Serce kobiety (zbiór)/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jack London
Tytuł Serce kobiety
(zbiór opowiadań)
Data wydania 1925
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Zakł. Graficzne „Drukarnia Bankowa”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JACK LONDON


SERCE KOBIETY






Edward Wende i S-ka logo.png






WARSZAWA, E. WENDE i S-KA
Poznań — Fiszer i Majewski; Łódź i Katowice —
Ludwik Fiszer; Toruń i Siedlce — Tow. Wyd. „Ignis”







Odbito w Zakł. Graficznych
„Drukarnia Bankowa“
Warszawa,
Moniuszki 11
1925









SERCE KOBIETY


Lśniącooki, ośnieżony łeb wilczara wsunął się ostrożnie, unosząc połę namiotu.
— Hi! Chook! Siwash! Szatańskie plemię! — zaprotestował chór ludzki z głębi schroniska. Bettles cisnął polanem i zwierzę cofnęło się skwapliwie. Louis Savoy umocował ponownie płócienne ścianki, odsunął patelnię na brzeg piecyka i począł grzać ręce. Bardzo zimno było na dworze. Czterdzieści osiem godzin temu, termometr spirytusowy pękł na sześćdziesiątym ósmym stopniu poniżej zera, od tego zaś czasu mróz brał coraz silniejszy, coraz bardziej gorzki. Niepodobna było przewidzieć, kiedy pofolgują okrutne kleszcze. Pomysł nocowania przy takiej pogodzie zdaleka od ciepłej izby i wdychania w płuca łyków lodowatej atmosfery — nie należy do najprzedniejszych, chyba, że zrządzą tak bogowie. Ludzie ważą się niekiedy na podobne rzeczy, i zazwyczaj kończą wówczas odmrożeniem płuc. Przychodzi suchy, ostry kaszel, szczególnie męczący w pobliżu dymu smażonej słoniny. Tegoż lata lub jeszcze na wiosnę dobrzy ludzie wypalają wielki dół w zmarzłej ziemi i składają tam zwłoki, okryte mchem troskliwie. Mogą być pewni, że aż do chwili, gdy zawezwie je trąba Archanioła — pozostaną całe i nienaruszone. Jednakże śmiertelnych małej wiary, którzy zapatrują się sceptycznie na udział powłoki ziemskiej w rozstrzygającym dniu Sądu Ostatecznego, uprzedzić należy, iż Klondike nie jest krajem godnym polecenia dla dokonania w nim aktu śmierci. Nie należy jednak rozumieć przez to, że kraj ów odpowiedni jest dla procesu życia.
Bardzo zimno było na dworze, lecz wcale nie zaciepło w namiocie. Jedyną rzeczą, mogącą podpadać pod nazwę umeblowania, był piecyk żelazny, któremu podróżni okazywali swe nieustające i niehamowane zainteresowanie. Część „podłogi“ usypana była gałęźmi choiny, na których porozkładano futrzane worki do spania, pod niemi zaś leżała pierzyna śniegowa, przez całą zimę uściełana. Pozostałą część podłogi stanowił również śnieg, udeptany przez kilka par mokasynów, zarzucony garczkami, patelniami i resztą utensylji polarnego obozowiska. Piec stał rozżarzony jak piekło i cały purpurowy, lecz o trzy stopy od pieca leżała bryłka lodu tak pstra i sucha, jakby przed chwilą wyrąbana w zmarzłem łożysku strumienia. Ciśnienie mrozu, idące z zewnątrz, wypychało ciepło z ludzkiego schroniska. Tuż ponad piecem, tam gdzie rura przetykała daszek namiotu, widać było nieduży krąg wilgotnego płótna, dalej krąg koncentryczny płótna dymiącego, i mniejszy krążek, słabo dyszący wilgocią. Całą resztę namiotu, dach i ściany powlekała warstwa suchych, białych kryształków lodowych.
— Och! och! och! — Młody chłopak, śpiący wśród futer, wychudzony, zsiniały, znużony, wył z bólu i rzucał się we śnie z coraz głośniejszym i bardziej żałośliwym lamentem. Ciało jego, napół wynurzone z pod futer, drżało i miotało się konwulsyjnie, jakby na łożu z pokrzyw.
— Powałkować malca! — rozkazał Bettles. — Wzięło go. — Poczem pół tuzina usłużnych towarzyszy zaczęło tarzać chłopaka, rozcierać, poklepywać i podrzucać z iście bezlitosną życzliwością.
— Przeklęta droga, — zamruczał zcicha, kiedy pozwolono mu nareszcie wydobyć się z rąk oprawców i usiąść. Hartowałem się na wszelkie możliwe sposoby, zmierzyłem na przełaj całą okolicę, ba, przez trzy sezony uprawiałem nawet bieg na rękach; wędruję nareszcie do tego zakazanego przez Boga kraju i okazuje się, że jestem zniewieściałym ateńczykiem, pozbawionym elementarnych cech męskości. — Zbliżył się do pieca i skręcił papierosa. — O, nie płaczę i nie użalam się nikomu. Potrafię sam dać sobie radę. Ale poprostu wstyd mi. Jestem po głupich trzydziestu milach tak połamany i wycieńczony, jak jaki filister po trzymilowej podmiejskiej wycieczce. Ba! jestem wprost chory! Zapałki są?
— Nie rozpaczać, mały. — Bettles podał skonfiskowane zapałki i nagle stał się patryarchalny w tonie. — Jeszcze nie przepadłeś! — zawołał. — Prujesz się ze zmęczenia? Trudno. A czy ja odpoczywałem przy pierwszej znajomości ze szlakiem? Połamany, powiadasz? Trzeba było widzieć, jakem swego czasu, cały trzeszczący i pobity, dobre dziesięć minut rozprostowywał grzbiet z nad przerębla! Co? kurcze? Chwyciły mnie kiedyś tak dokumentnie, że pół dnia musiałem popasać, zanim się wyplątałem z ich kleszczy. Jesteś szczeniak, ale węch masz dobry. Poczekaj, od dziś za rok zapędzisz nas, starych, w kozi róg. Na twoją pochwałę muszę jeszcze dodać, że nie nosisz pasa tłuszczu, który już niejednego dzielnego mężczyznę wyprawił przed czasem i przeznaczeniem na łono dziadka Abrahama.
— Pasa tłuszczu?
— A tak. Zwykła rzecz. Dla dużego, tęgiego mężczyzny on właśnie najniebezpieczniejszy jest w podróży.
— Nie słyszałem nigdy.
— Nigdy nie słyszałeś? Gatunek śmierci krótki a węzłowaty i nie dający się obejść. Wielkie, tęgie ciało dobre jest do jednorazowego potężnego wysiłku, ale niezdatne do nieustającej sprawności. Nie jest odporne, ani wytrwałe. Tak, tłuszcz i wytrwałość nie są w przyjaźni. Weź-no małego, żylastego chłopaka, kiedy uczepi się swego jak pies kości. Hę? dlaczegóż, u djabła, tłusty olbrzym nigdy tak nie potrafi?
— Poczekaj! — przerwał Louis Savoy swoją francuską angielszczyzną. To jest to, co wy nazywać... no, jakże wy nazywać?... aha, pra-wi-dlo! Ja znam jeden czlowiek, co byla wielka, jak byk. Z nim idzie aż ze Sulphur Creek maleńka osoba, wiecie, ten, Lon Mac Fane. Znacie maleńki Lon Mac Fane z czerwona bródka i wlosy? I oni szli, i szli cali dzień dlugi i cala noc dluga. I tlusty czlowiek byl bardzo slaby i dużo leży na śniegu. A maleńki czlowiek ciągnie duża czlowieka, a tamtem placze, placze jak — ach! to co wy nazywacie nie-mow-lę! A maleńki czlowiek wlecze duża czlowieka i wlecze i ciągnie dlugi czas i dluga droga, aż dowlecze do moja izba. I co? już dwa dni jak duży czlowiek zdrowy wylazł z pod moja derka. Nigdy nie patrzalem tak duży czlowiek! O, nigdy. I żywy, chociaż ma dużo to, co wy nazywacie pas tluszczu. Proszę bardzo.
— No, ba! ale to był Axel Gunderson! — zaoponował Stanley Prince. Potężny przybysz ze Skandynawji, o przeszłości omroczonej tajemnicą wielu legend, wywarł swego czasu silne wrażenie na młodym inżynierze. — Teraz odszedł tam, hen... — Wyciągnął rękę w stronę zamglonego Wschodu.
— Największy olbrzym, jaki kiedykolwiek zwrócił stopy swoje ku Słonej Wodzie i rzemień założył na grzbiet jelenia — przeciął Bettles. — Spójrzcie na jego żonę, Ungę, można śmiało nastawić wagi na sto dziesięć — ręczę za same mięśnie, bez jednej uncji tłuszczu. Siłę ma równą wszystkiemu, co on posiada. Idzie za nim wszędzie i zwiększa jego powodzenie, jeśli to wogóle jest jeszcze możliwe. Niema nic na ziemi, w ziemi, ani pod ziemią, czego nie uczyniłaby dla niego.
— Kocha go — zaoponował znowu młody inżynier.
— Nie o to chodzi. Poprostu...
— Posłuchajcie, bracia — wtrącił Charley z Sitki, siedzący w kącie na skrzynce z żywnością. — Mówiliście o pasie tłuszczu, co wiąże mięśnie dużego mężczyzny, o sile kobiety i o miłości — mówiliście pięknie; lecz ja mam w myśli rzeczy, co zaszły wtedy, gdy kraj był młody, a ogniska ludzkie rzadkie, jak gwiazdy na bladem niebie. Stało się, iż los zetknął mnie z owym pasem tłuszczu, z dużym mężczyzną — i z kobietą. Kobieta była drobna, lecz serce miała większe, niźli jego wielkie bawole serce. I siłę miała prawdziwą. Odbywaliśmy ciężką drogę, właśnie do tejże Słonej Wody. Mróz nastał gorzki, głębokie śniegi i głód okrutny. A miłość kobiety była miłością potężną — cóż więcej powiedzieć może mężczyzna? —
Zamilkł na chwilę i toporem odrąbał parę kawałków lodu z wielkiej kłody, leżącej poza nim. Cisnął bryłki na lśniącą patelnię, stojącą na rozżarzonym piecu, gdzie topniały, rozpływając się w chłodną wodę do picia. Towarzysze zsunęli się bliżej, a chłopak łamany kurczami poszukiwał napróżno wygodniejszej pozycji dla swego udręczonego ciała.
— Bracia, skóra moja czerwona jest od krwi Siwasha, lecz serce moje białe. Z grzechów ojców dziedziczę jedne, z cnót przyjaciół — drugie. Wielka prawda nawiedziła mnie, gdy byłem jeszcze chłopcem: zrozumiałem, że do waszej rasy należy świat, że plemię Siwash nie dorówna wam i wyginąć musi w chłodzie śniegów, jak ginie niedźwiedź nasz i karibu. Poszedłem więc ku ciepłu, zasiadłem pośród was u ogniska i stałem się jednym z was. Dużo widziałem w życiu. Spotykałem rzeczy dziwne i przebywałem dalekie szlaki z ludźmi wielu plemion. Dlatego dzisiaj czyny mierzę waszą miarą, według was sądzę ludzi i po waszemu myślę. To też jeśli źle mówić będę o człowieku waszej rasy, nie weźmiecie mi tego za złe, kiedy zaś opowiem rzeczy wzniosłe o narodzie ojców moich, nie pomyślicie sobie: „Charley z Sitki pochodzi sam z plemienia Siwash, chytry płomień ma w oczach, a honoru nie zna język jego“. Czy nie tak?
Koło słuchaczy poważnym basem wyraziło swą przyjazną zgodę.
— Kobietę zwano Passuk. Nabyłem ją uczciwie od rodzinnego jej plemienia Chilcat, którego znak wznosi się na wybrzeżu Słonej Zatoki wielkiego morza. Serce moje nie rwało ku tej kobiecie i nie wiem nawet, czy była piękną. Bowiem rzadko podnosiła oczy od ziemi i nieśmiała była, a trwożliwa jak zwykle dziewczęta, schwytane w ramiona obcego mężczyzny, którego nigdy przedtem nie widziały. Jak powiadam, nie miałem w sercu swem miejsca, gdziebym ją mógł przygarnąć, gdyż wielka podróż zajmowała myśli moje; potrzebowałem kogoś, kto karmiłby psy na szlaku i wraz ze mną pracował przy wiośle w długie dni na burzliwej rzece. Jedna kołdra starczy na dwoje. Tak więc — wybrałem Passuk.
Czy nie mówiłem jeszcze, żem służył wtedy rządowi? Jeśli nie, chcę teraz powiedzieć o tem. Wzięto mnie więc na pokład statku wojennego, wraz z saniami, psami, żywnością w puszkach i kobietą Passuk. Udaliśmy się na północ, aż do granicy lodów na morzu Beringa. Tam wylądowaliśmy, ja, Passuk i psy. Dostałem od rządu pieniędzy, gdyż byłem jego sługą, dostałem mapy krajów, po których nie stąpała jeszcze noga ludzka — i paczki.
Paczki te opatrzone były rządową pieczęcią i starannie chronione od wilgoci. Miałem wręczyć je na pewnym statku oceanu Północnego, polującym na wieloryby, a więzionym przez lody przy ujściu wielkiej Mackenzie. Największa to rzeka na świecie, nie licząc naszego Yukonu, Matki Rzek.
Wszystko to zresztą nie jest ważne, albowiem opowiadanie moje nie dotyczy ani statku, polującego na wieloryby, ani zimy wśród gór lodowych, którą spędziłem przy ujściu Mackenzie. Później, na wiosnę, gdy dni stały się dłuższe i cienka skorupa lodowa pokryła śnieg, poszliśmy na południe, Passuk i ja, ku dolinie Yukonu. Droga ciężka, lecz słońce wskazywało kierunek naszym stopom. Kraj był pustynny, jak mówiłem, i płynąć należało przeciw prądowi, robiąc wiosłami i żerdzią. Dobrnęliśmy do Czterdziestej Mili[1]. Dobrze było ujrzeć raz jeszcze białe twarze! Przybiliśmy do brzegu. Ta zima była prawdziwie ciężką zimą. Mróz i ciemności zdławiły nas równocześnie, a wraz z nimi — głód. Agent placówki handlowej dawał na każdego człowieka po czterdzieści funtów mąki i dwadzieścia funtów słoniny. Fasoli nie było. Psy wyły bez przerwy, ludzie mieli brzuchy zapadłe i twarze głęboko poryte brózdami. Silni osłabli, słabi poumierali. W dodatku grasował szkorbut.
Pewnego wieczoru zebraliśmy się wszyscy w sklepiku, gdzie widok pustych półek jeszcze mocniej odczuć nam kazał własną nędzę. Rozmawialiśmy cicho przy świetle ognia na kominie, gdyż świece schowano na pożywienie dla tych, co będą jeszcze zipać na wiosnę. Rozprawy skończyły się tem, iż jeden z nas musi ruszyć w drogę i dotrzeć do Słonej Wody, żeby dać znać światu o naszej nędzy. Wszystkie oczy zwróciły się ku mnie, gdyż uważany byłem za wielkiego podróżnika. Rzekłem: — Do Misji Haines, co leży na brzegu morza, jest siedemset mil, a każdy krok tej drogi jest ciężką pracą po nietorowanym szlaku. Dajcie mi najsilniejsze psy i najlepszą żywność, to pójdę. A razem ze mną pójdzie Passuk.
Zgodzili się. Nagle wstał niejaki Long Jeff, yankee, człowiek o grubych kościach i mięśniach olbrzyma. Mowa jego nie była krótka. Jest również wielkim podróżnikiem, oznajmił, urodzonym dla szlaku i wykarmionym mlekiem bawołu. Uda się ze mną i — gdybym padł w drodze, — zaniesie sam wiadomość do Misji. Młody byłem i nie znałem jeszcze yankee. Skądże wiedzieć mogłem, że obfita mowa oznacza pas tłuszczu na mięśniach mężczyzny i jakże domyśleć się miałem, że yankee, co naprawdę spełniają wielkie czyny, trzymają język swój za zębami? Tak więc, zabraliśmy najsilniejsze psy i najlepszą żywność i ruszyliśmy we troje — Passuk, Long Jeff i ja.
Tak, bracia, wszyscyście torowali pierwszą drogę po dziewiczym śniegu, robiliście żerdzią,[2] i nie jest wam obca zmarzła kasza lodowa na miejscu letnich rzek; nie wiele więc mówić będę o naszych wysiłkach. Powiem tylko, że czasem robiliśmy dziesięć mil dziennie, czasem trzynaście. Ale przeważnie dziesięć. Ówa najlepsza żywność była bardzo zła i od początku drogi wydzielaliśmy sobie porcje. Najsilniejsze psy były również bardzo mizerne i utrzymać je w posłuchu nie było łatwo. Przy Białej Rzece z trzech sani ubyły nam jedne, a uszliśmy dopiero dwieście mil. Ale strata niewielka. Zbyteczne psy poszły do żołądków psów pracujących.
Ani smużki dymu, ani ludzkiego słowa, dopóki nie dosięgliśmy Pelly. Liczyłem, że dostanę tam żywności i zostawię Long Jeffa, co skamlał już z wycieńczenia. Ale urzędnik placówki w Pelly miał odmrożone płuca, chorobliwie błyszczące oczy i doszczętnie próżną śpiżarnię, pokazał nam też równie pustą śpiżarnię misjonarza i jego świeży grób, przywalony kamieniem dla ochrony przed psami. Do Pelly schroniła się garstka Indjan, lecz dzieci i starych nie było wcale i wiedziałem, że niewielu z nich doczeka wiosny.
Ruszyliśmy dalej z lekkim żołądkiem i ciężkiem sercem, a pół tysiąca mil śniegu i milczenia rozciągało się między nami a Misją Haines, co jest na brzegu morza.
Pora zimy była właśnie najciemniejsza, i pośrodku dnia słońce nie rozświetlało widnokręgu na południowej stronie. Lód jednak stawał się mniej okrutny, a szlak łatwiejszy, gnałem więc psy ostro, krótkie dawałem postoje. Jakem rzekł w Czterdziestej Mili, każdy krok po tym szlaku trzeba było torować nartami po raz pierwszy. Narty znużyły nam nogi, co poranione i zziębnięte nie chciały się goić. Odmrożenia były z dniem każdym gorsze, tak, że co rano, przy uwiązywaniu nart, Long Jeff płakał z bólu jak dziecko. Kazałem mu torować drogę przed najlżejszemi saniami, ale wyślizgiwał się z nart dla własnej wygody. Droga więc leżała nietorowana, a mokasyny Jeffa, pogrążając się w śnieg, zostawiały za sobą doły, w które potem zapadały psy. Niezwykle łatwo jest połamać w ten sposób kości psom, idącym w zaprzęgu, to też Jeff czynił podle. Przemawiałem doń ostro, obiecywał poprawę i natychmiast łamał słowo. Wobec tego dostał batem po grzbiecie, poczem psy nie zapadały się już więcej.
Mężczyzna ten był dzieckiem, słabem od tłuszczu i nieumiejącem cierpieć.
