we mnie prawo naturalnego doboru. Może w stosunku do mojego „ja“ zbyt śmiałe wymagania jego i że, co najsmutniejsze, kierunek duchowy i we mnie zmienić się może w prądy kokieteryjne. Jednakże zmienić się może, czyli, że przypadkowo, nie prawem szablonu, ale w trybie warunkowym i że od uwertury, na temat idealny komponowanej, nie przechodzę bezpośrednio do erotycznego finału, lecz po burzliwych walkach, sarkazmach i zniechęceniach.
O ile wogóle przechodzę?.. Takie typy, jakim jest mój typ mężczyzny, nie rosną wśród pospolitych zielsk ludzkich, więc spotkać je dość trudno. — Czy Artur to taki typ?
Bezwarunkowo. On mnie kocha tak, jak mężczyzna kobietę, mówi, że czaruje go moja dusza, że posiadam dlań urok nieprzeparty i t. d. i t. d. Anglik!
No, nie angielska zimna krew niekiedy przez jego źrenice przenika, zwłaszcza, gdy na mnie patrzy...
Za co on mnie kocha, co mu się we mnie podobało, temu rasowcowi, temu światowemu panu i dyplomacie?
Ja zwykła sobie Elża Gorska, z moją częstą ekscentrycznością — jak mówią, no, i z mojemi chimerami.
Dziwne są czasami drogi przeznaczeń ludzkich. Dwoje ludzi urodzonych prawie na dwu krańcach Europy, spotyka się w Vintimilli; on wraca z Riviery, ona tam jedzie. Obserwował ją z godzinę, bo „coś“ go w niej uderzyło, „coś“ mu się w niej podobało, „coś“ go ku niej pociągnęło. A że on jest człowiekiem, nie liczącym się z niczym i zupełnym panem swej woli, więc bilet paryski poszedł do kieszeni, zastąpił go bilet do Nicei i — powrócił za nią. Za mną. Czy to jest prawdopodobne... A jednak musiałam mu wierzyć i nie tylko jemu, bo i Chreptowskim, którzy mi to mówili. Widziałam go zresztą w ekspresie paryskim, potem na sali, na peronie stacyjnym i wreszcie w moim przedziale. Sprawę poznania się zręcznie przeprowadził i potem już stale był przy mnie — „Attaché“ — jak go złośliwie nazywała pani d’Ivonie, pijąc do jego dyplomacji.
Gdy rozważam ten stosunek jego do mnie, nasze rozmowy, jego wyznania, wyczuwam tę lwią siłę, jaka w nim przebija, coraz bardziej się zastanawiam, dlaczego odrzucam go, dlaczego taką karjerę życiową pomijam? Ofiarowuje mi wszakże miłość, chyba szczerą, silną, męską opiekę, nazwisko swoje, stanowisko w świecie, życie w pysznej oprawie kulturalnej, no, i duży majątek. Człowiek postępowy, wszechstronnie wykształcony, inteligent nieprzeciętny, natura potężna, żywiołowa, charakter spiżowy, wola-ogrom, wola-tytan! Wiem, że posiadam jego miłość, jego szacunek, nawet cześć, ale zawsze mi się zdaje, że głównym czynnikiem uczuć jego są zmysły. Pożąda mnie całą mocą męskich nerwów, moja odporność męczy go i gniewa, moja wola sprzeciwia się jego woli, że zaś przytym szanuje mnie istotnie, że boi się mnie spłoszyć, przeto trzyma siebie na munsztuku, skierowując energję swą do tego właśnie. Zna mnie, zna na wskroś, więc wie, że kampanji nie wygra, a pomimo to siła jakaś dziwna trzyma go przy mnie, pod moim urokiem, jak on to nazywa.
Ciekawe! Opieram się karjerze światowej i świetnej, dla mnie wprost niespodziewanej, opieram się błaganiom Artura, nakazom jego woli. Dlaczego?.. Dlaczego?., na Boga!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Pamiętnik urywał się.

Były to jego ostatnie zapisane stronnice. Elża chwyciła pióro i na pustych kartkach jęła pisać gorączkowo, postawiwszy datę.
„Opierałam się wtedy dla jakiejś chimery niepojętej i opieram się teraz... Dlaczego?.. Czyże kocham Tomka?.. Nie. ale dlatego, że on mnie kocha bezgranicznie. Więc ja zamieniłabym życie, które on mi z serca ofiarowuje, na rajski byt z Arturem, Tomek zaś zostałby w goryczy, w bólu, z żalem do mnie i za mną! On miałby piekło na ziemi, jabym mu to piekło stworzyła, mój egoizm. Tomasz kocha mnie z całej duszy, wiem, ale może głównie zmysłami. Więc nie można mnie inaczej kochać?!. Artur mówił mi kiedyś, że nie. Wyraził się zabawnie, że — jest to fizyczne niepodobieństwo. — A jednak posądzenia moje dawne co do zmysłowych uczuć Artura upadły. On sam zaprzeczył, kochając mnie bez zmiany i bez widywania tyle lat. Więc duchowość w nim przeważa.
Pożąda mnie, bo i ja to odczuwam, ale pożąda inaczej, niż Tomek. Kwestja intelektu i wyższej struktury duchowej. Czyli, że nietylko zmysły budzić potrafię, bo o ileby tak było, to znaczy, że przeważają we mnie czynniki zmysłowe.
Tak jednak nie jest. Mam temperament żywiołowy, przyznaję, ale nie zmysły, to różnica! Mam zapalną głowę, lecz nie posiadam lubieżności i niecierpię jej nawet z nazwy... Zmysłowość Tomka razi mnie nieraz i gniewa, ale to wszakże wypływa z jego natury. Więc ponieważ często się absolutnie nie rozumiemy, ponieważ on psychicznej istoty mojej ani trochę nie odczuwa, nie wnika w moją duchowość, — czy ja dlatego mam go unieszczęśliwić, łamać mu życie, zaciemnić je beznadziejnie, by swoje własne zanurzyć w szczęściu? To byłby straszny, okrutny egoizm, może nawet podłość. Dużo kobiet robi tak bez skrupułów nawet z mężami, tylko ja jestem wieczna niewolnica swej przeklętej etyki, ale pozbyć się jej nie umiem; wyrzucić ją ze swej jaźni nie potrafiłabym, zrosłam się z nią, pokumałam i źleby mi było bez niej. Chociaż nic nie łączy mnie z narzeczonym, prócz pewnego obowiązku względem niego i swego sumienia, przemogłam silne pokusy, zwalczyłam moc pragnień i zdławiłam w sobie żądzę życia, prawdziwego życia.
Pogrzebałam raz na zawsze mój złoty sen, już go nie odnajdę, to pewne. Z Arturem odrodziłabym się duchowo, ale los chciał, że musiałam zniszczyć wszelkie marzenia o tem. Jestem jak ćma, lecę na światło, które chciałabym w duszy swej zapalić i pochodnię taką oddać komuś w ręce, przyjąwszy od niego podobną.
Oddać ją Arturowi wówczas na Rivierze bałam się, dzięki swemu przeklętemu usposobieniu sceptycznemu, a jednak on jeden powinien ją był otrzymać i jego pochodnia wręczona mnie byłaby świetną i płonącą wiekuiście.
Ale ja, jak ćma, poleciałam na ogień uczuć Tomka i nawet w sobie zapaliłam płomień od jego serca gorejącego, lecz to, co było dla Tomka, spaliło się zbyt prędko, zasadniczy stos ognia moich uczuć płonął dla Artura i płonie nadal. Będę się w nim spalała, ale go nie zgaszę i trzeba będzie żyć bez żadnych promieni, będąc nawet otoczona przez płomienie, i zachować trzeba będzie czystość życia z mężem w płomieniu uczuć dla innego... i trwać na tym szczycie i, nie mogąc zbierać gorących kwiatów, ani je rozdawać hojnie, trzeba będzie siać wonne lilje na męża i dzieci, a samej zrywać jeno szarotki stamtąd, gdzie mogłyby być płomienne maki. A — co najtrudniej — trzeba się będzie wystrzegać ludzi, by tęsknoty mojej do szkarłatnych maków nie odgadli, bo ludzie są czasem tak bardzo źli.
Najlepiej jest przebywać samotnie, samotność uszlachetnia, ludzie upadlają, a im więcej ludzi, tym więcej upodlenia. Nieśmiertelny Seneka znał się na tem dobrze, a jeszcze lepiej Diogenes.
Jestem niesprawiedliwa, bo mam wielu sympatyków i ludzi bardzo mi życzliwych, którym ufać można. Pomimo to samotność jest bezpieczniejsza, bo wtedy ufam tylko sobie. Nikt mnie nie krytykuje, nikt nie wyszydza, nikomu nie wadzę, choćby tylko tym, że bądź co bądź stoję duchowo na nieco wyższym szczeblu, aniżeli przeciętna kobieta.
Wygórowane być może ambicje! Znowu drażliwość, nawet w stosunku do samej siebie, aby przed samą sobą nie wydać się zarozumiałą. Ciągle o sobie wątpię. Nie ufam kobietom, bo nieraz, łasząc się do mnie, ugryzły mnie aż do krwi, lubując się ostrzem swoich żądeł. Och, ileż ja takich babskich straszydeł w postaci aniołów spotykałam na swej drodze i jeszcze spotkam. Wolę otwartego szatana w mężczyźnie, niż fałszywego anioła, w babie, bo w pierwszym wypadku wiem przynajmniej, co czynić. Nie ufam także zbytnio męskim osobnikom, gdyż obawiam się, by który nie posądził mnie o chęć przypodobania mu się, lub o jakiś apetyt pod jakimkolwiek kątem.
A mąż?.. Tomek nim będzie. Mąż... Ach, Boże! ile to krótkie słowo zawiera dla kobiety tajemnic, zagadek, węzłów gordyjskich, czasem cichych dramatów, nieraz nawet tragedji, ale prawie zawsze jest bramą, do niewoli wiodącą. Zawsze to już jest kolizja swobody z obowiązkiem, z czego wyrasta bunt, lub pokorna lojalność; we mnie rozkrzewił się bunt i dławi. Zarysowująca się między mną i Tomaszem różnica duchowych jestestw gotowa zepchnąć mnie w dziedzinę rozpacznych borykań się.
Więc cóż mnie czeka?... Powiedzmy, co czeka nas oboje, skoro już teraz w duszy mi coś tak okropnie wyje, tak mi w sercu płacze!
A przyszłość... krwawe łzy, żal, gorycz, ból i bunt i rozpacz i bezdenny smutek i najtragiczniejsza ze wszystkiego beznadziejność.
Ale cóż pocznę z tą swoją dolą?
Mój demon, dążący za mną nieodstępnie, śmieje się rozkosznie. Troskliwy opiekun! Moje Fatum, które zewsząd na mnie czyha, pociesza mnie, że do tych kolców na drodze mego życia powinnam się była już przyzwyczaić.
W tej mętni mglistej trzeba jednak żyć. Dobrowolnie pod presją chwilowej psychiki wytworzyłam sobie obecne modus vivendi, dosłownie — przez siebie nawarzone piwo — pij i wmawiaj w siebie, że ci smakuje, może jeszcze upaja? Ha, ha! ha, ha, ha!“
Gorska rzuciła pióro na biurko i zatrzasnęła pamiętnik.
— Co ja tam napisałam, co?...
— Poco skaziłam tamte cudne wspomnienia dzisiejszym bólem i goryczą, poco?...
Upadła czołem na splecione ręce na biurku.
— Poco znowu wydobyłam ten zeszyt?.. To dziś już trucizna.
Za oknem wyła wichura. Słychać było potężny łoskot tłukących się o siebie wiązów, z boru dolatywał huk jodeł i sosen i ryk zawieruchy rozszalałej, wściekłej. Czasem huragan mocny bił jak taranem w dach dworu, wpadał do kominów, jęcząc potępieńczo. Dreszcz chłodny przeniknął Elżę. Rozebrała się szybko i zawinęła w kołdrę. Ach, o niczem już nie myśleć!

IX.

Cichy codzienny wieczór zimowy. Warownia zawiana śniegiem. Wszędzie zwały, bastjony białe, mróz błyszczy na szybach, iskrzy się na śnieżnych pokrowcach ziemi. Bór stoi głuchy, oszroniony i huczy basem do wtóru rozgłośnym krakaniem wron i kruków. Pierwsze cienie kończącego się dnia zasnuwają wolno ołowiane niebo, sine plamy rzucają na śnieg. Dom wielki, szary, pod osłoną wiązów-tytanów rozbłyskuje światłem w oknach.
Stary dziadzio czyta gazetę i pyka z cybucha, na kominie palą się kłody drzewa. Sybirak, pan Krywejko, skulony przy ogniu, robi siatkę na ryby, a często pociągnie gorącego krupniku z kusztyczka, grzejącego się na kominie. Pani Jasiowa w czarnym czepku pomaga staremu Piotrowi szykować do wieczerzy. Dogląda przytem dwoje dzieci, które bawią się na dywanie, opodal komina. Mały chłopczyna uderzył piąstką w nos paroletnią dziewczynkę, ta go chwyciła za włosy i krzyczą teraz oboje.
— Cicho, bąki, bo, jak tato przyjdzie, będzie dyscyplina w robocie — woła dziadek Cezary.
Ale oto wchodzi babcia do pokoju i coś niesie w ręku, więc dzieci podbiegają do niej, wołając na wyścigi:
— Konfituiki. Selek jablecny.
— Ozieśka w ciuksie.
Rączki wyciągają się do babki, a pani Urszula z rozkosznym; uśmiechem rozdaje łakocie.
— A czy Tomek nie wrócił?.. — pyta stary Burba.
— Jeszcze nie, nawet Elżunia niespokojna.
Elża Burbina zajęta bardzo gospodarstwem, krząta się od śpiżarni do piwnicy, od kuchni do dziecinnego pokoju, pochylona nad kołyską niemowlęcia, lula je cichym śpiewem i znowu biegnie, bo tyle jest roboty jeszcze. Chleb się dziś rozczynia, trzeba na jutro rano dla czeladzi wydać śniadanie, bieliznę zliczyć do prania, a jeszcze to i owo się znajdzie. Tomek zaraz wróci z polowania, trzeba żeby wieczerza była dobra i obfita, a potym przy lampie i płonącym kominie odpoczynek dla nóg, ale z robotą w ręku. Trzeba skończyć ten serdaczek włóczkowy dla Urszulki i pończoszka Cezarka pocerować, bo strasznie malec drze.
Wtem Elża słyszy jakieś tony melodyjne, płyną, jak fale. Ach, to Uniewicz gra. Elża wspina się na podmurówkę domu i patrzy, słucha. Nokturn Chopina.
Jak ten Uniewicz ładnie gra. Pan Cezary słucha w fotelu, z rękoma na piersiach splecionemi. Nie, pan Cezary czyta wszakże w jadalni, a ona wspina się do okna, by zajrzeć... to tak niegdyś bywało, kiedyś na wiosnę — dawno, dawno, jeszcze była Gorską. Dziś znowu ta muzyka. Elża Burbina cicho wchodzi do salonu.
Uniewicz gra zamyślony, a klawisze łkają pod jego palcami, Skąd tyle smutku w tym nocturnie?.. jak te akordy grobowo brzmią... Kobieta znowu ucieka z salonu, bo trzeba dziecku proszek dać, chore dziś trochę, grymasi. Ach, ten Uniewicz, czemu on tak gra! Ta muzyka rozbrzmiewa po całym domu, grają zda się ściany, w szumie wiatru za oknami jęczą te akordy nocturnu. W kołysce dziecko płacze.
— Pewnie będą ząbki — mówi stara Burbina.
— Przessało się — twierdzi poważnie Jasiowa.
Elża biegnie znowu do salonu, bo dur jakiś ją ogarnia z powodu tej muzyki Uniewicza. Słucha jak baśni, zamyka oczy i słucha. Złoty, złoty sen płynie na fali błękitnej i tak cudownie promienieje, a Uniewicz gra, gra, gra, ściany grają, klamki grają, grają szyby i walą akordy w wichrze za oknem. Czy to wicher boru, czy wiązów?.. Boże, tak szumią morskie fale z oddali... Czy to szum boru, czy morza?.. Kiedy ja to słyszałam, kiedy takie same zadawałam sobie pytania?.. A fale szumią, szumią...
Elża ocknęła się.
Nie, to nasze wiązy. Wichura, zawieja będzie a Tomek nie wraca, wieczerza się przestoi. Trzeba dla Tomka starki przygotować, pewno zmarznie na tym polowaniu. Czas już dzieci kłaść spać. A Uniewicz wciąż gra. Cicha melodja ogarnęła dwór cały, Wszystko gra. Elża znowu, jak lunatyczka, idzie do źródła tej muzyki. Nie, nie pójdzie tam, tam wizje, widma, złoty sen promienny płynie na rozhuśtanej fali Śródziemnego morza. A za nim co... to... biały łabędź... nie to jacht angielski prywatny, to — Okeanos — ... Z pokładu spuszczają drabinkę sznurową, to dla niej. Nie, nie, to są mary, przywidzenia, trzeba wracać do dziecinnego pokoju, zajrzeć do czeladnej, do dziewuch... Elża idzie, opiera się o swoje biurko. Patrzy tępo. Na biurku stoją ramki, różne symbole, pamiątki.
Wszystko to ma jakąś szyderską fizjonomję, wszystko się z niej śmieje. Ot, tam Sfinks wykrzywia do niej swą potworną twarz, drwi z niej i zda się mruga do niej bezrzęsnemi powiekami, jakby mówił:
— Tęsknisz, jakem ja nawet przez wieki nie tęsknił, nuda cię męczy, jaka mnie nawet przez wieki nie nawiedzała, choć tkwię w pustyni.
Elża odwraca wzrok od twarzy Sfinksa, ale jeszcze słyszy szept jego ust:
— Nie tęsknię, bo oglądam słońce, bo prowadzę codzienne rozmowy z gwiazdami. Jednak nikt mnie z żyjących nie rozumie, bo we mnie na ziemi, a w nich w przestworzach zawarta została — Tajemnica.
Elża już nie słucha Sfinksa, ale podejmuje z biurka swój zeszyt. Czyta:

Nieraz sen złoty i tęskne pieśni
Ożyją w duszy grobowej cieśni
I nieraz serce mocniej zabije —
Choć złudne szczęście jest i... niczyje.

— Ach, głupstwo... — śmieje się Elża Burbina. Czyta dalej:

Na morze pełne nie pójdzie twa łódź
I na burzliwych falach nie zatańczy,
Więc kołysanki smętne dzieciom nuć
I prowadź żywot szary i poddańczy.
Lecz kiedy serca twego zcichnie szał
I oddasz kwiaty żarłocznej szarańczy,
Zapomnij...

— Zapomnij... Jestem żoną Tomka a on to przecie „skarb dla kobiety“, mam dzieci, dom, gospodarstwo, stanowisko, byt, jestem zamożna. Co to jeszcze jakieś wierszydła?..

Próżno tęskne słowa płyną
Próżno łzami oko prószy —
Nie ulecisz ku wyżynom:
Filisterskiej pełnaś tuszy...
Ideały, czar, sen złoty,
Wymarzone tęcze, cudy —?
Lepiej zdążać śladem cnoty
I królować w świecie nudy.

Elża Burbina myśli, że coś jednak znalazła w tym świecie. Aha... oto muzykę Uniewicza. Jak on gra cudownie, wszystko wszystko gra dokoła. To już nie nocturn, to coś innego.
Elża słucha... Polonez z „Hrabiny“. Kobieta idzie wolno do salonu, zaczarowana tą muzyką. Ale salon faluje jakoś, kołysze się. To ocean przed nią. Tam, hen, daleko płynie coś promiennego. Srebrny rycerz Parsifala... to jej złoty sen, to jej marzenie i tęsknota, to on, on niesie jej baśń cudną o świętym Graalu, niesie jej ogień z jego świątyni. Elża patrzy w zachwycie na zjawisko, a Uniewicz gra, gra. Kobieta zapatrzona szepce, wyciągając ręce do wizji:

Arti, tylko ciebie kocham wiecznie,
Arti, tylko ciebie kochać chcę!
Gdzieś ty jest, gdzieś ty, drogi?..
Wyrwij mnie stąd, weź dla siebie,
Twoją tylko pragnę być.
Tu jest złuda, złuda, złuda,
Tu mnie nic nie wiąże, nic.
Szczęścia mego zgasły słońca
I tęsknoty i pragnienia,
Złote roje marzeń moich, wszystko zniszczył los,
Arti, ratuj mnie — —

Elża mówi szeptem, ale jej słowa przechodzą w śpiew, w melodję poloneza z „Hrabiny”, łzy płyną z oczu Elży takie wielkie, takie gorące.
A oto ktoś dotyka jej ramienia. Zadrżała.
— Elżuśka...
Tomek przyjechał.
Wtem straszny, przykry, fałszywy dźwięk jakiś. Pękła struna Uniewicz grać przestał.
Wizja uleciała razem z tym dźwiękiem piekielnym. Został salon Warowniecki, stare mahonie, bronzy, fikusy, rododendrony... i Tomek, jej mąż. On ją całuje, pyta o dzieci, opowiada o polowaniu, o wilkach, jest wesoły, woła, że jest głodny i dziwi się, że ona ma łzy w oczach, dlaczego znowu? Uspakaja ją czule, tuli do siebie namiętnie, szepce coś do ucha. Elża wzdryga się na, ten szept, odsuwa męża od siebie, a Tomek gniewny patrzy na nią i wzrusza ramionami.
— Zawsze chcesz być królewną, nie żoną — mówi niechętnie.
„Vous-étes roi, sire, vous-étes roi” — myśli Elża.
I znowu płynie inna melodja, Elża słucha, słucha, bo muzyka grzmi gdzieś z góry, same akordy poważne, głębokie, a fale wspinają się i opadają, ciemne, szafirem nalane, fale.
Jakie to są tony, kto to gra?.. Czyżby Uniewicz?.. nie, to trąby dmą na całą przestrzeń morza, to wielkie krzywe, błyszczące trąby. Elża widzi, że stoi przy niej czarny jak żuk d’Ivonie. Chreptowski gładzi wielkie swoje wąsy, a d’Ivonie mówi:
— To hymn marynarki grają in gratiam pani.
— Tak, — odpowiada krótko zimny głos męski obok niej.
Tomek macha ręką zły, bo Elża patrzy na fale i na te złote, grające trąby.
— Wiecznie ten Uniewicz ze swoją muzyką. Maniak! — woła Tomek i krzyczy głośno: Podawać kolację!
Elża chwyta go za rękę.
— Cicho, cicho, bo pryśnie czar...
— Chimeryczka! woła Tomek i podnosi jakiś obuch ciężki, by nim... rozbić czar.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża krzyknęła przeraźliwie i zerwała się z łóżka na równe nogi... Po długiej chwili skupienia zorjentowała się, odetchnęła głęboko, ale w oczach jej było przerażenie, niepokój.
— Horoskop mojej przyszłości. Boże, zmiłuj się nade mną!

X.