Ale Passuk! Podczas gdy mężczyzna leżał przy ognisku i płakał, kobieta gotowała, nad ranem pomagała zaprzęgać, wieczorem rozprzęgać psy. Ona też żywiła je i ochraniała. Zawsze szła na przedzie, unosząc starannie narty opatrzone błonami i udeptując drogę. Passuk — jakże mam powiedzieć? uważałem za rzecz zwykłą, iż wszystko to robi kobieta i nie myślałem więcej na ten temat. Głowę zajmowały mi inne sprawy i zresztą młody byłem i cóż wiedzieć mogłem o kobiecie? Dopiero później, patrząc wstecz — zrozumiałem.
Mężczyzna był już zupełnie bezużyteczny. Psy były słabe, lecz stale jechał na sankach, jak tylko zdołał pozostać w tyle. Passuk oznajmiła, iż woli wziąć jego sanie i pozwolić mu iść luzem. Rano, wydzieliłem uczciwie jego porcję żywności i zostawiłem ją na drodze. Mógł iść, jak sam zechce. My zaś z kobietą zwinęliśmy obóz, upakowali sanie i zaprzęgli psy. O południu, kiedy słońce zakpiło z nas znowu, dognaliśmy Long Jeffa ze łzami zmarzniętemi na policzkach i minęliśmy go. Wieczorem rozłożyliśmy obóz jak zwykle, oddzielając uczciwie porcję Jeffa i rozkładając dla niego futra do spania. Rozpaliliśmy też wielkie ognisko, żeby mógł widzieć zdaleka. Po kilku godzinach dowlókł się, zjadł swoje, jęcząc, i zasnął. Nie był chory. Był tylko znużony, wycieńczony szlakiem i słaby z głodu. Ale Passuk i ja byliśmy również znużeni, wycieńczeni szlakiem i słabi z głodu. I spełnialiśmy przecie całą pracę, on zaś żadnej. Posiadał zato pas tłuszczu, o którym mówił brat nasz, Bettles. W dalszym ciągu dawaliśmy Jeffowi codziennie uczciwie jego część żywności.
— Dnia pewnego spotkaliśmy dwa widma, wędrujące przez ciszę śniegów. Byli to dwaj biali. Mężczyzna i mały chłopak. Lód załamał się na jeziorze La Barge i pochłonął ich obfity dobytek. Teraz każdy niósł tylko jedną derkę na plecach. Nocami rozkładali ognisko i tulili się przy nim do rana. Pozostało im jeszcze trochę mąki. Zaparzali ją gorącą wodą i pili. Mężczyzna pokazał mi osiem kubków mąki: wszystko co mieli, prócz dwustu mil śnieżnego szlaku do Pelly, nawiedzonego śmiertelnym głodem. Mówili, że za nimi idzie Indjanin, ich towarzysz. Podobno dzielili się z nim uczciwie, lecz tamten ustał pierwszy. Nie uwierzyłem. Gdyby dzielili się uczciwie, Indjanin nie byłby ustał pierwszy. Żywności dać im nie mogłem. Próbowali ukraść psa, najgrubszego, który był zresztą chudy jak kość, ale wymierzyłem rewolwer w ich twarze i kazałem iść precz. I poszli precz, jak pijani, poprzez ciszę śniegów, ku głodnemu Pelly.
Miałem teraz jedne sanie i trzy psy — skóra i kości. Wiecie, że kiedy drzewa jest mało, ogień pali się źle, a izbę ogarnia zimno. Tak było z nami. Głodnych mróz szarpał ostrzej i poczernił twarze, że nie poznałaby nas rodzona matka. I nogi były w ranach. Codziennie, wyruszając w drogę i przypasując narty, pociłem się z wysiłku, dusząc w sobie krzyk bólu, który mnie dławił. Passuk nie wydała jęku. Obcy mężczyzna skamlał.
Przy Trzydziestej Mili rzeka była wartka i prąd poprzegryzał masę lodu pod spodem, pełno więc było rozpadlin, wyrw, a nawet otwartej wody. Któregoś dnia Long Jeff, który wcześniej opuścił postój, zatrzymał się, by poczekać na nas przy jednej z takich przerębli. Pomiędzy nim a nami stała otwarta woda. Jeff przebył ją po pasemku otaczającego lodu. Lecz dla sani przejście to okazało się zbyt wązkie. Wynaleźliśmy więc pomost z cienkiej kry. Passuk była lekka, toteż poszła pierwsza, trzymając się żerdzi, rzuconej z brzegu na brzeg na wypadek, gdyby się lód załamał. Lekka była, narty miała szerokie, więc przeszła szczęśliwie. Wtedy zawołała psy. Te jednak nie miały nart, ani żerdzi, załamały się więc natychmiast i w oka mgnieniu zniesione zostały pod lód. Drugie sanie trzymałem w miejscu, ale pęknięcie doszło do nich w jednej chwili i również zawaliły się wraz z psami. Zwierzęta nie były tłuste co prawda, ale liczyłem, że starczą na jakiś tydzień, — teraz przepadły.
— Następnego rana rozdzieliłem całą posiadaną żywność na trzy części. Oświadczyłem też Jeffowi, że może iść z nami lub osobno, jak uważa. Szybko pójdziemy teraz, gdyż nie mamy ładunku. Na to Jeff podniósł głos i spróbował narzekać na poranione nogi, a nawet mówić coś o solidarności i koleżeństwie. Nogi Passuk i moje były jeszcze gorzej poranione, pracowaliśmy bowiem za siebie i psy. Zresztą było to widoczne. Long Jeff przysięgał, że prędzej umrze, niż pójdzie dalej. Wobec tego Passuk wzięła jeden futrzany wór do spania, ja zabrałem garnczek i siekierę i mieliśmy wyruszyć. Ale Passuk spojrzała na część żywności, oddzieloną dla tamtego i rzekła: — Nie dobrze jest marnować żywność dla niedołęgi. Niech lepiej umrze. — Potrząsnąłem głową i odparłem: — Nie, kto raz był kolegą, kolegą zostaje na zawsze. — Lecz kobieta poczęła mówić o towarzyszach z Czterdziestej Mili. Było tam wielu dzielnych mężczyzn, a wszyscy czekali żywności, którą przysłać im mamy wczesną wiosną. Raz jeszcze powiedziałem „Nie“. Wtedy błyskawicznie wyrwała rewolwer z za mego pasa i, jak mówił Bettles, Long Jeff przeniósł się przed czasem na łono Abrahama. Skarciłem za to Passuk, lecz nie okazała żalu, bo go nie czuła. Ja zaś w głębi serca wiedziałem, że miała rację.
Charley z Sitki ucichł i dorzucił parę bryłek lodu na patelnię. Podróżni milczeli i zimny dreszcz przeszywał ich plecy na dźwięk przejmującego wycia, którym zmarznięte psy dawały wyraz swej nędzy.
Dzień po dniu mijaliśmy z Passuk miejsca nocnych obozowisk obu widm i czuliśmy coraz wyraźniej, jak dobrą będzie chwila dotarcia do Słonej Wody. Pewnego dnia natrafiliśmy na Indjanina, co również posuwał się jak widmo z twarzą zwróconą ku Pelly. Mówił, że tamci dwaj nie dzielili żywności sprawiedliwie, wobec czego już od trzech dni nie posiada mąki. Co noc gotuje w garnczku strzępki mokasynów, co rano je zjada. Ale z mokasynów zostało już niewiele. Indjanin pochodził z rodzinnych okolic Passuk i mówił tym samym co ona narzeczem. Był obcym w dolinie Yukonu i nie znał drogi, lecz twarz miał zwróconą ku Pelly. Jak to daleko? Dwa sny? Dziesięć? Sto? Nie wiedział, lecz szedł ku Pelly. Zbyt daleko byłoby powracać. Mógł już tylko iść naprzód.
Nie prosił o mąkę, bo widział, że sami jesteśmy napół żywi. Passuk spoglądała to na niego, to na mnie w rozterce, niby kuropatwa, której małym zagraża niebezpieczeństwo. Zwróciłem się więc do niej i rzekłem: — Tego człowieka obdzielono nieuczciwie. Czy mam dać mu część naszej mąki? — Ujrzałem, że oczy jej zalśniły od nagłej radości, lecz potem długo patrzała to na mnie, to na tamtego, nareszcie wyrzekła z twarzą zaciętą i bolesną: — Nie. Słona Woda jeszcze daleko, a śmierć blisko. Niech lepiej zabierze obcego człowieka, a pozwoli przejść spokojnie mężowi memu, Charley. — Tak więc Indjanin odszedł ku Pelly, poprzez milczenie i śniegi. Tej nocy Passuk płakała. Dotychczas nigdy nie widziałem jej płaczącej. I nie dym ogniska był winien, bo drzewo mieliśmy wilgotne. Dziwiłem się więc temu smutkowi i myślałem, że jej serce kobiece zmiękło z bólu i wysiłku w ciemności obcego szlaku.
Dziwną rzeczą jest życie. Myślałem o tem często, rozważałem długo i z dniem każdym niezrozumiałość życia nie zmniejsza się, lecz rośnie. Skąd ta ludzka tęsknota ku życiu? Poco? Jest ono grą, w której nikt nie wygrywa. Żyć — to pracować krwawo i dotkliwie cierpieć, dopóki Starość nie zdławi i nie przywali tak ciężko, że ręce człowiecze opadną bezwładnie na zimny popiół martwych ognisk. Trudno jest żyć. W bólu chwyta niemowlę pierwszy swój oddech, w bólu oddaje starzec oddech ostatni. A dni wszystkie pełne są troski i smutku. Lecz człowiek zdąża w otwarte ramiona Śmierci, padając i potykając się, z głową wstecz zwróconą, walcząc do ostatka. A przecie Śmierć jest dobra. Tylko Życie i sprawy Życia zadają ból. Życie jednak kochamy — nienawidząc Śmierci. To bardzo dziwne.
Nie wiele mówiłem z Passuk podczas naszej wędrówki. Nocami leżeliśmy w śniegu, jak trupy, o poranku ruszaliśmy w drogę, jak widma. Wszystko wokoło było umarłe. Nie spotykaliśmy ptarmiganów, ani wiewiórek, ani królików — żadnej żywej istoty. Rzeka milczała w białych okowach. Sok zastygł w drzewach. Mrozy zwiększyły się znowu. Nocami gwiazdy wielkie i bliskie mrugały i tańczyły po niebie. A w dzień drwiły z nas słońca, dużo słońca bowiem oglądaliśmy nad sobą. Powietrze iskrzyło się i migotało, a śnieg leżał niby piasek z djamentów. Ani dźwięku, ani drgnienia, mróz tylko gorzki i cisza jak otchłań. Mówiłem już, że my, widma, wędrowaliśmy w śnie półprzytomnym i nie liczyliśmy czasu. Jeno twarze mieliśmy zwrócone ku Słonej Wodzie, myśli wytężone ku Słonej Wodzie, nogi ku Słonej Wodzie niosące. Obozowaliśmy przy Tahkeena, nie wiedząc gdzie jesteśmy. Doszliśmy do Białego Konia, ale oczy nasze go nie spostrzegły. Stopy dotarły do przejścia Canjon, ale nie czuły tego. Wogóle nie czuliśmy nic. Zato często padaliśmy na drodze, uparcie zwróceni twarzą ku Słonej Wodzie.
Nadeszła ostatnia porcja żywności i podzieliliśmy ją uczciwie. Passuk jednak padała częściej, aż przy Jelenim Rozstaju — skończyły się jej siły. Spoczęliśmy więc razem pod jedną futrzaną derą i przestaliśmy wybierać się w drogę. Postanowiłem zostać i spotkać Śmierć razem z Passuk; teraz bowiem byłem już stary i pojąłem miłość kobiety. Pozostało tylko osiemdziesiąt mil do Misji Haines i do wielkiego Chilcoot, co leżał za lasem olbrzymich jodeł, rzucających swe czuby na pierś burzy. Passuk mówić poczęła cichutko, trzymając me ucho przy wargach swoich, żebym dobrze słyszał. I teraz, kiedy nie bała się mego gniewu — wypowiedziała całe swe serce. Mówiła o miłości i o wielu rzeczach, których nie rozumiałem dotychczas.
Mówiła: — Jesteś mężem moim Charley, ja zaś byłam ci dobrą żoną. Przez wszystkie dni rozpalałam twe ognisko, gotowałam żywność, karmiłam psy, pracowałam przy żerdzi i wiośle. Nie skarżyłam się nigdy. Nie płakałam, iż więcej ciepła było w szałasie mego ojca, ani więcej żywności w rodzinnem Chilcat. Mówiłeś — ja słuchałam. Kazałeś — byłam pozłuszna. Czyż nie tak, Charley?
Odrzekłem: — Tak było.
Na to ona: — Kiedy przyszedłeś do Chilcat i, nie spojrzawszy nawet, kupiłeś mnie jak psa, każąc iść za sobą — serce moje stwardniało dla ciebie, pełne trwogi i goryczy. Ale to dawno. Potem dałeś mi dużo dobroci, jak dobry pan dobremu psu. Serce twoje pozostało zimne i nie miało dla mnie miejsca. Pomimo to postępki twoje były sprawiedliwe, a podział w podróży uczciwy. Widziałam, jak spełniałeś śmiałe czyny i szedłeś wprost ku niebezpieczeństwu. Porównałam cię z mężczyznami plemion mi znanych i zrozumiałam, że stoisz wpośród nich sam jeden, pełen honoru, z mową uczciwą i mądrem słowem. Serce moje wezbrało dumą i z dniem każdym wypełniałeś je bardziej, myśli moje biorąc na własność. Stałeś się, jak słońce pośrodku lata, gdy złota jego droga biegnie szerokiem kołem i wcale nie opuszcza nieba. Kiedykolwiek i gdziekolwiek padło spojrzenie moich oczu — spotykało słońce. Lecz serce twe pozostało zimne, Charley, i nie było w nim miejsca dla Passuk. — Rzekłem: — Tak. Było zimne i nie miało miejsca dla ciebie. Ale to już przeszło. Teraz serce moje jest jak śnieg na wiosnę, kiedy powraca słonko. Przychodzi odwilż, roztopy, szmer wód biegnących cicho, wytryskanie młodej zieleni, pokrzyki kuropatw, dzwonienie skowronków i wielka radosna wrzawa! Bo oto złamana jest zima, Passuk, i pojąłem już miłość kobiety...
Uśmiechnęła się lekko i poruszyła ku mnie; objąłem ją mocniej. Wyrzekła: — Jestem szczęśliwa. — Potem leżała cicho, oddychając łagodnie, głowę złożywszy na mojej piersi. Wreszcie szepnęła: — Tu szlak mój się kończy i jestem zmęczona. Ale przedtem powiedzieć ci chcę rzecz, o której nie wiesz. Dawnemi czasy, kiedy byłam dziewczynką w Chilcat, bawiłam się sama wśród futer w szałasie mego ojca. Męźczyzni poszli daleko na polowanie, kobiety i chłopcy ćwiartowali zdobycz za osadą. Działo się to na wiosnę. Byłam zupełnie sama. Wielki brunatny niedźwiedź, obudzony właśnie ze snu zimowego, głodny, ze skórą wiszącą w strzępach na chudem ciele, wsunął łeb do szałasu i sapnął „Uff!“ Brat mój nadbiegł właśnie z pierwszemi saniami, pełnemi mięsa. Rzucił się na niedźwiedzia, bijąc go głownią, porwaną z ogniska, psy zaś skoczyły z boku, jak stały, w uprzęży i z saniami. Bitwa była wielka i dużo krzyku. Wpadli w ognisko, futra się zapaliły, szałas runął. Ale niedźwiedź padł trupem z palcami brata mego w paszczy. Na twarzy chłopaka pozostały ślady pazurów. Czy zauważyłeś ręce Indjanina, idącego do Pelly? Grzał je przy naszem ognisku — brakowało palcy. To był mój brat. Rzekłam, iż nie należy dawać mu żywności. I głodny poszedł precz — w Milczenie śniegów.
— Oto, bracia moi, miłość kobiety Passuk, co umarła przy Jelenim Rozstaju. Miłość jej była potężna, bo kazała poświęcić rodzonego brata dla obcego mężczyzny, co poprowadził ją ciężkim szlakiem aż do gorzkiego końca. I jeszcze: miłość to była tak wielka, że poświęcić jej kazała samą siebie. Zanim oczy Passuk zamknęły się po raz ostatni, ujęła moją rękę i wsunęła pod swoją kurtę z wiewiórczych skórek, aż do stanika. Dotknąłem małego, mocno ubitego woreczka i zrozumiałem tajemnicę konania. Dzień po dniu dzieliliśmy się sprawiedliwie aż do ostatniego okrucha. I codziennie kobieta jadła tylko pół swojej żywności. Drugą chowała do owego woreczka.
— Mówiła jeszcze: — Nadszedł koniec drogi dla Passuk, lecz twoja droga, Charley, wiedzie dalej, poprzez wielki Chilcoot w dół aż ku Misji Haines i morzu; wiedzie dalej i dalej, pod światłem wielu słońc, poprzez obce kraje i nieznane wody; pełna jest lat szczęśliwych i rozległej chwały; biegnie ku chatom wielu kobiet, dobrych kobiet, lecz nie zaprowadzi nigdy ku miłości większej, niż miłość Passuk.
— I wiedziałem, że mówi prawdę. Lecz ogarnęło mnie szaleństwo, odrzuciłem woreczek z żywnością, przysięgając, że i moja droga dobiegła końca. Oczy kobiety wezbrały łzami i wyszeptała: — „Pośród mężczyzn był Charley z Sitki zawsze pełen honoru, a słowo jego nie zawodziło. Czyż zapomniał teraz o honorze swoim, że traci czas na próżne słowa przy Jelenim Rozstaju? Czy nie pamięta już Charley ludzi z Czterdziestej Mili, co oddali mu najlepszą żywność i najsilniejsze psy? Passuk zawsze dumną była ze swego męża. Niechże więc Charley wstanie, uwiąże narty i rusza naprzód, by Passuk mogła nazawsze zachować swoją dumę“.
Więc kiedy zesztywniała mi w ramionach, wstałem, podniosłem woreczek z żywnością, uwiązałem narty i powlokłem się naprzód. Lecz słabość omotała moje kolana, głowa bolała, szumiało w uszach, a języki ognia tańczyły przed oczyma. Zapomniane drogi z lat chłopięcych powróciły nagle. Siedziałem przy uczcie nad pełną misą, śpiewałem głośno i tańczyłem przy dźwięku pieśni dziewczęcych i biciu w bębny z fokowej skóry. Potem Passuk ujęła mą rękę i poczęła iść u mego boku. Kiedy kładłem się spać — budziła mnie. Kiedy padałem — podnosiła. Kiedy zbaczałem w głęboki śnieg — kierowała na drogę. W ten to sposób, jak człowiek obłąkany, co ogląda dziwne zjawiska, lub myśli lekkie ma od wina — doszedłem do Misji Haines nad brzegiem morza. —

Charley z Sitki odrzucił połę namiotu. Był środek dnia. Na południowej stronie nieba, ważąc się tuż nad bladą przełęczą Hendersona, lśniło srebrne słońce, jak dysk lodu. Z każdej jego strony pałały dwa złudne słońca. Powietrze było niby pajęczyna roziskrzonego mrozu. Na pierwszym planie, ponad drogą, ogromny wilczar, zjeżony chłodem, ciskał ku niebu przeciągły zew rozpaczy.


KEESH, SYN KEESHA


— Zatem daję: sześć kocy ciepłych, podwójnych; sześć dużych pilników hartowanych; sześć noży Zatoki Hudsona, długich i ostrych; dwa czółna wyrobu Moguma, Wielkiego Cieśli, dziesięć psów mocnych o szerokiej piersi, uprzęż dla nich, i trzy sztucery, — jeden coprawda ma złamany cyngiel, ale bezwątpienia można go naprawić. —
Keesh zamilkł i potoczył wzrokiem po kole skupionych słuchaczy.
Był to czas Wielkiego Połowu, Keesh ofiarowywał wykup Gnobowi za córkę jego Su-Su. Miejscem, gdzie się to działo, była Misja św. Jerzego nad Yukonem. Nadciągnęły tu plemiona z odległości setek mil: z północy, południa, wschodu i zachodu, a nawet Tozika-tatu i dalekiej Tana-nawy.
— I jeszcze, o Gnobie, tyś jest wodzem Tana-nawy, a ja, Keesh syn Keesha — wodzem Thlungety. Jeśli potomstwo moje wyjdzie z łona twej córki, przyjaźń zapanuje między obu plemionami. Wielka przyjaźń — i Thlunget i Tana-nawa będą jednej krwi na przyszłość. Wykonam, co wykonać obiecam. A ty, o Gnobie, jak myślisz?
Gnob pokiwała głową uroczyście. Jego twarz zeschła i zmarszczona od starości kryła nieprzeniknienie jego myśli. Małe oczy o wąskim wycięciu roziskrzyły się jak płonące węgielki, gdy zapiszczał wysokim, chybotliwym głosem:
— To nie wszystko jeszcze.
— Cóż więcej? — zapytał Keesh — czyż nie ofiarowałem pełnej ceny? Czyż była kiedy wśród Tana-nawy dziewczyna, za którą dawano tyle? Wymień, jeśli tak!
Urągliwy śmiech przebiegł po kole słuchaczy i Keesh pojął, że z niego szydzą.
— Nie, o zacny Keeshu, — Gnob uspakajająco wyciągnął rękę, — nie zrozumiałeś. Cena jest dobra, nie mówię też nic o złamanym cynglu. Ale to nie wszystko. Cóż bowiem powiesz o samym mężu?
— Tak, tak, cóż powiesz o mężu? — zawołał krąg siedzących.
— Opowiadają, — piszczał Gnob — opowiadają, że Keesh nie idzie tropami ojców swoich. Opowiadają, że odszedł w ciemność do obcych bogów i że stał się tchórzem.
Twarz Keesha pociemniała — Kłamstwo! — huknął — Keesh nie lęka się nikogo.
— Mówią — piszczał Gnob dalej — że słuchał słów Białego Człowieka, który mieszka wysoko w dużym domu, że schylił głowę przed bogami białych, którym, jak mówią, nie podoba się krew.
Keesh spuścił oczy i pięści jego zacisnęły się. Dziki krąg zachichotał szyderczo. Madwan, szaman, wielki kapłan i czarodziej plemienia, pochylił się do ucha Gnoba i szeptał.
Później, poszukawszy ręką w ciemnościach poza kołem światła od ogniska, podniósł smukłego chłopczyka i postawił go wprost przed Keeshem. W rękę Keesha wsunął nóż.
Gnob pochylił się naprzód:
— Keesh! O Keesh! czy ośmielisz się zabić człowieka? Spójrz — oto Kitz-noo — niewolnik. Uderz, uderz go, Keesh, całą siłą twojego ramienia!
Chłopiec, drżąc, czekał ciosu. Keesh spojrzał nań i myśl o wyższej moralności, której nauczał Mister Brown, przemknęła mu przez mózg, wraz z językami ognia piekielnego, w których opisywaniu Wielebny specjalnie sobie upodobał. Nóż upadł na ziemię, a chłopiec z westchnieniem ulgi wyszedł na drżących kolanach poza koło światła. U stóp Gnoba leżał wyciągnięty wilczar, który zawarczał, błyskając białemi zębami; chciał skoczyć za chłopcem. Ale Szaman kopnął psa i to nasunęło nową myśl Gnobowi.
— Więc, o Keesh, cóżbyś uczynił z człowiekiem, któryby postąpił z tobą tak...
Mówiąc te słowa, Gnob podał psu długi kawał łososia, a kiedy zwierzę próbowało schwycić, uderzył je kijem po pysku.
— I później, o Keesh, czyż czynił-byś tak...
Biały Kieł pełzał u nóg Gnoba i łasił się.
— Słuchaj! — wsparłszy się na ramieniu Madwana, Gnob powstał — jestem bardzo stary i dlatego, że jestem stary, powiem ci wszystko. Ojciec twój, Keesh, był potężnym człowiekiem. Kochał pieśń cięciwy wśród bitwy, a kopja, rzucona jego ramieniem, przeszywała nawskroś ciało wroga. Tyś niepodobny do niego. Od czasu, kiedy porzuciłeś Kruka, aby czcić Wilka, lękasz się krwi i zmuszasz lud twój, by się jej lękał. To nie jest dobrze. Dlaczego, sam osądź: — Gdym ja był małym chłopcem jak Kitz-noo, wokół nas nie było ani jednego białego. Ale nadeszli jeden za drugim ci ludzie biali i dziś jest ich wielu. Trapi ich wieczny niepokój i nigdy, nawet syci, nie spoczną u ogniska, na dzień który nadejdzie składając troskę o jego sytości. Przekleństwo jakieś ciąży nad nimi i muszą pracować bez odpoczynku.
Keesh był zdumiony. Niewyraźne wspomnienie historji o Adamie, opowiedzianej przez Mr. Browna, przyszło mu do głowy i pojął, że Mr. Brown mówił prawdę.
— Ludzie biali biorą wszystko, co widzą, idą wszędzie i wiedzą wszystko. Śladami jednych nadchodzą inni, tak, że jeśli nic nie uczynimy, to wkrótce zawładną całą ziemią i nie będzie miejsca dla plemienia Kruka. Dlatego musimy walczyć z nimi i zabijać ich, dopóki nie zabijemy ostatniego. Wówczas w naszych rękach będą przełęcze i doliny, a dzieci nasze i dzieci naszych dzieci będą żyły spokojnie i staną się tłuste. Wielką będzie walka, kiedy Wilk rozpocznie borykać się z Krukiem — ale Keesh walczyć nie będzie i nie pozwoli walczyć swojemu plemieniu. Dlatego nie byłoby dobrze, gdyby wziął córkę moją za żonę. To rzekłem ja, Gnob, wódz Tana-nawy.
— Ludzie biali są dobrzy i wielcy — odrzekł Keesh, — ludzie biali nauczyli nas wielu rzeczy, biali ludzie dali nam kosy, noże i sztucery, takie, jakich nie potrafilibyśmy nigdy zrobić sami. Wiem, jakeśmy żyli, nim oni nadeszli, było to przed moim urodzeniem, ale opowiadał mi o tem ojciec. Gdy szliśmy na łowy, musieliśmy podpełzać do łosia tak blisko, aby można było dorzucić doń oszczep. Teraz strzelamy z broni białego człowieka i bijemy dalej, niż słyszeć można okrzyk dziecka. Jedliśmy ryby, mięso i jagody — więcej nic nie było do jedzenia — i jedliśmy bez soli. Czy wielu z was chce powrócić do ryby i mięsa bez soli?
Przemowa Keesha zrobiłaby wrażenie, gdyby Madwan nie zerwał się na nogi, nim przebrzmiały ostatnie słowa.
— Przedtem pozwól, że zadam ci pytanie, o Keesh. Biały mieszkający w wielkim domu uczy, że zabijać nie wolno. Ale czyż nie wiemy, że biali ludzie zabijają? Czyż zapomnieliśmy o wielkiej bitwie nad Koyokuk, o wielkiej bitwie pod Nuklukyeto, gdzie trzech białych zabiło dwudziestu Tozikakatów? czy myślicie, że nie pamiętamy trzech mężczyzn z plemienia Tana-nawy, których zabił biały Maclewrath? Wytłumacz, o Keesh, czemu szaman Brown uczy was, że wojować niewolno, a wszyscy bracia jego wojują?
— Nie, nie, poco odpowiadać — zapiszczał Gnob, póki Keesh borykał się z paradoksem. — To bardzo proste. Dobry szaman Brown chce mocno trzymać Kruka, podczas kiedy bracia jego skubać będą pióra. — Gnob podniósł głos. — Lecz póki żyje choć jeden Tana-nawa, by zadać cios, lub jedna kobieta, by zrodzić syna — Kruk nie ustąpi Wilkowi!-
Gnob zwrócił się poprzez ognisko do posępnego młodzieńca:
— Co rzekniesz, o Makamuk, bracie Su-Su?
Makamuk powstał. Podłużna szrama na twarzy podciągała mu górną wargę, tworząc grymas uśmiechu, któremu przeczyło okrucieństwo, błyszczące w oczach.
— Dziś — zaczął podstępnie — przechodziłem koło domu Maclewratha, kupca. Ujrzałem dziecko, uśmiechające się do słońca. Dziecko popatrzyło na mnie oczyma Maclewratha i przelękło się. Matka przybiegła je uspokoić. Matką była Ziska, kobieta Thlungetu.
Wycie wściekłości zagłuszyło jego słowa. Ale Makamuk uciszył słuchaczy, zwracając się do Keesha i wskazując nań dramatycznym gestem:
— Tak więc? wy Thlungeci oddajecie swoje kobiety obcym i przychodzicie po żony do nas, do Tana-nawów? Nasze kobiety są dla nas potrzebne, o Keesh; gdyż musimy wychować mężczyzn, wielu mężczyzn na ów dzień, gdy Kruk walczyć będzie z Wilkiem.
Poprzez burzę uniesienia wyraźnie zadźwięczał cienki głos Gnoba:
— A ty, Nossabok — jej bracie ukochany?
Młodzieniec był smukły i zwinny, o dużym orlim nosie i wysokim otwartym czole, ale jakieś niedomaganie nerwowe sprawiało, iż jedna powieka od czasu do czasu opadała. Właśnie, gdy powstał, powieka przymrużyła się i została tak chwilę. Jednak nie przywitano tego zwykłym wybuchem śmiechu. Wszystkie twarze były poważne.
— Ja także przechodziłem koło domu Maclewratha — rozpoczął świeżym, miękkim, dziewczęcym głosem, w którym było coś, przypominającego jego siostrę — widziałem Indjan, którym pot zalewał oczy i których kolana drżały ze zmęczenia, widziałem Indjan, jęczących pod ciężarem belek, z których budowano skład Maclewratha, kupca. Własnemi oczyma widziałem, jak rąbali drzewo, aby dom szamana Browna był ciepły w długie dni mrozów. To jest praca kobiet. Możemy być rodzonymi braćmi mężczyzn, ale nie bab; Thlengeci zaś — to baby.
Zapadło głębokie milczenie i spojrzenia wszystkich spoczęły na Keeshu. Keesh obejrzał koło spokojnie, uważnie patrząc wprost w oczy każdego dorosłego mężczyzny.
— Tak — wyrzekł obojętnie — tak — powtórzył. Poczem zawrócił na miejscu i bez słowa odszedł w ciemność.
Przestępując przez czołgające się dzieci i zjeżone wilczary, Keesh przeszedł cały obóz. Na skraju podszedł do młodej kobiety, pracującej przy świetle ogniska. Dziewczyna plotła sznur do sieci rybackiej z długich pasów kory, zdjętych z korzeni pnących roślin. Przez czas pewien Keesh w milczeniu patrzył na jej zwinne ręce, porządkujące prędko nieposłuszną masę włókien. Przyjemnie było patrzeć na nią, gdy schylała się nad robotą; członki jej były silne, pierś wysoka, biodra stworzone do macierzyństwa. Smagła twarz barwiła się złotem w migającym świetle ogniska. Włosy były błękitno-czarne, a oczy błyszczące jak agat.
— O, Su-Su — wyrzekł nareszcie — przychylnie patrzałaś na mnie w dni minione i dni niedawne jeszcze....
— Patrzałam przychylnie, dlatego, iż byłeś wodzem Thlungetów, — odrzekła szybko — i dlatego, żeś był duży i silny.
— Tak...
— Ale było to w zeszły połów ryb — dodała pośpiesznie — zanim przybył tu szaman Brown, aby uczyć cię złych rzeczy i kierować kroki twe na obce ślady.
— Chciałbym ci tylko powiedzieć...
Podniosła rękę gestem, który Keeshowi przypomniał jej ojca:
— Nie! znam słowa, które masz w ustach, o Keesh, i na nie odpowiadam. Ryby w wodzie i zwierzęta po lasach wydają potomstwo wedle swego gatunku. Tak jest dobrze. Taki jest los kobiety. Kobieta ma przedłużać ród swój. I nawet dziewczyna, będąc jeszcze dziewczyną, czuje mękę porodu i ból w piersiach i uścisk maleńkich rączek na swej szyi. I kiedy to uczucie staje się silne, wówczas każda dziewczyna wypatruje pocichu mężczyzny, któryby godzien był stać się ojcem jej dzieci. To czułam ja także, kiedy patrzałam na ciebie i widziałam, że jesteś wielki i silny, że jesteś wojownikiem, co umie powalić zwierza i człowieka, łowcą, co potrafi zdobyć żywność, gdy będę musiała jeść za dwoje, co będzie umiał ochronić od niebezpieczeństwa, gdy nadejdzie czas mojej bezradności. Ale tak było, zanim przybył szaman Brown i nauczył cię...
— Ale Su-Su, ja wiem napewno...
— Że niedobrze jest zabijać, wiem już co powiesz. Dlatego też, niech ród twój wyjdzie z łona kobiety twego plemienia, które nie zabija, ale nie przychodź z taką prośbą do Tana-nawy. Ponieważ powiedziano, że nadejdzie dzień, kiedy Kruk walczyć będzie z Wilkiem. Ja nie wiem, gdyż jest to sprawa mężczyzn: ale wiem, że moją jest rzeczą zrodzić mężczyzn na ten czas.
— Su-su — przerwał Keesh — musisz mnie wysłuchać...
— Mężczyzna uderzyłby mnie kijem, i zmusił do słuchania! — szydziła — ale ty... ot! — wetknęła mu w dłoń pęk włókien z kory. Nie mogę ci oddać siebie, ale to, tak, to więcej pasuje do twych rąk. To jest robota kobiet — więc pleć.
Keesh cisnął pęczek kory i smagła twarz jego ściemniała z gniewu.
— Posłuchaj jeszcze — mówiła dalej — jest stary zwyczaj, który znali ojcowie — twój i mój. Kiedy w bitwie pada człowiek, zwycięzca zdejmuje mu skalp. Bardzo dobrze. Lecz ty, ty, któryś się wyparł Kruka, musisz uczynić więcej. Musisz mi przynieść nie skalp, ale głowy, dwie głowy i wówczas dam ci nie pęczek kory lecz pas, pas wyszyty paciorkami i długi nóż rosyjski w pięknej pochwie. Wówczas znów spojrzę na ciebie przychylnie i wszystko będzie dobrze.
— Tak — wyrzekł mężczyzna — tak — powtórzył. Później zawrócił i odszedł ze światła w noc.
— Nie! O Keesh — krzyknęła mu w ślad — nie dwie głowy, a conajmniej trzy...

Czas mijał. Keesh nie zachwiał się w swojej nowej wierze, żył bogobojnie i nakazywał swemu plemieniu, aby żyło wedle pisma, tak jak je wykładał wielebny Jackson Brown. Przez cały czas połowu nie zwracał uwagi ani na plemię Tana-nawy, ani na jadowite uwagi rzucane w jego stronę, ani na śmiech kobiet wielu zgromadzonych plemion. Po ukończonym połowie, Gnob ze swym ludem, zabrawszy duży zapas suszonych na słońcu i uwędzonych łososi, wyruszył do Tana-nawy, aby tam polować. Keesh patrzył na ich odjazd, lecz nie przeszkodziło mu to być na nabożeństwie w Misji, gdzie modlił się regularnie i śpiewał głębokim, pięknym basem.
Wielebnego Jacksona Browna zachwycał ten bas głęboki, a biorąc pod uwagę także inne cnoty jego właściciela, uważał go na najwięcej obiecującego z pośród nawróconych. Macklewrathe zato miał pewne wątpliwości. Nie wierzył w skuteczność nawracania pogan i jawnie głosił swe zdanie. Mister Brown był swego rodzaju niepospolitą osobistością i dowodził swej tezy tak przekonywująco w ciągu całej nocy jesiennej, iż wreszcie kupiec, spychany z pozycji na pozycję, oświadczył w desperacji:
— Wypcham sobie głowę jabłkami, Mr. Brown, i sam się nawrócę, jeśli Keesh wytrzyma dwa lata.
Mr. Brown nigdy nie tracił okazji i dlatego natychmiast przypieczętował tę obietnicę uściskiem dłoni. Od tej pory zachowanie się Keesha miało określić ostatecznie miejsce przyszłego pobytu duszy kupca Macklewratha.
Lecz gdy spadły śniegi i ustalił się szlak sanny, nadeszły nowiny. Z plemienia Tana-nawy przybył do Misji Św. Jerzego Indjanin, z prośbą o ładunki karabinowe. Przyniósł wiadomość, że Su-Su patrzy łaskawie na Nee-Koo, silnego młodego łowcę, który u ogniska Gnoba ofiarował za nią wspaniały wykup.
Wkrótce potem wielebny Jackson Brown spotkał sanie na dróżce leśnej, biegnącej w dół ku rzece. W zaprzęgu szły najlepsze psy Keesha, a z sani sterczała największa i najpiękniejsza para jego nart.
— Gdzie się udajesz, o Keesh? Na polowanie? — zapytał Mr. Brown, wyrażając się sposobem Indjan.
Keesh patrzył mu w oczy uważnie całą minutę — i popędził psy. Później znów zwrócił swój leniwy wzrok na misjonarza i odrzekł:
— Nie, ja idę do piekła.