— Będzie dur jakiś, jakiści dur spadnie na wielmożną panią dziedziczkę — mówił Stacho Domalewski, oparty na kiju, stojąc przed Elżą w Pysznym Borze na mchu, skrzypiącym od szronu. Taki sen niedobry jest. Coś będzie.
Elża uśmiechała się smętnie.
— Czy to ta muzyka jest złą wróżbą, Stachu?.. Grał pan Uniewicz, ale i wszystko grało, ściany, szyby, drzewa.
— To. to. to, toż właśnie, to granie to dur jakiś, niby znaczy odurzałość taka, że wszystko zacichnie a tylko ono gra i gra i ciągnie człowieka, gdzie jeno chce i zaprowadzi, dokąd chce.
Gorska była zamyślona. Stacho patrzał na nią i przestępował z nogi na nogę. Coś rozważał.
— A jeszcze co się śniło wielmożnej pani... po onej muzyce co jeszcze? —
Elża nie opowiedziała mu całego snu. Zawahała się teraz.
— Śniło mi się potem... morze, fale niebieskie i piękny srebrny rycerz.
— Morze to szczęście i bogactwo, a srebrny rycerz to bardzo dobrze, bo to nasz młody pan znaczy. I co więcej wielmożna pani?
— I znowu muzyka ale na wielkich błyszczących trąbach.
— O, o... na trąbach?.. wielkie złote trąby — to wołanie.
— Co takiego?
— Ktości, woła wielmożną panią, niby znaczy przyzywa do siebie.
— Może śmierć?..
— Tfu! tfu! wielmożna pani, na psa urok, takie paskudne słowo.
Stacho pluł i drapał się po czapce zaniepokojony, ale nagle uderzył się po boku zwycięsko.
— A ot i wiem! nasz młody pan wielmożną panią do Warszawy prędko przywołuje na ślub. Aha! ot jak. I trza jechać, trza rychło, bo trąby to wołanie. Nie lepiejby było wesele urządzić w Warowni?.. Tyle my się wyczekali na ślub młodego pana i pani wielmożnej, a tu do Warszawy sobie jadą, jak jakie z przeproszeniem bezdomne. No, ale pańska wola. Będziem zato witać. Hej! Ale co muzyka to dur jakiś, to już napewno. A ot, że pan Uniewicz grał to i on znaczy z tym durem zna się trochę i jego cości tumani.
— Wy jesteście wróżbita, Stachu — rzekła Elża.
— Stary ja dziad, ale dużo widział, daj słyszał, a taki tego, co się teraz robi na świecie, to nawet i nie myślał, że to może być prawda. Cości to, wielmożna pani, zaczyna się tak, jak w „Ogniem i Mieczem” naszego wielkiego Henryka Sienkiewicza, kiedy to żyli pan Skrzetuski, Podbipięta, Zagłoba, Pan Wołodyjowski, Rzędzian. To samo, co kozaki robili podczas „rebelji” to i teraz się zaczyna. „Spasi Chryste”, jak to mówił czerkaski pułkownik Barabasz, pamięta wielmożna pani?
— Pamiętam.
— No, to „Spasi Chryste” i teraz.
— Co tam Stacho opowiada, teraz inne czasy!
— A pewnie, że inne, bo i kniazia Jeremy teraz niema, a przydałby się on władyka, przydał.
— I on by dziś inaczej wojował — rzekła Elża i odwróciła się, bo zaturkotało na drodze.
— Ktoś jedzie.
— A toż pan Poberezki z Chodur.
Wąsal witał Gorską serdecznie.
— Co pani tu robi?..
— Politykuję ze Stachem, który analoguje „Ogniem i Mieczem” z obecną zawieruchą.
— Ma rację! nie wiedziałem, że z niego taki trafny obserwator.
— Coż i pan także równa zaporożców z tymi...
— A czemuż nie!.. Krzywonosów nam chyba nie brak, ale pokaż, hołubko, drugiego Wiśniowieckiego.
— A co, wielmożna pani, aha! ot, co! czy Stacho dureń?!, tryumfował Domalewski.
Szli przez bór, słuchając wieści Poberezkiego niezbyt wesołych. W Warowni stary sąsiad spytał Gorskiej:
— Czy wszyscy razem wyjeżdżacie do Warszawy?
— Ja jadę wcześniej, niż dziadziowie. Oni przyjadą dopiero na ślub w końcu stycznia.
— Dobrze, żeście już postanowili ślub, a to niewiedzieć co wyrabiali tyle czasu.
— Cośmy znowu wyrabiali?..
— Ach, paniż ty moja! nie sierdź się, ale ot, tyle czasu narzeczeni to i nikt nie wierzył w wasz ślub, ja pierwszy wątpił. I jaki z tego pożytek... Tomek znudział a pani zmizerniała, że żal patrzeć. W dodatku naraziła się pani na plotki. Co tu gadać, przecie pani pewno o tem wie?
— Że się kocham w jakimś żonatym człowieku... Cóż mnie to może obchodzić, że to mówią?.. Zależy mi tylko, aby być czystą we własnym sumieniu i duszy i to jest moją etyką zasadniczą.
— Toż wiem, hołubko, że ludzka złośliwość nie oprze się na tobie jednej, wiem nawet więcej, że ten, co najgłośniej ogaduje i lubuje się plotką na cudzej czci opartą, ten ma sam brudną duszę i najczęściej jest kocmołuchem, ścierką, w porównaniu z osobą, którą bezcześci. Mówię to z doświadczenia nietylko własnego, bo to rzecz stwierdzona, ten kto jest sam czysty, nie wynajduje plam u drugich, to bardzo prosta psychologja.
Ale wracając do was. Zaszkodziliście sobie oboje, bo i pani ostygła i w Tomku zrodziła się już nieufność. Poprzedni zapał wasz znikł dawno. „Kruty ne werty”, ale jak dwoje ludzi ma się do siebie, to i nie zwlekać.
— Czy pan zna wszystkie przysłowia polskie?..
— Ja, przysłowia? no, tak niektóre — naprzykład: „co się odwlecze, to nie uciecze“, „przyszła koza do woza”, „trafiła kosa na kamień”.
— A „trafił, jak kulą w płot” pan zna?
Poberezki zastanowił się, ale się nie zmieszał.
— Znam, hołubko, i to i jeszcze inne, a mianowicie: „kuj żelazo póki gorące“, a także „nieufaj koniowi, djabłu i kobiecie”.
— No, widzi pan.
— A widzę, że Tomek ufał swojej wybranej, choć to... zdrowy djabeł. Ne serdyś, hołubko... — Poberezki ucałował serdecznie ręce Gorskiej, śmiejąc się.
— Ja, żebym był Tomkiem, tobym się na taką cierpliwość nie zdobył, „chody babo do chaty, taj chodi”. Ale coprawda z panią...
— Na mojej psychologji można kark skręcić — dodała Elża.
— Otóż właśnie i Tomek, jeśli nie skręcił karku, to go nadwichnął.
Elża z głębokiem smutkiem w sercu patrzała w przestrzeń, myśląc o srebrnym rycerzu dzisiejszego snu.
— Tu ja jestem pokonana.
„Vous étes roi, sire, et moi je pleure.”
Odczuwszy, że Poberezki patrzy na nią, odwróciła się do niego i rzekła prędko z nerwowym śmiechem:
— I ja skręciłam kark, wie pan...
— Na Tomku?.. — spytał.
— I na swojej własnej psychologji.
Wąsal długo wiercił wzrokiem w oczach Elży, ona śmiała się.
— Hm. Dalibóg — mruknął — w pani taki coś siedzi.
— A co, jak pan myśli... pewno coś złego, chytrego, przewrotnego, prawda, może jeszcze gorzej?
— Ej, nie. Ja nie jestem z tabunu ludzi, ja jestem sobie skromny człowiek, ale mam pretensję, że człowiek, nie człowieczek, to też ogólnie po ludzku nie sądzę, ale po mojemu, ot, jak w pani coś siedzi, to prawda ale coś bardzo smutnego w znaczeniu psychicznym, jakaś męka. I o ile natura pani, jej dusza, gdyby w niej była radość, mogłaby wydać z siebie dużo dobrego i pożytecznego o tyle z tym smutkiem może się nawet stać złą, bo to silne, to przeistacza człowieka, to boli, to nuda i taj neszczastje — dokończył po małorusku.
— Jaki pan ma rozum, jaki pan dobry — zawołała Gorska żywo.
— Kudy mnie do rozumu, kudy do dobrego, hołubko. Ja tylko zaliczam się do takich ludzi, którzy umieją bezstronnie, cierpliwie patrzeć a język ich nie swędzi i dlatego, zanim język zdąży ochlapać, to najpierw oczy głęboko wnikną, poznają i... wytłómaczą. — Znam takich ludzi, a szczególnie kobiety, lale, puste jak wydrążone tykwy, płytkie jak miski do lukru, które nie czytują książki jako takiej, lecz zajrzą, co jest na końcu, w środku i na początku i już mają dosyć, byle wyłowić czy Numa wyszła za Pompiljusza, a najwyżej jeszcze jaką miała suknię do ślubu. I finis. Akcja, psychologja, idea, styl książki nic ich nie obchodzi, to dla nich za głębokie. Otóż takie lale lub fryce sądzą ludzi zupełnie tak samo, jak czytają książki, powierzchownie; szukają w człowieku nie treści i ducha ale fabuły, imponuje im oprawa danego osobnika, taksamo jak okładka książki, nie zaś jego psychika.
— I na takich podstawach najłatwiej krytykować — mówiła Elża zamyślona. — Tymczasem tak zwana opinja ludzka jest bardzo stronna i bezwzględna. Mało jest tej prawdziwej poważnej opinji, gdyż ludzie zrobili z niej małostkową „olewinję“ i niezasłużoną „opiewanję“ i te stosują do mody.
— Słusznie, pani, bo największy gad, to język ludzki, najzjadliwszy, kiedy się jemu nie powie prrrr... przed czasem, tedy już jak się rozszczeka, oho, i nie wstrzymasz. Ale jest i na niego obroża, a to taka właśnie, jak kto pierwszeństwo daje oczom i myśli, wtedy język nie swędzi a rozum działa.
— Żeby to wszyscy ludzie postępowali podług pańskiego systemu, byłoby lepiej.
— Kto nie jest, hołubko, z tabunu ludzi, ten inaczej nie potrafi.
— A jednak i pan potępiłby... naprzykład... egoizm.
Poberezki pomyślał chwilę.
— Niewiadomo, pani, zależy jaki, jak zrozumiany. Czasem szczerość i prawdę nazywają ludzie egoizmem, kłamstwo zaś i fałsz altruizmem. Dziękuję za taki altruizm, wolę jak ktoś jest szczerym zbrodniarzem nawet, niż fałszywym dobroczyńcą. Bądź ty sobie egoistą, skoro idziesz tam, gdzie cię woła prawda, a jeśli altruizm swój budujesz na kłamstwie, tedy bywaj zdrów i nikomu on na dobre nie wyjdzie.
— Ach, jaką pan ma świętą rację!
— Taki pomyśl nad tem, hołubko — rzekł prędko Poberezki bo zbliżali się Burbowie.
— Jestem widocznie zbyt przezroczysta — myślała Elża — ale taką mogę być nie inną, bo mój altruizm dla Tomka jest oparty na oszustwie samej siebie, — tego już ukryć nie potrafię. Moje życie to dzisiejszy sen. Tu będę ciałem przez altruizm ale duchem, sercem będę zawsze tam z nim... z moim złotym snem, bo tam przy nim jest moja prawda, zatem mój egoizm. Miłą przyszłość zgotuję Tomkowi i sobie. Stało się, zapadło wieko przeznaczenia, trzeba się z tem zgodzić. Trzeba iść naprzód bez oglądania się wstecz. Życie popłynie tak, jak w tym śnie, cicho, jednostajnie bez wielkich wrażeń, bez zapałów, bez barwy i ognia, w zadomowieniu, w szumie boru, wśród szczebiotów dziecinnych, a jedyna osłoda, jedyny blask i pokarm dla duszy stęsknionej to biurko moje, na którym szydzi ze mnie Sfinks, to moje zeszyty, w których będzie może często jęk mojej duszy, mój świat wspomnień, w marzeniach zawarty i tęsknocie, — to książki, w których znajdę zapomnienie. A zresztą, i to przejdzie razem z życiem, bo wszystko przeminie.
Gdy Poberezki, wyjeżdżając, żegnał się z Elżą, popatrzał w oczy młodej kobiety uważnie.
— Jesteśmy tedy u mety, Burbineczko, port już blisko, każdy zawsze do niego dopłynie. Choć będę na waszym ślubie, ale już dziś przyjm moje gratulacje.
— Wie pan, że ja dotychczas za „port, do którego każdy dopłynie”, uważałam coś zupełnie innego... niż ślub.
Zapadła chwila ciszy, dość przykrej.
— At, kiedy łapiesz za słowa, Elżuniu — zgryźliwie rzekł pan Cezary. Dla kobiety małżeństwo — to port życiowy i dla niejednego mężczyzny także, a już dla Burby napewno. Chyba, że kto po za takim portem widzi jeszcze oceany.
— A jeżeli tak, dziadziu, to co?.. śmiało podjęła Elża.
Uniewicz zerknął na nią ukosem, nerwowy tyk śmignął mu przez twarz.
Pan Cezary pyknął głośno z cybucha.
— A to wtedy najczęściej ginie w odmętach, albo rozbija głowę o skałę, bo takie oceany to prawie zawsze Fata-Morgana.
— Facecja, gadamy o głupstwach. Ej, Elżuńka, niepoprawna ty jesteś, wiecznie jakieś fiksum dyrdum w głowie.
— A czasby się już ustatkować, czas — dodałą sucho Burbina. — Sąsiad gotów pomyśleć, że ci naprawdę coś w głowie świta niegodnego ciebie.
— Niegodnego mnie... ha, ha, ha... ależ, babciu, złe zestawienie... to ja może nie godnam tego, co mi w głowie świta... raczej świtało — dokończyła ciszej.
A po sekundzie, jakby nagle zgaszona, szepnęła głucho z ogromnym smutkiem:
— Już nie świta.
Ciężkiego coś zawisło w powietrzu, moment niesłychanie kłopotliwej ciszy, przerwał stary Burba. Objął nagle Elżę w pół i przygarniając ją do siebie, rzekł wesoło a serdecznie:
— A ot wiem, co świtało w łepetynie, co świta i da Bóg świtać będzie. Literatura.
— Tak, dziadziu, li... te...ra... tura, — powtórzyła Elża z jakim rozdzierającym uśmiechem, którego tylko pani Urszula nie zrozumiała, ale który natomiast pana Cezarego zabolał i zaniepokoił tak silnie, że już nawet ukryć tego nie potrafił. Usunął lekko Elżę od siebie i rzekł bez werwy:
— Będzie, co Bóg da, tylko trzeba ufać.
— Czasem właśnie po mętnym świcie bywa jasny dzień — wtrącił pojednawczo Poberezki i odjechał.
— Uniewicz milczał bardzo blady. Elża odczuła pewną niebywałą oziębłość kochanego bardzo dziadka i starała się szczerze złagodzić przykrą chwilę, ale przychodziło jej to z trudnością, bo nastrój duszy nie odpowiadał zamiarom serca. Stary Burba intuicyjnie zrozumiał zamiary, więc zaniepokoił się tymbardziej, że Elża sama z sobą Walczy.
Był serdeczny, pozornie pojednany, ale obserwował wnuczkę badawczo i czujnie, dziwnie się czasem trwożąc w sobie.
Tak płynęły zimowe miesiące.
Na wiązy warownieckie spadły białe futra śniegu, pokryły je królewskim gronostajem, omotały w swe miękkie polarne puchy. I bór dokoła nabrał godowo dziewiczych barw.
Styczeń roztoczył swój przepych w łagodnym rozświcie słońca. Białe pyły snuły się w powietrzu już raczej opalowym. W dzień swego wyjazdu z Warowni Elża stała pod cieniem wiązów, osnutych tą przeczystą bielą, myśląc ze smutną rezygnacją, że gdy wiązy te znowu zielenią się pokryją, ona już będzie żoną Tomasza. Myśli jej płynęły wolno, leniwie, trochę sennie. Pożegnała już bór i uroczysko na Pysznym Borze, pożegnała łąki, zawiane ogrody, zagaje. Wróci tu już mężatką, właścicielką tej sadyby starej i znowu na tych trawnikach zrywać będzie fijołki, jak kiedyś w dzieciństwie w Taraszczy, jak potem z Adamem Gorskim, jak przed kilku laty w Warowni, w przeddzień zaręczyn z Tomkiem. A teraz... na wiosnę...
Tęskna zaduma spadła na nią i jakieś ciepło wionęło jakby z przestrzeni, coś w duszy nie załkało jak zawsze, ale niby pasaż cudnej melodji zabrzmiał arpeggiem, powodując nagłe objawienie, niestety zbyt krótkie, zbył mgliste, nieuchwytne. I znowu rzeczywistość szara, codzienna, taka już znajoma, taka bezbarwna. Skąd był ten ciepły powiew dobrego przeczucia, skąd ta nuta słodka w duszy?.. Nie marzyć już, nie marzyć, nie marzyć...
Elża ścisnęła dłońmi skronie; zasłaniając uszy od tej melodji złudnej, rzuciła na wiązy wzrok pełen tęsknoty i smutku.
— Do widzenia, druhy, do wiosny.
Sanki już czekały na nią. Uniewicz, który odprowadzał ją na stację, niecierpliwił się.
— Będzie późno na pociąg, na „decug“ następny za długo czekać.
Gorska roztargniona ściskała wszystkich serdecznie, cały dwór ją żegnał i służba leśna, wiedząc, że jedzie na ślub. Elża ucałowała panią Jasiową, sybiraka Krywejkę, Stacha Domalewskiego, Piotra, wszystkie baby i dziewki z czeladnej, dość czule uściskała się z babką, ale, gdy przypadła do rąk starego Burby, łkanie nagłe, gwałtowne szarpnęło jej piersią. Pan Cezary przytulił wąsy do jej skroni z uczuciem, w którym był nowy lęk.
— Co ci to, dziecinko, co ci jest, Elżuśka?..
Palcem drżącym naznaczył krzyż na jej czole.
— Detynko, uspokój się, niech cię Bóg błogosławi — rzekł wzruszony niezwykle.
— Toż przed tobą szczęście, a miłość i radość — dodała czule Burbina.
— Córką nam jesteś, będziesz synową najmilszą — rzekł pan Cezary, — a ot patrz... i oni żegnają panią Gorską, by powitać Burbinę — wskazał na niedźwiedzia, łaszącego się, i na wielkiego brytana.
— Kajtuś! Murmyła!
Elża całowała ulubieńców w brunatne i płowe kudły, a oni wspierali się na niej łapami, przyzwyczajeni do pieszczot.
Wreszcie sanie ruszyły. Murmyła, skomląc, rzucił się na stopnie.
Wtem Elża zatrzymała gwałtownie stangreta.
— Łukaszu, zawróćcie, prędko.
— Co się stało?.. — pytali z ganku.
— Zapomniałam coś ważnego.
Wbiegła do swego pokoju i po długiej chwili wróciła.
— Przepraszam, że tak marudzę — rzekła, niosąc sporą paczkę w ręku.
— Pewno jakie nowe utwory do druku, będziemy czytali na wiosnę — zawołał pan Cezary.
Powtórne pożegnania i konie skoczyły do biegu.
Elża wkładała paczkę do podręcznej walizki, ale usunął się papier, w który paczka była zawinięta. Uniewicz dojrzał krokodylą okładkę zeszytu. Poznał go.
— Czy to było takie pilne i... konieczne... poco to pani z sobą teraz zabiera?..
Spojrzała na niego bystro.
— Ten zeszyt musi iść ze mną, nie rozumiem, jak mogłam o tem zapomnieć.
— Czy będzie on zawsze z panią?..
Chwilę milczała.
— Nie, bo spalę go w przeddzień ślubu. Postanowiłam to dawno i dlatego zabieram z sobą.
— Całopalenie — mruknął Uniewicz — wszystko na stos.
Elża milczała. Słowa Uniewicza wydały się jej wogóle zbyt śmiałe. Zwróciła rozmowę raptownie na inny przedmiot. Pan Mel zrozumiał. Jechali, mówiąc dużo o wojnie, wojennej literaturze, wyszukiwali tematy rozległe, Elża, by zagłuszyć nurtujący ją dziwny niepokój, Uniewicz, by nie objawić swego bólu i swej udręki, by nie zdradzić się, że zadużo odgaduje i wie. W wagonie zadługo całował jej ręce. Elża niecierpliwiła się.
— Do widzenia, panie Melu, do widzenia, drogi panie. Proszę opiekować się kwiatami w moim pokoju, Kajtusiem i Murmyłą, moją biblioteką, biurkiem. W tym zakresie tylko na pana liczę, nikt o to więcej nie będzie dbał. Czy nie obciążam pana zanadto?..
— Nie, pani jedyna, wszystkie rozkazy pani święte dla mnie, i dokąd tam będę... spełnię je...
— Jakto, co pan mówi?..
— Bo może ja panią ostatni raz widzę... Żegnam... Może panią ostatni raz... ale proszę wierzyć...
Pociąg ruszył. Uniewicz wyszedł z wagonu, już nie oglądając się.
Elżę opanował znowu z powodu dziwnych słów Uniewicza, bolesny niepokój i żal.
— Złe fatum moje niosło mnie do tej Warowni.
W Warszawie Elża zajechała do hotelu, zamiast do wujostwa Renardów. Portjer odrazu na wstępie powiedział jej, że dopytywała się o nią jakaś pani kilkakrotnie osobiście i przez telefon, oraz, że zostawiła swój adres.
Gorska, spojrzawszy na podaną sobie kartę, zbladła. Było na niej nazwisko panny Izabelli.
Nie zastanawiając się ani chwili, wysłała do niej bilet z zawiadomieniem o swoim przyjeździe. Wówczas poszła do siebie na górę, umyła się, przebrała, o niczem nie myśląc, nie chcąc nic przewidywać. Była jakby w śnie, czuła, że coś robi, czego już robić nie powinna, ale zabronić sobie tego nie potrafiłaby za nic, nie mogła przezwyciężyć samej siebie. Stojąc na balkonie, patrzyła obojętnie na licznych przechodniów z myślą tak rozbieżną, że niemal rozpadłą na atomy. Drgnęła, ujrzawszy posłańca. Za chwilę wszedł.
— Ta pani trochę chora; powiedziała, że przyjdzie wieczorem, a oto list.
Wręczył jej dużą kopertę.
Zaćmiło się w oczach Elży. List był od Artura.
Posłaniec patrzał zdziwiony, bo Gorska zakręciła się jakoś na miejscu i bardzo zmieniona dała mu prędko całą garść pieniędzy. Posłaniec wyszedł, zgięty do ziemi.
Elża wyszarpnęła list z koperty niemal z wybuchem, trzęsąc się z wrażenia. Kilka bristolowych kart, zapisanych bardzo różnym pismem Artura, nienormalnie dużym lub nadmiernie drobnym, targanym i rozwlekłym. Czasem nawet charakter właściwy pisma zatracał się w widocznym drżeniu ręki. Elża spojrzała na datę: pisane w październiku w odstępie kilkudniowym. Chłonęła litery pełna okrutnej trwogi.

Gibraltar, 2 października 17 r.
Najdroższa Pani!
„Przepływam Gibraltar, jadę w świat. Dostałem urlop z konieczności, gdyż zapadłem nieco na zdrowiu, Płynę przez Śródziemne, Suez, Indyjskie, zawinę do Kalkuty, może zwiedzę wyspy Sumatrę, Jawę, Borneo, potem Cejlon na dłużej. Wszędzie z myślą o Pani. Tyś marzyła o tych wyspach, jadę tam, by o Tobie marzyć widzę Cię w myślach smutną, ze łzami w oczach. Co z Tobą, umiłowana? Miewam straszne chwile goryczy, tęsknoty za Tobą. Zycie bym dał, by móc Cię zobaczyć, głos Twój usłyszeć, to nie frazes — znasz mnie, Elly moja, jednakowo ukochana. Pozwól tak pisać, piszę, jakby z tamtego świata, byłem na jego brzegu, nie zyskałem nic, że mnie uratowano. Kocham Cię niezmiennie, bez pamięci a tak nieszczęśliwie. Co Cię skłoniło, żeś znowu odeszła? Twoja ucieczka z Warszawy to dla mnie zagadka nieodgadnięta. A jednak odczuwam wyraźnie, że Ty kochasz tylko mnie — tamto to złuda. Może to utopja tonącego, ale nią żyję. Będąc w gorączce, imię Twoje miałem ciągle na ustach. Mówił mi o tem James Ashley, który mnie nie opuszczał. Może Cię interesuje, co mi było? Miałem wypadek na motorówce, jaki — mniejsza, już jest nieźle. Rączki Twoje przedrogie całuję, czoło chylę do Twych stóp.
Artur.“

Elża chwyciła drugą kartę.

Port Said. — Data późniejsza.
„Droga moja, co się z Tobą dzieje? Błądzę myślą, wszędzie szukam Ciebie, coś w Tobie przeczuwam nienaturalnego, czy przeżywasz jakiś kryzys psychiczny? Niepokój o Ciebie zabija mnie, w moich wizjach jesteś taka moja, tak bardzo moja. A Tyś może już żoną tamtego. To byłoby za potworne. Pomijam swój ból, chodzi mi o Ciebie, Elly moja, o Twoją przyszłość z Nim. Ty nie wytrwasz, bowiem życie jest długie. Twoja żywiołowość, Twój entuzjazm przepiękny, Twój głód szczęścia innego, może Cię kiedyś pchnąć do przepaści. Boję się o Ciebie, abyś swych białych piór nie skalała w jakiej jaskrawej farbie, która Ci się purpurą wydać może. Pamiętaj, że nawet purpura męskich szałów bywa bardzo rozmaita i łatwo płowiejąca. Bądź ostrożna. Jeśli nie uczucie dla mnie, to wspomnienie o mnie niech Cię strzeże. Ale to niemożliwe, abyś Ty... Myśl rozprzęga się, leci ku Tobie, męczarnio moja słodka. Jestem chory na duszy i ciele, może i na umyśle, bo haluncynacje o Tobie nie dają mi spokoju. Pocóż jechałem w zimie do Warszawy, by wrócić ze spotęgowaną tęsknotą i żalem, żeś jednak... nie moja. Życie jest zbyt ciężkie dla mnie.”

Duża przerwa na karcie, poczem innym znowu charakterem, krótkim, nerwowym:

„Czytam teraz dużo z indyjskiej literatury. Ciekawe z zakresu psychiki ludzkiej. Fakirzy potrafili wnikać w jej głębie, odgadywali nowoczesne odczucia. Dziwną mi się wydaje moja bezczynność na pokładzie bez zwykłego zajęcia, ruchu i nieustannych trudów, jakie daje stanowisko odpowiedzialne marynarza. Wojna trwa, ja zaś płynę na yachcie swoim, który znasz z Nicei, płynę z przyjacielem i czytam. Pokój to pozorny, szarpanina w moim całym jestestwie piekielna. Gorycz zatruwa i niewypowiedziany ból. Zwalczasz, Elly, moją bezwzględną wolę swoim uporem. Obyś się nie przeliczyła. Przebudzenia bywają straszne.”

Elża, dygocąc w sobie, była wpół przytomna. Stała chwilę z zamkniętemi oczami, szepcąc bez pamięci:
— Arti, Arti, przebudzenie moje już straszne, Arti mój.
Szeptała długo, jakby w śnie, poczem otworzyła oczy — był w nich cień obłędu. Wzięła ostatnią kartę, już z Indyi, z okolicy bliskiej Kalkuty, pisaną tak okropnymi zygzakami, że sama mówiła za siebie.
— Co to jest? — pytała Elża ze łzami — to pisała ręka bezwładna, to ktoś w agonji, jednak to on... on... Boże!..
Zaczęła się wczytywać pilnie.

„Najdroższa, niezapomniana Elly moja. Ze mną jest nieco źle, ale to nic. Pamiętaj, że życie moje do Ciebie należy, gdy je zabierzesz, będę szczęśliwy, dziś straciło dla mnie całą wartość, stało się ciężarem trudnym do dźwigania nawet na moje barki. Zachowaj w pamięci człowieka, który Cię uwielbiał, kochał nadewszystko i jedynie. Cięży nademną przekleństwo. Odeszłaś odemnie w tak odległe horyzonty, że tylko doścignąć Cię mogę myślą, ująć nie potrafię. Na nic władza, siła i możność moja, znikome to są atuty wobec prawdy, że nie chcesz być moją, żem Cię utracił, że mi Cię zabrano, bo się spóźniłem! Powinienem był wcześniej zabrać Cię dla siebie, bez względu na nic, nawet na Twój upór. Szarpie się we mnie bunt, już po niewczasie i to jest szatańskie, to tyranja moja. Zlekceważyłaś, Elly, miłość moją, by, zepchnąwszy mnie w bezdeń rozpaczy, samej iść ku szczęściu. Bo chyba szczęście widzisz przed sobą? A byłaś cudem mego życia, Ty, fatalne przeznaczenie moje i miłości moja olbrzymia.”

Pismo urywało się.
— Jezu, Jezu, Jezu! — wył w duszy Elży okrutny ból skargę, ręką niewypowiedzianą.
— Co z nim, co to znaczy? Czy on?... Boże!
Czytała dalej, ledwo odcyfrowując hieroglificzne, krzywe litery.

„Elly, pisać już nie mogę, ostatnie moje słowa kreślę do Ciebie. Bądź szczęśliwą, niech On da Ci to wszystko, co ja Ci dać pragnąłem — szczęście bez miary. Odrzuciłaś mnie dla niego, więc jeśli Cię zawiedzie, jeśli on okaże się niegodnym takiej ofiary z Twojej strony, palnij mu w łeb, jak zbrodniarzowi, i powiedz: za mnie i za Artura, który życie swoje dał...
Elly... tracę przytomność, resztą sił gonię. Stoisz przy mnie jak żywa, a wiem, że i to haluncynacja. Jedyna moja, niech Ci Bóg da szczęście. Zachowaj pamięć o mnie, dziecko moje ubóstwiane, iskro życia mego, która już tylko tli. Dla Ciebie bym żył, dla Ciebie zdobywał świat, bez Ciebie nie chcę nic, mogę sobie na to pozwolić, jestem swobodny, dla siebie bezwzględny, gorzej, bo dla matki bez serca...”