Na otwartej polanie, zakopane w śniegu, jakby tuląc się ku sobie w obliczu wielkiej pustyni, stały trzy jurty. O kilkanaście kroków dalej, ciemnem koliskiem otaczał je posępny las. Nad polaną nie było widać błękitnego nieba; zwisała mętna, ciężka opona chmur śniegowych, ani najlżejszego powiewu — nic, prócz śniegu i ciszy. Nie było nawet ruchu zwykłego w obozowiskach, ponieważ myśliwi trafili na stado karibu i łup wzięli obfity. Dzięki temu po długim poście nadeszły dni uczt, i teraz łowcy spali mocno w głębi swych jurt ze skór jelenich.
Około jednej z nich stało pięć par nart, końcami wetkniętych w śnieg. Obok płonęło ognisko, przy którym siedziała Su-Su. Kaptur z futra wiewiórek zakrywał jej włosy, ale dłonie pracowały bez rękawiczek. Szyjąc igłą i żyłami, Su-Su wykańczała fantastyczny wzór na pasie skórzanym, ozdobionym purpurowem suknem. Za jedną z jurt nagle zaszczekał pies — i umilkł. Ojciec w jurcie poza jej plecami zachrapał i coś zamruczał przez sen.
— Złe sny — uśmiechnęła się Su-Su, — starzeje się i ostatni kawałek mięsa był niepotrzebny.
Przyszyła paciorek, związała żyłę w węzeł i dorzuciła drew do ogniska. Później zapatrzyła się w ogień. Nagle obróciła głowę, słysząc skrzyp mokasynów po twardym śniegu. Keesh stał tuż przy niej, lekko zgięty pod ciężarem, który niósł na plecach. Było tam coś naprędce zawiniętego w miękką wyprawną skórę jelenia. Keesh niedbale rzucił ciężar na śnieg i usiadł. Oboje długo patrzyli sobie w oczy w milczeniu.
— Długa droga, o Keesh — rzekła wreszcie Su-Su, — od misji Św. Jerzego do Yukonu.
— Tak — odrzekł z roztargnieniem, patrząc z pod ściągniętych brwi na pas, który wyszywała i oceniając jego długość. — Gdzie jest nóż? — zapytał.
— Tutaj — Su-Su wyjęła nóż z pod futra i długie ostrze zamigotało w blasku ognia.
— Daj mi — rozkazał.
— Nie, o Keesh — roześmiała się — może nie urodziłeś się, by go nosić.
— Dawaj — powtórzył tym samym tonem. — Urodziłem się, by go nosić.
Oczy, zalotnie unikające jego wzroku, padły na skórę jelenią i nagle Su-Su spostrzegła, że śnieg wokoło czerwienieje zwolna.
— To krew, Keesh?...
— Tak. Krew. Daj mi pas i długi nóż rosyjski.
Su-Su poczuła nagle strach i zadrżała, gdy Keesh szorstko odebrał pas. Zadrżała od tego męskiego, brutalnego ruchu. Spojrzała prosząco i poczuła ból w piersiach i małe rączki chwytające ją za szyję.
— Pas zrobiony jest dla człowieka mniejszego odemnie — rzekł Keesh surowo, wciągając brzuch i zapinając pas na pierwszą dziurkę.
Su-Su uśmiechnęła się i oczy jej złagodniały jeszcze. Znów poczuła miękkie rączki dziecięce naokół swej szyi. Keesh był piękny, a pas rzeczywiście za mały, gdyż robiony był dla mniejszego człowieka. Ale czyż miało to jakie znaczenie? Su-Su mogła zrobić nowy.
— Napewno krew? — zapytała z nagłym drgnieniem nadziei — Keesh, krew? To — to są — głowy?
— Tak.
— Muszą być zupełnie świeże. Inaczej krew zmarzłaby...
— Tak. Dziś nie jest zimno. I są świeże, zupełnie świeże.
— O, Keesh — twarz jej zapłonęła i nabrała wyrazu radości. — To dla mnie?
— Tak — dla ciebie!
Keesh schwycił za róg skóry, jednym ruchem rozwinął ją i głowy potoczyły się do jej stóp.
— Trzy — szepnął złowrogo — Nie! cztery conajmniej.
Su-Su siedziała skuta przerażeniem. Oto one: Nee-Koo z regularnemi rysami twarzy, pomarszczona stara głowa Gnoba, Mamakuk, uśmiechający się swą podciągniętą wargą i wreszcie Nossabok, z powieką jak zwykle opadłą, zdający się mrużyć ku niej oko. Tak leżały; ogień oświetlał je i mienił się na nich, a około każdej rozrastał się ciemny krąg czerwonego śniegu.
Skorupa śniegowa pod głową Gnoba stajała i głowa zachybotała się jak żywa, poczem stoczyła zwolna pod same nogi Su-Su. Ale ona nie drgnęła. Keesh również trwał bez ruchu i oczy nie mrużąc się, tkwiły w oczach Su-Su.
Gdzieś w lesie przeciążona sosna zrzuciła śniegową czapę i echo głucho potoczyło się w dół po wąwozie. Ale żadne z nich nie drgnęło. Krótki dzień gasł szybko i na maleńkie obozowisko zapadał zmrok, kiedy Biały Kieł podbiegł do ogniska. Pies zatrzymał się na chwilę, lecz widząc, że go nie odpędzają, podszedł bliżej. Pysk jego zwrócił się gwałtownie, nozdrza zadrżały, szerść zjeżyła na grzbiecie i pies pewnie pobiegł na nagle schwytany zapach ku głowie swego pana. Naprzód nieśmiało obwąchał ją i liznął czoło swym długim czerwonym językiem. Potem siadł nagle, podniósł mordę ku pierwszej, bladej jeszcze gwieździe i zawył nisko, przeciągle, jak wilk.
To obudziło Su-Su. Spojrzała na Keesha, który wyjął nóż z pochwy i śledził ją uważnym wzrokiem. Wyraz jego był surowy i nieubłagany. Su-Su zrozumiała wyrok. Zrzuciła kaptur z głowy i obnażyła szyję. Potem wstała, długim spojrzeniem obiegła wszystko, co ją otaczało — ciemny las, migoczącą na szarym niebie gwiazdę, obozowisko, narty zatknięte w śniegu. Lekki wiaterek poruszył jej włosy i Su-Su zwolna zwracała głowę, póki nie poczuła powiewu całą twarzą
Wówczas westchnęła pełną piersią, pomyślała o dzieciach, których niesądzono jej było zrodzić. Podeszła do Keesha i rzekła:

— Jestem gotowa.


ŻONA Z PLEMIENIA SIWASH


— Gdybym była mężczyzną...
Słowa jej same przez się nie wyrażały nic zdecydowanego, lecz druzgocąca pogarda, co trysnęła z czarnych oczu, nie uszła uwagi mężczyzn, odpoczywających w namiocie.
Tommy, angielski marynarz, spłonął tylko rumieńcem, a stary rycerski Dick Humphries, bogaty amerykański kupiec handlujący łososiem, zachował się równie obojętnie i dobrodusznie, jak zazwyczaj. Oddawał kobietom zbyt wiele swego prostego serca, żeby, jak sam powiadał, przyglądać się im wtedy, gdy były w usposobieniu kłótliwem, lub kiedy ograniczone złym humorem ich pole widzenia, nie mogło objąć wielu szczegółów otaczającego świata. Tak więc, nie rzekli ani słowa obaj mężczyzni, co przed dwoma dniami zabrali tę na pół zmarzłą kobietę do swego namiotu, ogrzali ją, nakarmili i wydobyli jej pakunki z rąk indyjskich tragarzy. Pociągnęło to za sobą wydanie niejednego dolara, nie mówiąc już o konieczności użycia siły zbrojnej — Dick Humphries bowiem manipulował Winchesterem przez cały czas, gdy Tommy płacił tragarzom wedle własnego uznania. Była to przysługa niewielka, znaczyła jednak dużo dla kobiety, co zaryzykowała samotną podróż pośród awanturniczej fali, tłoczącej się do Klondike w roku 97-ym. Mężczyzn zajmowały własne ważne sprawy, prócz tego zaś nie aprobowali zatraceńczej odwagi kobiety, puszczającej się samotnie na spotkanie wszystkich niebezpieczeństw zimy polarnej.
— Gdybym była mężczyzną, wiedziałabym, jak postąpić! — oznajmiła Molly, kobieta o lśniących oczach. W tonie jej brzmiała zapalczywość pięciu pokoleń amerykańskich przodków.
Milczenie. Tommy postawił patelnię z sucharami na yukońskim piecu i dołożył drew do ognia. Wzburzona fala krwi przebiegła mu pod opaloną skórą tak, że kiedy się schylił, widać było rumieniec nawet na szyi. Dick przewlekał przez strzępy rzemiennej uprzęży wielką trójkątną igłę do zszywania żagli. Dobroduszności jego nie zachwiały bynajmniej oznaki kataklizmu feministycznego, co grozić się zdawał wątłemu namiotowi, targanemu burzą.
— No, i cóż, gdybyś tak była mężczyzną, moja miła? — zapytał głosem, w którym dźwięczała dobroć. Trójkątna iglica ugrzęzła w surowym rzemieniu i robota stanęła na chwilę.
— Ba! Byłabym mężczyzną naprawdę. Wzięłabym torbę na plecy — i w drogę. Nie siedziałabym pod płóciennym daszkiem, zamarzając wraz z Yukonem i patrząc, jak ubywa żywności. A wy — wy — mężczyźni siedzicie tu z założonemi rękoma, bojąc się lada wiaterku i wilgoci. Co tu owijać w bawełnę: moi rodacy, Amerykanie, stworzeni są z innej gliny. Doszliby do Dawson nawet przez ogień piekielny. A wy — wy — et, co tu gadać, chciałabym być mężczyzną!
— Jakże się cieszę, kochanie, że nim nie jesteś! — Dick Humphries nawlekł igłę szpagatem żaglowym i przeciągnął ją przez kilka złożonych rzemieni.
Wicher uparcie trzepotał połami namiotu, a zmarzłe śniegowe krupy bębniły dźwięcznie po naciągniętym płótnie; dym, zatrzymany w kominie ciśnieniem wiatru, walił z powrotem przez drzwiczki pieca, nasycony gryzącą wonią palonej choiny.
— Miły Boże! Dlaczego kobieta nie umie słuchać głosu rozsądku? — Tommy wysunął głowę z zadymionego kąta i zwrócił ku Molly parę załzawionych oczu.
— A dlaczego mężczyzna nie umie okazać swej męskości?
Tommy skoczył na równe nogi z przekleństwem, które strwożyłoby niejedną kobietę miększego serca, rzucił się ku wejściu, rozwiązał szybko parę węzłów i odchylił połę namiotu.
Wyszli we troje. Widok istotnie nie zachęcał do podróży. Na pierwszym planie kilka przemokłych, mizernych namiotów, z pod których po stoku pagórka spływały strugi wody, tworząc w dole spieniony ruczaj górski. Gdzieniegdzie karłowate zarośla sosnowe, wczepione wątłemi korzeniami w płytką warstwę aluwium, znaczyły granicę drzew iglastych. Wyżej, na przeciwległym stoku, mgliste zarysy lodowca majaczyły kamienną bielą poprzez zasłonę siwego deszczu. Podczas gdy patrzyli, olbrzymie cielsko lodowca spełzać poczęło w dolinę, leżąc na piersi wielkiej moreny dennej i wydając głuchy pogłos, huczący chrapliwie wśród jęku burzy. Kobieta cofnęła się mimowoli.
— Patrzeć! Patrzeć otwartemi oczyma! Trzy mile w paszczy huraganu aż do krateru Lake, poprzez dwa lodowce, po oślizgłym brzegu skalnym, lub po kolana w pędzącej wodzie! Proszę patrzeć, powiadam, Amerykanko! Proszę bardzo! A oto i nasi osławieni Amerykanie! — Tommy z pasją wyciągnął rękę ku walczącym z burzą namiotom, co szarzały w pobliskiej dolinie.
— Cóż? rodowici Amerykanie! czy są na szlaku w tej chwili? Może ma który torbę na plecach? A łaskawa pani miała zdaje się ochotę pouczać nas o obowiązkach mężczyzny? Proszę teraz raczyć spojrzeć...
Jeszcze jeden olbrzymi zwał lodowca runął w dolinę. Wiatr wtargnął przez uchyloną połę namiotu i wydął płócienne ścianki, nakształt potwornego balonu, uczepionego jeszcze ziemi mackami sznurów. Dym rzucił się ludziom w twarz, a ostre krupy śniegowe siekły ciało. Tommy szybko umocował płócienne drzwiczki i powrócił do swego łzawego zajęcia: podsycania ognia. Dick Humphries cisnął w kąt pęk zszytych rzemieni i powoli zapalił fajeczkę. Argument rzeczowy przekonał nawet Molly.
— Tam zostały moje suknie — szepnęła nieśmiało, poddając się na chwilę kobiecemu instynktowi. Leżą na samym wierzchu skrytki z rzeczami i pogniją napewno! Pogniją, powiadam wam!
— Tak, tak — pokiwał głową Dick, kiedy ostatnia sylaba ucichła w żałosnem zachłyśnięciu. — Nie martwić się, mała kobietko! Jestem stary, mógłbym być bratem twego ojca i mam córkę starszą od ciebie. Przyrzekam, że jak tylko dotrzemy do Dawson, wystroję cię na nowo, choćbym poświęcić miał wszystkie swoje dolary!
— Jak dotrzemy do Dawson! — Pogarda znowu zadźwięczała w jej głosie, ostrym i podnieconym. Przedtem puścicie korzenie na drodze i zakwitniecie w tym błocie. Wy — wy — Anglicy!
Ostatnie słowo, zapalczywe i gorące było szczytem nagany, na jaką zdobyć się mogła. Jeśli ono nie wyprowadzi tych mężczyzn z ich obrzydliwej równowagi — to cóż poskutkuje, u licha! Tommy znowu zaczerwienił się aż po szyję, lecz trzymał mocno język za zębami. Oczy Dicka spoglądały, łagodnie. Posiadał tę wyższość nad towarzyszem, że żonaty był już kiedyś z białą kobietą.
Krew pięciu pokoleń rodowitych Amerykanów bywa w pewnych okolicznościach niezbyt wygodnem dziedzictwem; wśród tych okoliczności wymienić należy przedewszystkiem spotkanie z rasą pokrewną. Taką właśnie jest rasa brytyjska. Na morzu i lądzie, długie pokolenia przodków Molly i przodków jej towarzyszy rywalizowały ze sobą i prześcigały się w męstwie. Na lądzie i morzu, po wieki wieków to samo czynić będą ich potomkowie. W dziewczynie tradycja rasy wołała o wygraną. Była w tej chwili tylko kobietą, lecz we krwi jej grała potężna przeszłość. Mężczyźni mieli do czynienia nie z Molly Travis, co wciągnęła nieprzemakalne buty, płaszcz gumowy i skórzaną torbę przerzuciła przez ramię; albowiem cienie rąk tysiąca przodków mocno zacisnęły sprzączki jej odzieży, cienie tych samych, co oczom dziewczyny nadały wyraz stanowczości, szczękom zaś linję siły. Ona, Molly Travis, postanowiła zawstydzić tych Brytańczyków, co przez nieskończony szereg pokoleń wmawiali światu wyższość swej rasy.
Mężczyźni nie opierali się bynajmniej. Dick poradził tylko, żeby włożyła skórzaną odzież, bo na tej pogodzie płaszcz jej wart był tyle co papier. Molly jednak zaznaczyła niezależność swą w tak ostry sposób, iż biedny Dick zajął się już tylko fajeczką. Dziewczyna odwiązała połę wejścia i wysunęła się w ciemność ociekającej wodą drogi.
— Jak myślisz? Uda jej się? — Twarz Dicka nie harmonizowała z obojętnym spokojem jego tonu.
— Czy jej się uda? Hm, jeśli nawet wytrzyma wszystkie trudności przejścia do skrytki z rzeczami — wróci półprzytomna, lub zgoła szalona. Jeśli zaś podda się trudnościom — zwarjuje napewno. Wszak znacie dobrze takie wycieczki, Dick? Napadł was przecież swego czasu huragan koło przylądka Horn. Wiecie, co znaczy pracować na górnym maszcie w samym sercu burzy, i walczyć z wichrem, masą bijącego w twarz lodu i zmarzłego brezentu. Człowiek ma ochotę rzucić wszystko, uciec i płakać, jak dziecko. Suknie? Hm, dobre sobie! Wątpię, czy będzie w stanie odróżnić je od tłomoka z garnkami i wszelkiem naczyniem.
— Sądzę, iż postąpiliśmy źle, puszczając ją samą...
— Bynajmniej. Wierzcie mi, Dick, że zamieniłaby ten namiot w piekło na cały czas podróży, gdybyśmy jej nie puścili. Zadużo ma zuchwalstwa ta dziewczyna. Ale po tej przygodzie znacznie spuści z tonu.
— Racja — dodał Dick. — Jest zbyt ambitna. Pozatem jednak podoba mi się nasza Molly. Coprawda trzeba być warjatką, żeby wyruszać samej w podobną podróż, ale wolę już to, niż słodkie: „ach, proszę mnie przenieść“ zwykłych kobiet. Pamiętaj, że Molly jest jednak tą dźwignią, co obu nas ruszyła z miejsca i przyznasz, że gotów jesteś wziąć pod uwagę niejeden jej pomysł. Kobieta wychowuje mężczyznę, mój złoty. Nie wykarmisz męskości piersią takiej kobiety, której jedynym atrybutem kobiecości jest spódnica. Kotka może wykarmić tygrysa, ale nie... koza.
— A gdy kobiety są nierozsądne, powinniśmy naturalnie robić głupstwa razem z niemi?
— Tego nie powiedziałem. Niemniej jednak, choć ostry nóż głębiej kaleczy, niż tępy i poszczerbiony — nie tępimy zawczasu ostrzy wszystkich noży.
— Hm, niewątpliwie. Jeżeli jednak chodzi o kobietę, to wolałbym dla siebie ostrze nieco stępione.
— Cóż ty możesz o tem wiedzieć? — zagadnął Dick.
— Wiem coś nie coś. — Tommy sięgnął po parę przemokłych pończoch Molly i starannie rozprostowywał je na kolanach, żeby przeschły.
Dick spojrzał nań pytająco, zapuścił rękę do torby podróżnej Molly, poczem zbliżył się do pieca z pełną garścią odzieży i trzymał ją rozrzuconą w smudze ciepła.
— Mówiłeś zdaje się, że nigdy nie byłeś żonaty?
— Mówiłem? Niemniej tak było — to jest właściwie — tak, na Boga! Byłem żonaty. I to z najlepszą kobietą, jaka kiedykolwiek gotowała strawę mężczyźnie.
— Cóż, w lepsze światy? — Dick ruchem ręki wyraził nieskończoność.
— Tak.
— Przy porodzie — dodał po chwili milczenia.
Fasola zagotowała się głośno na płytce i Tommy odsunął garnczek. Poczem zajrzał do sucharów, poprzewracał je zaostrzonym patykiem i odstawił, przykrywszy wilgotnym gałganem. Dick, wedle zwyczaju, pohamował ciekawość i czekał w milczeniu.
— Zupełnie inna niż Molly. Z plemienia Siwash.
Dick skinął głową na znak, że rozumie.
— Nie taka dumna i samowolna, lecz zato wierna swemu mężczyźnie w doli i niedoli. Przy wiośle i sterze razem ze mną, w cierpieniu — jak Hiob. Nieraz na łódce, gdy dziób bywał częściej pod falą niż nad falą, — walczyła jak mężczyzna. Pamiętam, szliśmy kiedyś na poszukiwanie złota w górę szlaku Teslin, jeszcze za Jeziorem Niespodzianek[3], i za Małą Żółtą Głową[4]. Żywność się skończyła, jedliśmy psy. Potem psów nie stało, jedliśmy uprząż, mokasyny, futra. Nigdy słowa skargi. Nigdy żadnego „ach“ i „och“, żadnych grymasów. Przed wyruszeniem z domu uprzedzała mnie, że należy wziąć więcej żywności, lecz kiedy skończyły się zapasy, nie posłyszałem ani razu: „A co, nie mówiłam?“ Za to pocieszała mnie: — Nie martw się Tommy, — pocieszała dzień po dniu, codziennie, choć była już tak słaba, że nie mogła sama uwiązać nart, a nogi miała poranione od marszu. „Nie martw się, Tommy. Wolę umierać z głodu, będąc twoją żoną, niż mieć co wieczór ucztę w szałasie wodza George“. George był wodzem Indjan z Chilcoot i chciał ją wziąć za żonę.
Hej, dobre to były czasy! Jeszcze jako młodzik zabrnąłem w owe strony. W Unalasce zeskoczyłem z „Gwiazdy Polarnej“, statku polującego na wieloryby i dojechałem do Sitki na stateczku, co chodził po wydry. Tam spotkałem Szczęśliwego Jacka, znacie go?
— Przewoził mi kiedyś dobytek, jeszcze w Kolumbji — odrzekł Dick. — Ładny warjat, co? Miejsce miał w sercu tylko dla wódki i kobiet!
— Ten sam. Przez parę sezonów handlowaliśmy wspólnie „hooch'em“, derkami i całą masą rozmaitych drobiazgów. Po pewnym czasie nabyłem własną szalupę i, żeby mu nie robić konkurencji, powędrowałem w dół, ku Juneau. Tam właśnie spotkałem Killisnoo. Nazwałem ją Tilly, w skróceniu. Na brzegu morza tańczyły indyjskie kobiety. Wódz George zakończył właśnie doroczny swój handel z plemieniem Stick’ów, co mieszkają po drugiej stronie cieśniny i wrócił do Dyea z połową swego plemienia. Siwash’ów na tej zabawie było bez liku, z białych — ja jeden. Nikt mnie nie znał, za wyjątkiem paru mężczyzn, których spotkałem po drodze z Sitki. Ja za to wiedziałem o nich mnóstwo szczegółów od Szczęśliwego Jacka.
Gwarzyli sobie w narzeczu Chinook i nikomu nie przychodziło nawet do głowy, że ja mogę znać to narzecze lepiej od niejednego z ich braci. Szczególnie nie przyszło to na myśl dwom dziewczynom, które uciekły właśnie z Misji Haines w górę kanału Lynn. Dziewczęta były strojne i miłe oczom, wobec czego wszelkiemi sposobami starałem się do nich zbliżyć. Wymykały mi się jednak, jak świeżo złowione sztokfisze. Za dużo ostrzy, uważacie. Byłem nowym przybyszem, więc naturalnie nie zostawiły na mnie suchej nitki, nie wiedząc, że rozumiem każde słowo.
Nie przeszkadzałem. Odszedłem spokojnie i tańczyłem z Tilly, a im dłużej tańczyłem, tem goręcej zapalało się ku niej moje serce. — Patrzcie, szuka sobie kobiety! — rzuciła jedna z dziewcząt, druga zaś odrzekła: Niech korzysta. Bo kiedy kobiety zaczną szukać sobie mężczyzn, niewielkie będzie miał powodzenie! — Otaczający nas chłopcy i dziewczęta poczęli chichotać i powtarzać dowcip. — Wcale ładne dziecko — zaczęła znowu pierwsza. Nie przeczę, że twarz miałem raczej chłopięcą, ale byłem już prawdziwym mężczyzną i słowa te rozgniewały mnie mocno. — He, he, tańczy z wybranką wodza — pisnęła druga. — Zaraz mu tu wódz wiosłem przyłoży i każe pilnować własnego nosa. — Wódz George przyglądał mi się dotychczas nader chmurnie, lecz na te słowa parsknął śmiechem i poklepał się po kolanach. Chłopisko było nieokrzesane i niewątpliwie do wszystkiego zdolne.
— Kto są te dziewczęta? — zapytałem Tilly, kiedy tańczące koło złamano i pary rozciągnęły się w korowód. Nazwała mi je po imieniu i natychmiast przypomniało mi się wszystko, co rozpowiadał o nich Szczęśliwy Jack. Okazało się, że znałem doskonale cały ich rodowód i mnóstwo takich szczegółów, o których nie wiedzieli nawet współplemieńcy. Do czasu jednak milczałem i w dalszym ciągu flirtowałem z Tilly, przy akompanjamencie ostrych przymówek i rubasznego śmiechu. „Pocierp jeszcze trochę, Tommy“ mówiłem sam do siebie; „pocierp jeszcze troszeczkę“.
Cierpiałem więc, dopóki nie przerwano tańca, a wódz George nie zaopatrzył się w wiosło na moją skórę. Publiczność czekała chciwie na widowisko, wobec czego najzupełniej spokojnie rozepchnąłem ją i wszedłem w największy tłum. Dziewczęta z Misji uprzejmie ustąpiły mi z drogi, i musiałem ścisnąć zęby, żeby nie parsknąć śmiechem. Potem nagle obróciłem się ku nim.