Karta wypadła z rąk Elży.
— I dla mnie bez serca i dla mnie! Arti, co z tobą!? — krzyknęła głośno — nieprzytomna.
Biegała po pokoju, łamiąc ręce rozpaczliwie.
— Co z nim, co z nim?! on mnie żegna, on... on może już... Boże wielki!..
Nagła myśl zajaśniała, jak błyskawica:
— On, tylko on! Do niego jaknajprędzej!
Ubrała się gorączkowo, wybiegła z hotelu, rzuciła dorożkarzowi adres Izabelli. W kilka minut była u niej. Panna Izabella powitała ją serdecznie, nie mogąc się powstrzymać od okrzyku zdumienia.
— Jaka pani blada...
Twarz Elży była istotnie zmieniona, bolesna.
— Czy pani wie, co się dzieje z Arturem Dovencourt-Howe? — wyjęknęła.
— Wiem. sir Dovencourt-Howe ciężko chory, jest w Indjach na kuracji.
— Chory... na co?
— Pani nie wie?
— Nie.
— Był ranny na motorówce. Uratowany przez Ashley’a. Uległ zgnieceniu klatki piersiowej, obrażeniu głowy, leczył się w Londynie. Jako rekonwalescent wyjechał do Indji, jego przyjaciel, sir James Ashley, razem z nim. Tam się pogorszyło — z powodu wycieczki.
— Wycieczki, jakiej?
— Pojechał łodzią na pełne morze daleko, nie licząc się z chorobą, po powrocie nie było prawie ratunku. Walczył ze śmiercią.
Elża usunęła się ciężko na krzesło. Izabella podbiegła do niej.
— Pani droga, spokoju. Już jest lepiej, może zupełnie dobrze. Organizm zwalczył, niebezpieczeństwo minęło.
— Skąd pani to wie?
— Pisał sir Ashley do mnie, razem z listami do pani, tam było podobno kilka listów, lecz sir Ashley wysłał je razem.
— Co on pisze? Czy mogłabym wiedzieć?
Izabella podeszła do biurka i wyjęła list z szuflady. Elża chwyciła go niemal drżącemi rękami i zaczęła czytać z zapartym oddechem. Twarz jej mieniła się ogniem i trupią bladością, w oczach było przerażenie, groza, ból, rozpacz, a z opuszczonych rzęs jęły zsuwać się po twarzy łzy wielkie, jedna za drugą, jak ogniwka nieprzerwanego łańcucha. W pewnej chwili przysunęła się do niej Izabella i ujęła jej rękę.
— Pani droga, spokoju. Ale nie dziwię się, że pani płacze, bo charakter tej katastrofy... mógł przeżyć... wierzę.
— Więc ja, więc ja zrozumiałam... właściwie.
— Tak. Wszystkie pamiątki, fotografie pani, listy, były z nim razem na motorówce. Sir Ashley przewidział, przeczuł subtelnie, sądząc z całego usposobienia Artura i ocalił go prawie w ostatniej chwili. Jak pani słyszała, sir Ashley przypuszcza, że chodziło o zatuszowanie prawdziwej intencji katastrofą przypadkową, ze względu na spokój pani i jego matki, dlatego wybrano formę pośrednią. Lady Dovencourt jest bardzo religijna, pani rozumie, chodziło o pozór wypadku.
— Co go do tego skłoniło, co, na Boga... — zawołała Elża z wybuchem nieukrywanej rozpaczy, zupełnie naiwnie.
Izabella wlepiła w nią uważnie wielkie swe zdumione czarne oczy.
— Czy pani jest teraz szczerą? — spytała śmiało.
— Co to znaczy?..
— To, że pani chyba najlepiej zna powód jego tragedji.
Nastała długa cisza.
Elża, uświadamiając sobie już okrutną prawdę, jeszcze nie pojmowała jej w całej pełni, jeszcze nie wierzyła, że to z jej powodu, że to ona... ona... Izabella przerwała ciszę, rzekła prawie szeptem, bardzo poważnie:
— Sir Dovencourt-Howe pierwszy raz w życiu potknął się o kobietę. Nie były one nigdy ani celem jego, ani tęsknotą, ani trudem. O kobiety nie walczył, brał je tylko, były na jego rozkaz. Stał się nawet cynikiem z tego powodu. Tu załamał się beznadziejnie. Klęska uczucia, można rzec pierwszego i jedynego, porażka woli niezwykle silnej, to go zrujnowało. Kryzysem finalnym był jego przyjazd tej zimy do Warszawy.
Elża zadrżała.
— Ten przyjazd jego tu, to był wyrok na własne życie, każda godzina mogła przynieść nieszczęście. Wybitna powierzchowność i szczególne zachowanie się mogło go zdradzić zawsze. Wszystko kładł na jedną kartę i przegrał.
— Gdybyż istotnie przegrał, ale — wybuchnęła Elża z nagłą szczerością, lecz umilkła.
Poniosła ją niebywała siła ducha, woli, energji, mocy. Z rumieńcem na twarzy a blaskiem w oczach zerwała się z krzesła.
— Żegnam panią.
— Pani odchodzi?
— Pozamykają biura, już jest późno, muszę śpieszyć.
Panna Izabella bacznie patrzyła na Gorską. Brzask jakiś nowy na twarzy Elży, jej płomień wewnętrzny uświadomił sprytną Szwajcarkę. Ścisnęła rękę Elży.
— Gdybym się pani przydała, służę z chęcią, mam duże znajomości, wpływy.
— Może skorzystam — prędko szepnęła Elża i wyszła.
W godzinę potem Gorska oczekiwała rezultatu podanej prośby.

XI.

Express wojskowy Berlin — Bazylea rwał przez puste, ośnieżone pola Brandenburgji całą siłą pary, kolorowe dzwona pociągu lśniły w słońcu, migały szyby szerokich okien przedziałów i restauracji, w których widać było uniformy strojne i błyszczące pikelhauby.
W malutkim coupée siedziała Elża Gorska zamyślona, bez ruchu, zdawała się być whaftowaną w plusz kanapy. Ręce jej splecione na kolanach drżały czasem nerwowo i zaciskały się jakby skurczem bólu, myśl pracowała bez przerwy, żłobiąc na czole zmarszczkę pionową, bolesną. Pierwszy raz od przyjazdu swego z Warowni do Warszawy, od otrzymania listu Artura, zastanowiła się nad wszystkiem poważnie. Przez te kilka dni była podniecona, zajęta wyrabianiem pozwolenia na wyjazd za granicę, zwalczaniem piętrzących się przeszkód. Działała szybko, z energją zaciekłą i niezłomną stanowczością. Nie zwróciła się nawet do panny Izabelli o pomoc, z trudem, mozolnie, szaleńczo nawet dążyła do swego celu i oto zwyciężyła. Pozostała po za nią Warszawa, kraj, Warownia, Tomek. Na myśl o Tomku ból przenikał jej duszę. On już jest w Warszawie, już są zapewne i Burbowie, a ona ucieka w obce kraje, ucieka w obawie, by jej nie dopędzono.
Wie, że pogoń jej nie grozi, że już jest bezpieczna, ale nerwy stargane wywołują ciągły lęk, ciągły niepokój. Budzi się nagle zapomniany zupełnie wyrzut, że rzuciła Tomka, rodzinę, kraj, rzuciła wszystko dla... tamtego. Lecz oto słodycz napływa do serca, olbrzymie zda się skrzydła rozwijają się u ramion, łopocąc tryumfalnie. One niosą ją do Artura ukochanego nadewszystko i jedynie. I znowu szczęście zaćmiewa myśl, że Artur chory, że może już...
Rozpacz targa nią bezlitośnie, straszliwa trwoga rozdziera jej duszę i znowu wiew nadziei w miłosierdzie Boże uspakaja i koi. Wszakże wiedziałaby, gdyby... a przecie Izabella mówiła, że już jest lepiej. Gdzie go znajdzie, w jakim stanie zdrowia?.. O, gdyby żył, gdyby jeszcze żył! Podróż do Indji daleka, nieznana, straszna, ale tam On — Artur...
— Arti mój, Arti... jadę do Ciebie, jam Twoja, jadę późno, byle nie zapóźno, byle Cię widzieć, widzieć jeszcze, byłeś Ty widział, że do Ciebie przyszłam.
W momentach takiej trwogi i modlitwy na ustach Elża zapominała o Tomku i Burbach. Całą istotą była przy Arturze, lecz gdy wracała nadzieja, a z nią większy spokój, wtedy znowu wyrastał Tomek i okrutna krzywda, jaką mu wyrządziła. Myśl biegła do Warszawy, wyobraźnia ukazywała Tomka z jej listem w ręku, napisanym przed wyjazdem z Warszawy. Elża przypominała sobie tekst listu.

„Kochany Tomku. Nie proszę Cię o przebaczenie, wiem, że mi przebaczyć nie potrafisz, ale mnie nie przeklinaj. Nic mnie nie tłumaczy wobec Ciebie i Twoich rodziców, bo powinnam była wcześniej, nie licząc się z żadnymi względami, pójść tam, dokąd idę teraz, pchana siłą, której nie doceniałam, którą pragnęłam gwałtem skierować w inną stronę i łudziłam się czas jakiś, że zwyciężę. Okrutna omyłka moja to jedyne usprawiedliwienie mego postępku.
Choroba Artura, śmiertelna, ukazała mi w całej grozie tę straszną omyłkę. Jeśli go już nie zastanę przy życiu, będzie to dla mnie piekielna kara za odrzucenie Jego uczucia, lekceważenie własnych uczuć i Twoich, Tomku.
Chociaż uczucia moje dla Ciebie nie kłamały nigdy od czasu, gdy przestały płonąć, tylko Tyś tego z początku nie widział, potem zdaje się nie chciałeś widzieć. Powinnam Ci była sama to wyznać, lecz z całej duszy pragnęłam dotrzymać Ci danego słowa. I oto przeciągnęłam strunę. Musiała pęknąć, raniąc nas wszystkich, Ciebie, Artura i mnie. Ale ten moment oświecił mnie wyraźnie, że moje miejsce tam, dokąd dążę. Co mnie tam czeka nie wiem, to jedno wiem z całą już świadomością, że to jedyna moja droga. Żegnam Cię, Tomku, jak najdroższego brata, zapomnij o mnie, bo na to zasłużyłam; bądź szczęśliwy w przyszłości. Przeznaczenia swego nikt minąć nie może, wierzę, że ono dla Ciebie jeszcze łaskawym się okaże, pragnę tego całem sercem”.

Tomek czytał już ten list, wszak przybył do Warszawy wczoraj.
Elża zażądała od Izabelli, aby list odesłany był do Renardów na drugi dzień po przyjeździe Tomka.
Elża nie widziała się z wujostwem i z nikim ze swoich, tylko w hotelu mogli udzielić o niej informacji. Tomek przez cały dzień wczorajszy miał czas na wywiady, jej zniknięcie trochę go przygotowało, z jej listu dowiedział się prawdy.
Do oczu Elży łzy napływały, zdławił ją żal. Zakryła oczy ręką i pozwoliła tym łzom płynąć cicho, pogrążywszy się w głębokiej kontemplacji. Ale sama nie spostrzegła, kiedy myśl jej z Tomka i jego krzywdy przemknęła na Artura i jego chorobę. I odczuła z niebywałą wyrazistością, niemal plastycznie, że Tomek to zupełnie drobny punkt na drodze jej życia, karzełek, podczas gdy Artur w jej duszy panuje po królewsku, wszechwładnie. Zatem rzucić skrupuły i żyć tym zadowoleniem, że się uniknęło omyłki nieobliczalnej w skutkach. A gdyby się już spełniło...
Elża wstrząsnęła się, przypomniała sobie swój sen w Warowni. Dreszcz zgrozy ją przeniknął.
— Więzienie, więzienie potworne, bez wyjścia.
Wobec miłości Tomka nie zdecydowałaby się na rozwód z nim, wlokłaby ciężką, pozornie wygodną i dostatnią taczkę życia. I trzebaby się maskować przed Tomkiem i jego rodziną i ludźmi, trzebaby swój dramat ukryć głęboko w duszy, by go nikt nie wyśledził i nie poddał pod pręgierz opinji ludzkiej, która nikogo nie szczędzi i żadnych uczuć najświętszych nie uszanuje, która nie umie wniknąć w tragedję, w niedolę duszy starganej, lecz ją zawsze tylko potępi. Żyć z takim brzemieniem i dławić się i dusić... Ach, za nic! A jednak taki byłby mój los, gdybym się w porę nie ocknęła. Ten sen z Warowni stałby się rzeczywistością, Warownia jej terenem.
Gorska strzepnęła rękami, jakby odpędzając od siebie straszną marę tak bliskiej już przyszłości, od której oto ucieka.
— Uciekłam, uciekłam — zawołała z niewymowną radością. Jadę w przestrzeń, w świat, do Niego! Zarysował się w jej oczach podsunięty myślą nagłą znak zapytania:
— Co znajdzie tam, dokąd dąży, co ją tam czeka?.. I czuła, że jej to pytanie zaczyna ciężyć, i że ją męczy.
Patrzała w okno, przesuwała wzrok po polach, lasach, wsiach, podobnych do miasteczek, po dużych miastach i stacjach, które mijała, ale wszędzie, jakby zawieszony w powietrzu, tkwił wielki znak zapytania. Czuła, że się go wcześniej nie pozbędzie, aż dotrze do celu swojej podróży.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Noc była ciemna, na prochowym aksamicie nieba i ziemi tkwiły złote światła, rozrzucone coraz gęściej i coraz niższe. Pociąg zdawał się unosić w górę, światła zaś zapadały w dół. Jechali na wysokim nasypie, mijając Frankfurt nad Menem. Elża, stojąc na ganeczku wagonu, owiana purpurowemi strugami iskier, oparła się na poręczy, zanurzyła oczy tęskne w powodzi świateł, hen, w dole rozsianych. Smutek ją owiał niewymowny. Ta noc, te światła nasunęły wspomnień roje, plątały się one z sobą, wikłały i spychały się wzajemnie... Monte Carlo w nocy, sztuczne ognie na cyplu Monaco... Artur stoi obok niej i mówi cicho: „Elly, pójdziemy razem w świat*... —
W oddali znowu rysuje się jakiś wyniosły samotny budynek, owiany w ciemni nocnej jakby siwą mgłą dymu z lokomotywy; błyszczą w nim światła i rozpływają się w tej szaro-siwej śreżodze. Nasuwa się wizja Warowni z przed czterech lat, w noc zimową, w pyle zawiei śnieżnej. Dwór oświetlony, suną ku niemu sanki, wiozące cztery postacie, ona wśród nich. Tomek i Uniewicz ze strzelbami. Dojeżdżają do dworu, otwierają się drzwi dębowe ukazujące wnętrze jasne i ciepłe. Na ganek wychodzi postać służącego w tołubie, wytacza się niedźwiedź, Kajtuś.
— Jak to dawno, dawno było... wtedy jechałam z nim w duszy, uciekałam od niego, teraz... uciekam do niego — myślała Elża. — Ironja, ironja losu. To, co wtedy odrzuciłam z lękiem, do tego dziś powracam, również z trwogą w duszy. Co mnie czeka?..
Elża wpatrzyła się W rozświetlone łuną miasto.
Frankfurt nad Menem, ojczyzna Fausta, Werthera, Ifigenji, zrodzonych w genjalnym umyśle Goethego. Wydało się Elży, że ta łuna nad miastem to aureola na czole poety, i, odbiegłszy od swoich własnych spraw, zadumała się nad utworami wielkiego myśliciela. Życie takiego człowieka i podobnych do niego ludzi dopiero życiem zwać się może, to tryumfalny przelot, po którym zostają wiekuiste pomniki, niczem nie zwalone, zostaje pamięć niezatarta w pokoleniach. Tacy ludzie żyć powinni dla innych, bo żyją dla przyszłości, ich altruizm, to konieczność, wypływająca z ich talentu, genjuszu. Ale zwykli ludzie, po których zostaje pamięć tylko w skromnym kółku, czyż nie powinni życie swe wyzyskać tak, by choć sami czuli, że żyją i są szczęśliwi? Czy największy egoizm można zawsze potępić bezwzględnie?
Czy żyjąc, trzeba koniecznie cierpieć, a czy cierpiąc można dawać szczęście?
Wpadam znowu w błędne koło zagadnień, prześladujących mnie stale — myślała Elża — i problematu tego rozwiązać nie potrafię, czy wobec samej siebie nie chcę. Oślepia mnie nadzieja szczęścia i podsuwa rozumowania wygodne. Gdy chciałam wejść na drogę ofiary i szczęście własne poświęcić dla szczęścia Tomka, rozumowałam inaczej.
A Tomek już czytał mój list.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Szwajcarja, skały, góry wyniosłe, niebotyczne szczyty, owiane przezroczą, błękitno-białą mgłą śniegów, zastygłych na wirchach. Śnieżne kopuły trącają, zda się, lazur nieba, słońce, zachodząc, przytula skały do łona swego, że nasiąkają purpurą i cudownym różem o morelowym subtelnym odcieniu. Tam znowu stok skalisty płonie przepyszną barwą złoto-żółtą i mieni się jak topaz szlifowany. Drugi bok skały jest czarny, jak żelazo, pogrążony w cieniu, zimny, na którym wązki, bystry potok szarfą pienisto-błękitną biegnie po odciosach kamiennych ścian. Wodospad żyje i pędzi w doliny, ale wygląda, jak zastygły, na stalowo-czarnej odciesi.
Słońce krasi góry, oddaje im cały, swój królewski dar szczodrych barw, na inne ciska głęboki cień żałoby.
A nisko, u stóp kamiennych kolosów w śnieżnych koronach, rozlane jezioro błękitnieje jaskrawo wszystkiemi odcieniami szafiru, turkusu, lapis lazuli. Na falach toczą się rozwite hojnie perły, tam, gdzie słońce zanurzy swe oko, złote błyskają trzęsienia.
Express gnał na zrębie skalnego wiszaru, mając pod sobą modrą toń, a poza nią jakby zamczysko z olbrzymich złomów granitu.
Elża jechała ciałem tylko, duchem i oczami bujając od lazuru fal ku błękitom niebieskiej kopuły nieba, czepiała się śnieżnych hełmów skalnych, płynęła na wodospadach, roztapiała się w złotych łunach słońca. Źrenice jej pełne były zachwytu, na usta wybiegał szept tęsknoty, nadziei. Marzenia te ubierały się w słowa poety, wśród tych gór zrodzone.

„Pójdziemy razem na śniegu korony,
Pójdziemy razem nad sosnowe bory,
Pójdziemy razem, gdzie trzód jęczą dzwony!
Gdzie się w tęczowe ubiera kolory
Jungfrau i słońce złote ma pod sobą;
Gdzie we mgle jeleń przelatuje skory,
Gdzie orły skrzydeł rozwianych żałobą
Rzucają cienie na lecące chmury!

Nagły żal jakiś zmącił jej szczęście, zastygła chwilowo, gorycz, bryznęła jadem, zatruwając nadzieje i marzenia. W oczach zgasł promień, zasnuła je chmura lęku, obawa przed nowym bólem. Na usta zbladłe wypłynęły końcowe słowa poematu:

„Skąd pierwsze gwiazdy na niebie zaświecą,
Tam pójdę aż za ciemnych skał krawędzie,
Spojrzę w lecące po niebie łabędzie
I tam polecę, gdzie one polecą,
Bo i tu — i tam — morzem i wszędzie,
Gdzie tylko poślę przed sobą myśl biedną
Zawsze mi smutno, i wszędzie mi jedno;
I wszędzie mi źle — i wiem, że źle będzie,
Więc już nie myślę teraz tylko o tem,
Gdzie wybrać miejsce na smutek łaskawe —
Miejsce, gdzie żaden duch nie trąci lotem
O moje serce rozdarte i krwawe...“

Elża spuściła głowę nizko na piersi, z oczu jej spadły grube jasne łzy, usta rozedrgane od wewnętrznego wzruszenia szepnęły cichutko, boleśnie:
— Arti, jeśli ty teraz... jeśli ty...
Spazm rozpacznej trwogi zdusił jej słowa, sparaliżował myśl obłędną.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Elża w otwartym oknie dusi się dymem, pochłania oczami czarne — wyżłobione tunele. Express przebija górę St. Gothard, wspina się pracowicie, huczy, dudni, wali naprzód, jak pocisk wypuszczony z działa olbrzymiego kalibru. Elża gasi lampę w swoim przedziałku, bo chce mieć wrażenie prawdziwego piekła, ale jakaś zakonnica, belgijka, jadąca z nią razem, budzi się przerażona w najwyższym stopniu i, widocznie pomimo swoich kwefów niezbyt pewna nieba, drży ze strachu i wola o światło, wykrzykując piskliwie w obawie katastrofy.

— Mijamy Gothard — woła Elża, odkręcając elektryczność. Niema powodu do trwogi.
Zakonnica, uspokojona nieco, zaczyna pacierze, a Gorska wychodzi na ganeczek, bo w ciemności, przecinanej iskrami, w dymie, w szalonym pędzie i szumie doznaje wrażeń silnych, żywiołowych. Budzi się w niej zachwyt dla natury, dla potęgi ludzkiej woli.
— Młot Hefajstosa przeszedł przez tę skałę potworną, — myśli Elża.
Od zgiełku expressu, wkręcającego się świdrem w skałę dygotała zda się cała góra, jej ściany wewnętrzne okopcone migały w brzasku iskier, jak czeluście piekielnych pieczar.
Gdy wreszcie wpadli na światło, Elża spojrzała na zegarek: czterdzieści minut i pięć sekund pociąg był w tunelu. Teraz, wyzwolony z oków skalnych, rozwiał szeroko ciemny pióropusz dymu, jak sztandar zwycięski i gnał przed siebie szaleńczo, gwałtownie. Miał fizjonomję zaborcy dzikiego, który pierwszy toruje sobie drogę, rozszarpując skały, odtrącając góry, i pędzi dalej, coraz dalej na podbój.
Lokomotywa pochłaniała przed sobą drogę z zawziętością, z jakąś zaciekłą pasją, byle naprzód, naprzód.
Elża oddychała, szeroko chwytając do piersi nowe powietrze. Doznała dziwnego uczucia ulgi i szczęścia; przebyta skała St. Gothard była niby to pierwsza brama do nowego życia, do nowej nieznanej, a upragnionej przyszłości... z Nim.
Oczami pełnemi wesela i blasków patrzała na Alpy Lepontyńskie, na mijane jeziora, stoki, szczyty. Lombardję powitała jak starą, miłą znajomą, z którą łączyły ją już drogie wspomnienia. Przez Medjolan, Padwę, Weronę, Wenecję jechała ongi z Arturem do Wiednia, dążąc do Warowni. Myśli jej, wszystkie uczucia, wyprzedzały ją, biegnąc ciągle do niego, hen, za nieznane morza i ocean.
Czasem świeciła nadzieja, często jednak zapadał gęsty zmrok zwątpienia, niepewności i okrutnych przeczuć nieszczęścia. Czasem odległy ląd, na którym on przebywał, okraszał się rajskiemi barwy i promieniował, czasem okrywały go gęste mgły, stężałe w ciężkie runa.
A express pędził i pędził naprzód, wrzynając się głęboko W Półwysep Apeniński.

XII.

Neapol. Port, zgiełk, szum, wrzawa. Stoją statki, wielkie parowce, przeważnie wojenne, i pancerniki, najeżone wylotami armat. Widać mnóstwo wojska, jeńców oficerów różnej narodowości, kręcą się anglicy, którym Elża przygląda się wyłącznie z ciekawością jakby szukała wśród nich znajomej, drogiej twarzy. Wie, że on jest na oceanie Indyjskim, a jednak oczy wypatrują go mimowoli i uparcie pośród jego rodaków. Gorska stoi na pokładzie dużego parowca francuskiego „Isle en mer”, patrzy ciekawie, jak ładują na statek olbrzymie paki, które wielka dźwignia mechaniczna lekko unosi w górę i zręcznym ruchem składa na przeznaczone miejsce. Kadłub parowca otoczony ze wszech stron małemi stateczkami podjezdnemi, zatoka roi się od szalup, łodzi różnych wielkości, pełnych przekupniów i tych, którzy żegnają odjeżdżających.
Zamęt dokoła powiększa się — gdy statek zaryczał głosem potwora. Majtkowie ciągną kotwicę, parowiec zaczyna lekko drgać na błękitnej, jak chaber, fali, niby Najada morska, idąca w pląsy.
Za chwilę śruba pieni wodę coraz zawzięciej, gwałtowniej. Statek zadrżał, ryknął raz jeszcze, rozległy się gwizdawki marynarzy i oto Elża widzi, że Neapol cudny jak z bajki zaczyna się odsuwać dalej i dalej, że między tym brzegiem uroczym a statkiem pas chabrowej wody powiększa się coraz bardziej. Uczucie niezwykłe ogarnia Elżę, że nie ona odpływa lecz, że Neapol zanurza się w lazurowych falach i maleje, niknie. Świecą jeszcze białe domy, wile, widnieją ogrody i wznosi się ciężki, dumny kołpak Wezuwjusza, co jak wielkorządca tego wybrzeża, jego suweren, czuwa nad okolicą i oznajmia się cienkim pasmem szaro-różowego dymu ze swych otchłani. Elża łzawe oczy utkwiła w tym kopcu olbrzymim wulkanu, wyławia wzrokiem ostatnie wizje Neapolu i myśli z głuchą trwogą w duszy:
— Opuszczam Europę... gdzież mnie niosą te fale?..
Ogarnia ją tęsknota rzewna a silna, łka w jej piersi nienazwany żal, czy szczęście, czy ból...
Tam, w tej mgle morskiej za pienisto-błękitnym szlakiem wód został kraj, Warownia, Tomek. Tomek — Warownia — jakie to już obce, ponure w dźwięku.
Warownia smutna teraz, stoi szara wielka i głucha, wiązy zwiesiły ośnieżone konary, wieczór śreżogą zimną je osnuwa. A tu słońce wpada w turkusy morza i zapala je sobą, wyspa Ischia płonie przez chwilę jak rubin w złocie i pogrąża się wolno w sinawy cień, zasłaniając sobą gorejącą tarczę. A oto nieobrane jeszcze z krasy rumieńca Sorrento raduje oczy, Elża napawa się widokiem tego cudu i znowu odwraca olśnione źrenice, bo mijają Capri, niby zawieszony wysoko nad morzem klejnot bezcenny. Ischia, Sorrento, Capri, perły pogubione przez Anioła Piękna i Ciszy i dlatego tyle w nich barw, tyle nieziemskiego czaru — szepce Elża w upojeniu i zachwycie.
Myśl jej nie biegnie już ku mrokom Warowni, lecz błąka się tu jak natchniona, lecz przywołuje do siebie jedną, jedyną duszę umiłowaną, aby tu była z nią i z nią razem napawała się słodyczą rozlaną hojnie dokoła.
— Arti, czy szczęście może być tak piękne, jak tu jest piękny świat? — mówi cichutko do wizji jego postaci przy sobie.
Ale już morze oksyduje się cieniem, niby opar sinawo-szary spływa na toń i mąci jej szafir, zasnuwa sadzią wieczoru. Potężne kominy parowca buchają dymem, śruba huczy, a statek prze w tych odmętach płynnego srebra, które, przesycone za dnia błękitem, jeszcze się go pozbyć nie może i tchnie barwą bławatu zlekka przyćmionego.
— Jutro lazur morza powróci znowu, bo do swego zasadniczego wyrazu wszystko wrócić musi, wszystko wyjawić musi na końcu swoje credo istotne, jak morze swój lazur — rozmyśla Elża.
Stoi na pokładzie, wpatrzona w mroczną, ruchomą roztocz wód. W pewnej chwili słyszy gong, więc schodzi na obiad, jak lunatyczka, widzi przy sobie jakieś obce osoby, niby przez sen rozróżnia rozmowy, toczące się głównie o wojnie. Elża czuje się tu źle w tym rzęsistym blasku elektrycznym, w tym tłumie cudzym, dławi ją nad wyraz przykre uczucie osamotnienia wśród ludzi, więc też z radością wybiega później na pokład pomimo nocy i chłodu. Zbliżył się do samotnie stojącej kapitan statku, francuz, i widząc, że jest pochłonięta morzem, objaśnia ją grzecznie, gdzie się obecnie znajdują. Zaciekawia Elżę tajemnicza wzmianka o jakimś cudzie, który mają wkrótce oglądać ci, co nie śpią na statku. Elża dopytuje się, o czem mowa, ale dowcipny francuz zaprzecza głową i rozłożoną dłonią koło swego nosa.
— Pani zobaczy sama, pani zobaczy.
Poczem odchodzi dalej, zapala cygaro i, oparty o burtę, milczy.
— Czuwa, czy także marzy — zastanawia się Elża, rada, że sobie poszedł.
Noc zapadła ciężka i aksamitną oponą pokryła szumiące fale. Morze wznosiło się lekko, żłobiąc na swej powierzchni niewielkie rozpadliny i wzgórza. Często ostry grzebień piany zabulgotał głośniej, oznaczając się jaśniejszą plamką. Cisza była głęboka, tylko otchłanie wód jęknęły czasem, niby westchnieniem, jakiś szloch doleciał z głębin, lub nagle głośniej zagadały fale i znowu milkły. „Isle en mer” pracuje śrubą bez przerwy, odgłos jej trybów zlewa się tak z ciszą i pogwarem morza, że tworzy jednolitą nocną melodję wód. Przerywają niekiedy ciszę monotonne nawoływania majtków, zresztą parowiec milczy uśpiony, głuchy. Kapitan snuje się po pokładzie, zagląda do busoli, do budki strażniczej. Elża widzi w świetle zielonej nocnej latarki jego dobroduszną twarz z czarnemi wąsami, któremi rusza zawadjacko, jak chrabąszcz. Jego siwe małe oczki przenikają ciemność nocy, wpijają się w mroczną toń, jakby czegoś wypatrywały. Gorska, pogrążona w swojej zadumie, uczuwa dotkliwy chłód, zatula się mocniej w sukienny płaszcz, ale zimno liże ją po plecach, dreszcz nią wstrząsnął raz i drugi. Postanowiła pójść po pled do swej kabiny. Gdy skierowała się w stronę schodów, kapitan zastąpił jej drogę.
— Pani idzie spać...
— Nie, ale mi zimno — odrzekła zdziwiona.
— Teraz proszę nie odchodzić, wytrwała pani tyle czasu, trzeba już doczekać.
— Czego, panie?..
— Zaraz, zaraz. O, o, widzi pani, jak tam na krańcu horyzontu leciutko różowieje fala? Morze się podnosi wyżej, bałwany są wynioślejsze i dlatego jeszcze, jeszcze... ale już za chwilę.
Elża utkwiła wzrok w punkcie, gdzie istotnie na tle niezgłębionej czarności nieba i morza, zlanych z sobą, przesiąkał brzask jakiś wiśniowy a subtelny, niby opar.
— Czy to świt? — spytała.
— Ale gdzież tam, do świtu daleko, słońce wschodzi zupełnie inaczej.
— Zatem to wschód księżyca?..
— I to nie.
Nagle potężny zwał wód podniósł statek wysoko w górę.
Elża wydała okrzyk zdumienia.
— Te voila! — zawołał kapitan.
Daleko w głębi czeluści zlanego z sobą horyzontu wykwitał wprost z morza strzelisty słup morelowo-złoty i tkwił nieruchomo jak lej, rozszerzony u szczytu, z którego wytryskała sypka zawieja iskier w pióropuszu siwo-różowego dymu.
— Wulkan! — zawołała Elża.
— Stromboli, zbliżamy się do wysp Liparyjskich — odrzekł kapitan.
— Cóż za cud!..
Pochylona naprzód, patrzała na zjawisko oczarowana. Nikł chwilami z oczu główny stos wybuchu, tylko łuna zostawała na falach wiśniowo-pomarańczowa. Ale gdy statek z rozpadlin, utworzonych przez bałwany, wznosił się znowu na pieniste, wyżyny grzyw, wówczas wyrastał w całej pełni jaskrawy snop i odrzynał się wybitnie na tle nocnych kirów.
Były momenty, że słup zdawał się zbliżać do statku, podpływał, jakby sunąc po bałwanach, i znowu się oddalał. Drgały na fali tysiączne iskierki, jakby rój barwnych czerwonych i złocistych komarów sypał się gęsto, obsiadał szczyty bałwanów, na ich białych fryzach świecił różowo. Cisza trwała niezmącona, tylko morze gadało głośniej i piętrzyło się w coraz wyższe góry. Kapitan mówił cicho:
— Zaczyna się chwiejba, morze kołysze, niech już pani zejdzie do kajuty. Istotnie trochę zimno.
— Nie, za nic nie pójdę, widok jest zbyt piękny, coś podobnego raz się w życiu widzi — mówi Elża z zapałem i dziękuje kapitanowi, że ją zatrzymał. A on się śmieje.
— Poznałem w pani romantyczkę. Pani ma łacińską duszę, wrażliwą na piękno, tak odgadłem. Inne lady i signory zaczynają podróż najpierw od toalety, potem szukają towarzystwa, nie bądźmy skromnymi, naszego, męskiego, siedzą w salonie, flirtują. Pani od czasu wejścia na statek widzi tylko morze, pani była na obiedzie nieprzebrana; krytykowano panią, ale pani tego nie słyszała. Pani była cała pochłonięta widokami brzegów Neapolu i jakąś własną myślą, pani ma w sobie smutek wyraźny. Pardon, nie chcę być niedyskretnym, ale to dlatego postanowiłem pokazać pani Stromboli. Ja go widuję często i nigdy nie zaniecham, by go widzieć, bo i ja jestem romantykiem. Kocham piękne zjawiska natury i kocham morze, ono jest zawsze nowe i zawsze inne, chociaż niby takie same.
— Słup ognisty zbliża się ku nam, najwyraźniej idzie po fali. Ach, jakie to urocze zjawisko. Cóż za przepych, — unosiła się Elża.
Kapitan kiwał głową.
— Złudzenie optyczne, tak jest zawsze, gdy noc jest ciemna.
— Czy częste i długie są takie wybuchy?
— To nie wybuch, pani, to zwykły, silniejszy oddech Stromboli, ten wulkan żyje, ale jest nieszkodliwy. Takie same objawy u Wezuwjusza już są groźne, a Stromboli to przyjaciel marynarzy, oświeca nam często morze i daje świetne widowisko.
Kapitan z trudem nakłonił Elżę, aby poszła spać, gdyż wulkan nie gaśnie czasem do świtu, a jest zimno i chwiejba statku coraz większa. Gdy Elża pytała, czy się nie zanosi na burzę, kapitan odrzekł wesoło:
— Eee, nie, morze trochę huśta, więcej niż zwykle, ale nad ranem pewno bałwany zasną. Płyniemy do Kalkuty proszę pani, wobec przeto morza Czerwonego i oceanu Indyjskiego przed nami, cóż dla nas znaczą takie fale?.. kołysanka nic więcej.
Elża zeszła do kabiny z lekkim dreszczem pewnego lęku.
Morze Czerwone, Ocean Indyjski, takie przestrzenie... ale tam za tą potęgą mórz... On... Artur...
Nowa otucha wstąpiła do duszy młodej kobiety. Usypiała z obrazem Artura w mózgu, przepełnionym wizjami podróży. Czasem zgrzytnęła myśl smutna.
— A w Warowni noc, cisza, tylko szumi bór z oddali i pojękują wiązy. A Tomek...
— Biedny, biedny Tomek.
— Tak, tak, tak, tak, tak, — jednostajnie, mechanicznie mówi maszyna parowca i pcha statek w odmęty, w odmęty. Morze szumi tak, jak czasem szumiał Pyszny Bór z oddali.
Smutek i niepokój Elży powiększał się. Budziły się w niej obawy, że nie zastanie już Artura w Indjach. Może wyleczony wyjechał do Anglji, a może już... Na tę myśl przepaść otwierała się przed nią. Czuła również, że jeśli on zdrów, to pomimo szczęścia z tego powodu szukać go w jego ojczyźnie ona nie odważy się. Do jego matki nie pojechałaby za nic, znała siebie i swoją ambicję, więc wracać do kraju i oczekiwać, aż się on do niej ponownie odezwie? Więc tak, niech się dzieje wszystko, byle on był zdrów. Co się z nią stanie, to mniejsza, byle on żył, bo jeśli...
Lodowaty dreszcz przeniknął Elżę, trwoga coraz częstsza o zdrowie Artura mąciła jej umysł. Podróż morska nie szkodziła jej, czuła się zdrową fizycznie, ale coraz słabszą duchowo, jej stan moralny przerażał ją samą. Zaczęła myśleć z rosnącym przerażeniem o końcu podróży, bała się go jakby nieuniknionej katastrofy. Spytała raz kapitana, jak długo będą płynęli do Kalkuty.
— Neapol, Port Said 4 dni, Port Said — Aden 6 dni, Aden — Bombaj 5 dni, Bombaj — Kolombo 4 dni, Kolombo — Kalkuta 7 dni, zatrzymujemy się włącznie w Port Saidzie pięć godzin, w Suezie całą noc, w Adenie cały dzień, czyli 27 dni, płyniemy już czwarty dzień, będziemy w Bombaju za dni 12, w Kalkucie zaś za dni 25, o ile nic nie zajdzie nieprzewidzianego — wyrecytował kapitan.
— Dwadzieścia trzy dni, to okropnie długo; przez ten czas może się wszystko stać najgorsze...
— Co mianowicie?
— Można wyjechać... można umrzeć — wyszeptała Elża z wewnętrznym wstrząsem niepokoju.
— Eee... he... he, umrzeć to można i zaraz, poco taki długi termin. Ale nie umrzemy, nikt się na tamten świat nie spieszy, a tymbardziej marynarze, bo wiedzą, że droga tam prowadzi ich via żołądki rekinów. „Isle en mer” dowiezie nas bezpiecznie na miejsce, my się sobie niesprzeniewierzymy.
— Mnie, kapitanie, chodzi nie o własne życie — rzekła Elża smutno i oto nagle uświadomiła sobie przeraźliwie jasno, że nie przeżyłaby zgonu Artura. Jeśli on nie żyje... to nie mam poco żyć, nie mam do kogo i dokąd powracać.
Myśl ta beznadziejna sprawiła jej ulgę. Do tej pustki za sobą utworzonej nie wróci, bo gorszą byłaby ona od śmierci. Poza nią nic i przed nią nie pozostałoby nic, a żyć z taką nicością — czyż podobna?.. Odczuła bardzo wyraźnie, że nie zabrakłoby jej odwagi do popełnienia tego czynu, który stałby się tylko jej wyzwoleniem.
Artur Dovencourt-Howe był jej celem już jedynym, najdroższym, najświętszym. Wszystko mogło być przed nim, przed tym momentem decydującym, który ją do niego uniósł. Ale teraz po za nim tylko nicość. Za dwadzieścia trzy dni rozstrzygną się moje losy — powiedziała sobie z odwagą i rezygnacją, gotowa na wszystko. Mówiła to bez śladu tragedji, owszem, ze spokojem zupełnie szczerym. Francuz długo na nią patrzał i ruszał Wąsami groźnie. Wreszcie rzekł:
— Człowiek nie decyduje o sobie, bo zależy wszystko od takiej lub owakiej chwili, jaka napłynie z przestrzeni. Ludzie to nazywają przeznaczeniem, albo wolą Boga. To śmieszne, nieprawdaż?
— Pan nie wierzy w Boga?
— Ach, Bóg jest już bardzo stary, proszę wierzyć. Wiele rzeczy nie widzi, dużo nie chce wiedzieć, wreszcie zbyt długo się przygląda, a często i nieszczególne ma serce. Świat płynie jak fala morska, wznosi się, opada, burzy, uspokaja — ciągle w kółko. Tylko morze jest coraz nowe, świat zaś zawsze jednakowy, morze jest piękne, świat brzydki. Światem nazywam ludzkość. I jak na morzu los podróżnika zależy od pogody, od przytomności kapitana i siły motoru, tak samo los człowieka wśród ludzi zależy od wewnętrznego usposobienia w danej chwili, od siły ducha i od mniejszej lub większej odwagi.
Elża zamyśliła się poważnie nad przeszłością swoją. Stanęły jej w myśli wypadki ostatnich lat kilku, ucieczka od Artura, Warownia, zaręczyny z Tomkiem, wojna, jej tęsknota, listy Artura, wreszcie ostatni list i znowu ucieczka do Artura.
— Kapitan ma rację — rzekła żywo. Uczucia ludzkie są często jak statek, rzucony na pełne może. Fala miota nim, pomimo nawet silnego motoru, tu i tam, druzgoce nawet opancerzenia, ale przyzna pan, że, gdy runie motor, statek ginie.
— Czyż zatem w Kalkucie mam oczekiwać, że siła pani ducha ulegnie ruinie?
Elża zadrżała, przykrość sprawiło jej to pytanie.
— Jeśli tak — rzekła, panując nad sobą — to zginę bez chęci ratunku.
— Pani mówi to z siłą, ale spokojnie, lecz w pani tkwi dramat. Mam dla pani dużo sympatji, bo lubię polaków i ludzi smutnych. Dajmy na to, że smutek pani chwilowy, w pani jest wewnętrzne życie, które przebija przez obecny nastrój, jak słońce przez mgłę. I oczy pani są dumne, patrzą śmiało na ludzi. Melancholijną pani nie jest napewno. Trzeba tylko słońca, by ta mgła zniknęła. Może zatem słońce indyjskie...
— Ach tak, kapitanie, słońce indyjskie gdyby mi świeciło.
Umilkła zawstydzona własnym wybuchem.
— Jak pani błysnęło w oczach, nie gorzej od słońca na samym równiku. Parbleu. Gotówem płynąć jaknajdłużej do Kalkuty, bo zaczynam się obawiać, czy pogoda dopisze.
— Zależy to od Boga i od mego fatum.
— Sprzeczność; pani wierzy w Boga, a jest poganką. Bóg i fatum to dwa pojęcia przestarzałe, choć przeciwne sobie. Tymczasem owa pogoda w Indjach zależy tylko od potęgi fal elektrycznych między panią i... słońcem Indji. Pozatem od żywotnej siły samego słońca i dobrych powiewów bieguna południowego, lub złych północnego. Oto wszystko.
— Pan jest niesłychanie sprytny — uśmiechnęła się Elża ubawiona.
— Ach, madame, ja słyszę, jak szemrze najmniejszy prądzik na dnie oceanu, ludzkie zaś uczucia odgaduję przez skórę na sto mil morskich, nie dopiero wtedy, gdy mnie już skrobią; różnię się tym od ryby.
Częste rozmowy Gorskiej z kapitanem zwracały na nią uwagę podróżnych. Nie udzielała się towarzystwu, widocznie unikając znajomości. Jej zamyślenie, wykwintny choć skromny ciemny strój, żywość i energja w całej postaci, pomimo wyraźnego smutku, a przytem wybitna, imponująca rasowość zaciekawiały mężczyzn, tym samym niepokojąc strojne damy, chciwe własnego wpływu. Najzawziętsze nazwały ją pokutnicą, posądziły, że nosi włosiennicę pod ciemną suknią. Ale dowcipny kapitan, usłyszawszy raz taką uwagę, zmrużył chytrze siwe oczki i, kiwając koło nosa rozłożoną szeroko dłonią, mówił tajemniczo, że ta pani to miljonerka szwedzka i jedzie do Indji, gdzie ma kopalnie brylantów, że stara się o nią miljarder angielski, ale ona go nie chce, gdyż postanowiła wyjść za biednego, byle jej się podobał. Skutek plotki kapitana był nadzwyczajny, mężczyźni zaczęli nagle nadskakiwać Gorskiej na wyścigi, kobiety zaś patrzyły na nią z zawiścią, ale z szacunkiem, jaki wywołują u niektórych miljony. Kapitan bawił się wybornie, Elża zaś, zajęta swojemi myślami, nie zwracała narazie uwagi na składane jej hołdy i nagłą adorację mężczyzn. Spostrzegłszy to jednak wkrótce, spytała kapitana, co by to znaczyło, gdyż domyślała się w tym jego współudziału. Gdy francuz wyznał wreszcie całą prawdę, Gorską uderzył przedewszystkiem jeden szczegół.
— Skąd panu przyszedł na myśl anglik w zestawieniu ze mną? — zadała pytanie.
Kapitan wahał się trochę z odpowiedzią, wykręcał się, ale Elża nie ustąpiła.
— Oto widziałem panią w Neapolu, obserwującą z takim zainteresowaniem kręcących się tam anglików, jak gdyby wśród nich miała się ukazać twarz znajoma, a nawet kochana. Następnie lubi pani mówić o Anglji, oburza się nadzwyczaj, gdy coś niepochlebnego powiem o anglikach. Stąd przeczułem, że... słońce Indji może mieć zabarwienie albiońskie, nie tylko ze względów gieograficznych. Obecne zainteresowanie się pani tym szczegółem mojej intrygi podkreśla moje przeczucia. Pardon za moją niedyskrecję.
— Pan jest człowiekiem zupełnie niebezpiecznym.
— Ale nieszkodliwym. Niech pani tylko nie prostuje mojej plotki. Co pani to szkodzi, bawmy się słabością ludzką. Może pani przytem nazbierać mnóstwo obserwacji bardzo ciekawych. Zanim dopłyniemy do Suezu, opinja pani miljonów jeszcze wzrośnie na statku. Może się pani spodziewać ofert tajemnych na wielbicieli i jawnych na przedsiębiorców handlowych.
— A skąd panu przyszło nazwać mnie szwedką?
— Jest pani typem podobnym do szwedek, to nie ubliża, proszę mi wierzyć, znam tę rasę kobiet i cenię. Oczywiście nie mam tu typu Krystyny Semiramidy szwedzkiej na myśli.
— Nie mógł mi pan przyznać mojej — własnej narodowości, którą pan podobno lubi?
— Taak, ale kopalnia brylantów w Indjach i polka, to trochę ryzykowne połączenie.
— Pan uważa Polskę za zbyt biedną?
— Już pani mówi z oburzeniem i goryczą, już panią obraziłem, już gotowa pani kopję kruszyć o Polskę. Więc na przeprosiny coś pani pokażę.
Kapitan wręczył Elży lornetę i skierował ją na południe.
— Co pani widzi tam daleko, daleko?
— Widzę jakiś pas błyszczący w słońcu, na skraju horyzontu, jak złoto. To chyba wyspa.
— To już Damietta.
— Afryka, Egipt!.. — zawołała Elża.
— Tak, dopływamy wkrótce do Port Said.
Elża doznała ponownego wrażenia, że otwiera się przed nią jakaś brama nowa a świetlista, jak ten pas lądu, widny z oddali, że oto próg do czegoś wielkiego. Przeszłość nagle zmalała, skurczyła się. Wszystko, co było, pozostało w szarej zaćmie. Przed nią słońce, blask. Przepełniona takim uczuciem, pochłaniała chciwemi oczami brzegi Egiptu, wpływając do portu, drżała na całym ciele, starała się jednak o spokój pozorny nawet przed kapitanem. Zresztą jej burzę wewnętrzną zagłuszył ruch portowy i nowość widoków. Nie mogła się napatrzeć na mnóstwo statków wielkich i małych, na rojowisko łodzi, i wąskich feluk arabskich, na ciemne twarze Arabów, Persów, Beduinów, na ich białe turbany i płaszcze, wśród których uwijały się fezy tureckie i czarne twarze o białkach oczów jak z porcelany.
Parowiec ładował węgiel, dopełniał niektóre zapasy, pasażerowie wsiadali i wysiadali, pokład był zapchany różnorodnością typów wschodnich i kostiumów. Niemniej rozmaite od strojów słyszało się narzecza językowe, a na dole, koło kadłuba statku, przewalała się istna powódź łódek z przekupniami i buchał wrzask, wściekłe wołania i przekleństwa. Elżę wszystko to ogłuszyło trochę, dopiero odetchnęła z przyjemnością, gdy statek ruszył.
Zanim wpłynęli pomiędzy kamienne mole, prowadzące do kanału, Elża rozejrzała się z rozkoszą po przestworach morza i żółtych ławicach Delty nilowej, poprzerzynanej taśmami wody rozpadającego się tu Nilu. Znikł krzykliwy tłum ludzki, została wszechmocna pustosz wód, zlana błękitem i świetlistością z niebem, została otchłanna bezdeń powietrzna, — czysta i wonna jak źródło życia, zostały te gęste a wąskie połacie piasku złotego Delty niby macki, którymi Afryka wpija się w łono morza Śródziemnego, jakby je trzymała, by nie uciekło... Wielkie doki i budynki portowe razem z lasem masztów okrętowych nikną w tej roztoczy powietrza, wody, która tu panuje samowładnie. Stada białych mew kłębią się nad morzem i kanałami, jak roje wielkich motyli. Słońce pali i zatapia wszystko w niezmiernie jaskrawej łunie. Wpłynęli na kanał. Elża zdumiewa się, bo oto statek sunie, jakby po rzece nawet niezbyt szerokiej, ujętej w groble, prostej niby szarfa blado-błękitna, i dziwnie cichej. Po morzu rozkołysanym kanał był jak tafla szklanna, okręt ślizgał się po niej swobodnie i pomimo, że na wielkości swej i na majestacie zyskiwał, wobec tej wąskiej wody i pustoszy piasczystej dokoła, to jednak miał wygląd bierny, bo nie robił wrażenia, że on przebywa ten kanał, lecz że kanał go posłusznie przenosi. Statek pozwala na to z dumą, jakby mówił: „drwię sobie z takiej wody, przedemną morza, oceany; dla nich zachowuję swój trud”.
A kapitan mówił do Elży:
— Cóż kanał... strumyczek wobec morza, prawda, pani? ale więcej on znaczy niż niejedno morze. Morze Czerwone odgrodziło się od Śródziemnego puszczą, aż tu Lesseps spłatał mu figla i przeciął barykadę. Marynarze mówią, że morze Czerwone od tej pory pieni się i burzy gorzej niż dawniej, zapewne też zbladło z gniewu, bo jak pani sama zobaczy, czerwone wcale nie jest, ale zawsze złe.
Gorska słuchała słów kapitana, ale zajęta była swoją myślą:
— Tędy przepływał Artur.
Słońce zapadało za skraj pustyni, zalewając ją purpurą, na cichych wodach jeziora Menzaleh drgały czerwone płomyki, jakby krople krwi. Krzyk żałosny czapli czy pelikanów wprowadzał do ogólnej melancholji krajobrazu nową nutę smutku. Udzielił się on Elży i to tak silnie, że łzy grube spadły z jej oczu. Wyobraźnia nasunęła okrutną wizję chorego Artura, płynącego tędy może bezpowrotnie. Krople szkarłatu na jeziorze wydały jej się krwią z rany Artura, z rany, jaką otrzymał przez nią... Skurcz dławił jej krtań tak boleśnie, że o mało nie wybuchnęła szlochem z pod serca idącym, ale dokoła było pełno ludzi, więc się pohamowała. Utkwiło jej w pamięci jedno zdanie Artura, jeszcze kiedyś na Rivierze wypowiedziane: „uczucia dzielę na osobiste i ogólno-ludzkie; pierwsze chowam skrzętnie dla siebie i swoich najdroższych, bo chcę, aby były zawsze czyste”. Elża bała się, by jej uczuć nie sprofanowali ludzie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W Suezie byli w nocy.
Górska widziała tylko światła portowe w dokach i na statkach* oraz takie same tańczące na czarnej toni zatoki. W oddali wielka latarnia morska rzucała smugę świetlistą w kształcie ogona komety; fale, huśtając się, rozszerzały lub zwężały ten zalew dobroczynnego blasku, igrając z jego iskierkami.
jednostajny plusk wody o kadłub statku i znany już gwar portowy znużył Elżę wkrótce; zeszła z pokładu do kabiny, ale do świtu zasnąć nie mogła: pisała długo w swoim bloku podróżnym, targał nią straszliwy niepokój nanowo ocknięty i już wprost męczący.
— Coś się napewno dzieje z Arturem — zbyt wyraźnie ta czuję.
Nagle oderwała ją z miejsca myśl błyskawiczna.
— Zatelegrafuję do niego, dowiem się, czy zdrów, wrazie wyjazdu uprzedzę, zatrzymam.
Nie śmiała pomyśleć, że się obawia, czy on żyje, że go głównie pragnie widzieć.
Pobiegła do kapitana.
Czuwał na stanowisku, bo dzień wstawał wietrzny i zanosiło się na burzę. Chociaż płynęli zatoką Sueską, lecz bałwany były wielkie i kołysały statkiem niegorzej niż morskie. Kapitan w usposobieniu kwaśnym powitał ją słowami:
— Źle, tu mamy wichurę, na Czerwonem będzie burza, barometr fatalny. Czemu pani tak rano wstała?
— Wcale nie spałam.
— Jeszcze lepiej.
Elża przedstawiła mu swoją prośbę.
Kapitan zmarszczył się.
— To można będzie uskutecznić w Adenie. Tam jest kabel podmorski angielski; o ile depesza do anglika, to nawet prywatna może być przyjęta bez zwłoki.
— Dopiero w Adenie! A ze statku naszego nie można?
Kapitan zrobił wielkie oczy.
— Doprawdy pani ma zachcianki prawdziwej miljonerki. Iskrowe depesze ze statku podawane są tylko w interesach naszych, marynarskich, alarmowe i t. d.
— A z Suezu?
— Suez opuściliśmy, stąd do Suezu telegrafować w kwestji prywatnej nie mam prawa i Suez teraz takiej depeszy do Indji nie przyjmie. Wojna trwa, wobec jej wymagań wszystko idzie na bok. Parbleu, niech pani będzie cierpliwą.
— Tak, a tymczasem utoniemy i nawet... nie będzie wiedział, że śpieszyłam — jąkała się Elża, trwożnie podniecona.
— O là...1à... zaraz utoniemy, poco mamy tonąć. W Bab-el-Mandeb leżeliśmy już parę razy do góry nogami, aż wszystkie rekiny tańcowały z radości, że będzie uczta i zawsze „Isle en mer” zwycięsko podniosła łeb, nawet jeden maszt nie pękł. Pani sama zobaczy, jakie kozły się przewraca w tej cieśninie piekielnie skalistej, dzikiej, nazwanej nawet „Portes des Pleurs”, a jednak nigdy w niej nie płakałem. Oberwałem guza czasem, ale to nic. Dopłyniemy do Adenu i tam zajmę się gorliwie depeszą pani.
Po chwili spytał jeszcze:
— Czy ten pan jest cywilny?
— Był kapitanem pancernika w eskadrze bojowej angielskiej.
— Kapitanem pancernika? He, to już zrobione, żadnych trudności. Telegram machniemy urzędowy od jego żony i basta.
— Ależ, panie, cóż znowu!..
— Czemu? przecie chyba żony nie ma, a przynajmniej nie jest z nią w Indjach... To byłby kawał, ha?..
Kapitan rozweselił się, ale widząc powagę Elży, jej trwogę nagłą i silne wzruszenie, zastosował się w jednej chwili do jej tonu.
Gorska długo nie mogła zapanować nad swoim niepokojem. „Od jego żony, od jego żony” powtarzała sobie uparcie słowa kapitana. Czyż to możliwe, by ona była kiedy żoną Artura?
Lęk zabobonny przed własnym fatalizmem zabijał marzenie.
— Być jego żoną... więc szczyt szczęścia, czaru...
— Jadę do niego, bo chory, bo ranny, bo może już... ale czyżby, czyżby?.. A jego słowa w ostatnim liście:
„Byłaś cudem mego życia, ty, fatalne przeznaczenie i miłości moja olbrzymia”
albo to:
„Powinienem był wcześniej zabrać Cię dla siebie bez względu na nic, nawet na Twój upór.”
a dalej:
„Jeśli on (Tomek) okaże się niegodnym takiej ofiary z Twojej strony, palnij mu w łeb jak zbrodniarzowi i powiedz: za mnie i za Artura, który życie swoje dał”.
— Arti, Arti jedyny, — zawołała Elża, wyciągając ramiona w przestrzeń. Była w swojej kabinie, ale duszą leciała przez morza, oceany, jak ptak do swej ojczyzny, stęskniona, pełna entuzjazmu.
W pewnej chwili stanęła przed lustrem, ocknął się w niej instynkt kobiecy.
— Czy dobrze wyglądam?.. czy się Arturowi spodobam?..
Przez chwilę badała siebie drobiazgowo.
— Zmizerniałam i zeszczuplałam — myślała — ale to nic, za to wiatr morski i słońce Egiptu opaliło mnie, mam zdrową cerę, choć jestem bledsza niż zwykle. Arti, czy ty tak lubisz?.. Pod oczami mam cienie jakieś głębokie, których dawniej nie było, oczy moje są dumne, jak mówi kapitan. Och, Arti, będę bardzo, szalenie dumna, jeśli ty mnie weźmiesz sobie.
— Arti!..
Z oczu jej strzelił ogień. Przyglądała się sobie ździwiona.
— Jak ja się zmieniam pod promykiem jednej nadziei tylko. A gdy stanę w łunie szczęścia...
— Arti, chcę, pragnę podobać ci się bardzo, ogromnie, jedynie. Czemuż nie mogę być, nie jestem piękną! A jednak widać, mam dla Ciebie, Arti, jakiś urok w sobie, skoro Ty... mogąc wybierać, sk
oro Ty... Biegała po kabinie, łamiąc ręce nad głową z niewypowiedzianego uczucia i porywu w duszy, wkraczającego w egzaltację.
Tego dnia zeszła na „lunch” ubrana staranniej w lekką ciemną suknię z crépe de chine’u. Chciała włożyć białą, ale zmieniła zamiar.
— Nie, a może on chory...
Przy stole rozmawiała z ożywieniem, bawiły ją komiczne pozy pasażerów z powodu wzmożonej znacznie chwiejby statku. Na stole położono już ramy, pomimo to nakrycie tańczyło, utrudniając jedzenie. Coraz to któryś z biesiadników trącał czołem o brzeg stołu lub odwalał się w tył, włażąc kolanami na własny talerz.
Elża nie jadła, widząc fizyczne niepodobieństwo spełnienia tej funkcji, piła jeno koniak zalecony jej przez kapitana.
Francuz pił bez miary i klął bez miary, co chwila wołając: pardon! Kilka osób zbladło nagle i uciekło do kabin, tłukąc się o ściany.
Elża czuła silny ból w skroniach i zawrót głowy, wyszła z trudem na pokład, ale wiatr wpychał ją z powrotem. Podziwiała morze groźne, warczące, spiętrzone bałwanami, ciemno-stalowe, z połyskiem żelaza i grynszpanu. Brudne piany bluzgały na pokład, jakby morze pluło na statek. Niebo zwisało ciężkie, brzemienne ołowiem, wodą nasiąkłe.
Nagle Elża uczuła, że pokład leci gdzieś w dół bezdenny, a wkoło wir szalony zakotłował gwałtownie i obuch jakiś uderzył ją w głowę. Krzyknęła i upadła jak długa na zwinięte liny okrętowe.
Nie zemdlała, lecz zawrót głowy pozbawił ją sił i władzy w sobie.
Kapitan ją podniósł i, besztając, ocucił, poczem odprowadził do kabiny, zabraniając jej wychodzenia na pokład. Elża rozchorowała się na dobre, pomimo koniaku i śliwek, które kapitan nasyłał jej masami. Pierwszy raz w życiu cierpiała tak strasznie, huśtając się na posłaniu od sufitu do podłogi bez chwili spoczynku. Wichura przeszła w huragan i burzę. Tak wpłynęli na morze Czerwone. Statek taczał się formalnie, podrzucany przez bałwany olbrzymie, jak góry, walił się w przepaście, kręcił młynka, kładł się bokiem, skrzypiał, stękał. Niewiadomo było, czy wściekło się morze, czy statek. Prawie wszyscy pasażerowie byli chorzy, tylko kapitan i załoga nie przestawali czuwać. Francuz wreszcie, jakby z desperacji, nabrał humoru, wymyślał morzu, ile wlazło, i zachęcał statek do walki.
Elża pod wieczór, chociaż chora bardzo, wysunęła się z kajuty, by zaczerpać powietrza, i usłyszała taką przemowę pobłażliwym, spokojnym tonem wypowiadaną:
— Jeszcze mało! Hejże, jeszcze trochę, wścieknij się do reszty, bydlę jedno! Krzycz, pluj, szalej! — Cierp stateczku, cierp, tyś wyższy nad to głupie bydlę, ono widzisz konwulsji dostało z bezsilnej złości, że ciebie nie złamie. Czekaj, potworze, przetrwamy twój gniew, a wtedy weźmiemy cię pod siebie, stulisz ogon, bezwstydniku jeden!
— Kapitanie, czy nie grozi jaka katastrofa? — spytała Elża — wpadniemy jeszcze na rafy koralowe?
— A pani tu czego?.. proszę się schować, bo piany z pyska tej rozjadłej bestji zalewają schody, dosięgną panią, poco patrzeć na czyjąś głupotę. Rafy — jakie tam rafy znowu! O là, 1à...
— Ale statek trzeszczy, panie.
— Co tam pani opowiada, statek się śmieje z głupich bałwanów i dlatego się tak wije, paroksyzm śmiechu go ogarnął, bo też jest z czego.
Humor kapitana udzielił się całej załodze i pasażerom. Co raz ktoś wyjrzał wystraszony z kabiny i powracał pełen otuchy, za przykładem kapitana żartując z burzy.
Trwało tak całą dobę, poczem ryk bałwanów trochę przycichł, statek wyprostował członki, ale chwiejba nie ustawała. Morze było sine, jakby zadymione, pełne piany, brudne i złe, pokudłaczone, jak pies obity i jeszcze warczący.