— Skończyłyście głupie żarty? — rzuciłem ostro. Trzeba było widzieć ich miny na dźwięk narzecza Chinook. Wtedy zacząłem się mścić. Wywlekałem głośno wszystkie szczegóły życia zarówno ich, jak całej rodziny, mówiłem, co wiedziałem o matkach, ojcach, siostrach, braciach — wszystko o wszystkich. Każdy popełniony figiel, każdą wszczętą kłótnię, każdy ukrywany wstyd wynalazłem i pokazałem publicznie. Nie szczędziłem ich wcale, nie znałem litości. Tłum otaczał mnie coraz ciaśniej. Nigdy jeszcze nie słyszano, żeby biały posługiwał się tak gładko językiem Chinook. Publiczność zaśmiewała się, dziewczęta milczały. Nawet sam Wódz zapomniał o wiośle, albo może nabrał dla mnie zbyt wielkiego respektu, żeby ośmielił się użyć swego narzędzia kary.
— Daj pokój Tommy — błagały ze łzami, ściekającemi po policzkach — prosimy cię, przestań! Nie mów już więcej! Poprawimy się, Tommy! Napewno! — Ale znałem je zbyt dobrze, żeby odmówić sobie satysfakcji przypieczenia im wszystkich pięt Achillesa. To też zlitowałem się wtedy dopiero, gdy na kolanach błagać poczęły o łaskę. Spojrzałem na Wodza: nie wiedział co ze mną począć i wolał wykpić się udanym śmiechem.
Tak. Kiedy tego wieczoru żegnałem się z Tilly, dałem jej słowo, że odjeżdżam tylko na tydzień, a po powrocie odnajdę ją znowu. Tilly nie była gruboskórna, gdy jednak należało okazać upodobanie lub niechęć — rządziła się wyłącznie uczciwością. Tak, niezwykła dziewczyna i nie dziwię się wcale, że Wódz był w niej zakochany.
Szczęście mi sprzyjało. Przedewszystkiem schwytałem pomyślny wiatr. Najlepiej byłoby poprostu wziąć dziewczynę w łódkę i odpłynąć do Wrangel, korzystając z dobrego wiatru; ale zdobycie Tilly okazało się niełatwe. Mieszkała z jakimś starym wujem, czymś w rodzaju opiekuna, a wuj ten był bliski rozstania się ze światem z powodu nader zaawansowanych suchot. Czuł się jednak to lepiej, to gorzej, i dziewczyna nie chciała opuszczać go, dopóki żył. Przed samym odjazdem zaszedłem do ich chaty, żeby zobaczyć, czy długo jeszcze będę musiał czekać. Ale stary przyrzekł dziewczynę Wodzowi, to też na mój widok wybałuszył oczy i nieomieszkał dostać krwotoku.
— Przyjedź i zabierz mnie, Tommy — powiedziała Tilly, żegnając mnie na wybrzeżu. — Dobrze — odrzekłem, — jeśli dajesz mi słowo. — I całowałem ją zwyczajem wszystkich kochanków wśród białych ludzi, aż drżeć mi poczęła w ramionach, jak młoda osina. Wtedy do reszty straciłem równowagę i nie wiele brakowało, żebym powrócił i pomógł wujowi do przejścia Rubikonu.
Ruszyłem jednak w kierunku Wrangel przez St. Mary, aż do zatoki Królowej Charlotty, handlując po drodze wódką i zatrzymując czółno przy każdej osadzie. Nadciągała zima, mróz chwytał, gęstniała woda. Wracałem właśnie do Juneau, gdy nadeszło słówko od mojej dziewczyny. — Przyjeżdżaj — powtórzył mi wysłaniec, stary Indjanin. — Killisnoo powiada: „przyjeżdżaj natychmiast“. — Co się stało? — zapytałem. — Wódz George — odrzekł — Potlach[5] Killisnoo będzie żona.
Hm, sprawa kiepska. Wiatr północny wyje, fala zamarza natychmiast, chlusnąwszy w łódkę, a ja i moja nędzna szalupa miotamy się w kleszczach mrozu o sto mil od Dyea. Wziąłem sobie jako „załogę“ wyspiarza z Douglass, ale w połowie drogi morze zmyło go z dziobu. Zawróciłem, kołowałem, robiłem wszelkie możliwe poszukiwania, trzy razy przeciąłem prąd — ani śladu.
— Zapewne obmarzła na nim skorupa lodowa — wtrącił Dick, przerywając tok narracji i rozwieszając nad piecem jedną z sukienek Molly. — Poszedł na dno, jak kawał ołowiu.
— Zapewne. Tak więc jechać musiałem sam i napół żywy dotarłem do Dyea późnym wieczorem, pociemku. Korzystając z przypływu, dobiłem do brzegu i wryłem się w ląd przy ujściu rzeki. Nie mógłbym posunąć się już ani o cal, gdyż słodka woda zamarzła zupełnie. Liny, bloki i cały takelunek obrósł lodem, nie mogłem więc myśleć o spuszczeniu głównego lub przedniego żagla. Przedewszystkiem więc łyknąłem półkwaterek czystej (z wiezionego ładunku), a potem, zostawiwszy wszystko gotowe do odjazdu, okręciłem się derką i poszedłem po równinie ku obozowisku Indjan. Tak, bez wątpienia, święto było uroczyste. Plemię Chilcat stawiło się w pełnym rynsztunku: psy, dzieci, łódki. Tak samo Małe Łososie, Psie Uszy i mieszkańcy rozlicznych Misji. Dobre pół tysiąca dzikich uświetniało wesele mojej Tilly, a w promieniu dwudziestu mil ani jednego białego człowieka.
Nikt mnie nie poznał, gdyż derka osłaniała głowę i kryła twarz, toteż brodziłem po kolana w powodzi psów i dzieci, dopóki nie wysunąłem się na czoło prześwietnego zgromadzenia. Uroczystość odbywała się pośród drzew na wielkiej równinie, oświetlonej mnóstwem ognisk. Śnieg ubity mokasynami, wyglądał nie gorzej od Portlandzkiego cementu. Dotarłem do Tilly. Była w czerwonem suknie i paciorkach. Obok niej stał wódz George, otoczony starszyzną. Szaman inscenizował jakieś dziwy, przy pomocy najznakomitszych znachorów okolicznych. Ciarki przeszły mnie na widok ich szatańskich pomysłów. Złapałem sam siebie na nieoczekiwanej myśli. Coby też powiedzieli na taką sytuację moi znajomi z Liverpool? Pomyślałem o złotowłosej Gussie, której brata wytłukłem niegdyś za to tylko, iż nie życzył sobie marynarza w asyście swojej siostry. I Gussie mając przed oczyma — spojrzałem na Tilly. Dziwnie się plecie na bożym świecie — przemknęło mi przez myśl. Czasem zabłądzi człek na takie drogi, o których nawet nie śniło się jego matce, gdy go trzymała przy piersi.
Pięknie. Doczekawszy się chwili wzmożonego zgiełku, wycia kapłanów i uderzenia w bębny ze skóry psa morskiego, przysunąłem się do dziewczyny i wymówiłem półgłosem: — Gotowaś? — Boże! żeby choć cień zdziwienia, rzut oka w moją stronę, jedno drgnienie muskułów! Nic. — Wiedziałam — odrzekła, głosem powolnym i cichym, jak spokojny przypływ w noc wiosenną. — Gdzie? — Wysoki Brzeg, przy skraju lodu — szepnąłem ku niej. — Uciekaj — jak tylko dam znak.
Mówiłem już, zdaje się, że psów tam była cała powódź. I tu, i tam, i wszędzie, kłębiły się, kotłowały, przewracały i gryzły. Były to właściwie oswojone wilki, kiedy bowiem rasa psów poczyna słabnąć, Indjanie uwiązują suki w lesie, gdzie te parzą się z dzikim wilkiem, poczem małe nabierają znowu drapieżności i siły.
Tuż przy czubkach moich mokasynów spoczywało jedno ogromne zwierzę; tuż przy piętach — drugie. Chwyciłem ogon pierwszego tak szybko, że złamał mi się w rękach. Lecz kiedy pysk rozjuszonej bestji rzucił się ku miejscu, gdzie powinna była znajdować się dłoń, spostrzegł tam łeb drugiego psa, schwytanego przeze mnie za kark i ciśniętego prosto w rozwartą paszczękę. — W nogi! — krzyknąłem dziewczynie.
Wiecie, jak gryzą się takie bestje. W mgnieniu oka zwarła się cała setka. Tu łeb, tu ogon, ryk, szarpanina, kłaki, zamieszanie! Kobiety i dzieci rzucały się z piskiem na wszystkie strony, a w całym obozie podniósł się tumult, zgiełk i niewypowiedziana wrzawa. Tilly wymknęła się cicho, ja za nią.
Lecz kiedy zdaleka obejrzałem się na gawiedź, podkusił mnie jakiś djabeł. Zsunąłem derkę z głowy — i wróciłem.
Tymczasem zdołano uspokoić psy i uciszyć się nieco, nikt jednak nie stał na dawnem miejscu, toteż nie zauważono narazie zniknięcia oblubienicy. — Hello! — przemówiłem, chwytając rękę wodza. — Niechaj dym ognisk, przy których ucztować zechcesz, wznosi się często i wysoko; niech plemię pobratymczych Stick’ów dostarczy ci na wiosnę bogaty ładunek najpiękniejszych futer.
— Jak mi Bóg miły, Dick, ten osioł ucieszył się, że mnie widzi. Jego na wierzchu! Bierze Tilly. Odpowiednia chwila dla okazania swej przewagi. Plotka bowiem o moich zalecankach do dziewczyny zdążyła już rozejść się po okolicy i obecność moja sprawiała satysfakcję szczęśliwemu rywalowi. Odsłoniętego poznali mnie wszyscy i rozpoczęły się drwinki i chichotania. Historja była ucieszna, ja zaś dodałem jej jeszcze smaku, udając naiwnego.
— Cóż to za uroczystość? — spytałem. — Żeni się kto?
— Wódz George — odrzekł Szaman z pełnym szacunku pokłonem w stronę dostojnika.
— Taak? Podobno ma już dwie żony?
— Bierze trzecią. (Drugi pokłon, jeszcze niższy).
— Aa! — odwróciłem się, jakgdyby dalszy ciąg nie interesował mnie zupełnie. Ale natychmiast kilkanaście głosów poczęło wyśpiewywać: „Killisnoo!“ „Killisnoo!“
— Cóż takiego Killisnoo? — zapytałem.
— Killisnoo będzie żoną wodza — krzyczano. — Tak, tak, Killisnoo będzie żoną!
Skoczyłem na równe nogi i wpiłem się w wodza groźnemi oczyma. Skinął głową na znak potwierdzenia i wyprostował się dumnie.
— Ona nie zostanie twoją żoną, — oświadczyłem uroczyście. Nie zostanie — powtórzyłem, podczas gdy twarz jego pociemniała z gniewu, a ręka szukać poczęła myśliwskiego noża.
— Patrzcie! — krzyknąłem, przybierając odpowiednią pozę. — Jestem wielkim czarownikiem! Poznajcie moją władzę. — Zrzuciłem rękawice, zawinąłem rękawy i uczyniłem z pół tuzina „passów“.
— Killisnoo! — zawodziłem przeciągle. — Killisnoo! Killisnoo!
Dźwięki zaklinania przeraziły gawiedź. Wszystkie oczy wpiły się we mnie. Nikomu nie przychodziło do głowy, że Tilly nie było już pomiędzy nimi. Wywołałem imię Killisnoo trzy razy z rzędu i czekałem. Potem znowu trzy razy. Wszystko dla wywołania nastroju i zdenerwowania tłumu. Wódz George nie mógł zrozumieć, do czegom zmierzał i postanowił zakończyć nieproszone atrakcje. Szaman jednak wstrzymał go i radził zaczekać na skutki moich czarów. Pozatem był zabobonny i podejrzewam, że bał się trochę niezrozumiałych sztuk białego człowieka.
Wołałem więc imię Killisnoo głosem przeciągłym i żałosnym, jak wycie wilka, aż kobiety drżeć zaczęły, a mężczyznom spoważniały oblicza.
— Patrzcie! — skoczyłem naprzód, wyciągając rękę w kierunku grupy kobiet. (Łatwiej przecie wmówić coś kobietom, niż mężczyznom).
— Patrzcie! — wzniosłem ręce do góry i podnosiłem je powoli, jakgdyby w miarę wzlotu czarnoksięskiego ptaka. Wciąż wyżej i wyżej prosto nad głową! Udawałem, że odprowadzam oczyma coś niewidzialnego, co wznosi się i wznosi, aż zniknie w ciemnym błękicie.
— Oto Killisnoo — rzekłem, patrząc w twarz wodza i wskazując niebo. — Tam Killisnoo.
I, wyobraźcie sobie Dick, czary poskutkowały. Przynajmniej połowa dzikich widziała Tilly, znikającą w powietrzu. He, he, pijali przecie moją wódkę w Juneau i widywali jeszcze dziwniejsze rzeczy. Grunt był podatny. Dlaczegóż nie mógłbym uczynić takiego cudu, ja, który potrafiłem sprzedawać złego ducha zakorkowanego w butelce?! Parę kobiet zapłakało nerwowo. Wszyscy trzymali się jaknajciaśniej w kupie. Złożyłem ręce na piersi i wzniosłem głowę. Odstąpili zaniepokojeni. Nadeszła pora ucieczki. — Łapać go! Trzymać! — krzyczał George. Trzech czy czterech drabów rzuciło się ku mnie, lecz ja odwróciłem się szybko i rozpocząłem swoje czary, jakgdyby próbując posłać ich w lepsze światy, wślad za biedną Tilly. Co? dotknąć mnie? teraz? Za żadne skarby świata! Wódz podszczuwał pachołków, ale nie mógł ich zmusić nawet do ruszenia nogą. Wtedy spróbował rzucić się sam, wyciągnął rękę, ale powtórzyłem swoją sztuczkę i zapas odwagi rozsypał mu się w palcach jak próchno.
Rzekłem: — Niechże teraz szamani spróbują uczynić czary, które im pokazałem tej nocy. Niechaj wywołają Killisnoo z nieba, dokąd odeszła na mój rozkaz. — Szamani jednak nie łudzili się co do granic swojej potęgi. — Niechaj żony rodzą wam synów tak licznych, jak ikra, którą miota samica łososia — oświadczyłem na pożegnanie. — Niechaj święty znak waszego plemienia króluje długo na tym brzegu, a dymy ognisk waszych wysoko wznoszą się ku niebu. — Odwróciłem się i poszedłem.
Gdyby jednak publiczność widzieć mogła, jak błyskawicznie przeskakiwałem mijane pagórki, zniknąwszy jej z oczu, myślałaby niewątpliwie, że dosięgły mnie własne czary. Tilly rozgrzewała się tymczasem oczyszczaniem obmarzłego takelunku i była najzupełniej gotowa do odjazdu. Boże! jakżeśmy to zmykali! Wiatr północny dął w plecy, a lodowate fale zalewały nogi za każdym nachyleniem szalupy. Ładunek uwiązaliśmy bezpiecznie i tak trzymaliśmy się połowę nocy ja, sterując, Tilly, rąbiąc lód. Nareszcie dotarliśmy do wyspy Porcupiny i wciągnęliśmy szalupę na brzeg. Derki zamokły, Tilly suszyła zapałki na własnej piersi.
Tak więc, uważasz, wiem coś niecoś o kobiecie. Siedem lat, Dick, jako mąż i żona w ciężkiej pracy i ciągłej wędrówce.
A potem, śmierć jej w samym sercu zimy, śmierć przy porodzie, niedaleko stąd, przy stacji Chilcat. Trzymała mocno moją rękę. Lód przez szpary wciskał się do izby i zarastał ramy okien. Na dworze samotne wycie wilka, ciemność i Milczenie. W chacie Milczenie i Śmierć. Nie słyszałeś nigdy Milczenia, Dick, i niech cię Bóg zachowa, żebyś usłyszeć je miał w obliczu śmierci. Znasz je? Tak, kiedy oddech świszczę w piersi, jak syrena na okręcie, a serce tłucze bm, bm, bm, raz po raz, raz po raz niby fala o nagi brzeg.
Siwaszka, o Dick, lecz kobieta. Biała, Dick, biała, czysta nawskroś. W ostatniej chwili szepnęła mi jeszcze: „Zachowaj moją poduszkę na pamiątkę, Tommy, zachowaj, proszę, na zawsze“. Przyrzekłem. Potem otworzyła szeroko oczy zmęczone bólem. „Byłam ci dobrą żoną, Tommy, i za to proszę cię o przyrzeczenie... o przyrzeczenie“... Słowa zdawały się dławić ją w gardle — „że kiedy ożenisz się po raz drugi, kobieta będzie białą. Nie trzeba już Indjanek, Tommy, proszę. Teraz jest dużo białych kobiet w Juneau. Wiem przecie: twoi bracia nazywają cię „mężem Siwaszki“, ich kobiety odwracają się na ulicy i nie odwiedzasz ich nigdy, jak to czynią inni. Dlaczego? Bo żona Indjanka. Czyż nie tak? A to nie dobrze. Teraz umieram. Przyrzeknij. Pocałuj na znak zgody“.
Pocałowałem i usnęła cicho, szepcząc: — „Teraz dobrze“. — Przed samym zgonem zbliżyłem ucho do jej warg i usłyszałem: — „Zachowaj Tommy, moją poduszeczkę“. — Potem umarła. Przy porodzie. Na stacji Chilcat...
Huragan szarpnął namiotem i spłaszczył go ławicą wiatru. Dick nabił fajeczkę, Tommy zaparzył herbatę, i odstawił ją, czekając na powrót Molly.
A cóż ona, dziewczyna o lśniących oczach i krwi amerykańskich przodków? Błądząc, padając, pełznąc na kolanach i rękach, z oddechem wtłaczanym w gardło przez natarczywość wiatru — brnęła ku namiotowi. Wielki tłomok na jej plecach zdawał się wytrzymywać na sobie całe parcie nawałnicy. Szarpnęła słabo połę namiotu, lecz odwiązali ją już Dick i Tommy. Ostatnim wysiłkiem rzuciła się jeszcze z tłomokiem w głąb schronienia i padła wycieńczona na ziemię. Tommy rozwiązał sznury i zdjął ciężar z jej pleców. Kiedy go podnosił, dał się słyszeć wyraźny brzęk garnków i patelni. Dick nalał kubek whiskey i czekał długą chwilę, zanim dziewczyna drżeć przestanie. Tommy mrugnął znacząco, i szepnął, wskazując na tłomok: — Sukienki. — Dick jednak skarcił go ruchem głowy.
— Patrz, mała kobietko — powiedział, kiedy wypiła whiskey i odzyskiwać poczęła panowanie nad sobą. Masz tu trochę suchej odzieży. Właź w nią czemprędzej. My sobie wyjdziemy trochę, żeby umocować namiot. Daj znać, jak skończysz. Najlepiej zanuć jaką piosenkę. Wrócimy i razem zjemy obiad.
— Ej, Dick, możesz mi wierzyć, — ostrze starło się dzisiaj na dalszą podróż — zawyrokował Tommy, gdy znaleźli się sami przed namiotem, po stronie chronionej od wiatru.