XIII.

— Aden, jestem w Adenie, u wejścia na ocean Indyjski — uświadomiła sobie Elża, ocknąwszy się ze snu i szeroko otwierając oczy. Spała krótko, ale bardzo mocno, pierwszy raz nie męczyły jej przykre sny. Uczuła się jednak zmęczoną fizycznie. Wodziła oczami po ściankach kabiny leniwie, sennie.
— Dziś ruszamy w dalszą drogę; zatoka Adeńska i ocean, potem Kalkuta — myślała mętnie. Lecz znowu uczuła dreszczyk niepokoju, jakby śpiąca z nią razem trwoga budziła się również i na nowo zaczęła jej dokuczać. W ślad za nią przyszły refleksje takie już znane, takie nudne, a takie uparte.
— Poco ja tam jadę, co tam zastanę, co mnie tam czeka? List pisany przed trzema miesiącami z górą; ileż zmian zajść mogło, czy żyje, przedewszystkiem czy żyje, czy zdrów, czy jest ten sam, czy się w nim nic nie zmieniło..? Jak on ją przyjmie, co ona mu powie?.. A jeśli... Chryste!.. Odważna jestem i ufna, czy nie zanadto ufna?.. A może on wyjechał już dawno? Och, aby tylko żył, aby żył.
— Prawda, będę stąd telegrafowała.
Ta ostatnia myśl zerwała ją z pościeli. Roztrzęsionemi ustami szepcąc modlitwę, ubierała się gorączkowo, byle prędzej jakimś czynem zagłuszyć straszne przypuszczenia.
Była zmęczona, zupełnie rozbita przeprawą przez ciągle rozhuśtane morze Czerwone, pełne wirów i ukropów Bab-el-Mandeb. Bolała ją każda kostka i każdy mięsień był jak naderwany. Ubrana już, wybiegła szukać kapitana, ale powiedziano jej, że wyjechał do portu. Po śniadaniu Elża wyszła na pokład, niespokojna, czemu kapitan nie wraca. Chodziło jej o depeszę. Czekając na niego, zatopiła oczy w gęstwinie j masztów, kominów i reji w czarnych kadłubach statków, stojących na kotwicy, w barwnych chorągiewkach, igrających w rozpalonym słońcu. Pogoda była słodka, słońce podzwrotnikowe zalewało wszystko pożogą ognistą. Fale przytłoczone upałem leżały cicho, oklamrzone statkami, ujęte w karby bełkotały żałosną skargą, bijąc o burty okrętów i znowu cofając się biernie.
Dalej poza najeżoną zatoką portu błękitniało morze smugą ciemnego turkusu, czasem o kolorze żywym i czystym, czasem owiane zieloną gazą, jak turkus umarły. Złoty pył słońca przesiąkał je nawskroś, aż do dna sięgał, wydobywając coraz świetniejsze gwiazdy blasków. Oczy mrużyły się od nadmiaru promienistości morza i nieba. Nadbrzeżne skały w oddali, potężne, rysowały się ostro poszczerbionemi wiszarami... Wysokie te podniebne stoki, bramy gotyckie, złomy olbrzymie o metalicznych, płowych odciosach, obryzgiwały wciąż piany; fale, rwąc je zębami odwiecznie, żłobiły w nich wyrwy, groty, rozdzierały na strzępy ostre jak dzidy, sterczące i groźne. Był dziwny urok w połączeniu tych skał Erebu z monarszym przepychem błękitu i złota niby ślady przejścia Belzebuba, niby wizja piekieł w cudzie niebieskim, ale tylko niebieskim, bez śladu zieloności i kwiecia, jakby Belzebub zdmuchnął całe życie roślinne z tego skrawka, zostawiając jeno topiel świetlaną. Śladów przejścia przez tę krainę egzotyczną pana ciemności było pełno na każdym kroku w postaci nagich murzynów z plemienia Somali, przepasanych w biodrach jaskrawemi szmatami, o zębach jak kość słoniowa i wielkich, wolich oczach. Kręcili się tu Nubijczycy, Sudańczycy, Kafrowie, Hindusi, „Isle en mer” otaczała znowu ruchoma masa łódek i pływaków, z których czarne djabiy murzynków wyrabiały pocieszne skoki w morze za rzucaną z pokładu monetą. Pasażerowie bawili się widokiem nagich, jak z miedzi ulanych ciał, wijących się wśród fal za połowem.
Port huczał, dymił, rozlegały się sygnały, gwizdawki, ryk tuby, zgrzyty łańcuchów, wołania i wrzaski ludzkie. Port żył codziennym swym hałaśliwym życiem. Śmigały małe stateczki podjezdne, śmiesznie butne przy kolosalnych statkach. Wielki pancernik angielski, okuty w blachy, imponujący kraterami kominów wyglądał jak wielkolud, bóg morza, opadnięty przez kraby, skorpiony i ślimaki. On stał olbrzymi, ciężki, błyszcząc nitami okuć, grożąc lufami armat. Ludzie na nim wyglądali jak mrówki, fala pod nim zdawała się giąć i łamać. Gmach ten, stojący daleko na kotwicy, ani drgnął, choć bałwany, z wirów skalnych wypadające, biły w jego kadłub z pasją wypuszczonych z więzienia tygrysów. Białe łby tłukły w jego pancerze i rozpadały się w tuman piany, obrzucając nim wysoko potwora. Pancernik panował tu, jak feudalny władca, jak forteca wyniosła nad armią oblężniczą.
Elża, zapatrzona w ten gmach, myślała o Arturze. On był kapitanem jednego takiego kolosu, on nim kierował, władał, a teraz co z nim?..
— Za szesnaście dni będę w Kalkucie; siedemnastego zobaczę Artura. Czy go znajdę? Czy on zdrów, czy on mnie jeszcze...
Rzuciła wzrok smutny w dal, poza portowe zabudowania, na białe mury miasta Aden. Martwa, choć pełna słońca okolica zaczęła ją denerwować, upał dokuczał. Elża, pomimo swej białej, najlżejszej sukni, była jak w ukropie.
— Dzień dobry pani — usłyszała za sobą głos kapitana.
Odwróciła się żywo, podając mu rękę.
— Ça va, ça va! Już. pani wstała? Pewno ze zbytku gorąca. Pogodę mamy prawdziwie afrykańską. Pani wygląda dziś ślicznie i świeżo.
— Cóż to, uzależnia mnie kapitan od pogody afrykańskiej?
— Owszem. Czasem pani bywa...
— Jak żółta febra, co?..
— Właśnie, jak żółta febra, he, he. Jestem szczęśliwy, że pani zdrowa, będzie jeszcze lepiej, gdy zaczniemy się kołysać na Indyjskim, najgorsze już poza nami.
— A moja depesza, kapitanie? Czekałam z tym na pan niecierpliwie.
— A jakże, wyślemy ją, pojadę sam do Inspekcji portowej. Ruszamy w drogę jutro rano.
— Dopiero? Mieliśmy wszakże odpływać dziś wieczorem.
— Ładunek węgla opóźniony z powodu przepełnienia w porcie. Niechże pani patrzy, istna blokada, jakby się cała eskadra zjechała w Adenie. Mamy tłok. Dziś w nocy przypłynął ten oto pancernik angielski z Bombaju, wiozący wojsko hinduskie, statek z Zanzibaru, wielki paguebott z Karatchi z ładunkiem bawełny; wślad za nami idący parowiec z Aleksandrji, dwa statki z portu Cejlońskiego Kolombo.
— Z Cejlonu!.. — krzyknęła Elża.
— O là, là, czego się pani tak dziwi? Pani jedzie z Europy do Indji, a z Indji i tamtych wysp jadą do Europy. To naturalne.
— Tak, tak, ale czy pan kapitan nie wie czasem, jakie to są statki?
— Ach wiem, ja wszystko wiem, muszę wiedzieć. Jeden to statek włoski „Piacenza”, duża pojemność, załoga ogromna, sporo murzynów, płynie do Brindisi, odpływa za dwie godziny. Drugi to yacht prywatny angielski.
Oddech zamarł w piersi Elży. Chwyciła kapitana za ręce, targając niemi w podnieceniu strasznem.
— Czyj, czyja to własność ten yacht prywatny angielski?
— Madame!...
Kapitan przeraził się jej wyglądem. Z oczu Elży sypały ognie, twarz płonęła, było w niej coś szaleńczego.
— Madame...
— Kto jest właścicielem tego yachtu?!. Na Boga, mów pan, mów, kapitanie, a jeśli pan nie wie, dowiedz się zaraz, natychmiast, natych... miast.
— Niech się pani uspokoi. Wiem, czyj to yacht; nazywa się „Okeanos”, należy do urlopowanego kapitana pancernika „Tudor” floty angielskiej, sir Dovencourt-Howe, który był przed wojną dyplomatą w ambasadzie... Co pani?.. Dieu de misericorde... — wykrzyknął kapitan, chwytając w ramiona chwiejącą się kobietę, bladą śmiertelnie.
— Ach... O... laaa, — to możliwe — zawołał ciszej, zrozumiawszy nagle sytuację.
Posadził drżącą Elżę troskliwie na plecionym fotelu i ścisnął silnie jej puls, nacierając skronie wodą, którą mu podał majtek. Gdy otworzyła oczy, zapytał:
— Czy pani przytomna?..
Słabo skinęła głową.
— Pani mi musi powiedzieć teraz, czy to... on?
— Tak, — wyszeptała i rumieniec nagły wytrysnął na jej bladej twarzy.
— A czy on wiedział, że pani do niego jedzie?..
— Nie.
— Nie. No, to wybornie. Spotykacie się państwo szczęśliwie na progu, z Indji do Europy, gdzie spotkanie trudnym nie jest, bo tędy płyną wszystkie parowce z Azji, Australji i wysp Indyjskiego i tu się zatrzymują dłużej. „ Okeanos“ przypłynął wczoraj, odpływa dopiero pojutrze.
Elża powstała szybko z nagłym przypływem energji. Płomień miała w sobie. Wrzało w niej wszystko.
— Kapitanie, ja chcę tam jechać bezzwłocznie.
— Na „Okeanos”?
— Tak. Pan mi użyczy szalupy.
— Z przyjemnością. Mógłbym panią sam odprowadzić, ale wiem, że tam obcy świadkowie narazie zbyteczni. Pokażę pani ten yacht.
— Czy go widać?
— O, tam, na prawo, proszę lornetkę. Bardzo ładny yacht, znałem go dawniej z Marsylji, nie przeczuwając... O... tam, te dwa żółte kominy z granatowemi obręczami u szczytu, pudło granatowe, ale zakrywa je parowiec japoński „Tsé-Tsé”. Na głównym maszcie żółta chorągiewka, widocznie herbowa barwa właściciela. Niech się pani przygląda, pójdę przygotować szalupę. Parbleu.
Drgnęła ręka Elży, trzymając lornetkę, oczy wpijały się chciwie w statek na pół ukryty za lasem masztów i kominów. Ten sam, szeptała poznając yacht. Ten sam. Serce biło mocnym tempem podniety, zdawało jej się, że to złudzenie, że to sen. Czyżby on był tuż, tuż, tak blisko... Więc zdrów, skoro powraca. Cóż za szczęście... A może?..
Okrutne przypuszczenie szarpnęło nią brutalnie. Krzyknęła głucho i, rzucając lornetkę, biegła do kapitana.
— Szalupa gotowa — zawołał do niej. — Daję pani czterech najlepszych wioślarzy. Pani się nie ubiera?
— Prawda...
Skoczyła do kabiny, zarzuciła na siebie płaszcz z surowego jedwabiu, na głowę wcisnęła mały kapelusik z białej ceraty z lila welonem i cała drżąca, wzburzona, rozgorączkowana niebywale zeszła do szalupy, sprowadzona przez kapitana.
— Ale pani mi nie ucieknie? — spytał.
Uśmiechnęła się bez słowa z roztargnieniem.
Łódź z flagą francuską na czubie odbiła od statku.
Skupiona w sobie płynęła Elża, mrużąc oczy od blasku, szepcąc końcami warg modlitwy, których nie kończyła. Ujrzała wielkie okręty, parowce, prześlizgiwały się koło niej egzotyczne postacie czarnych na swych pirogach, ona nie widziała nic, nie odczuwała nic, prócz tęsknoty szalonej, która ją unosiła, wśród mnóstwa drgających świetlików na fali, wśród pian rozchwianych, jak strusie pióra. Jako jedyny cel dla Elży widniał granatowy z żółtym smukły yacht, stojący na kotwicy w pewnym oddaleniu od gęstwiny portowej. Uczucia Elży były tak rozwichrzone, że ich zebrać i ujarzmić nie zdołała; niecierpliwiła się, rwało ją naprzód, brakło jej tchu, jakby serce przestawało bić, w mózgu wirował szalony pęd pytań, zagadnień. Gdy szalupa podpłynęła do parowca, Elża zdrętwiała z wrażenia. Ujrzano już ją z pokładu. Kapitan, stary albiończyk, przysłonił oczy dłonią od słońca i, przeczytawszy nazwę statku na fladze, a widząc kobietę w łodzi, kazał spuścić wygodne schodki zamiast drabinki sznurowej. Elża otrzeźwiała, chociaż jeszcze stremowana, ale już pewna siebie, stanęła w łodzi, uniesiona zapałem.
Szalupa przybiła. Młoda kobieta podziękowała wioślarzom i zręcznie wbiegła na pokład. Kapitan jej zasalutował, ździwiony. Podała mu żywo rękę, mówiąc swoje nazwisko. Patrzał na nią trochę zakłopotany. Elży głos się załamał, gdy spytała:
— Sir Doyencourt-Howe?..
— Jest w salonie na dole, — brzmiała odpowiedź. Czy mam prosić?
— Nie... za chwilę. Czy jest sam?..
— Z kapitanem płynie jego przyjaciel, sir James Ashley.
— Czy jest obecnie z nim?..
— Zapewne.
Elża zmieszała się, uczuła jakiś ciężar na duszy z trudem zapanowała nad sobą, zastanowiwszy się, że lepiej Ashley, niż gdyby jechała matka Artura.
Stary marynarz patrzał na nią uważnie.
— Proszę poprosić tu sir Ashley’a, pod jakim innym pozorem — rzekła już śmiało.
— Oto właśnie nadchodzi.
Wszedł na pokład szczupły w średnim wieku gentleman, abnegacko zgarbiony, trzymając duże palce rąk założone za kamizelkę jasnego ubrania. W ustach miał cygaro, na głowie ceratowy kask. Patrzał bystro w kierunku odpływającej szalupy. Nagle spostrzegł Elżę, wyprostował się i, opuściwszy ramiona, podchodził wolno.
Ona żywo podbiegła do niego.
Skłonił się, patrząc ciekawie.
— Jestem Elża Gorska — rzekła, podając mu rękę.
Anglik drgnął, zdumiał tak, że aż jego ciemne oczy rozszerzyły się nadmiernie, twarz wyrażała nieukrywaną ciekawość. Zatrzymał dłoń kobiety w swej ręce i spytał pospiesznie:
— Madame Elisabeth de Gorska, née Burba...
Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, rozpromienił się i ucałował rękę Elży prawie uroczyście. Powitanie to ujęło ją odrazu i złagodziło sytuację.
— Czy sir Artur zdrów? — spytała gorączkowo.
— Zdrowszy, powraca do Europy. A... pani?..
Widać było, że nie mógł pojąć jej obecności w Adenie.
— Ja jechałam do niego, do Kalkuty. Czy mogę go widzieć?
— Zrobi to na nim ogromne wrażenie, tak, bardzo wielkie, nieoczekiwane, ale to nic, Artur jest silny. Czy mam go uprzedzić?
— Nie, nie. Proszę mnie tylko zaprowadzić.
— Służę pani. Artur czyta w salonie. Może pani podać ramię. Pani się chwieje, pani słabo?
— Nie. Dziękuję, pójdę sama.
Anglik sprowadził ją jednak ze schodów na dolny korytarz, był dla niej z taką atencją, jak dla królowej, sam widocznie poruszony.
Przy drzwiach salonu zatrzymali się. Elża zbladła i oparła się ciężko o ścianę. Ashley, jakby dla uspokojenia, pocałował ją znowu w rękę... i nagle otworzył drzwi. Weszła prędko nerwowym ruchem. Stanęła. Drzwi się za nią zawarły. W głębi, pod oknem, Artur siedział na fotelu, odwrócony profilem, czytając książkę. Przed nim leżał na stole stos książek i pism. Otaczał go sinawy obłok dymu z cygara.
— Czy to ty, James? — padło pytanie niskim barytonem.
Elża milczała, bezwładna, niezdolna poruszyć ustami.
Dovencourt-Howe szybko odwrócił głowę swoim charakterystycznym, feudalnym ruchem, i... głucha cisza. Książka wysuwała się wolno z jego ręki na dywan, dłoń drżącą przesunął po oczach, znowu spojrzał i, pochylony naprzód, wyszeptał zmienionym głosem:
— Elly...
Nie ruszyła się, tylko powieki opadły jej na oczy. Artur powstał już gwałtownie, uniesiony widokiem ukochanej postaci.
— Elly! — krzyknął i stanął przy niej.
Porwał ją za ramiona, targnął.
— Elly, to ty... to ty?..
Pochyliła się ku niemu, jak podcięta.
Okrzyk zdumienia, niewiary, okrzyk szaleńczy wypadł z jego piersi.
— Elly moja!..
Objął ją mocno, podtrzymał, przygarnął, wzburzony do dna duszy, osłupiały.
Upadła mu na piersi czołem, ukrytym we własnych dłoniach, ale on odchylił jej twarz, prawie szorstko spytał:
— Elly, co to znaczy?..
— Przyjechałam do ciebie.
— Do mnie?
— Tak, do ciebie.
— Więc ty... ty?..
Milczała.
— A on?..
— Zerwałam z nim listownie.
— Zerwałaś?
— Tak, uciekłam.
— Uciekłaś do mnie?
— Tak.
— Więc ty?..
— Jeśli chcesz mnie, to... jestem twoja.
— Elly jedyna! Zgniótł ją pierwszym uściskiem szału.
— Ty... ty moja. Więc mnie kochasz...
— Tylko ciebie, zawsze. Łudziłam się, męczyłam, ty zwyciężyłeś...
— Ukochana!
Nagle ujrzał lęk w jej oczach, drżenie całej postaci.
— Co ci... ty drżysz?
— Bałam się.
— Czego?..
— Czy cię zastanę... żywym.
— Więc otrzymałaś moje listy?..
— Tak, one mnie uświadomiły ostatecznie...
— Że ja cię kocham... — uśmiechnął się gorzko. — Och, dziecko. Czyż ty tej prawdy wcześniej nie znałaś?
— Tak, ale, że aż tak silnie...
— Nie sądziłaś, że ja bez ciebie, bez nadziei odzyskania ciebie żyć nie mogę i nie chcę, co? A jednak, Elly...
— To straszne, straszne. Gdy mi Izabella powiedziała — wszystko, zrozumiałam, że moje życie tylko tu, że moje serce, dusza, że ja cała tylko do ciebie należę, chcę należeć i należałam zawsze, wmawiając w siebie inne uczucia. Chciałam cię wyrwać z duszy i... nie mogłam, nie mogłam.
Nagle zarzuciła mu ręce na szyję i tuliła twarz do jego ramienia.
— Jam twoja... twoja. Jeśli ty jeszcze chcesz?
Dovencourt spojrzał mocno w jej źrenice i rzekł z siłą:
— Wracasz mi życie, zdrowie, szczęście. Czy mi wierzysz?..
— Wierzę.
Ujął jej dłonie i, nisko pochylony, całował długo z niezmiernym uczuciem, pochłaniał je z wybuchem szczęścia i zachwytu.
— Umiłowana... jedyna, więc przyszłaś do mnie, wróciłaś, oddajesz mi siebie? Elly, więc już teraz przejrzałaś swoją duszę?
— Tak, wiem, że błądziłam, moja prawda tu, przy tobie jest i była. To niezwalczona moc.
Zgiął się i, przyklęknąwszy, ucałował jej kolana.
— Jesteś pierwszą i jedyną kobietą, przed którą ukląkłem. Szanuję ciebie, uwielbiam, czczę nadewszystko. Tyś moje błogosławieństwo życia.
Gdy powstał, był bardzo blady, na czole świeciły mu gęste krople potu. Elża zatrwożyła się, posadziła go troskliwie na kanapce i teraz ona, pomimo protestu, usunęła się do jego nóg. Kucnąwszy na dywanie, oparła głowę o jego kolana, on ją tulił do siebie, jak dziecko.
Po długiej chwili upojnej ciszy szepnęła:
— Czy pamiętasz te słowa: „Elly, pójdziemy razem w świat“?
— Pamiętam. I pójdziemy razem w świat, dziecko ty moje umiłowane.
Pochylony nad nią, ucałował gorąco jej czoło.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża, przedstawiona przez Artura przyjacielowi, jako narzeczona, podała mu ręce serdecznie.
— Panu z serca dziękuję za opiekę nad nim w chorobie. To była moja rola i, gdybym listy otrzymała wcześniej...
— Byłoby to zbawienie dla Artura. Nie ukrywam, że stan jego duchowy, a potem i fizyczny i duchowy był bardzo ciężki, bardzo groźny.
— Nie mówmy o tem teraz — przerwał Dovencourt — nie psujmy chwili jedynej w życiu.
— Przeciwnie — żywo odrzekł Ashley — tragizm poprzedzający chwilę obecną, może ją tylko wzmocnić i powinien uwiecznić. Wyratowałem Artura z pod motoru, ale czy pani wie, że mi to ciągle wyrzucał, do dzisiejszego dnia?.. A przedtem, zanim wymyślił sobie ten piekielny sposób dla zachowania pozorów...
— James, proszę cię, daj pokój — zawołał Artur żywo i stanowczo, widząc wrażenie Elży.
Ona zwróciła się do narzeczonego.
— Czy ja życiem całym wynagrodzić ci zdołam tyle męki, tyle bólu.
Ujął jej dłonie i przytulił do ust swoich z gorącą pieszczotą.
— Wierzę, iż zdołasz, jedyna moja, bo już zrozumiałaś siebie.
Otulił ją spojrzeniem władczym, ale pełnym tkliwości.
Elża pod tym wzrokiem uczuła w duszy bezmiar szczęścia i czaru niebywałego.
Wieczorem na ich ucztę zaręczynową zaproszony był kapitan statku „Isle en mer“. Pijąc zdrowie narzeczonych, Francuz rzeki do Elży wesoło:
— A co, pani, fale elektryczne pomiędzy panią a słońcem Indji okazały się silne. Nieprawdaż?
— O tak, kapitanie, bo słońce Indji przyciągnęły aż do Adenu.
— Ja jestem poszkodowany z tej przyczyny, bo mi para przed samym końcem podróży umknęła. Nie zobaczy pani Indyjskiego oceanu, a szkoda!
— Pojedziemy tam z żoną na jesieni, dążąc na polowanie w Indjach, — rzekł Dovencourt. Zatęskniłem przez czas wojny do dżungli, a przytem chcę pokazać tobie, Elly, te knieje, w których tyle polowaliśmy z James’em. Mniemam — zwrócił się do przyjaciela — że nie odmówisz nam swego towarzystwa.
Aschley skłonił się z uśmiechem i spytał:
— Czy będziesz miał dawną wenę, Arturze?
— O, bezwątpienia! — zawołał Dovencourt.
Elża, zachwycona projektem, błysnęła ku nim wesołym uśmiechem.
— Ale wtedy pani zapomni o starym opiekunie? zauważył Francuz.
— Skądże znowu, pozostaniemy przyjaciółmi, — odrzekła żywo Elża.
Kapitan odpowiadał z humorem szczegóły podróży z Neapolu, Wreszcie rzekł:
— O là, là, zapomniałem pani powiedzieć, że całe towarzystwo z „Isle en mer“ jest na mnie obrażone. Przeniesienie się pani na ten piękny yacht, do narzeczonego, sprawiło sensację, ale ja wyszedłem na kłamcę.
— Niech już pan ze skruchą wszystkie swoje kłamstwa wyzna — śmiała się Elża. Odebrać mi trzeba miljardy, kopalnię brylantów, miljardera, szwedzką narodowość.
— A czy pani, prócz polskiej narodowości, wszystkich tych skarbów również nie posiada?.. — spytał francuz przeciągle, wiercąc w niej siwemi oczkami.
Elża zrozumiała, uśmiechnęła się do niego tajemniczo.
— Tak, kapitanie, odczuwasz mnie trafnie.
— Więc... nic nie skłamałem.
Elża ujrzała w tej chwili w przymrużonych oczach Artura tyle powagi i głębi silnego uczucia, że przeniknął ją ostry dreszcz rozkoszy.
On dostrzegł jej wrażenie, odczuł ten dreszcz drogi dla niego. Błysnęło mu w oczach, pochylił się ku niej lekko i szepnął końcami warg:
— O, dear!..
W tym krótkim szepcie Elża usłyszała jakby zapowiedź szczęsnej przyszłości, obietnicę wiekuiście trwałego uroku.
Yacht do późna świecił elektrycznością lamp, jak wielka gwiazda morska. Na pokładzie orkiestra, złożona z załogi yachtu, której wyprawiono sutą biesiadę, grała na trąbach hymn marynarski, tak pamiętny dla Gorskiej z Riviery, a powtórzony w śnie w Warowni.
Słuchając go teraz na statku przy boku Artura, przeżywała pierwszy dzień cudu swego szczęścia.
Nazajutrz Artur wysłał z Adenu depeszę do matki, do Marsylji, gdzie lady Dovencourt czekała na niego. Zawiadamiał, że wylądują z narzeczoną, Elżą Gorską, w Civitta-Vecchia, skąd jadą do Rzymu, gdzie postanowili wziąć ślub. Artur, widząc cień niepokoju w oczach narzeczonej, rzekł miękko:
— Elly, matka moja pragnie mego szczęścia i żyła zawsze jego nadzieją, będzie więc szczęśliwa, że je zdobyłem nareszcie, a ciebie pokocha jak córkę, boś ty źródło mego życia.
Głęboko zajrzał w jej oczy ufne i bezdennie miłujące.
Tegoż dnia „Okeanos” opuścił Aden i, przemknąwszy zręcznie przez „Portes des Pleurs”, pruł morze Czerwone całą siłą maszyn.
Elża żyła, jakby w cudnym śnie, zdumiona, że podróż obecna różni się tak niesłychanie od tej samej, przebytej przed kilku dniami, że jest zupełnie nową. Morze było wzburzone, „Okeanos“ kołysał się i borykał z bałwanami, niebo miało czasem kolor i ciężar granitu, ale nad tym wszystkim unosił się czar jakiś niebywały, znany Elży z czasów Riviery, lecz stokrotnie spotęgowany, bez obaw, bez zwątpień, jeno pełen zachwytu i szczęścia, które wydawało jej się baśnią zaczarowaną.
Pierwszego dnia podróży Elża oddała Arturowi pamiętnik swój z Riviery.
— To mój prezent ślubny — rzekła wzruszona — z niego lepiej odgadniesz moje uczucia i ich początek, niż ja je wyrazić zdołam.
— A „Fatum”? — spytał z uśmiechem.
— W „Fatum” trzeba umieć bajecznie czytać między wierszami. „Fatum” to literatura, ale tu jestem ja i moja dusza bez osłon, tu niemą parodji Warskiego, tu jest Sir Artur Dovencourt-Howe we własnej osobie.
— Więc nie w świetle zemsty nad własną psychiką?
— Nie, w świetle najszczerszym.
— Bardzom ciekawy.
Następnego ranka Elża kończyła się ubierać w swojej strojnej kabinie; stojąc przed toaletą w luźnym złoto-morelowym szlafroczku paljowym z miękkiego woalu, wpinała grzebienie we włosy, gdy wtem z boku od przyległego buduarku usłyszała pukanie i jednocześnie zaszeleściały odsuwane cicho drzwi.
O kilka kroków przed nią stał Dovencourt. Był blady, zmieniony, jakiś groźny, w ręku trzymał jej pamiętnik. Wyraz jego twarzy przykuł Elżę do miejsca. Skuliła ramiona, zatulając rękami duże wycięcie gorsu; szeroko otwarte, zatrwożone źrenice utkwiła w twarzy Artura. On podszedł bardzo blisko, odłożył zeszyt, wziął jej ręce i przycisnął je sobie mocno do piersi.
— Czytałem wszystko... byłaś moją już wtedy — zaszeptał tuż nad jej czołem.
Milczała drżąca, on mówił zdławionym głosem:
— Dlaczego wtedy nie dałaś mi siebie, Elly, słuchaj, dlaczego? Kochałaś mnie. Poco ta męka kilku lat, to zmaganie się, te złudzenia w innych ramionach... skoro... do moich tęskniłaś... jak mogłaś odpychać mnie przed rokiem, w Warszawie, Elly... powiedz, jak mogłaś odjechać wtedy?
— Bałam się... ciebie... twego widoku, wpływu, bo tamtemu chciałam dotrzymać słowa.
— Kosztem serca własnego i mojego. Dziecko! Uczucie jednak silniejsze, ono mi cię oddało. Drżysz w moich ramionach, jak schwytany ptak... Ach, jak ty drżysz... Elly...
Przegiął ją lekko na swoje ramię i ujrzała tuż przy swej twarzy jego twarz skurczoną przez wrzącą w nim namiętność, ujrzała jego oczy przymrużone, a drapieżne i brwi w ostry, szatański zygzak ściągnięte, w których był rozkaz, wola, żądanie władcze, bezwzględne. Ujrzała jego usta łaknące, odczuła ich żar, zatargał nią żywiołowy dreszcz pragnienia. Jęknęła:
— Arti, jam twoja...
Pierwszy raz nazwała go tak wobec niego.
Zgniótł ją, przegiął silniej i przykrył ustami jej wargi gorące, jak płomień.
Zapadła cisza ogromnie uroczysta, a przesycona rozkoszą. Pierwsze spojenie ich ust dało im już bezmiar niebywałego szczęścia. Ona zwisła mu bezwładnie w jego ramionach, on pił rozkosz, bo czuł, jak w oplocie jego uścisku drżała, czuł jej obłęd, będący świadectwem jej uczuć, jej pragnień, żywiołu, jej bujnej krwi. Oderwał się od jej rozchylonych ust, krwawych, jak szkarłat, a jeszcze wołających rozkoszy, patrzał na jej rumieniec, na zmrużone drżące powieki z nienasyconym głodem posiadania tej kobiety. Unosił go prąd szału. Całował znowu jej usta, jej oczy, zsunął zaborcze wargi na jej szyję, sięgał głębiej z rosnącym ogniem i z okrutną już namiętnością. Elża czuła piekło jego ust na swej szyi i ramionach, na pół świadomie słyszała jego szept ostry, rozkazujący, a stłumiony. Odczuła jeszcze, że on zsunął woal z jej ramion stanowczą, śmiałą ręką. Straciła przytomność w słodkim omdleniu. Jest w jego władzy, więc niech się dzieje, co on chce, czego on żąda. Artur porywał ją i siebie w odmęty rozkosznych dreszczów, w wir wściekłej burzy zmysłów, zmąconych bezpamiętnie. Miał ją dla siebie nareszcie, oddaną mu bezwolnie, poddańczą, oczekującą. Wtulił twarz w jej piersi, dyszące płomieniem. Odgarniał rozpuszczone włosy z jej czoła i przesuwał usta po nim i po jej rozpalonych policzkach z szeptem gorącym.
— Elly moja... maleńka, daj mi sama usta swoje, daj, jedyna... nie drżyj, nie lękaj się, nie zatulaj się jak skrzydłami przedemną... boś ty już moja, słyszysz?.. ale ja ciebie czczę... więc się nie trwóż...
W krótkich momentach w mózgu Elży błyskała myśl promienna, jakby już znana. Teraz jest kwiat życia, teraz to piękne i potężne, teraz to już pełna korona rozkwitu... i... teraz ogłuchłam i oślepłam.
Czuła z przeogromnym szczęściem w sercu wielką wdzięczność dla Artura, ale czuła zarazem, że jemu oprzećby się nie potrafiła, że jest zdana całkowicie na jego łaskę i że zależy tylko od jego woli, jego rozkazu. Świadomość ta sprawiała jej bezdenną rozkosz, więc tuliła się do niego coraz namiętniej, dysząc urywanym szeptem:
— Arti, teraz to cudna prawda miłości...
Odgadł jej myśl i zamknął jej usta słowami:
— Tak, najdroższa, i to jest nasz odzyskany cud.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W Port Said Dovencourt z Elżą przechadzali się po pokładzie. On mówił:
— Ślub w kaplicy Sykstyńskiej, tak sobie życzysz, więc tak będzie. Mama się ucieszy, skaptuje któregoś z dostojników Watykanu, gdzie ma stosunki, i krewnego kardynała, ten nas napewno zwiąże stułą z całą wspaniałością. Zapowiem mu tylko, żeby z mową nie wystąpił; zbyt skłonny do śmiechu nie jestem, ale wówczas, nie ręczyłbym za siebie. Nawet gdybyś ty, Elly, chciała, ja się nie zgodzę.
— Ani ja również, zasadniczo tego nie lubię, zresztą, cóżby on nam powiedział?.. trochę cytat z Pisma Świętego i polecałby nam uroczyście, abyśmy się kochali.
— W tym momencie właśnie parsknąłbym śmiechem. Schocking! Nie chodzi o kuzyna kardynała, ale o naszą drogą chwilę i o powagę Rafaelowskiej kaplicy.
Elża zamyśliła się, on uważnie na nią spojrzał.
— Co znaczy ta nagła zaduma?
— Myślę, że ty, Arti, będziesz jednak bez ślubu, bo wszakże...
— Ach, to... Bądź spokojna, droga, według moich pojęć, my już teraz jesteśmy zaślubieni sobie, no, a kościół episkopalny, do którego mnie zaliczono, nie zabroni mi katolickiego ślubu. To tylko rewanż dla mojej matki, która w kościele anglikańskim przysięgała ojcu.
— Dlaczego?
— Ojciec był fanatykiem, matka go szalenie kochała.
— Nie dziwię się jej, bo jabym dla ciebie zrobiła to samo, gdybyś żądał.
— A gdybym chciał ślubu tylko cywilnego... — spytał Dovencourt, patrząc na narzeczoną przez zmrużone szparki oczów.
— Byłoby mi ciężko bardzo, niezmiernie, ale gdybyś żądał...
Objął ją miłującym spojrzeniem.
— Jestem szczęśliwy, Elly moja, — rzekł, poczem dodał:
— Ale ja również zbyt silnie cię kocham, abym cię brał inaczej. Zresztą lubię w tobie twoją religijność. Teraz druga sprawa; dokąd moja pani chce jechać po ślubie? To od ciebie zależy. „Okeanos“ czekać będzie w porcie Civitta-Vecchia na rozkazy. „Elly, pójdziemy w świat”, otóż świat przed nami!
Elża podniosła na niego oczy, pełne iskier.
— A czy mogę wybierać?
— Powtarzam, to od ciebie zależy.
— A czy tobie, Arti, nie zalecono kuracji w jakiej specjalnej miejscowości?
— Nie, zalecona mi jest tylko dłuższa bezczynność, daję sobie urlop do lipca.
— W takim razie popłyniemy przez Śródziemne, wstąpimy do Nicei, Monte Carlo, Antibes, tam, gdzieśmy się poznali, gdzie były nasze pierwsze czasy szczęścia... chcę tam być już twoją.
— Odgadujesz, jedyna, moje zamiary — przerwał jej z uśmiechem — ciekawym, co dalej.
— Potem, na wiosnę popłyniemy do Anglji.
— Do naszej stary siedziby w Wadeweare?..
— Tak. Tam będzie nam najlepiej.
Wzruszenie przemknęło przez twarz Artura.
Wtulił usta w jej dłoń miękką, patrząc wymownie w jej rozmiłowane oczy.
Podszedł do nich urzędnik angielski i, salutując, wręczył Arturowi telegram.
Elża nagle przybladła.
Dovencourt spokojnie rozerwał papier, przeczytał i z uśmiechem oddał narzeczonej.
— Odpowiedź mojej matki.
Ona przebiegła szybko oczami tekst w języku francuskim, i jasne łzy szczęścia napłynęły do jej oczu. Wyciągnęła ręce do narzeczonego i całą swoją postać rzuciła ku niemu serdecznie, gorąco. Wypowiedzieli sobie wszystkie uczucia w tej krótkiej chwili.

XIV.

Słońce wiosenne oświecało ogromny stary i cienisty park w Wadeweare, rezydencji położonej nad kanałem angielskim, La Manche. Stoki wzgórza, na którym stał starożytny zameczek Dovencourt’ów pokryły się zielenią świeżą. Rozległe pluszowe trawniki, starannie cięte żywe płoty spływały ku nadbrzeżnej fali wytwornym rysunkiem i bogatą wegetacją.
Odźwierny, pilnujący kamiennej bramy, otwierał ją pośpiesznie przed kłusującą parą jeźdźców. Wracał Dovencourt-Howe z porannej przejażdżki, którą młodzi małżonkowie odbywali codzień na pięknych angielskich klaczach. Oboje podnieceni byli jazdą i pachnącym, upojnym, jak wino, powietrzem. Wjechali w park, wstrzymując wierzchówki, drżące jeszcze od biegu, nerwowe, pełne fantazji. Elża klepała szyję konia dłonią w białej rękawiczce, uśmiechając się do męża.
— Cudne są te nasze wycieczki, Arti, wogóle, życie moje przy tobie jest tak piękne, że ciągle się obawiam, czy to nie sen.
— Dla mnie zaś — mówił Artur — ten nasz sen, jak nazywasz, jest tym droższy, ponieważ nawiedził mnie, wracającego z krainy cieniów.
Nagle błysnął swym znamiennym, trochę drapieżnym uśmiechem.
— Wertowałem w Indjach święte księgi indyjskich Arjów, widocznie zjednałem sobie opiekę Wszechmocnej Trimurti, raczej boski Brahma odebrał mnie Sziwie, a polecił życiodajnemu Wisznu, którego ty mi, Elly, w tym wypadku uosabiasz.
— Tyś sanskrytolog, Arti, możesz poznać tyle prawd i mądrości brahminów, chciałabym i ja poznać coś z tej bogatej literatury. Takam ciekawa. Ale cóż, widzę, że te księgi są dla mnie naprawdę sanskryckim kazaniem.
— Nie obmawiaj się, dysputujemy dużo i ciekawie, masz lotną i nader żywą inteligencję, przytem szczególną skłonność do psychologicznej analizy. Im więcej cię poznaję, tym większe miewam niespodzianki. Pamiętasz, coś mi mówiła przed czterema laty w Monte: że nie odpowiadasz mi umysłem i że boisz się dysput ze mną, bo prześciganą być nie lubisz?...
— Pamiętam, a tyś odpowiedział wtedy, że gdybyśmy oboje kandydowali do teki ministra, to wówczas różniczkowanie naszych poziomów umysłowych miałoby pewną rację, skoro jednak chcesz mnie na żonę, skrupuł ten upada. — Och, Arti, jakich ja już wtedy doznawałam uczuć, gdyś to mówił.
— Jednak potrafiłaś sobie powiedzieć: „nie”, gdyż on kochać mnie prawdziwie nie może, bo to... owe... dziesiąte i tą filozofją trułaś mnie i siebie. Bodaj, czy twoja wiara w „fatum” nie jest wynikiem takich, bezzasadnych skrupułów?
Elża wdzięcznie wyciągnęła głowę do męża i rzekła z uśmiechem:
— A jednak do ciebie przyszłam, nawet niewołana.
Otoczył ją głębokim spojrzeniem zmrużonych oczu, pod którym zawsze spuszczała powieki, przysunął konia bliżej i rzekł ciszej, pochylony ku niej:
— Jeśli oto chodzi — to wołana upornie przez cztery lata. Ale widzę w tobie, Elly, nową zmianę. Oto pani Elża Gorska z Monte stawałaby w obronie swoich fatalistycznych wywodów i chmurzyłaby się nadzwyczajnie przeciwko moim zarzutom, tymczasem lady Dovencourt-Howe posłusznie składa broń. Per Bacco, to nadzwyczajne!
— To twój wpływ, wszechpotężny Kryszno, nietylko życiodajny, lecz naturozmienny dla mnie.
Zaśmiali się, ale on rzekł:
— Lubię czasem, gdy kapitulujesz, robisz to słodko, lecz nie chcę zmieniać twej natury, kocham w tobie twój płomień i żywioł, daleki od bierności, tej bowiem nie znoszę.
— Patrz, Arti, jak tu jest przepysznie! — zawołała, zatrzymując konia, nie posądzałam nigdy Anglji o takie widoki; Wadeweare jest cudowne.
— Jesteśmy wszakże w okolicach Southamptonu, to angielska Riviera.
Stali chwilę, patrząc na piękną lukę, utworzoną wśród wąwozów, zarośli, gazonów i szpalerów, na morze błękitne, zbufowane w białe piany, pełne iskier słonecznych, rozedrganych, jak złota siatka. Z boku otwierał się widok na białe wyniosłe mury starożytnego zameczku z okrągłą basztą i tarasami, otoczonemi wytwornym dywanem zieleni i tęczą pierwszych, cebulkowych kwiatów.
— Istny Haarlem. Cóż za tulipany, hiacynty! Arti, ja tu utonę w kwiatach.
Zeskoczył z konia i zniósł ją ze siodła. Foryś zabrał wierzchówki, Bubtis zaś, stary kamerdyner, oznajmił przybycie poczty. Artur, żywo wstępował na schody. Elża zawołała:
— Pójdę na kwiaty, za chwilę wrócę.
Podeszła do kwietników, rwała przepiękne kiście tulipanów, poszarpanych w pióra kapryśnych kształtów, królewskich kolorem, przytulała twarz do strojnych szyszek hiacyntów, nalanych wonią, gładziła aksamitne kieliszki kaktusów, cieszyła się zawieją barw i rysunkiem kwiecia.
Chodziła od klombu do klombu, podziwiając kwiaty.
— Spóźnię się na śniadanie.
Wracała przez obszerny zielony gazon. Wtem wionął na nią od ziemi zapach subtelny, słodki a silny zarazem, uderzyła w nią ta woń nie tylko przez poczucie fizyczne, ale jakby i duchowo. Spojrzała szybko na dół.
— Fijołki!
Przyklękła na ziemi. Przed nią pachniał trawnik, osypany gęsto zamiecią fioletowych płatków. Elża zaczęła rwać fijołki zachłannie, gdy nagle oczy jej zasnuły się smętkiem. Przyszło wspomnienie.
— Fijołki, Warownia, Wielka Sobota.. Tomek.. Karolcia... Ataman... Pyszny Bór.
— Cztery lata, cztery lata — hybotała się myśl, nasuwając dalekie wizje. Ujrzała się na Atamanie w lesie, ujrzała pod jodłą Tomka z Karolcią, ujrzała potem siebie na amerykanie z Tomkiem, w jego objęciach, pod gradem jego pocałunków.
— A jednak wtedy miałam złudę szczęścia. Cóż więc jest dusza ludzka, cóż jest serce... czy nerwy, czy zmysły. Dziś... znowu rwę fijołki, tak bardzo, tak prawdziwie, tak szalenie szczęśliwa... i wiem, że poza miłością Artura dla mnie i poza miłością moją dla niego — wszystko było złudą, złudą...
Co z Tomkiem jednak, wszakże ten złoty Tomek przez cztery lata był... taki bliski, taki jej oddany, jej właściwie... On kochał, ona się łudziła, że kocha, teraz odnalazła istotne szczęście. A... on...
Pół klęcząc, oparła się na kolanie i ukryła twarz w dłoniach.
Przeniosła się myślą do kraju, do Warowni, do dziadka Cezarego, do Tomka. Ocuciła się, uczuwszy dotknięcie ramienia. Z lekkim okrzykiem przestrachu podniosła głowę. Ujrzała pochyloną nad sobą wyniosłą postać męża.
— Elly...
Uniósł ją z trawnika, spojrzał w twarz.
— Co to?... Co ci, dziecko?
— Nic, nic.
— Elly, mówisz mi zawsze wszystko. Powiedz!
Ona tarła czoło, wahając się.
— To... te fijołki. Arti, te fijołki... przypomniały mi... Warownię przed czterema laty.
— Fijołki mogłaś rwać w Warowni nawet przed rokiem.
— Tak, ale... wtedy...
— A... rozumiem, byłaś narzeczoną Tomasza Burby.
Długa chwila ciszy.
Dovencourt nie odsunął żony, nie puścił jej z oplotu swych ramion, bawił się kosmykiem włosów Elży, wysuniętym z pod małego trikornu. Ona trzymała twarz przytuloną do jego piersi.
— Hm... zbiór fijołków bywa różny — przerwał ciszę jego niski, spokojny głos.
Milczenie.
— Ale fijołki są jednakowe i zapach mają ten sam w Anglji, co i na Wołyniu, to zapewne nasuwa wspomnienia, czasem porównania... Co?
— Nie, nigdy, tylko żal.
— Żal?
— Tak, że się przeszło po czyjejś duszy... jak Ananke.
— Och, no... to bóstwo miewa zmienną twarz. Nie przeczę, że ciężki bywa los tego, komu patrzy wprost w oblicze.
— Oni mi tego nigdy... nigdy nie darują — szepnęła z bólem.
— Burbowie?
— Tak... i Tomek. Ja jednak jestem niegodziwa.
— Elly, za jaskrawo. Chyba odróżniasz krzywdę wyrządzoną komuś rozmyślnie — od krzywdy, która własną duszę łamie. Czy dusza twoja, twoja psychika, nie była złamaną? Coby się z nią stało, gdybyś krzywdę Tomasza skierowała na siebie... że pomijam, iż ciężar zmiażdżył by dwie istoty.
Ręce Elży objęły szyję męża i zacisnęły się mocno. On przywarł usta do jej skroni.
— Jak sądzisz, czy lepiej, gdy z trzech osób dwie są szczęśliwe, czy gdyby wszyscy troje przeklinali własne życie.
— Troje — chyba tylko dwoje, ty i ja?..
— Ooch... a czy wyobrażasz sobie, że Tomasz byłby szczęśliwy i spokojny, gdybyś ty należała do strony pokrzywdzonej? Chyba nie jest tak tępy, by tego nie odczuć. Co?.
— A czy szczęście Arti, zbudowane na ruinie czyjegoś serca, może być naprawdę szczęściem? — spytała cicho.
— To prawo zwycięzcy i zwyciężonego. Tyś wyszła zwycięzko z daremnej walki z uczuciem, które chciałaś zniszczyć, ale ono cię zmogło i wydźwignęło. Tamtem szedł w przepaść swojej miłości w zaślepieniu, nie widząc lub nie chcąc widzieć, że ty się cofasz i że idzie sam, przeto runął w otchłań. Zresztą, Elly, to temat ogromny i nie tyle ryzykowny, ile bezcelowy, a nawet i jedno i drugie, bo gdy się nań patrzy w świetle własnego błędu, celu niema, gdy zaś filtruje się go ciągle przez swoją nadczułość, wówczas można osiągnąć rezultat... bardzo ujemny.
Pójdź, przejdziemy się nad morzem. Ty jesteś wrażliwa jak najsubtelniejszy sysmograf i czasem drobny szczegół jak naprzykład fijołki, wyprowadza cię z równowagi.
— Wiesz Arti, nie chcę cię drażnić, ale od pewnego czasu często myślę o Warowni, o dziadkach, zwłaszcza o dziadku Cezarym, kochałam go bardzo. On mnie może przeklina... Myślę też o Tomku, o Uniewiczu, o nich wszystkich. Drogi, ty nie masz mi tego za złe, prawda?
— Elly, wszak wiesz...
— Arti, dla czego masz taką chłodną twarz i ten ostry skos brwi na czole... lubię go, ale nie teraz, panie mój, nie bądź taki surowy. Przecie ty wiesz, żeś dogmatem mojej duszy i serca i żeś nim być nie przestał. Ja myślę o Tomku zupełnie tak samo, jak o dziadku Cezarym, jakby o bracie, tylko pod takim kątem i tylko z wyrzutem, żem zawiniła wobec nich. Mówiłam ci, że śniłeś mi się raz zeszłej jesieni w odmętach wód brudnych, czarnych, żeś się borykał z głowonogami, które cię oplatały, żeś na piersi miał moją fotografię, no i było to, co wiesz... to nieszczęście z motorówką, i podobiznę moją miałeś wówczas na piersi. Przed wybuchem wojny też śniłeś mi się znacząco. Opowiadałam ci o tym przeokropnym globie rozdzielającym nas. Kiedyś znowu powiedziałeś mi we śnie: „Czytałem „Fatum”, czekaj Warskiego“, a wszakże byłam pewna, że tej książki nie znasz. Okazało się, że tejże nocy czytałeś ją właśnie. Czyli, że moje sny się sprawdzają. Teraz mi się często śni Warownia: kiedyś widziałam dziadka bitego przez starą chłopkę, Likierę, taką głupią, dobroduszną babę; kiedyś znowu, no mniejsza... a dziś śniłam, że wiązy w Warowni płakały, takie ogromne łzy płynęły z ich konarów, a w szumie nagich gałęzi był szloch... Och jej... okropny sen — wstrząsnęła się.
— Hm, to nadzwyczajne — mruknął Dovencourt Howe — zapalając cygaro.
— Arti, ty nie żartuj, bo może tam się u nich coś złego stało.
— Ależ ja nie żartuję, Elly, sam wierzę w przeczucia i sam ich często doświadczałem, wprawdzie głównie co do ciebie. Obecnie... przyznaję, że wrażliwość twoja jest nadzwyczajna. Hm... niezwykła.
Elża spojrzała na męża uważnie. Miał wyraz skupiony, zimny. Zbyt długo, rozpalał cygaro.
— Arti, ty coś wiesz złego.
— Ja... Per Bacco... to ciekawe.
— Arti, ty coś wiesz napewno — wykrzyknęła — powiedz, mój najdroższy, nie trzymaj mnie w takiej niepewności. Ty napewno coś wiesz, napewno.
Dovencourt wziął ją silnie za obie ręce i przyciągnął do siebie.
— Owszem, wiem, że moja pani jest przenerwowane, nadczułe, czasem nieznośne, ale moje, bardzo kochane, dziecko. Oto wszystko.
— Jakie ja tam dziecko, stara już jestem.
— Nadzwyczajnie, znać to nawet na tobie i w tobie. Balzac byłby z ciebie zadowolony, utwierdzasz jego teorję o kobiecie.
— Więc nic się nie stało naprawdę? miałeś taką dziwną minę. Lękam się jakoś o Burbów. Pisałam, jak wiesz, do dziadka po ślubie z Rzymu przez tę waszą okazję; całe serce swoje włożyłam w ten list. Ale odpowiedzi niema ani od dziadka, ani od Uniewicza. Widocznie wykreślili mnie z istot żyjących.
— Pisanie twoje do dziadka, który jest przedewszystkiem ojcem Tomasza, było także trochę ryzykowne. Zostawmy Burbów, jedyna, może to egoizm, lecz chcę ciebie mieć... dla siebie i już tylko moją.
— Jam twoja i z tobą zawsze — rzekła Elża poważnie — nigdy nie czułam się tak szczęśliwą, jak tu z Tobą w Wedeware, ale to już leży w mojej nieszczęsnej naturze; gdy mi źle, marzę o szczęściu i pragnę go, gdym szczęśliwa, odwracam kartę i szukam smutnych wspomnień i przyglądam się im z bólem.
— Pragnąłbym jednak, dziecko, abyś karty naszego szczęścia nie odwracała już nigdy.
— Nie odwrócę Arti, bo w niej zamykają się moje wszystkie najdroższe marzenia, ona zawiera cud moich pragnień, ziszczenie tęsknot i mój złoty sen. Więc, jeśli teraz próbowałam odwrócić tę moją świetną kartę, to tylko dzięki wyrzutom sumienia, które mi nie pozwalają zapomnieć, że mój kwiat życia wyrósł na klęsce Tomasza, że, idąc do swego cudu, niosłam tamtemu truciznę. Więc powtarzam, że każda karta największego szczęścia zaopatrzoną jest u dołu w jakieś tajemne a fatalistyczne — „Verte“.
Po śniadaniu Elża w gabinecie męża przeglądała pocztę.
— Czy nie było, Arti, dzisiejszej gazety...
— Nie — odrzekł krótko zaczytany.
— To dziwne, przychodzi zawsze tak systematycznie.
— Czasem ginie. Posłuchaj, nowe zwycięstwo naszej floty;: tylko jeden krążownik poszedł na dno.
— Ciekawam, czemu gazeta nie przyszła.
— Elly, słuchaj, pisze mi Ashley, abym powrócił do dyplomacji, gdzie mam stanowisko zapewnione i duże awanse.
— A ty, Arti, jaki masz zamiar? — z lękiem spytała Elża.
— Dyplomacja mi się podoba; pływałem na pancerniku przeszło trzy lata, których nie zaliczam do miłych w moim życiu, jakkolwiek zawód marynarza porywa mnie.
Elża, stojąc przy fotelu męża, usiadła na poręczy i położyła głowę na ramieniu Artura.
— Czy to z mego powodu, Arti, te trzy lata miłemi nie były?
— A jak sądzisz... z czyjego?.. Co?..
— Może margrabina de Leguée?..
— A... może...
— Arti, ona jest bardzo piękna, prawda?..
— Nadzwyczajnie. Zdumiewająco. Per Bacco!
— Śmiejesz się tak tygrysio i taką masz szatańską minę, że nie wiem, czy szydzisz, czy mówisz prawdę. Miałeś z nią bliskie stosunki, ona cię kocha, to dobrze, ale już teraz o niej nie myślisz... prawda?
— Och, no, zdaje się, że o niej nigdy nie myślałem w calem tego słowa znaczeniu. Czy sądzisz, Elly, że to możliwe?.. Usuńmy ją na bok, dziecko. Mam wrażenie, że jesteś zadowolona, że porzucam marynarkę. Czy tak?..
— Gdybyś był kapitanem, musiałbyś mnie opuścić, bo nie zabrałbyś mnie z sobą na pancernik. My obie z mamą w Wedeware tęskniłybyśmy za tobą. A teraz będziemy razem. W Londynie, czy w Paryżu?..
— W Londynie.
— Wybornie, a tymczasem, kiedy jedziemy po mamę do Hawru?
— W końcu kwietnia mama opuszcza Niceę.
Odłożył Timesa i, obcinając cygaro, mówił:
— Jestem szczęśliwy, Elly, że tak przylgnęłyście do siebie mamą. Matka cię kocha jak córkę, za którą zawsze tęskniła, ty zaś jesteś dla niej taka słodka. Rozrzewnia mnie wasz stosunek.
— Kocham ją, bo jest twoją matką, Arti, a przytem to kobieta o dużej kulturze umysłowej, głębokiej inteligencji i ma złote serce. Ona musi być kochaną, nawet uwielbianą.
— Była szalenie kochaną przez mego ojca.
Elża spojrzała figlarnie w oczy męża.
— Arti, czy to rodzinne u was?..
— Rodzinne — uśmiechnął się.
— To dobrze, bo chcę, żebyś i ty mnie tak samo kochał.
— Hm. To nadzwyczajne! Och, no, myślałem, że może obniżysz żądania, Elly moja.
Zaśmiał się krótko i przyciągnął żonę do siebie.
— Moje słodkie dziecko — szepnął ustami na jej ustach.
W swej złoto-żółtej, strojnej, pełnej słońca i kwiatów pracowni Elża Dovencourt-Howe stanęła przy biurku patrząc na leżący rękopis swego nowego utworu.
— Czy to będzie dobre — myślała. W Warowni pisałabym książkę na temat: „To co było cudną jawą i co rzeczywistością cudowną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie“, — a teraz tej nowej książce daję tytuł: „Sen spełniony”, czyż to nie cud?
Popatrzała na dużą fotografię Artura, zdobiącą biurko, ubraną kwiatami, uśmiechnęła się do podobizny męża, szepcąc rzewnie:
— Ty mi będziesz źródłem wszystkiego, bo z twego umysłu, z twego ducha czerpać chcę dla siebie naukę, szczęście i czar, bo tak tylko rozumiem pełny dobrobyt duchowy, o takim marzyłam.
A po chwili:
— Jakie to szczęście, jaki to cud, że zwlekając, ciągle zwlekając, ocalałam od... od...
Przeszył ją nagły zgrzyt wyrzutu. Zawahała się.
— Od książki na tamten temat, — dokończyła, czując bezmiar radości życia.
Wybiegła na balkon. Kwitły na nim w skrzynkach fijołki, białe tulipany rozchylały do słońca swe wytworne kielichy.
Elża patrzała chwilę promiennemi oczami na park, na morze, pełne blasków, na tę nową dla siebie a piękną krainę. Od chwili, gdy stanęła na tej ziemi, która wychowała Artura, uczuła w sobie gorące jej umiłowanie i pragnienie zarazem, aby, stając się obywatelką Anglji, pozostać zawsze dobrą Polką i przykładną patrjotką własnej ojczyzny. Więc tu działać z myślą o Polsce i dla Polski i pamiętać jednocześnie, że ojczyzna jej męża jest pośrednio i jej ojczyzną. Trzeba zasymilować te dwa atrybuty uczuć. Trzeba zawiązać sojusz serdeczny pomiędzy ojczyzną własną i przybraną, trzeba dać wyraz idei, że miłość kobiety zdolna jest pogodzić uczucia rodzime z uczuciami, które ją wiążą z ukochanym człowiekiem.
W radosnym porywie Elża wyciągnęła ramiona przed siebie w daleką przestrzeń.
— Kraju mój, przez odrodzoną miłość, przez szczęście, które znalazłam, oddaję ci wszystkie swe siły, całą swą twórczą pracę, wszystko to, co każda Polka oddać ci powinna, choćby się znalazła na przeciwnym biegunie.
Łzy uniesienia zaszkliły jej oczy, spuściła powieki i szepnęła cicho, jakby z głębi duszy własnej przemawiała do męża.
— Chcę nosić z godnością nazwisko twoje, Arti, chcę ci życie zdobić, chcę być twojej pracy osłodą. Tu, przy tobie, jest mój los, mój cel osiągnięty, mój czar, moje wszystko.
Z ust jej płynęły słowa gorące, z niezwykłą słodyczą i dumą, jaka nawiedza kobiety prawdziwie szczęśliwe.