— Tak, ale ostrze to jest właśnie jej czarem, — odparł Dick, zasłaniając głowę przed zamiecią krup śniegowych, napastującą ich z za rogu płóciennej ściany. Posiadamy je obaj, to zuchwałe ostrze odwagi. I jako skarb, odziedziczyliśmy je po naszych matkach.


ZAMĄŻPÓJŚCIE LIT-LIT


Kiedy John Fox przybył do kraju, w którym whiskey zamarza i przez większą część roku służyć może jako przycisk do papierów — nie posiadał iluzji ani przesądów, które zwykle towarzyszą nowicjuszom i hamują powodzenie życiowe bardziej skomplikowanych natur. Urodzony i wychowany na granicy północnej Stanów Zjednoczonych, przywiózł ze sobą do Kanady prymitywny typ umysłu, elementarną prostotę i duży węch praktyczny, zapewniający niechybne powodzenie w nowej karjerze. Z najniższego funkcjonarjusza Hudson Bay Company, pracującego przy wiosłach wraz z „voyageurs“ i dźwigającego towary na plecach — awansował szybko aż na kierownika placówki handlowej, poczem objął faktorję w Fort Angelus.
Tutaj, jako człowiek pozbawiony wszelkich powikłań duchowych, w krótkim czasie pojął za żonę tuziemkę i dzięki szczęściu małżeńskiemu, które stało się jego udziałem — uniknąć zdołał rozmaitych, nieokreślonych pragnień i daremnych tęsknot, które stają się przekleństwem bardziej wymagających ludzi, zatruwają im życie, przeszkadzają w pracy i triumfują nareszcie nad pokonanymi. John Fox zadowolony był z życia i oddany swej pracy, toteż ustanowił rekord w robieniu karjery na służbie Hudson Bay Company. Po pewnym czasie umarła mu żona, ciało zaś jej, odebrane przez współplemieńców, „pochowane“ zostało wedle ich barbarzyńskich zwyczajów w blaszanej skrzyni na wierchołku wielkiego drzewa.
Johnowi pozostało dwu synków, których, w miarę awansów w Company, uwoził ze sobą wciąż dalej i dalej w głąb Northwest Territory, aż oparł się nareszcie w miejscowości zwanej Sin Rock, gdzie objął nową i odpowiedzialną placówkę dla handlu futrami. W Sin Rock nastały dla Johna samotne, uciążliwe czasy. Dręczył go widok odpychająco-brzydkich miejscowych dziewcząt indyjskich, gnębił brak opieki matczynej dla małych i zaniedbanych synków. Pewnego razu ujrzał niespodzianie Lit-Lit
— Lit-Lit — cóż, jest to poprostu Lit-Lit — wyraził się o niej w rozmowie z pomocnikiem swoim, Aleksandrem Mac Leanem, uważając określenie to za wyczerpujące.
Mac Lean, chłopak wychowany w Szkocji i niedawno z niej importowany — „ któremu jeszcze mleko pod nosem nie wyschło“, jak mawiał John Fox, nie potrafił zżyć się ze sposobem zawierania małżeństw w tym kraju. Niemniej, nie miał nic przeciwko temu, aby kierownik placówki zaryzykował swą nieśmiertelną duszę, zwłaszcza że sam również zachwycał się Lit-Lit i wolał czuć się zabezpieczony, widząc ją poślubioną zwierzchnikowi.
Nic dziwnego, że nawet purytańskie serce młodego Szkota gotowe było stopnieć w promiennem cieple spojrzeń Lit-Lit. Dziewczyna była śliczna, smukła i giętka jak gałązka wierzbiny, podczas gdy przeciętną Indjankę charakteryzuje zwykle ciężka, masywna twarz i nader obfite kształty. Nazwano ją „Lit-Lit“ za roziskrzoną wesołość i swawolną lekkość, gdy rozśpiewana i po dziecinnemu uśmiechnięta, fruwała z miejsca na miejsce, niby motyl.
Lit-Lit była córką Snettishana, wpływowego wodza plemienia, — z matki metyski. Pewnego letniego wieczoru, do szałasu Wodza zaszedł niby przypadkiem John Fox, w celu rozpoczęcia pertraktacji o córkę. Zasiedli obaj w dymie ogniska, rozpalonego dla odpędzenia moskitów i dobrodusznie gawędzili o wszystkiem co istnieje pod słońcem — za wyjątkiem małżeństwa. John Fox przyszedł wyłącznie w tej sprawie, Snettishane domyślał się tego, John zaś wiedział, że tamten się domyśla. Pomimo to, tematy małżeńskie omijano ostentacyjnie. Podobny sposób uważany jest u Indjan za wyrafinowaną przebiegłość, chociaż w rzeczywistości jest tylko najprzejrzystszą naiwnością.
Godziny mijały, a Fox i Snettishane kurzyli nieskończone fajeczki, spoglądając sobie w oczy niewinnym spojrzeniem, jak dwaj wytrawni aktorzy. Po południu Mac Lean i jego kolega, również urzędnik placówki handlowej, Mac Tawish, przeszli zwolna obok namiotu i, jakgdyby nigdy nic, skierowali się ku rzece. Kiedy wracali po upływie godziny, etykietalny dyskurs Foxa ze Snettishanem dosięgnął już wyżyn słoniny i prochu, ofiarowywanych na rynku miejscowym przez sklepy Company. Tymczasem Lit-Lit, domyślając się zamiarów Foxa, wpełzła do namiotu od tyłu i, odchyliwszy leciutko skórzaną zasłonę wejścia, nadstawiła uszu ku rozmowie dwóch dyplomatów przy ognisku. Była spłoniona, z oczyma lśniącemi szczęściem, po dziecinnemu dumna, że nie kto inny jeno sam główny kupiec (stojący na drugim miejscu po Bogu w hierarchji Alaski) raczył zwrócić na nią uwagę, po kobiecemu zaciekawiona, jak też wygląda ów mężczyzna. Słońce, odbite w taflach lodu, dymy obozowych ognisk i mroźne powietrze szlaku opaliły twarz jego na miedziany bronz tak, że ojciec dziewczyny był równie ciemny, ona zaś znacznie jaśniejsza od Foxa. Pochlebiło jej to bardzo, lecz więcej ucieszył ją fakt, że konkurent silny był, wysoki i barczysty. Przerażała ją zato wielka, czarna broda. Była taka dziwna!
Młodziutka Lit-Lit nie znała świata, ni ludzi. Siedemnaście razy widziała, jak słońce wędrowało ku południowi i ginęło za horyzontem. Siedemnaście też razy patrzała, jak wracało z za widnokręgu, by pływać po niebie długo i bezustanku, zupełnie przepłaszając noc. Przez owe lata ojciec zazdrośnie strzegł dziewczynę stając, zawsze pomiędzy nią, a zbliżającymi się mężczyznami. Lekceważąco przyjmował oświadczyny młodych łowców, lub poprostu wypędzał ich z domu, jakgdyby Lit-Lit wogóle nie miała ceny. Snettishane był chciwy. Piękna córka stanowiła doskonały interes. Z tego to żywego kapitału spodziewał się stary już nawet nie wielkiego procentu, lecz znakomitych i nieprzerwanych dochodów. Lit-Lit, wzrósłszy nieomal w klasztorze, o ile tylko szałas indyjski do klasztoru przyrównanym być może, przyglądała się z niekłamaną trwogą wielkiemu mężczyźnie, który przybył tu po nią, przyszłemu mężowi, co ma nauczyć ją nieznanego życia, słowo swe uczynić prawem, a rozkazem wiązać jej czyny i kierować kroki, aż po ostatnią godzinę życia.
Po pewnym czasie, podsłuchującą dziewczynę, wzruszoną i rozgorączkowaną zbliżeniem Losu — zwolna opanowywać poczęło rozczarowanie: dzień uchodził, a zarówno ojciec, jak konkurent ani słówkiem nie wspomnieli o małżeństwie, zatopieni w uroczystym dyskursie o wszystkiem i niczem. Kiedy słońce schyliło się jeszcze bardziej ku północnej stronie nieba i nadszedł środek białej nocy — Fox zaczął zbierać się do odejścia. Wreszcie zawrócił ku domowi, a serduszko Lit-Lit ścisnęło się żalem: ożyło jednak za chwilę, gdy mężczyzna przystanął i rzucił od niechcenia, obróciwszy się na pięcie:
— Ale, ale, Snettishane, byłbym zapomniał! Czy nie mógłbyś poszukać dla mnie kobiety? Nie ma mi kto prać i reperować.
Snettishane chrząknął i zaproponował Wanidani, babę starą i bezzębną.
— Nie, nie — objaśnił Fox. — Właściwie, chciałbym mieć żonę. Myślałem o tem i przyszło mi do głowy w tej chwili, że ty możesz znać kogoś odpowiedniego...
Snettishane wyglądał na zainteresowanego sprawą, wobec czego Fox podszedł znowu ku namiotowi z miną obojętną i beztroską, jakgdyby w celu pogadania jeszcze chwilę na ten nowy i zupełnie niespodziewany temat.
— Może Kattou? — radził Snettishane.
— Z jednym okiem? — oburzył się biały.
— Lashka?
— Ma krzywe nogi! Kiedy stoi prosto, twój największy pies, Kips, może przeskoczyć między jej kolanami.
— Senatee? — ciągnął niewzruszony Indjanin.
Tym razem John Fox był oburzony. — Do licha! — krzyknął — kpiny sobie urządzasz? Cóż to? stary jestem, że mi swatasz jakieś odpadki? Czy może ślepy? bezzębny? kulawy? a może taki już ubogi, że żadna ładna dziewczyna nie zechce spojrzeć na mnie życzliwem okiem? Zapamiętaj sobie: Jestem wielki kupiec, silny, bogaty i najpotężniejszy w kraju! Moje słowa są dla ludzi rozkazem!
Chociaż Snettishane pełen był satysfakcji, sfinksowe jego oblicze zachowało wyraz niezmąconego chłodu. Sprowokował Foxa i udało mu się zmusić go do wszczęcia rozmowy. Będąc istotą pierwotną, o głowie mieszczącej naraz jedną myśl tylko, mógł Snettishane trzymać się tej myśli dłużej i uparciej, niż jego rozmówca. John Fox zaś, pomimo prymitywności swej inteligencji, starał się opanować jednocześnie kilka rozgałęzień myśli, wobec czego żadnej z nich nie mógł oddać się wyłącznie. Snettishane w dalszym ciągu spokojnie wyliczał nieskończoną litanję kandydatek, które z kolei odrzucał John Fox, niezapominając każdorazowo o przypięciu odpowiedniej łatki. Nareszcie zawrócił i po raz drugi skierował się ku domowi. Snettishane obserwował go bacznie, ale nie próbował zatrzymać. Nagle ujrzał, że Fox przystanął nieproszony.
— Pomyśl tylko — zauważył — obaj zapomnieliśmy o Lit-Lit! Jak myślisz? Nie byłaby dla mnie odpowiednia?
Snettishane spotkał swoją wygraną z tem samem niewzruszonem obliczem, kryjąc poza jego maską swą triumfującą uciechę. Zwycięstwo było oczywiste. Gdyby Fox uczynił jeden krok więcej, Indjanin sam przypomniałby sobie głośno imię swej córki — John Fox jednak kroku tego nie zrobił.
Stary wódz nie kwapił się teraz z zachwalaniem przymiotów Lit-Lit. Milczeniem zmusił białego do dalszej aktywności.
— Hm, tak, — medytował zcicha kupiec. — Jedynym sposobem przekonania się jest rozpoczęcie układów. — Tu podniósł głos. — Mogę ofiarować na Lit-Lit dziesięć ciepłych kołder i trzy funty tytoniu, dobrego tytoniu.
Snettishane odpowiedział gestem, mającym oznaczać, że kołdry i tytoń całego świata nie zdołają zrekompensować mu Lit-Lit, wraz z całym zapasem jej niewypowiedzianych zalet. Zmuszony nareszcie przez Foxa do postawienia swojej ceny, wymienił spokojnie 500 kołder, 10 strzelb, 50 funtów tytoniu, 20 czerwonych chust, 10 butelek rumu, „grające pudełko“, wreszcie — stałą przychylność i pamiętliwą przyjaźń kupca, wraz z miejscem u jego ogniska.
John Fox udał niezwłocznie atak apopleksji, który zredukował skutecznie ilość kołder do dwustu i obciął „miejsce u ogniska,“ warunek niesłychany w małżeństwach białych z córami owej ziemi. Koniec końców, po trzech godzinach targów, osiągnięto jakie takie porozumienie. Snettishane otrzymać miał za Lit-Lit sto kołder, pięć funtów tytoniu, 3 strzelby, oraz butelkę rumu, dołączywszy do tego ową stałą przychylność, co, zdaniem Foxa, było ceną o dziesięć kołder i jedną strzelbę przewyższającą istotną wartość dziewczyny.
Kupca, wracającego do domu o godzinie trzeciej w nocy pod bladym słońcem, lśniącem na północo-wschodzie, dręczyła nieprzyjemna świadomość, iż stary wyga obrabował go ponad wszelką przyzwoitość.
Tymczasem Snettishane, znużony lecz triumfujący, wszedł do namiotu i odkrył Lit-Lit, zanim opuścić zdążyła swą kryjówkę.
Chrząknął znacząco: — Widziałaś. Słyszałaś. Oceniasz więc zapewne wielki rozum i dowcip twego ojca. Ubiłem interes, co się zowie. Teraz słuchaj święcie moich słów i kieruj się drogą, którą ci wskażę. Powiem „idź“ — to przychodź; powiem: „wracaj“ — to odchodź, a zobaczysz, że obrośniemy tłuszczem od bogactw tego białego, co równie wielki jest, jak głupi.
Nazajutrz nie pracowano w sklepie Hudson Bay Company. John Fox otworzył butelkę whiskey jeszcze przed śniadaniem, ku niekłamanej uciesze Mac Leana i Mac Tawisha, poczęstował psy podwójną porcją łososia i wystroił się w najlepsze mokasyny. Na podwórzu tymczasem przygotowano wspaniały „potlach“. Potlach oznacza „przyjęcie“, kupiec zaś uważał za stosowne uczcić dzień zaślubin swych z Lit-Lit biesiadą równie hojną, jak piękną była narzeczona. Popołudniu całe plemię zjawiło się na uroczystość. Mężczyźni, kobiety, dzieci i psy objadali się bez względu na granice możliwości, poczem każdy, nie wyłączając myśliwych z innych okolic i przypadkowo zabłąkanych gości, obdarowany został bogato hojną ręką nowożeńca.
Lit-Lit, pełna trwogi, z oczyma we łzach, wystrojona była od stóp do głów w dary przyszłego męża: jaskrawą perkalową sukienkę, paciorkami wyszyte mokasyny, piękną chustkę jedwabną na lśniąco kruczych włosach, purpurowy szal na ramionach, miedziane kolczyki i pierścionki, oraz całe mnóstwo jarmarcznych klejnocików, nie wyłączając nawet taniutkiego zegarka. Snettishane z trudnością opanowywał wzruszenie na widok tych skarbów, nareszcie zaś, upatrzywszy moment odpowiedni, odciągnął córkę na stronę.
— Nie tej nocy i nie następnej — rozpoczął znacząco — ale za jakiś tydzień, gdy zawołam głosem kruka na brzegu rzeki, masz wstać z łoża twego wielkiego męża, który jest głupi i wyjść do mnie.
— Nic, nic — dodał skwapliwie, widząc na twarzy córki żal na samą myśl odwrócenia się od cudów nowego życia. — Nie bój się, jak tylko odejdziesz, twój wielki i głupi mąż przybiegnie skamląc do mego domu. Wtedy ty również masz zacząć płakać i skarżyć się, iż to i owo złe jest w domu jego i że spodziewałaś się słodszego życia, idąc zamąż za głównego kupca. Potem uspokoisz się i obiecasz wrócić, jeśli twój biedny i stary ojciec otrzyma jeszcze parę kołder, trochę tytoniu i innych bogactw białego człowieka. Pamiętaj: zawołam w nocy jak kruk na brzegu rzeki.
Lit-Lit skinęła głową. Wiedziała z doświadczenia, że lepiej jest słuchać rozkazów ojca. Zresztą, prosił o taką drobnostkę: o krótkie rozstanie z mężem, który będzie jeszcze szczęśliwszy, wziąwszy ją do siebie z powrotem. Wróciła na wesele, że zaś północ była już blisko, John odszukał ją po chwili i skierowali się ku domowi, wśród ogólnego śmiechu i żartów, w których celowały szczególnie stare „squaw“.
Lit-Lit przekonała się szybko, że życie zamężne z pierwszym mężczyzną w okolicy przewyższa wszystko, o czem marzyć mogła. Nie potrzebowała już nosić wody, rąbać drew i usługiwać brutalnym i zawsze niezadowolonym mężczyznom. Po raz pierwszy w życiu mogła leżeć w łóżku aż do śniadania. I, o mój Boże, cóż to było za łóżko! Czyste, miękkie, wygodne, jakiego nie widziała nigdy w życiu. A żywność! Mąka, upieczona na chleb, suchary, lub gorące placki, codziennie i trzy razy dziennie i wiele tylko kto chciał! Podobny komfort wydawał jej się zupełnie niewiarogodny.
W dodatku mąż był więcej niż dobry. Zdążył już pochować jedną żonę w życiu, wobec czego orjentował się doskonale, iż wogóle popuścić można cugli, a tylko zrzadka należy je zebrać — lecz zebrać mocno.
— Lit-Lit jest panią w moim domu — oświadczył przy śniadaniu, na drugi dzień po ślubie. Ma być, jak ona zechce. Zrozumiane? — I Mac Tawish wraz z Mac Leanem zrozumieli odrazu. Znali ciężką rękę zwierzchnika.
Lit-Lit nie wyzyskiwała swego położenia. Odgadując życzenia Johna, zajęła się natychmiast gorliwie jego synkami, dając im iście macierzyńską opiekę i zostawiając tyle swobody, ile sama otrzymywała od męża. Chłopcy nie mogli nacieszyć się nową matką, Mac Lean i Mac Tawish przyłączali się do zgodnego chóru zachwytów. Sam Fox chwalił się głośno swem szczęściem rodzinnem, to też wieść o niezwykłych zaletach Lit-Lit i pełnem zadowoleniu jej męża obiegły całą okolicę Sin-Rock.
Tymczasem Snettishane, któremu wizje spodziewanego bogactwa spać nie dawały, zdecydował, że nadszedł czas, aby przypomnieć się nowożeńcom. Dziesiątej nocy swego małżeńskiego jej życia, Lit-Lit obudzona została krakaniem kruka i zrozumiała, że Snettishane czeka na nią przy rzece. W szczęściu zapomniała o układzie z ojcem, teraz zaś, wraz z przypomnieniem, powrócił dawny dziecinny strach przed jego gniewem. Długą chwilę leżała przerażona i drżąca, nie chcąc iść, a bojąc się zostać. W końcu jednak John odniósł milczące zwycięstwo, gdyż dobroć jego, nie mówiąc już o wspaniałych muskułach, ostatecznie przekonała Lit-Lit, iż tym razem można nie posłuchać ojca.
Nazajutrz jednak wstała wystraszona i niepewnie krzątała się koło swych zajęć codziennych, oczekując trwożliwie zjawienia się Snettishane’a. Pod wieczór nabrała jakoś otuchy. John Fox, ostro karcący swych pomocników za jakieś małe zaniedbanie obowiązków, pomógł jej znakomicie do odzyskania odwagi. Przez cały dzień starała się trzymać w pobliżu męża, kiedy zaś poszła za nim do piwnicy i ujrzała jak swobodnie przerzucał wory z mąką, niby puchowe poduszki, — poczuła się bardziej jeszcze utwierdzoną w swem nieposłuszeństwie. Nareszcie, przyjrzawszy się po raz pierwszy w życiu wielkiemu składowi towarów Company, (Sin Rock była główną placówką handlową i punktem rozdzielczym dla okolicznych sklepów) oszołomiona została nieskończonością bogactw białych ludzi. Widok składu, wraz ze wspomnieniem pustego szałasu Snettishane, zwyciężył ostatecznie wszelkie wątpliwości Lit-Lit. Poglądy swe potwierdziła w krótkiej rozmowie z jednym ze swych małych pasierbów. — Biały tata dobry? — zapytała, na co malec odrzekł gorąco, że lepszego niema na całym świecie. Tej nocy kruk znowu odezwał się na brzegu. Nocy następnej krakanie stało się jeszcze natarczywsze. Obudziło Johna, który przez chwilę nasłuchiwał niespokojnie. Potem wyrzekł głośno: — Do licha z tym krukiem! — Lit-Lit uśmiechała się cicho, skulona pod swoją kołderką.
Nazajutrz rano zjawił się Snettishane, obrażony i gniewny. Dano mu śniadanie w kuchni, wraz z Wanidani. Odmówił „babskiej strawy“, poczem postarał się spotkać zięcia w sklepie, gdzie właśnie odbywała się sprzedaż. Oświadczył, iż dowiedziawszy się, jakim skarbem jest jego córka, przybył po więcej kołder, tytoniu i strzelb, — przedewszystkiem więcej strzelb. Oszukany został haniebnie i żąda sprawiedliwości. Kupiec jednak nie miał dlań ani kołder, ani sprawiedliwości, wobec czego poinformowany został chłodno, iż Snettishane widział się z misjonarzem w Trzech Ścieżkach, który zapewnił wodza, iż niebo nie błogosławi podobnym małżeństwom i że obowiązkiem ojca jest zabrać córkę z powrotem.
— Jestem teraz gorliwym chrześcijaninem — zakonkludował Snettishane. Pragnę, żeby moja Lit-Lit dostała się kiedyś do nieba.
Odpowiedź kupca krótka była i natychmiastowa: skierował teścia ku przodkom, będącym już w niebie i ująwszy go za kołnierz i pasek, ułatwił mu tę drogę aż do drzwi sklepu.
Snettishane jednak nie dał za wygraną, przekradł się przez kuchnię i schwytał Lit-Lit w mieszkalnej izbie.
— Może powiesz, żeś mocno spała i nie słyszałaś głosu kruka na brzegu rzeki? — zaczął, obrzucając ją złowieszczem spojrzeniem.
— Nie. Obudziłam się i słyszałam. — Serce jej biło, jakby rozerwać chciało piersi, ale mężnie ciągnęła dalej: — Wczorajszej nocy obudziłam się również i słyszałam, i jeszcze nocy poprzedniej. —
Poczem podniecona swym szczęściem i strachem przed jego utratą — wygłosiła płomienną mowę o prawach kobiety, pierwszą zapewne i jedyną, wypowiedzianą ponad pięćdziesiątym trzecim stopniem szerokości północnej.
Prelekcja ta nie znalazła jednak wdzięcznego słuchacza; stary Indjanin wciąż jeszcze pogrążony był w mrokach średniowiecza. Gdy Lit-Lit przerwała, żeby odsapnąć, Snettishane oznajmił groźnie: — Dziś w nocy kruk zakracze nad rzeką.
W tej chwili wszedł kupiec i raz jeszcze pomógł natrętowi w podróży ku przodkom niebieskim.
Tej nocy kruk odzywał się uparciej niż kiedykolwiek. Lit-Lit, zwykle czujnie śpiąca, obudziła się i uśmiechnęła. John Fox mruczał coś przez sen niespokojnie. Obudził się wreszcie i gniewniej jeszcze zamruczał. Długą chwilę chrząkał, pochrapywał, wymyślał sobie w brodę i klął na czem świat stoi, a gdy krakanie nie milkło, zniecierpliwiony wyskoczył z łóżka. Odnalazł pociemku drogę do przyległej izby, zdjął z wieszaka strzelbę, nabitą kaczym śrutem i zapomnianą tu przez roztrzepanego Mac Tawisha.
John ostrożnie wyśliznął się z domu i podążył ku rzece. Krakanie ustało, ale myśliwy przyczaił się w wysokiej trawie i czekał. Powietrze było wonne jak balsam, a ziemia po całodziennym upale oddychała wilgotną świeżością. Johna ogarniał zwolna senny rytm spoczywającej przyrody. Po chwili zdrzemnął się spokojnie z ramieniem pod głową.
O pięćdziesiąt zaś yardów dalej, spał skulony i odwrócony od Foxa stary Snettishane, którego zwyciężyła również nocna cisza natury. Godzina minęła spokojnie, poczem stary obudził się i, nie podnosząc głowy, opartej o kolana, przeszywać począł milczenie nocy gardłowym dźwiękiem krakania.
John Fox zbudził się bez nerwowego oszołomienia człowieka cywilizacji, ale z szybkim i jasnym przejściem od snu do jawy, właściwem dzikiemu. W lekkim zmroku szarej nocy dojrzał jakiś czarny przedmiot wśród trawy i skierował nań lufę strzelby. Jak tylko krakanie rozległo się po raz drugi, John pociągnął za cyngiel.
Konik polny zamilkł w trawie, kurka wodna ucichła, a przeciągłe wołanie kruka urwało się nagle i zamarło w niezmąconem milczeniu.
John Fox podbiegł do przedmiotu, czerniejącego w trawie, żeby podnieść ustrzeloną zdobycz. Ręka jego chwyciła rozwichrzony czub ludzkich włosów i odwróciła ku bladym gwiazdom wystraszoną twarz Snettishana. Fox wiedział, jak smakuje kaczy śrut z odległości pięćdziesięciu yardów i orjentował się, że przedziurawić musiał nieźle ramiona i plecy Indjanina. A Snettishane wiedział, co myślał Fox, lecz żaden nie wyrzekł o tem ani słowa.
— Cóż ty tu robisz? — zapytał kupiec. — O tej porze należałoby trzymać w łóżku stare kości.
Snettishane zachował ton królewski, chociaż kaczy śrut rzetelnie piekł go pod skórą.
— Stare kości nie mogą uleżeć w łóżku — odrzekł uroczyście. — Płaczę tu po córce. Po mojej pięknej Lit-Lit, która żyła niegdyś, a teraz umarła i pójdzie niewątpliwie do piekła białych ludzi.
— Na drugi raz zechciej płakać na tamtym brzegu, żebym cię z domu nie słyszał — powiedział John Fox, zawróciwszy na pięcie. — Głos twój jest trochę zbyt donośny i spać nie daje po nocach.
— Serce moje jest smutne — odparł Snettishane — a dni i noce czarne są od troski.
— ...jak czarnym jest kruk — dokończył kupiec.
— Jak czarnym jest kruk — potwierdził niewzruszony Indjanin.

Odtąd nie słyszano już nigdy krakania na brzegu rzeki. Lit-Lit z dziewczęcia stała się niewiastą i nie przestaje być szczęśliwą. Przybyły też siostrzyczki synkom Foxa z pierwszej żony, której popioły spoczywają na wierzchołku wielkiego drzewa. Stary Snettishane nie składa już wizyt w domu kupca, zato całemi godzinami narzeka na niewdzięczność dzieci wogóle, a córki swej Lit-Lit w szczególności. Podeszłe jego lata zatruwa gorzkie poczucie, iż został haniebnie oszukany, co zaś do Johna Foxa, to oddawna porzucił mniemanie, jakoby cena za Lit-Lit była o dziesięć kołder i jedną strzelbę za duża.