XV.

Kurjer paryski zbliżał się do Warszawy, wpadł w pierwsze okolice podmiejskie. W wagonach słychać było język angielski, francuski, włoski, w oknach migały mundury wojskowe. W osobnym przedziale pierwszej klasy Elża Dovencourt-Howe stała przy oknie, zapatrzona w krajobraz niemal z nabożeństwem. W oczach miała rzewność, na ustach uśmiech radosny, że oto znowu widzi ten kraj umiłowany, ku któremu unosiła ją niewypowiedziana tęsknota. Patrząc na wychylające się z mgły zimowej wieżyce i mury ukochanego grodu, wstrzymywała gwałtowne bicie serca.
Usłyszała za sobą kroki i niski barytonowy głos męski.
— Elly, dojeżdżamy, ubieraj się.
Odwróciła głowę, podniosła oczy na wysoką postać męża i padła w objęcia jego ramion.
— Arti, takam bardzo, bardzo szczęśliwa. Patrz, nasza Warszawa, serce Polski, nasza stolica. Nie szukaj patosu w moich słowach, mam duszę pełną szczerego uczucia, jakieś skrzydła mnie unoszą. Arti, ty się nie dziwisz, prawda?..
— Och no, kocham twój zapał, tak, jak kocham ciebie. Entuzjazm to wszakże nieodłączna cząstka twojej natury.
— Mój Boże, — mówiła Elża, — jakież inne były moje uczucia, gdy przed rokiem wyjeżdżałam stąd expresem berlińskim pełna bólu i trwogi o ciebie, Arti. Dziś wracam tak bardzo szczęśliwa i nie w otoczeniu wrogów, ale z tobą przedewszystkiem, jedyny.
Z zapałem zarzuciła ręce na szyję męża.
— Spokojnie, Elly, teraz jesteśmy wśród ludzi, patrz, jaki tłum na korytarzu.
Podając żonie okrycie, popatrzał na nią trochę z góry, z pod przymkniętych powiek, i dyskretnie musnął ustami jej skroń.
Stanęli w zamówionym z góry apartamencie hotelu Bristol. I tu, jak w Wadeweare, Londynie i Paryżu, Artur osypał Elżę najwyszukańszemi kwiatami.
Zachwycona, spytała go miękko, czemu to robi. On odrzekł z uczuciem:
— Elly, pragnę by upajało cię nietylko słońce naszego szczęścia, ale i wieczna wiosna.
Gdy służba wyszła, Elża podała usta mężowi.
Podczas gdy Artur zajęty był posiedzeniami w swoich kołach, Elża przez parę dni nie mogła się zdobyć na odwiedzenie swej rodziny; wstrzymywało ją dziwne uczucie lęku. Co tam usłyszy i jak ją przyjmą? U wujostwa Renardów mieli być oboje z mężem. Elża tymczasem odwiedzała instytucje, z któremi utrzymywała stały kontakt z Anglji. Bardzo czynną w jednej z nich była Renardowa.
Przed wizytą u wujostwa Elża chciała być na rannej mszy. Artur podwiózł ją samochodem do kościoła i pojechał na zebranie. Elża weszła do bocznej nawy, zdążając do wielkiego ołtarza, przy którym odprawiało się nabożeństwo. Już miała zboczyć na środek kościoła, gdy nagle tuż przed sobą spostrzegła Uniewicza. Stał odwrócony profilem, lecz na szelest kroków, zwrócił spojrzenie w jej stronę. Oczy ich spotkały się. Elża odruchem szczerości wiedziona, wyciągnęła do niego obie ręce z cichym okrzykiem, ale Uniewicz dał gwałtowny znak milczenia i, cofając się razem z Elżą w tył, wskazał jej brwiami najbliższą ławkę. W ławce zamodlona siedziała Urszula Burbina.
— Skąd pani tu, skąd pani?.. — spytał Uniewicz szybko, gdy znaleźli się ukryci za filarem.
— Przyjechałam z mężem. A pan i babcia?, czy i dziadek jest w Warszawie?
— Jest.
— Przyjechaliście wszyscy?
— Tu mieszkamy.
— Mieszkacie... a Warownia?
— Pani nie wie? Warownia już nie istnieje.
— Jezus Marja! Co się stało?..
— Spalona, zniszczona, zniesiona z powierzchni ziemi.
— Jezus, Marja! Boże, Boże! Wiedziałam, że na Wołyniu były dewastacje, ale nie przypuszczałam... Kiedy to się stało?
— W dwa miesiące po... wyjeździe pani. W marcu zeszłego roku.
— Któż dokonał tej zbrodni?
— Miejscowi chłopi.
— Chryste Panie!
— Cicho! pani Burbina usłyszy. Chodźmy dalej pod kruchtę.
— Panie, czy wszyscy ocaleli?
— My uciekliśmy cudem, ale sybirak, Krywejko, zabity, Stacho Domalewski, stary Piotr...
Łzy trysnęły z oczu Elży.
— Panie a... Tomek?
— Ocalał.
— Więc był w domu?
— Był chory, wywieźliśmy go. Teraz jest już znowu na froncie. Niech się pani uspokoi — rzekł, widząc zmianę na jej twarzy i bladość.
— Panie Melu, ja chcę, muszę wiedzieć wszystko. Czy ja do babci podejść nie mogę? — spytała nieśmiałym szeptem.
Twarz Uniewicza drgała nerwowo, bolesny wyraz osiadł mu na ustach.
— Lepiej nie, pani.
— Czy tak jest dla mnie źle usposobiona?..
Uniewicz milczał ze spuszczonemi oczami.
— Więc mi... nigdy nie... wybaczy?..
Gorycz była w jej szepcie, łzy spływały gęsto po jej twarzy.
— Czy i dziadek tak samo?.. — niech pan mówi otwarcie.
— Pan Cezary jest względniejszy... jak zwykle.
— A... a Tomek?..
— Później pani powiem wszystko, bo teraz pani Urszula wychodzi już z ławki. Dokąd pani każe przyjść?
— Najlepiej do nas, Bristol, drugie piętro.
— O której?.
— Czekam cały dzień.
Uniewicz szybko odszedł. Elża zza filara widziała, jak prowadził Burbinę, która szła, ociężale na jego ramieniu zwieszona, z twarzą sfałdowaną i obwisłą, bladą i pełną bólu. Cała postać chuda i zmizerowana tchnęła rozpaczą i znękaniem. Z pod toczka srebrzyły się gładkie pasma zupełnie białych włosów. Była to już struszka, pomimo swych sześćdziesięciu lat, wyglądająca na zgrzybiałą.
Ścisnęło się żalem serce Elży. Upadła na kolana i płakała cicho i długo, modląc się żarliwie i niemal wyrzucając sobie swoje szczęście. Gdy wyszła z kościoła, podsunął się ku niej z szumem automobil.
Elża już miała go odesłać, lecz po chwili namysłu wsiadła, każąc się wieść przed siebie, za miasto. Chciała ochłonąć po płaczu. Pęd wiatru ze śniegiem uderzał w szyby zakrytego pojazdu. Elża zamyślona smutno patrzała na ulicę. Na Nowym Świecie, gdy w ciżbie doróżek i tramwajów samochód zwolnił biegu, spostrzegła znowu Uniewicza, prowadzącego Burbinę. Szli wolno krok za krokiem. Śnieg opylał ich gęstemi płatami. Rzuciła się gwałtownie na poduszki siedzenia i mufką zakryła twarz w przerażeniu, by jej nie dostrzegli. Widziała jednak, że oboje mimochodem spojrzeli w okno automobilu. Owładnęło nią uczucie przykre i upokarzające. Wyrzutem dla niej był spacer strojnym samochodem, wyrzutem jej był dobrobyt, w jakim opływała obecnie w zestawieniu z niedolą tamtych... Zastukała z impetem w szybę i kazała zawrócić do hotelu bocznemi ulicami jaknajprędzej. Jechała, dławiły ją łzy. Znalazłszy się w swoim ukwieconym, pachnącym mieszkaniu, odczuła znowu gorzkie wyrzuty. Nie mogła się uspokoić. Wiadomość, że Warownia zrujnowana, gnębiła ją okrutnie, sprawiając cierpienie wprost nieznośne. Nie mogła powstrzymać gorących łez, modląc się za dusze Krywejki, Piotra i ulubionego Stacha. Tysiące pytań przygotowała dla Uniewicza, tysiące obrazów potwornych nasuwała jej rozigrana wyobraźnia. Gdy Dovencourt powrócił, zastał ją spłakaną i rozdrażnioną. Domyślił się odrazu.
— Już wiesz o Warowni?..
A gdy opowiedziała mu wszystko, Artur uspokoił ją trochę i rzekł:
— Czy pamiętasz swój sen, dziecko, na wiosnę w Wadeweare, że dziadka twego biła jakaś baba i że wiązy warownieckie płakały; otóż tego dnia właśnie przeczytałem w gazecie o dewastacji Warowni.
— Toś ty o tem już wtedy wiedział?.. Więc ty jesteś, Arti, bez serca, zimny głaz, jeśli tak — wybuchnęła.
A on, tuląc ją do piersi, przypomniał jej ten ranek wiosenny, jej szczęście, jej radość z życia, a potem wspomnienie Warowni i nagły smutek i opowiadanie snów. Zdumiony wówczas jej przeczuciem i wrażliwością, omało się nie zdradził, ale już przedtem spalił gazetę, by nie psuć jej szczęścia, by do jej ciągłych skrupułów (że zbudowała swe szczęście na klęsce Tomka), nie dodać nowych, któreby ją struły. Wiedział z gazety, że Burbowie żyją, zatem nie widział konieczności mącić jej szczęścia, zwłaszcza, że gdyby nawet chciała jechać do Warszawy, to i ten zamiar wtedy musiałby upaść wobec niemożności wyjazdu do Polski. Mógł przyjechać do Warszawy w tychże warunkach, ale pod zmienionym nazwiskiem i z fałszywemi papierami, po swoją upartą panią Elżę Gorską, teraz jednak z żoną nie widział potrzeby narażać ich oboje na ewentualne następstwa takiego przedsięwzięcia. A pisać... w takich momentach tragicznych cóż pisać? Gdy Elża opowiedziała mężowi zachowanie się Uniewicza wobec jej pragnienia powitania babki, przykrość odmalowała się na twarzy Artura.
— No, więc widzisz, dziecko. Cóżby w takich warunkach polepszył twój list?... Trzeba się z tym zgodzić, że niekiedy pomiędzy ludźmi wytwarzają się mury rozdzielcze tak potężne, że złamać ich niepodobna i wówczas dla obu stron i lepiej i bezpieczniej zapuścić zasłonę, by widokim takiej zapory nie męczyć się wspólnie. Pani Burbina zrobiła to widocznie w stosunku do ciebie, trzeba zatem uszanować wolę tej znękanej kobiety. Może to zresztą chwilowe.
— Nie, nie, ja już dla niej nie istnieję — powtarzała Elża z goryczą.
Gdy nadszedł Uniewicz, Dovencourt’a nie było. Fakt ten ucieszył Uniewicza wyraźnie. Pan Mel gorąco i długo całował ręce Elży, poczem rozejrzał się i rzekł z rzewnym uśmiechem:
— Pani zawsze tonie w świeżych kwiatach.
Poczerwieniała, zawstydzona nieco. On to zauważył i dodał:
— Naturalnie, panią już to żenuje, już pani po wszystkiem, co słyszała odemnie w kościele, wyrzucasz to sobie. Znam panią i jej nadmierną wrażliwość. Anglja nic w pani nie zmieniła, chociaż wypiękniała pani bardzo. Staremu przyjacielowi wolno to mówić. Jest pani szczęśliwa, prawda?...
— Tak, panie Melu, jestem szczęśliwą, bardzo, bezgranicznie — odrzekła z prostotą.
— To się czuje, droga pani, to się przebija w wyrazie jej oczów, twarzy, pomimo dużego cienia, który na panią rzuciła wieść o niedoli Burbów. Pani żyje nietylko sobą, pani odczuwa głęboko nieszczęścia innych. Proszę wierzyć, że i ja odczuwałem ją dobrze przez te lata męki duchowej, jaką pani przechodziła i... żałowałem pani, serdecznie z nią współczując.
— Ach, panie Melu, to już poza mną, mówmy o was. Obiecał mi pan wszystko opowiedzieć. Nadmienił pan, że Tomasz był chory. Co mu było?..
— Tomek przyjechał do Warszawy... na ślub, nie znalazłszy pani u Renardów, pobiegł do hotelu i tam powiedziano mu, że pani wyjechała zagranicę, na Berlin. To go podcięło, nie mógł sobie jeszcze uświadomić faktu; jeszcze nie wierzył, że to możliwe. Dopiero nazajutrz przysłano mu list od pani, który wyświetlił rzecz całą. Był to dla niego cios nieprzewidziany, rozchorował się. Gdy przyjechali Burbowie do Warszawy, zastali Tomasza nieprzytomnego. Po miesiącu przewieźli go do Warowni, jeszcze w ciężkim stanie. Leżał w pokoju pani, przy nim Kajtuś i Murmyła, ciągle do nich mówił o pani, nie mogliśmy tego słuchać. W końcu doktorzy radzili przenieść go z tego pokoju, ale się nie dał. W trakcie tego zaszło to nieszczęście. Ostrzegano Burbów, aby wyjeżdżali, lecz pan Cezary i pani Urszula słyszeć nie chcieli o opuszczeniu swojej ziemi, twierdząc, że im nic nie grozi od ludu, wśród którego tyle pokoleń Burbów żyło i starzało się bezpiecznie. Tymczasem dobroczynność Burbów została krwawo odwdzięczoną. Przyszła noc straszna. Burbowie ledwo z życiem uciekli. Tomek po ozdrowieniu wstąpił ponownie do szeregów, ale jego stan duchowy jest bardzo smutny. Szczegóły o zniszczeniu Warowni udzielił nam Poberezki, którego zdewastowali w kilka dni potem i który również ocalał. W Warowni spalono dwór i Wszystkie zabudowania, wycięto sad, teraz tną lasy.
— A wiązy, panie, a wiązy... — spytała Elża.
— Wiązy wycięte, z całej sadyby zostały tylko stare ruiny, wały i fosy.
Elża załamała ręce.
— Widziałam we śnie te wiązy... płaczące.
— Niema już wiązów, pani, niema już pewno i Pysznego Boru, Kajtuś zabity w walce, Murmyła również, śnieg już zasypał ruiny. A pamięta pani pięć lat temu, pani przyjazd, spotkanie nasze na skraju boru przy wilczym trakcie, napad wilków, pierwszy wieczór w Warowni... niespodzianka?
— Pamiętam, panie, i pomimo wszystko nie zapomnę tego nigdy.
— Wie pani, czasem myślę, że albo tamte lata to był sen piękny, albo ten rok ostatni, to straszny sen, z którego się jeszcze obudzę. Losy ludzkie są dziwnie zmienne, czasem los tak się słodko uśmiecha do ludzi, tyle im obiecuje, jak naprzykład zima i wiosna przedwojenna w Warowni. Ale i potem jeszcze i potem... aż wszystko to nagle zapada się, wali, — zostaje ruina.
Elża, słuchając tych słów, myślała, że bywa czasem przeciwnie, odczuł to i Uniewicz, bo, kiwając głową melancholijnie, rzekł:
— A niekiedy jest inaczej, los najpierw się uśmiecha, potem się zachmurza, płacze i przeraża, a nagle uśmiechnie się tak promiennie, tak rozkosznie, że każe zapomnieć o wszystkiem, co było smutne.
— I niech pan doda: uśmiechnie się tak prawdziwie — rzekła Elża z naciskiem. To jednak nie wyłącza zupełnie smutku, wtedy, gdy się było dla kogoś złudnym uśmiechem. Tomek to mój stały wyrzut, jego rodzice również, a Warownia, Stacho, Krywejko, Piotr, kochane wiązy, Pyszny Bór, Kajtuś, Murmyła, to wszystko bardzo, bardzo bolesne a drogie wspomnienie. Obecna niedola dziadków zgnębiła mnie okropnie. Czy choć nie cierpią wielkiego niedostatku? Panie Melu... Bóg widzi, że zrobiłabym dla nich bardzo wiele, gdyby inne było usposobienie ich dla mnie.
— Tak, pani, teraz to jest rzecz niewykonalna.
Pan Mel mówił o goryczy i żalu Burbiny, o strasznym wrażeniu pana Cezarego, gdy ujrzał syna bez przytomności i przeczytał list Elży. Dopiero w kilka dni potem po rozmowie z Poberezkim trochę się ułagodził.
— Więc Poberezki nie potępił mnie — zawołała Elża radośnie.
— On... on panią broni przed wszelkiemi napaściami, tłumaczy; tym się nawet naraził pani Urszuli. Poberezki to wielki przyjaciel pani. Będzie żałował, że pani nie zobaczy, ale on już wyjechał do Chodur także spalonych, obiecał zająć się i Warownią.
— Napiszę do niego — zawołała z zapałem.
— A... to go pani szczerze uszczęśliwi.
Wszedł Dovencourt. Dwaj mężczyźni zmierzyli się ciekawym wzrokiem. Artur bez cienia zwykłego chłodu podał rękę gościowi.
— Z opowiadań mojej żony znam pana lepiej, niż pan mnie. Proszę wierzyć w moją sympatję i szczerą życzliwość.
Pan Mel był trochę zaskoczony uprzejmością i wykwintną postacią Anglika. Bąknąwszy coś równie grzecznego, patrzał z przyjemnością na Dovencourt’a i myślał widocznie pomimo swej głębokiej przyjaźni dla Burbów, że jednak Elża zbyt długo wahała się w wyborze pomiędzy Tomkiem i Arturem.
Uniewicz cofał się z początku przed przymrużonym wzrokiem Artura, lecz wyraz tych źrenic ciemno-stalowych przykuł go wreszcie i zjednał ostatecznie. Gdy Dovencourt poszedł do drugiego pokoju po cygara, pan Mel szepnął do Elży:
— Mąż pani to prawdziwy patrycjusz, bardzo niecodzienny, o... bardzo. Z całej duszy pani winszuję, bo faktycznie widzę wasze szczęście.
Elża opowiadała Uniewiczowi o swojej podróży do Kalkuty, o spotkaniu w Adenie, o ich ślubie w Rzymie, o podróży poślubnej przez Śródziemne, o Wadeweare, przeczuciach i snach, potem o Paryżu, Londynie i swoich projektach na przyszłość.
— Żona moja ma mnóstwo zamiarów, organizuje Koło Polek, nawiązuje kontakt w Londynie z różnemi instytucjami, mającemi głównie za zadanie niesienie pomocy Polsce i Polakom, przebywającym na obczyźnie. Zapaliła już do tego moją matkę i szereg pań, wśród których są nawet angielki — mówił Dovencourt.
Uniewicz rzekł:
— O tak, pani ma teraz szeroki zakres działania. Pamięta pani kursy dla służby w Warowni?.. Wszystko to poszło potem na dwór, razem z bandą chłopów i żebraków, ze starą Likierą na czele, których hojnie wspomagali — Burbowie. Cała ta zgraja rabowała aż miło.
— To też teraz działać chcę z inteligencją i dla inteligencji — odrzekła Elża. — Zapamiętałam pańskie słowa, wypowiedziane o chłopach, w początkach bytności mojej w Warowni.
— Wtedy oburzała się pani na mnie za to. Dziś pani widzi, że warstwy te są bardzo rozkosznie rozwierzgane.
— Teraz to się odbija na karkach inteligencji — rzekł Dovencourt, — ale odbije się z czasem na majestacie waszej ojczyzny. Tego bowiem żadna teorja najskrajniejsza nie utwierdzi praktycznie, aby żywy mózg inteligenta, którego kulturę urabiały wieki, mógł być zastąpiony przez analfabetyzm umysłowy tłuszczy. Ultra ewolucyjne i rewolucyjne dążenia różnicy tej nie zrównają. By rzeczywista ewolucja taka osiągnęła swoje cele, na to trzeba przedewszystkiem jeszcze czasu i usilnej pracy nad kulturą mózgów człowieczych, a dopiero potem można układać programy partyjne — „wydziedziczonych”. Ale wy, Polacy, rządzicie się inną metodą, jesteście zwolennikami surogatów, które w ogólno ludzkim porządku przedstawiają zaledwo materjał do szlifowania.
Gdy była mowa o właściwościach natury polskiej, Uniewicz pesymistycznie kiwał głową. Elża zaprzeczała mu gorąco i twierdziła, że tylowiekowe doświadczenie a ostatnio niewola wskażą duchowi polskiemu nowe szlaki rozwoju. Kwestja tylko, czy zjawi się cudotwórca i wódz, by na owe szlaki poprowadzić Polskę.
— Przeczuwacie go w Mickiewiczowskiej cyfrze 44 — uśmiechnął się lekko Dovencourt — podsuwaliście ją pod różne osobistości, ale bez skutku. Wy, Polacy, jesteście stworzeni przedewszystkiem z dumy, ambicji, prochu i ognia. To piękne, lecz nazbyt wybuchowe i palne. Gdyby do tych składników waszej natury dodać granitu, stali, mocnej woli i wszystko to stopić w kotle o silnych nitach i spoidłach, wówczas moglibyście zająć dominujące stanowisko w Europie.
— I zajmiemy, ku temu Polska dąży — rzekła Elża.
— Na razie w słowach, krzyku u was bardzo wiele, jeszcze więcej patosu, dekoracji, szumnych pochodów i... wielkich ludzi. Tych domorosłych wielkości jest u was najwięcej. A przedewszystkiem życzę Polsce, aby wyniosła uświetnione koroną tradycji czoło ponad cuchnące opary, które biją z dołu, z nizin, i zdobyła się na jeden wielki czyn, odrestaurowania nawy państwowej przez wyrzucenie rozpanoszonych w niej bałwanów. To naprawdę świadczyłoby o waszej ambicji narodowej.
— Gdyby Polacy byli narodem istotnie ambitnym — zauważył Uniewicz — jak na to wskazują tradycje nasze najpiękniejsze, to dziś, rozpoczynając nową egzystencję od przewrócenia tradycji do góry nogami, nie ścierpieliby jednak zamiany dostojnego chrzęsta piór husarskich, na fiukanie fujarki pastuszej, bardzo miłej wśród pól i zbóż, ale niesłychanie rażącej w nawie państwowej, jak się pan wyraził. Zahypnotyzowani taką muzyką, zamiast w pióra, będziemy obrastać w szerść.
— Och no, nawet możecie tyć w tych warunkach, owszem, ale już o locie trzeba będzie zapomnieć — dorzucił Dovencourt.
Gdy Uniewicz odchodził, przypomniał sobie nagle paczkę, którą przyniósł z sobą. Podał ją Elży.
— Dla pani z Warowni to, co zdołałem ocalić, uciekając. Bibljoteka cała spalona i wszystkie rzeczy pani.
Elża z rozrzewnieniem odwijała z papierów drobnostki ze swego biurka, różne symbole w ramkach, garnitur do pisania i statuetkę Sfinksa oraz kilka książek ulubionych i fotografię Warowni. Artur przyglądał się tym rzeczom ciekawie, odgadując symbolikę niektórych. Elża dziękowała Uniewiczowi i spytała cicho:
— Czy wiedzą dziadkowie, że jesteśmy w Warszawie?
— Nie mówiłem nic dotąd; może panu Cezaremu powiem.
— Takbym serdecznie pragnęła go widzieć, ale się nie narzucam, zostawiam to uznaniu pana.
— Spróbuję, droga pani, wybadam.

XVI.

Elża spędzała czas w Warszawie dość samotnie, przeważnie w towarzystwie męża i wujostwa Renardów, raczej wujenki, gdyż pan Renard, siedzący wiecznie w cukierni lub w klubie przy kartach, nie zaliczał się nigdy do towarzystwa. Po złożeniu wizyt rodzinie i znajomym, Elża unikała częstych stosunków salonowych, niezbyt chętnie nawet bywając na rautach i przyjęciach, chociaż bawiła się na nich wybornie. Otaczali ją zwłaszcza koledzy i rodacy Artura, z którymi była na stopie serdecznego koleżeństwa. Przedstawiona jej kilku wybitniejszych polaków ze stolicy, spotykała dawnych znajomych z Wołynia i okolic Taraszczy. Najlepiej było jej jednak tylko z Arturem na częstych spacerach samochodem w okolice Warszawy. Zwiedzali razem księgarnie, antykwarnie, gdzie robili duże zakupy książek polskich. Szperali z zamiłowaniem w bibliotekach publicznych, wieczorem zaś, o ile byli wolni od towarzyskich obowiązków, szli często na pieszą przechadzkę, lub z Uniewiczem przy czarnej kawie prowadzili długie dysputy i poufne pogawędki. Dovencourt lubił pana Mela i rozmowę z nim, ten zaś przylgnął do nich całą duszą, okazując niezwykły kult dla Artura. Politykowali razem, filozofowali, Elża zwierzała im swoje tematy literackie, ufając ich krytyce i radząc się w wątpliwych kwestjach. Zachęcona przez Uniewicza, zwiedzała różne instytucje miejscowe, czerpiąc z tych źródeł potrzebne wiadomości dla swych planowanych organizacji. Zajmowało jej to dużo czasu, wypełniając godziny, kiedy Artur był zajęty swojemi sprawami.
Uniewicz, patrząc często na Elżę, jej męża i obecne jej otoczenie, myślał: Gdyby ich widział Tomek, ją z temi iskrami szczęścia w oczach i jego z tą patrycjuszowską strukturą, gdyby ich ujrzał, przekonałby się, że jednak... musiał przegrać. I przypomniał sobie Elżę w Warowni, w ostatnich czasach, znękaną, apatyczną, często sztuczną, by ukryć łkanie duszy. Wspomnienie nasunęło wiersz Elży, który miał przepisany, i razu pewnego wypowiedział do niej końcowe słowa: „Sama moc znajdę w ogromie tęsknoty i, czego pragnę, dokonam. Osiągnę! A gdy mnie wieczna pochłonie toń nocy, zgasnę, przeminę, wiedząc, iżem żyła”...
— Tak, ja będę wiedziała, iżem żyła, ale nietylko dlatego, żem teraz szczęśliwa — rzekła Elża.
— Może i dlatego, że pani dużo. cierpiała...
— Tak.
— Szczęście obecne daje pani spotęgowaną sumę uroku, gdyż jest kontrastem przeszłości — rzekł Uniewicz w zamyśleniu.
Elża wpadła w zapał.
— Prosiliśmy pana, oboje z mężem, do Wadeweare, niech pan przyjedzie, drogi panie, koniecznie.
Pan Mel westchnął cicho, smutno pokiwał głową. Elża go odczuła i rzekła miękko:
— Przecie pan będzie mógł kiedyś, jak dziadkowie wrócą do Warowni.
— Pragnąłbym, pani, z całej duszy, ale ja im będę zawsze potrzebny. Niedola przykuwa czasem silniej, niż dobrobyt.
— Pan jest wyjątkowy człowiek — rzekła Elża z uczuciem.
— Ej, nie, pani, tylko z wędrówki życia pozostał mi jeszcze maleńki skraweczek serca.
Odwiedził kiedyś Dovencourt’ów Zdziś Burba. Witał Elżę serdecznie, ona, przedstawiając go mężowi, rzekła, śmiejąc się:
— Arti, to mój detektyw z Zachęty Sztuk Pięknych, o którym ci opowiadałam.
Zdzisław zaczerwienił się ogniście.
— A, to pan śledził moją żonę? — wesoło zagadnął Artur.
— Byłem tylko wykonawcą pewnej grupy plotkującej na Elżę, ale stanowisko jej wobec kursującej wówczas plotki zaimponowało mi. Pan mi nie ma za złe, że mówię o tym tak otwarcie.
— Och no, proszę bardzo. Wiem, że wycieczki przeciw mojej żonie ścigały ją złośliwie. Ale zbyt dobrze znam ludzi, by temu dziwić się. Mówiła mi Elly, że pan specjalnie studjuje kobiece zdolności W tym kierunku — mówił Artur z uśmiechem.
— Tak i dochodzę do bajecznych rezultatów — odrzekł Zdziś z udaną powagą.
Gdy się Zdzisław Burba znalazł sam na sam z Elżą, rzekł do niej żywo:
— Czy pamiętasz, kuzynko, legendę nieboszczyka Stacha Domalewskiego o Wołyniu?
— Pamiętam.
— Więc krainą, na którą gwiazda spuściła raj, zasypując ją skarbami, stała się dla ciebie Anglja, Wadeweare.
— Tak, Zdzisiu.
— No i nie dziwię ci się, choć mi bardzo żal Tomka. Dziwaczne są niekiedy załomy przeznaczeń ludzkich, a jednak miłość prawdziwa, rzec można, jedyna, raz tylko w życiu nawiedza serce człowieka, wszelkie inne uczucia są zawsze złudzeniem. Tyś, kuzynko, na swojej jedynej miłości wygrała na całej linji, podczas gdy wielka miłość Tomka zrujnowała go zupełnie.
— To jest mój wieczny wyrzut — szepnęła Elża.
— Ja ci wierzę i to już zostanie.
— Czy to ma się stać przekleństwem mego życia?
— Nie, ale jego zawadą, jego cieniem. Twój hejnał tryumfu brzmi świetnie, ale nad powalonym Tomkiem. Idąc ku swemu szczęściu, przeszłaś po nim, stawiając nogę na jego piersi.
— Przesadzasz! Dajesz obraz jakiegoś brutalnego zwycięstwa. Porównaj mnie jeszcze do Achillesa, włóczącego Hektora za swoim rydwanem.
— Nie gniewaj się, kuzyneczko. Ja cię ani potępiam, ani się tobie dziwię. Przeciwnie. Ja tylko zaznaczam, że kto ma duszę wrażliwą, tak jak ty, ten, budując najpiękniejsze pałace szczęścia na czyjejś ruinie, nigdy o tej ruinie nie zapomni.
Elża zasępiła się.
— Mówisz smutną, ale głęboką prawdę. Nie sądziłam, że tak poważnie myślisz.
— To robi życie i obserwacja. Ta para czcigodna nauczy więcej, niżby człowiek sam pragnął. I taka nauka nie jest lekka ani wesoła. Przed paru laty w Warowni i w Warszawie, gdym tu konspirował, byłem studentem uniwersytetu, teraz jestem uczniem życia i obserwacji, to duża różnica.
Pewnego dnia Elża, ułożywszy się poprzednio z Uniewiczem co do spotkania z dziadkiem, skierowała się do kościoła Karmelitów. Nogi pod nią trzęsły się, była bardzo wzruszona, gdy wchodziła do lewej nawy kościelnej. Serce jej biło głośno, słyszała jego tętno wyraźnie.
Przed progiem kaplicy Pana Jezusa zawahała się nagle, lecz po chwili namysłu weszła prędko. Kaplica była pusta, tylko w ławeczce na boku siedział pan Cezary Burba z głową, opartą na splecionych dłoniach. Elża stała chwilę, patrząc z boleścią na tę głowę wyłysiałą zupełnie, otoczoną wianeczkiem białych kosmyków. Długą chwilę ruszyć się z miejsca nie mogła. Burba, modląc się, nie widział jej. Elża postąpiła krok naprzód, starzec podniósł głowę. Na bladej twarzy jego wystąpiły sine plamy, w oczach łzawych, otoczonych czerwoną obwódką, odbił się lęk, graniczący prawie z przerażeniem, i niechęć wyraźna.
Uniósł się ociężale z ławki, oparty na rękach. Elża podbiegła żywo i osunęła się do jego nóg, dotykając czołem kolan. Starzec upadł z powrotem na ławkę. Milczeli długo. Burba odczuł drżenie kobiety, zrozumiał ją. Po chwili położył dłonie na jej głowie, pochylony szepnął:
— Wstań, dziecko.
Ale Elża nie wstawała, tylko, chwyciwszy rękę dziadka, przycisnęła ją do gorących ust.
— Dziadziu najdroższy... wybacz — usłyszał cichą prośbę, tak rzewną, szczerą i tak z pod serca płynącą, że to go poruszyło. Pochylił się niżej.
— Wstań... Elżusiu!
Podniosła się, półklęcząc na stopniach ławki. Burba ujrzał jej oczy całe we łzach, usta drżące ze wzruszenia, położył rękę na jej ramieniu i patrzał głęboko na nią, jakby chcąc wszystko wyczytać, wszystko zbadać.
— Czy szczęśliwa jesteś?..
— Tak, dziadziu... bardzo.
— Kochasz go... swego męża?
— Nad życie.
— I on ciebie?
— I on... dziadziu.
— Słyszałem, mówił Mel, twój mąż kocha cię bardzo. Więc jesteś szczęśliwa... Poruszył powiekami szybko, spuścił oczy.
Znowu moment ciszy.
— Dziaduniu drogi, czy mi wierzysz, że kocham was zawsze serdecznie, że mi nad wyraz ciężko, iż ja was tak boleśnie...
Łzy zatamowały jej słowa, ukryła twarz w jego rękawie.
— Tak, dziecko, tak... wola Boża, nic więcej, pamiętaj, wola Boża. Tak jest, jak Bóg chciał. Dobrze, żeś ty szczęśliwa, Elżusiu, nie wyrzucaj sobie tego, bo... mówił mi Mel. To już trudno, krzywdę Tomka zapomnij... daj szczęście mężowi. Jednych Bóg nagradza, drugich doświadcza, Jego wola. A ot i starego gniazda już zabrakło.
Łzy bujnie spłynęły po zoranych policzkach starca.
— Lepiej nam było razem tam tej strasznej nocy zginąć na starych śmieciach, gdziem się rodził. Trzeba było ratować Tomka, może on jeszcze dożyje... lepszej doli.
W drzwiach stanął Uniewicz, cofnął się i znowu wszedł. Elża podniosła się z kolan, rozumiejąc, że czas odejść. Bladość pana Mela uderzyła ją.
— Pójdziemy już, kościół zamkną — rzekł głucho i podał ramię Burbie.
Elża podtrzymała go z drugiej strony. Wyszli z kaplicy. Idąc boczną nawą, Elża patrzała na pana Mela z trwogą, jego wyraz twarzy nie wróżył nic dobrego. Przed ostatnim ołtarzem starzec cofnął ramię.
— Pozwólcie, chwilkę.
Ukląkł na stopniach, Elża spojrzała pytająco na Uniewicza. On jej szepnął do ucha:
— Przywieźli Tomka rannego, stan beznadziejny.
Krew spłynęła falą do serca kobiety, ale Burba podniósł się, więc go znowu dźwignęła. Przed kościołem stała dorożka.
— Wsiadamy — rzekł Mel.
— Poco, na co?., pójdę pieszo, dzień ładny. Nie chcę — zaprzeczał starzec.
— Trzeba jechać.
Elża ze łkaniem całowała ręce dziadka, on dotknął palcami jej skroni.
— Niech ci Bóg błogosławi, Elżusiu, bądź szczęśliwa, a pamiętaj, kochaj męża i... i... już nie czyń sobie wyrzutów... dziecko ja ci wybaczam wszystko, pamiętaj.
Pojechali. Elża, cicho płacząc, szła wolno w stronę hotelu, tak roztrzęsiona nerwowo, że, nie chcąc spotkania z mężem, poszła do Renardów na cały dzień. Dovencourt znalazł ją tam i zabrał. Opowiedziała mu spotkanie z dziadkiem, nie mówiąc nic o Tomku. Elża nie spała tej nocy, kryjąc swój niepokój i żal. Na drugi dzień od rana była niezwykle roztargniona, nie mogła sobie znaleźć miejsca, wszystko ją drażniło. Dovencourt o nic ją nie pytał, ale nie opuszczał mieszkania. Pracował przy biurku, telefonował, rozsyłał posłańców, przyjmował, lecz nie odjeżdżał. Skupione brwi jego i chłód twarzy dziwił Elżę. Po obiedzie, którego prawie nie jadła, zaczęła się gorączkować. Postanowiła odwiedzić Tomka w szpitalu, ale nie chciała wtajemniczyć w to męża. On zdawał się nie zwracać na nią uwagi, zajęty pracą. Wreszcie ubrała się w swoim pokoju, jak do wyjścia na ulicę, weszła do gabinetu. Nurtował w niej silny niepokój wraz z niezłomną wolą.
— Pójdę odwiedzić chorego, to mi wolno — postanawiała.
Ale kręciła się po pokoju, nie mogąc wyjść. Artur położył pióro i zapalił cygaro.
— Wychodzisz, Elly?
— Tak.
— Pada śnieg z deszczem, każ zatelefonować do garażu po samochód.
— Nie. Pójdę piechotą. Do widzenia.
— Do widzenia — rzekł sucho.
Elża podeszła do drzwi, ujęła za klamkę i nie mogła jej nacisnąć. Skurcz jakiś dusił ją w gardle. Stała bezradnie. Dovencourt oparty plecami o poręcz fotela odwrócił głowę i, milcząc, patrzał na nią z pod zmrużonych powiek badawczo i wyczekująco. Elża zastygła pod tym jego wzrokiem, nie ruszała się z miejsca. Trwało tak długich kilka minut, kobieta walczyła z sobą, chcąc wyjść koniecznie, i niebywała moc trzymała ją przykutą do miejsca, jak na uwięzi. Ręka jej drżała na klamce. Nagle łuna krwi zalała jej twarz, zerwała się jak do lotu i pędem podbiegła do męża, upadła na jego piersi. On z błyskiem w oczach otoczył ją ramionami silnie.
— Chciałaś iść do szpitala, Elly?
— Więc... ty wiesz.
— Wiem, Tomasz ranny w szpitalu, odczułem twój zamiar i tajemnicę przedemną, czekałem aż się sama zwalczysz, ale wstrzymałbym cię w ostatniej chwili.
— Dlaczego?
— Słuchaj dziecko, siądź tu — przygarnął ją do siebie. Zbadałem wszystko. Przy Tomaszu jest, prócz ojca i Uniewicza, jeszcze jego matka i... panna Słupska. Jako sanitarjuszka przywiozła go z frontu, pielęgnując sama, i teraz go nie odstępuje. Czy w obecności tych dwóch kobiet możliwa jest twoja bytność tam? Nie naraziłbym cię na to za nic. Och, no, zbyt drogą jesteś dla mnie.
Tuląc ją, całował jej ręce.
— Wybacz mi, jedyny, że powzięłam ten zamiar w tajemnicy przed tobą. Ale mi ufaj — szepnęła.
— Ja ci ufam, Elly, zresztą zwalczyłaś się, to mój tryumf. Jestem rad, że nie ja cię wstrzymałem.
— Owszem, ty, twój wpływ, twój wzrok i moje uczucie dla ciebie.
— To najcenniejsze — błysnął uśmiechem.
— Znowu ten uśmiech kochany i ten łysk zębów tygrysi, Arti, panie mój... Podała mu usta z rozkoszą, ale sposępniała natychmiast.
— Arti, jednak ja chcę odwiedzić Tomasza. Jedźmy razem do szpitala.
— Dobrze, ale z warunkiem, że dowiemy się tylko u lekarzy o jego stan, bo i to już zbyteczne, skoro istnieją telefony, ale o ile chcesz...
W szpitalu lekarz dyżurny i obecny chirurg na pytania Elży wątpiąco kręcili głowami, zapewniając, że ratunek jest usilny i nadzwyczaj staranna opieka, ale stan chorego jest bardzo poważny.
— Czy opieka matki? — spytała Elża, przewidując z góry odpowiedź inną.
— Pani Burbina jest tak zrozpaczona, że sama potrzebuje raczej opieki, ojciec również. Głównie pokładamy nadzieję w sanitarjuszce, która przywiozła rannego; bardzo dzielna niewiasta, tylko jej opieka może powstrzymać katastrofę. Jeśli pani sobie życzy, mogę tu poprosić pannę Słupską.
— Nie, nie, profesorze — żywo zaprzeczyła Elża — może tylko.... niech przyjdzie pan Uniewicz.
Rozmowa z panem Melem, a głównie jego zdumienie, gdy ją ujrzał w szpitalu, przekonało Elżę, że jej mąż miał rację. Dla niej nie było tam miejsca. Wracając do domu, rzekła ze smutkiem:
— Prawdziwe są twoje słowa, Arti, że gdy wyrośnie taki mur rozdzielczy pomiędzy ludźmi, łamać go już zbyt trudno a nawet niemożliwe. Sądzę, że i przełamany wyrastałby zawsze nanowo.
Odtąd Elża dowiadywała się o zdrowie Tomka telefonicznie, czasem przynosił wiadomości Uniewicz.
Któregoś dnia Elża, dowiedziawszy się od wujenki, że jakiś ranny zmarł nagle w szpitalu, pojechała tam z nią razem. Lekarz uspokoił panie, zapewniając, że stan zdrowia Tomka nie budzi już żadnych obaw. Renardowa poszła do Burby, Elża zaś została w poczekalni. Wtem w drzwiach, od korytarza wiodących stanęła Karolcia Słupska w białym fartuchu i chusteczce sanitarjuszki. Zdumienie unieruchomiło ją na chwilę, poczem błysnął w jej oczach gniew i szyderstwo zarazem. Cała zatrzęsła się od wzburzenia i w jednej sekundzie obrzuciła postać Elży od stóp do głów wzrokiem nienawistnym, zjadliwym i bestjalskim. Ale lady Dovencourt-Howe stała dumna, prosta, blada, ze ściągniętą nieco brwią i ironicznym cieniem na ustach. Słupska mełła w zębach jakieś słowa gwałtowne, jednak postawa Elży onieśmieliła ją. Cofnęła się za próg prędko, jakby goniona. Z korytarza doleciał jej przykry, wściekły śmiech.
Śmiechem takim rechotał stary Słupski podczas spotkania Elży w lesie Warownieckim na konwaljach. Wzdrygnęła się na to wspomnienie. Nie czekając na wujenkę, postanowiła opuścić szpital. Ale w przedsionku natknęła się na Adę i dwie znajome panie. Ciekawy wzrok przesunęły po jej postaci.
— Byłaś u Burby? — zdziwiła się Ada.
— Jest u niego wujenka, którą odprowadziłam.
— Chyba, bo już myślałam, że przy łożu Tomka szukasz nowego tematu literackiego i natchnienia, że studjujesz ich wszystkich, prócz Uniewicza.
— Pocóż to wyłączenie? — spytała Elża sztywno, przykro dotknięta.
— No, przecie on twój zwolennik, wielbiciel, lubi twoje elukubracje.
— Widziałam panią dziś przed Hersem — przerwała jedna z pań. Ciekawam nowej tualety pani na jutrzejszym balu. Zapewne zakasuje wszystkie na sali.
— Nie byłam teraz wcale u Hersego i nie będę na balu.
— Ależ widziałam panią napewno.
Elża uśmiechnęła się pobłażliwie.
— Prawdopodobnie przez imaginację wydał się ktoś pani podobnym do mnie.
— Widziałam z tyłu takie same szenszyle.
— Bardzo możliwe, gdyż to nie jest jedynie mój wynalazek.
— Czemu się bronisz, Elżo — zaśmiała się Ada. Wszak będąc narzeczoną Tomasza, pasjami lubiłaś stroje i lubisz je teraz, aż do zbytku. Nic dziwnego, nie mając nic innego na głowie...
— Przesiaduję po całych dniach w magazynach mód — dokończyła Elża. Tak, tak, zupełnie taksamo jak kiedyś. Jeśli która z pań zechce się ze mną widzieć, proszę mnie szukać u Hersego i w innych podobnych firmach, będę bardzo rada.
Panie zaczerwieniły się, odczuwszy intencje Elży. Trzecia pospieszyła załagodzić.
— Dlaczego pani nie raczy być na balu? Zapowiada się świetnie.
— Ja nie tańczę.
— I mąż pani także nie tańczy?
— Nie.
— Przecie tańczyłaś dawniej, Elżo — znowu zagadnęła Ada. Więc to zapewne chwilowe umartwienie z powodu... Tomka. Ale Tomek już takich ofiar nie potrzebuje. Poczem syknęła zjadliwie przyciszonym głosem:
— Tomek i Burbowie wszak znać ciebie już nie chcą.
Elża miała płomienie w oczach, lecz, skinąwszy głową paniom, wyszła szybko.
Opuszczała szpital z uczuciem niesmaku, prawie wstrętu. Wróciła do hotelu z ogromną ulgą. Gdy przyszedł Dovencourt, Elża, oparta na jego piersiach, szepnęła cichutko:
— Arti, wracajmy już do Anglji.
Przytulił ją do siebie, mówiąc:
— Dużo widzę i odczuwam. Znowu cię ktoś obluzgał swym jadem. Patrz wyżej, Elly moja, patrz w swoją ideę, ona nie pozwoli ci słabnąć, ona umocni twe skrzydła, uniesiesz się ponad głowami tłumu. Chcę ciebie taką właśnie, chcę cię mieć szczęśliwą i dlatego pragnę cię izolować od wszystkiego, co niskie i małostkowe. Trzeba zdobyć więcej hartu, więcej odporności, by ślina ludzka padała poza twoje stopy...
Powoli uniósł jej głowę i, pochylony, jął patrzeć w jej oczy poddańcze a łzawe wzruszeniem, patrzał miękko, z głębi duszy, niemal pieściwie. Jego zmrużone źrenice działały na nią przedziwnie. Zniknął z jej twarzy cień bólu i niechęci, na usta spływał uśmiech rozkoszy, oczy mętniały z upojenia. Czuła w piersi jakiś ogrom, który odrzucał precz wszelką gorycz, wszelką małostkowość. Unosiły ją skrzydła potężne — słyszała ich twórczy, królewski chrzęst — uniosły ją i porwały. Rzuciła ramiona na szyję męża z tłumionym okrzykiem zachwytu.
— Arti, budzisz potęgę we mnie, do lotu mnie porywasz! Takam bezmiernie szczęśliwa, takam niewiarogodnie szczęśliwa, że jestem już twoja, twoja nareszcie...
— Tak, moja, i ty wiesz, Elly, czem ty jesteś dla mnie — szepnął z mocą, przepojony urokiem jej uczucia, entuzjazmu, czarem, płynącym ku niemu zawsze z jej upalnej duszy. Czuł, że posiada ją całą i że włada jej duchem niepodzielnie, jedynie, mocarnie. Pełen szczęścia i żaru, pieścił ją i tulił do siebie, jak dziecko.
Do duszy Elży spływały powoli, rytmicznie, jak dźwięki zbliżającej się z oddali muzyki, ściszone słowa Artura:

Wdziękiem tchniesz cała,
Wdziękiem promieniujesz.
Wdzięk twój płynie z duszy,
Wdziękiem swym czarujesz...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kilka miesięcy potem, w skromnym pokoju pensjonatowym, przy stole, zalanym światłem lampy, siedziała rodzina Burbów. Tomasz w głębokim fotelu zanurzony, owinięty pledem patrzał tępo na Uniewicza, który czytał gazetę. Nagle Uniewicz, przeczytawszy tytuł nowego artykułu pod tytułem: „Z Londynu”, przerwał i zaczął przebiegać wzrokiem kolumnę. Tomasz rzekł, patrząc na niego:
— Czytaj Melu, czytaj.
— To nic... tu jest dalej dobry feljeton, może to?
— Nie, czytaj korespondencję z Londynu. Kto to pisze?
— To ten znany X.
I Uniewicz, zmuszony, jął czytać trochę niepewnym głosem o ruchu polskim w Anglji. Korespondent pochwalał założone świeżo Koło Polek i instytucje dobroczynne, związane z niem, których inicjatorką i czynną protektorką była lady Elżbieta Dovencourt-Howe.
Nazwisko to wypowiedział prawie szeptem. Tomasz zadrżał i zbladł, stary Burba i pani Urszula, żywo poruszeni, spojrzeli na syna. Pan Mel, widząc wrażenie, umilkł.
— Czytaj do końca — ostro rzekł Tomasz.
— Ta dajże pokój, panie Melu, serce. Czy to niema innych rzeczy do czytania — mówiła Burbina z żalem.
— Ja chcę to. Skończ, Melu.
Pani Urszula spuściła smutno głowę.
Korespondent, wymieniając inne panie, zajęte organizacją Koła Polek i jego szeroką działalnością, podkreślił, że Elża pochodzi ze znanej polskiej rodziny, oraz że zajęła nowe stanowisko w literaturze ojczystej przez wydanie świeżego tomu pod tytułem: „Sen Spełniony.“
Gdy artykuł dobiegł do końca, zapadło milczenie. Po pewnej chwili Tomasz wyciągnął rękę po gazetę i pochylił się nad nią.
— Bogu Chwała — rzekł wolno pan Cezary, — jest zawsze dobrą Polką.
— To już taka natura ekspansywna, pozycja światowa jej nie zepsuje, nie zasklepi się nigdy w samolubstwie, sybarytyzm i epikureizm nie pochłonie jej. Więc i teraz, będąc tak świetnie usytuowaną, nie zaniechała pracy dla innych i umiała rozwinąć skrzydła. Już ona teraz wybije się! — gorąco przemówił Uniewicz.
Tomasz spojrzał na niego bystro i krótko z pod oka.
Burbina westchnęła, ocierając nieznacznie łzę z powieki.
Przed udaniem się na spoczynek Tomasz rzekł cicho do Uniewicza:
— Przynieś mi, Melu, tę książkę.
— „Sen Spełniony”?
— Tak.


Rogale.

1919, wiosna 1920.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.