ŚRÓD LASÓW PÓŁNOCY


Gdy przebyć już uciążliwą drogę poza ostatnie rzadkie karłowate zarośla, w samo serce wielkiej pustyni śnieżnej — znaleźć tam można olbrzymie obszary leśne i wesołe przestworza łąk. Świat dopiero dowiaduje się o tem. Od czasu do czasu badacze krajów polarnych odkrywali rzeczy podobne, lecz dotychczas nigdy nie wracali, by obwieścić nowiny te światu. Pustynie lodowe — tak właśnie — pustynie, jałowe ziemie koła biegunowego, Sahara północy, posępne i mroczne schronisko wołu piżmowego i chudych wilków równinnych. W tym stanie ujrzał kraje owe Avary Van Brunt: bezduszne, niewesołe, porosłe wątłym mchem, pokryte liszajami, chłodne i niegościnne. Takiemi je widział, póki nie dotarł do miejsc znaczonych po mapach czystym papierem i nie trafił tam na bogate lasy sosny kanadyjskiej, o jakich nie marzył nawet, oraz na nieznane dotychczas plemiona Eskimosów. Avary Van Brunt pragnął (i cel ten przyświecał mu dla zdobycia sławy) — wypełnić owe czyste miejsca map czarnemi sztrychami łańcuchów górskich, plamami dolin, krętemi linjami rzek. Podwójną tedy radość sprawiało mu myślenie o prawdopodobnych kompleksach lasów i nieznanych gatunkach drzew.
Avary Van Brunt czy też pełnym tytułem: profesor Towarzystwa Geologicznego A. Van Brunt, był zastępcą kierownika całej wyprawy i bezpośrednim dowódcą tej części ekspedycji, którą prowadził drogą okrężną do pewnego rękawu rzeki Thelona. Z oddziałkiem swym zbliżał się teraz ku jednej z owych, na żadnej mapie nieznaczonych, wiosek. Za nim postępowało ośmiu ludzi: dwaj z nich, francusko-kanadyjscy voyageurs, reszta zaś — rośli Metysi z Manitoba. On sam tylko był czystej krwi anglo-sasem i w żyłach tętniły mu żywo tradycje rasy. Clive i Hastings, Drake i Raleigh, Hengest i Horsa, szli za nim. Jemu pierwszemu ze wszystkich rodaków wypadło wejść do owej wsi północnej. Myśl ta rozsadzała mu pierś uczuciem triumfu i upojenia. Towarzysze podróży spostrzegli, iż krok jego sam przez się stał się szybszy, a zmęczenie znikło.
Wieś opustoszała, tłum mieszkańców wyległ na spotkanie: mężczyźni na przedzie, z łukami i włóczniami groźnie zaciśniętemi w pięściach, kobiety i dzieci, nieśmiało postępujące z tyłu. Van Brunt podniósł prawą rękę na znak pokoju, — gest wspólny wszystkim narodom, — i krajowcy odpowiedzieli nań znakiem pokoju. Jednak ku rozczarowaniu Brunta z tłumu wybiegł człowiek odziany w skóry i wyciągnął rękę z dobrze znajomem poufałem „Hello“! Twarz pokrywał mu zarost, policzki i czoło spalone były na bronz, jednak Van Brunt poznał odrazu w nim człowieka swojej rasy.
— Kto pan jesteś? — zapytał, chwytając wyciągniętą dłoń — Andrée?
— Kto to jest Andrée? — zapytał z kolei człowiek ubrany w skóry.
Van Brunt popatrzył nań uważnie:
— Oho! Widzę, że pan mieszka tu już kawałek czasu!
— Pięć lat — odrzekł człowiek w futrach, z bladym błyskiem dumy w źrenicach. — Ale chodźmy pogadać.
— Niechaj rozbiją namioty koło mnie — dodał, widząc spojrzenie, rzucone przez Van Brunta na oddziałek. — Stary Tantlatch zajmie się niemi. Chodźmy.
Ruszył naprzód wielkiemi krokami. Van Brunt szedł za nim przez całą osadę. Jurty ze skór jelenich porozrzucane nieprawidłowo stały w miejscach, gdzie znajdowały grunt najodpowiedniejszy. Van Brunt wodził okiem i coś liczył.
— Dwieście osób, nie licząc dzieci — oznajmił rezultat kalkulacji.
Człowiek w skórach skinął głową.
— Mniej więcej. Ale ja mieszkam trochę na boku od tego tłumu, tak bardziej samotnie, etc... Proszę siadać! Z przyjemnością będę jadł razem, kiedy pańscy ludzie coś ugotują. Zapomniałem już, jak smakuje herbata... Pięć lat nie piłem, nie widziałem nawet! Czy mogę poprosić o tytoń? ...A-h, dziękuję. I fajkę. Doskonale! Jeszcze zapałeczki i zobaczymy, czy to zielsko straciło swój czar.
Pociągnął zapałką i z troskliwą starannością człowieka leśnego chronił jej nikły płomyk, jakgdyby więcej ognia nie było już na całym świecie. Zaciągnął się pierwszym haustem dymu, w cichym skupieniu zatrzymał na chwilę oddech, aż wreszcie wypuścił zwolna i uroczyście białe smugi po przez wysunięte wargi. Głowę odchylił wstecz, twarz mu złagodniała i oczy zaszły lekką mgiełką. Westchnął głęboko z szczęśliwym wyrazem najwyższego zadowolenia. Później rzekł nagle:
— Boże! jakie to dobre!
Van Brunt skinął głową:
— Pięć lat, jak pan mówi?
— Pięć lat — człowiek westchnął znowu. — Chce pan pewno wiedzieć, jak to było. Rozumie się, to interesujące, bardzo ciekawa sytuacja i t. d. Dużo, dużo. Przyszedłem z Edmontem na woły piżmowe i, jak Pike i tylu innych zresztą, miałem swoje niepowodzenia, zgubiłem oddział, straciłem ekwipunek. Głód, przemęczenie, zwykłe historje, jedyny żywy, jak się to mówi, i t. d. póki nie przywlokłem się na czworakach do Tantlatcha.
— Pięć lat — zamruczał Van Brunt, zdając się szukać czegoś wśród wspomnień przeszłości.
— Pięć lat minęło w lutym. Przekroczyłem Great-Slave w początkach maja.
— Pańskie nazwisko — Fairfax? — przerwał Van Brunt. — Chwileczkę... John, zdaje się tak: John Fairfax.
— Skąd pan wie? — leniwie zagadnął Fairfax, zajęty głównie puszczaniem kół dymu w nieruchome powietrze.
— Gazety były w swoim czasie pełne tego. Prevanche...
— Prevanche! — Fairfax wyprostował się z nagłą uwagą. — Zgubiliśmy go w górach Dymiących.
— Tak, ale wygrzebał się stamtąd i wrócił.
Fairfax odchylił znów głowę i zaczął puszczać dym.
— Cieszę się — mówił w zamyśleniu — Prevanche był niezły chłopak, choć miał szczególne poglądy na zaprząg rzemienny. Wydostał się? Pięknie — bardzo się cieszę.
— Pięć lat... — Van Brunt powtarzał wciąż te słowa i niewiadomem skojarzeniem wychylała się doń z pamięci twarz Emilji Southwaithe. Pięć lat... Klucz dzikich ptaków zawarczał nad ich głowami, na widok osady zmienił kierunek i w blaskach słońca pociągnął na zachód. Van Brunt wyjął zegarek. Była pierwsza po północy. Obłoki w kierunku bieguna były krwisto czerwone, a z południa skośne promienie napełniały ciemne lasy posępną poświatą. Powietrze stało nieruchomo, igły sosen nie drgały, najmniejszy dźwięk w obozowisku brzmiał jasno i wyraźnie, jak brzęk trąb. Pod wpływem tej ciszy Metysi i voyageurs gawędzili półgłosem, kucharz zaś ostrożnie przestawiał patelnie i kociołki. Gdzieś daleko płakało dziecko, a w głębi lasu, dźwięcząc, jak cienka struna srebrna, drgał głos kobiecy w żałosnej piosence: — „O-o-o-o-o-o-haa-ha-a-ha-aa-a. O-o-o-o-o-o-a-ha-a-ha-a“.
Van Brunt wzdrygnął się z zimna i zatarł ręce.
— Tam zadecydowano, żem umarł? — zapytał Fairfax.
— No — pan nie wracał, tak że przyjaciele pańscy...
— Prędko zapomnieli. — Fairfax roześmiał się chłodno i wyzywająco.
— Dlaczego pan nie wrócił?
— Potroszę, jak sądzę, nie chciało mi się, a potroszę okoliczności odemnie niezależne. Otóż ten Tantlatch, kiedym go poznał, leżał ze złamaną golenią — bardzo brzydkie pęknięcie — złożyłem mu i postawiłem go na nogi. Zostałem tu czas pewien, aby nabrać sił. Byłem pierwszym białym, jakiego Tantlatch widział i wydałem mu się oczywiście mądry. Pokazałem tu masę nowych rzeczy. Nauczyłem plemię nowej taktyki walk, dzięki czemu pokonali cztery inne wsie (których pan jeszcze nie widział) i rządzą krajem. Rzecz prosta, nabrali wielkiej admiracji do mnie, tak że kiedy wybierałem się w drogę, nie chcieli o tem słyszeć. Byli aż zanadto gościnni. Przystawili mi paru drabów i pilnowali dniem i nocą. Później znów Tantlatch wyłożył mi przyczyny właściwe, że się tak wyrażę, i choć nie miało to wielkiego znaczenia, ale tak, czy owak, pogodziłem się z tem, że zostanę.
— Znałem pańskiego brata we Fryburgu. Jestem Van Brunt.
Fairfax z nagłym wylaniem pochylił się naprzód i uścisnął rękę:
— Byliście przyjacielem Billy? — Ha! Biedny Billy! Często mówił o was.
— Dziwne spotkanie, swoją drogą — dodał, spojrzawszy dookoła i przysłuchawszy się przez chwilę żałosnej pieśni kobiecej.
— Męża jej zdławił niedźwiedź, ona zaś bierze to bardzo do serca.
— Psie życie! — Van Brunt ruchem ust wyraził swój wstręt. — Mam nadzieję, że po pięciu latach takiej egzystencji cywilizacja będzie miała swój urok. Cóż powiecie?
Twarz Fairfaxa wyraziła upór.
— Nie wiem. To są przynajmniej uczciwi ludzie i żyją w zgodzie ze swoimi zapatrywaniami. Niema w nich żadnych komplikacji, niema tysiąca i jednego rozgałęzień każdego uczucia. Kochają, boją się, nienawidzą, gniewają i cieszą w zrozumiały, wyraźny i jasny sposób. Być może, że jest to życie zwierzęce, ale w każdym razie jest to życie łatwe. Niema kokieterji, ani igrania uczuciem. Jeżeli kobieta kocha — nie zawaha się powiedzieć tego, jeżeli nienawidzi — powie również, a później, o ile chcecie, możecie ją wytłuc. W każdym razie ona wie doskonale, co wy myślicie, a wy wiecie, co ona myśli. Niema pomyłek ani nieporozumień. Ma to swój urok po kapryśnej gorączce cywilizacji. Rozumiecie?
— Tak. To jest dobre życie — dodał po pauzie — wystarczająco dobre dla mnie i nie mam zamiaru go zmieniać.
Van Brunt w zamyśleniu schylił głowę. Niedostrzegalny uśmiech przewijał mu się po wargach. — Fairfax również — myślał — bardzo mocno wziął to do serca, że Emilja Southwaithe została wypadkiem porwana przez niedźwiedzia. A Carlton Southwaith był niezgorszym niedźwiedziem.
— Myślę jednak, że pojedziecie ze mną — wyrzekł powoli Van Brunt.
— Nie, nie pojadę.
— Owszem, pojedziecie.
— Życie tu jest zbyt łatwe, powtarzam. — Fairfax mówił zdecydowanie. — Rozumiem wszystko i wszyscy mnie rozumieją. Zima i lato następują kolejno, jak cień i światło wzdłuż prętów sztachety, gonitwa blasku i ciemności, czas mija i życie upływa, a później... płacz wśród lasów i mrok. Słuchajcie.
Wyciągnął rękę i, jak srebrna nitka, żal kobiecy zadzwonił wśród milczenia i ciszy. Fairfax zcicha zawtórował pieśni „O-o-o-oo-o-haa-ha-a-ha-aa-a. O-o-o-o-o-o-a-ha-a-ha-a“. — Czy nie słyszycie tego? nie widzicie? Żal kobiecy, śpiew pogrzebowy, włosy moje, zmienione w siwe kędziory i skóry patrjarsze, rzucone na ramiona w dzikim przepychu? Oszczep łowiecki tu, obok? Któż powie, że to złe?
Van Brunt popatrzał nań z zimną krwią.
— Fairfax — jesteście poprostu głupi. Pięć lat takiego życia wystarczy, żeby zamącić najmocniejszego człowieka. Jesteście w podnieconym, niezdrowym stanie. Pozatem — Carlton Southwaith umarł.
Van Brunt nabił fajeczkę i zapalił, obserwując jednocześnie z pod oka, z zaciekawieniem prawie zawodowem. Oczy Fairfaxa zabłysły na chwilę, ścisnął pięści i uniósł się, by powstać. Później muskuły osłabły, pogrążył się w zamyśleniu. Michael, kucharz, dał znać, że wieczerza gotowa, ale Van Brunt gestem kazał mu zaczekać. Cisza zwisła ciężko i Van Brunt począł analizować zapachy leśne: woń spleśniałych, gnijących roślin, żywiczny posmak igieł i szyszek sosnowych, jałowcowy dym licznych ognisk biwaku. Podwakroć Fairfax podnosił oczy i nie przemawiał. Wreszcie zapytał:
— A Emilja?
— Owdowiała przed trzema laty i zamąż nie wyszła.
Znów zapadło długie milczenie. Wreszcie Fairfax przerwał je z naiwnym uśmiechem:
— Myślę, że macie rację, Van Brunt. Pójdę z Wami.
— Wiedziałem, że pójdziecie — Van Brunt położył dłoń na ramieniu Fairfaxa. — Nie mam rzecz prosta pewności, ale zdaje mi się, że starano się o nią.
— Kiedy ruszamy? — przerwał Fairfax.
— Jak ludzie odpoczną. To mi przypomina, że Michael się gniewa. Chodźmy jeść.
Po wieczerzy, kiedy Metysi oraz voyageurs zachrapali owinięci w koce — oni obaj zostali przy dogasającym ogniu. Wiele było do opowiadania — wojny i polityka, wynalazki, czyny ludzkie i losy ludzkości, wspólni przyjaciele, wesela i zgony, — historja pięciolecia, którą Fairfax chciał poznać.
— Otóż flota hiszpańska zablokowana została w Santiago — mówił Van Brunt, gdy zbliżyła się do nich młoda kobieta i zatrzymała obok Fairfaxa. Szybko spojrzała w jego oczy, a później zatrzymała wzrok niespokojny na Van Bruncie.
— Córka wodza Tantlatcha, coś w rodzaju księżniczki — przedstawił Fairfax, rumieniąc się. — Jedna z właściwych przyczyn, które mnie tu zatrzymały. Thom, to jest Van Brunt, mój przyjaciel.
Van Brunt wyciągnął rękę, ale kobieta trwała w surowym, spokojnym bezruchu, odpowiadającym w zupełności jej wyglądowi. Żaden rys jej twarzy nie drgnął, ani jedna linja nie złagodniała. Patrzyła mu prosto w oczy przenikliwem, pytającem, badawczem spojrzeniem.
— Nie dużo rozumie — rozśmiał się Fairtax. — To pierwsza jej prezentacja. No, cośmy tam mówili o flocie hiszpańskiej w Santiago?
Thom usiadła na ziemi obok męża, zachowując nieruchomość bronzowego posągu i tylko jej oczy z upartą badawczością przebiegały z twarzy na twarz. Zaś Avary Van Brunt, ciągnąc swą opowieść, czuł się skrępowany tym niemym spojrzeniem. Wyjaśniając opisowo bitwę, odczuwał nagle utkwione w siebie czarne źrenice — jąkał się, gubił i znów chwytał z wysiłkiem stracony wątek myśli.
Fairfax, objąwszy rękoma kolana, nie wypuszczając fajeczki z zębów, popędzał go niecierpliwie przy każdym zatrzymaniu i na nowo konstruował sobie świat o którym, jak mu się zdawało, zdążył już zapomnieć.
Minęła godzina jedna i druga. Nareszcie Fairfax z niechęcią powstał.
— I Cronje został otoczony — hę? No, poczekajcie chwileczkę. Ja tymczasem skoczę do Tantlatcha. Będzie Was oczekiwał i urządzę tak, żebyście go zobaczyli po śniadaniu. Dobrze?
Fairfax znikł śród sosen, Van Brunt zaś zapatrzył się w ogniste oczy Thom. — Pięć lat — myślał — a liczy nie więcej jak dwadzieścia. Zadziwiająca istota. Jako Eskimoska, powinna mieć maleńki płaski guzik zamiast nosa, tymczasem nos jej nie jest ani szeroki, ani płaski, lecz orli, z delikatnemi, rzeźbionemi nozdrzami, jak u bardzo wykwintnej białej damy. Możesz być przekonany, Van Brunt, że jest tu domieszka krwi indyjskiej. Słuchaj, Van Brunt, nie denerwuj się, nie zje cię przecież. To tylko kobieta i przytem niebrzydka. Oczy duże, dość oddalone od siebie, z bardzo lekkim zaznaczeniem skośnego wykroju mongolskiego. Thom, ty jesteś anomalją. Miejsce twoje nie tu, śród Eskimosów, nawet, jeśli ojciec twój jest Eskimosem. Skąd przybyła twoja matka? babka? — Thom, kochanie, jesteś pięknością zimną, lodową, maleńką pięknością, z lawą Alaski we krwi i, — proszę bardzo — nie patrz na mnie w ten sposób.
Rozśmiał się i powstał. Uparte jej spojrzenie krępowało go. Jakiś pies wałęsał się śród worków z żywnością. Wypędzi rabusia i położy worki gdzieindziej, a tymczasem Fairfax wróci... Ale Thom zatrzymała go, wyciągając rękę i stając wprost przed nim.
— Ty? — rzekła w narzeczu polarnym, które jest prawie jednakie od Grenlandji do przylądka Barrow — Ty?
I szybka zmiana wyrazów twarzy tłumaczyła, o co pytała słowem — „Ty“: — o przyczynę jego istnienia, zjawienia się tutaj, stosunku do jej męża, o wszystko.
— Brat — odpowiedział tym samym narzeczem, wskazując ręką na południe. — Braćmi jesteśmy, mąż twój i ja.
Poruszyła głową:
— Niedobrze, że jesteś tutaj.
— Rankiem odejdę.
— A mąż mój? — zapytała z trwogą.
Van Brunt wzruszył ramionami. Odczuwał pewnego rodzaju ukryte zawstydzenie — nie za siebie — oraz gniew na Fairfaxa. Poczuł, jak krew pali mu policzki, gdy patrzy na tę młodą, dziką dziewczynę. Była tylko kobietą. Wszystko w niej było kobietą... Znowu i znowu ta sama podła historja, stara, jak Ewa, młoda, jak wschodząca jutrzenka miłości.
— Mąż mój! Mąż mój! Mąż mój! — powtarzała gorąco z posępnie namiętną twarzą, z okrutną tkliwością Wiekuistej Kobiety, kobiety-samicy, która patrzyła zuchwale z jej szerokich źrenic.
— Thom — powiedział poważnie Van Brunt po angielsku — urodziłaś się w lasach północy, jadłaś rybę i mięso, borykałaś się z mrozem i żyłaś wśród prostoty przez wszystkie dni życia. Jest przecież całe mnóstwo rzeczy nie tak prostych, spraw, których nigdy zrozumieć nie potrafisz. Nie wiesz, co znaczy tęsknota za piękną głową kobiecą. Kobieta jest cudowna, Thom, kobieta jest szlachetnie piękna. Byłaś kobietą dla tego człowieka i oddawałaś mu się całkowicie, ale wszystko co masz, jest zbyt ubogie, zbyt proste. Ubogie i proste — on zaś jest cudzoziemcem. Nie znałaś go nigdy i nigdy poznać nie potrafisz. Tak już sądzono. Trzymałaś go w ramionach, ale nie posiadłaś serca, serca człowieczego z jego wiosną i jesienią, z jego snami o śmierci barbarzyńskiej. Marzeniem, straconym marzeniem był dla ciebie. Chwytałaś odbicie, pojmałaś cień i drzwi otworzyłaś widmu męża. Tak działo się niegdyś z córami ludzkiemi, których piękno wybrali bogowie. I, Thom, o Thom, nie chciałbym być Johnem Fairfax w bezsenne godziny lat, które nadejdą, w noce bezsenne, gdy oczy nie dostrzegą słonecznej poświaty włosów kobiety, spoczywającej u jego boku, lecz widzieć będą ciemne warkocze żony, zgubione daleko śród lasów północy.
Thom, nie rozumiejąc, słuchała z napięciem, jakgdyby życie zależało od słów jego. Zdołała przecież schwytać tylko imię swego męża i zawołała po eskimosku:
— Tak! Tak! — Fairfax! Mąż mój!
— Biedna, szalona mała, jakże on może być twoim mężem?
Thom nie rozumiała jego angielskich słów — więc zdało jej się, że Brunt szydzi, że się śmieje. Niemy, nieokiełznany gniew kobiety-samicy zamigotał w jej twarzy i mężczyzna odniósł wrażenie, że przygięła się ku ziemi, niby pantera do skoku.
Brunt z cicha przeklął sam siebie. Później dostrzegł, jak z policzków znikły barwy gniewu i zamiast nich zapłonął delikatny, jasny rumieniec kobiety proszącej o pomoc, kobiety, która odrzuca siłę i mądrze przywdziewa zbroję swej słabości.
— On jest mężem moim — rzekła pokornie. — Nie znałam nigdy innego. Nie może stać się, abym innego zaznała. I stać się nie może, aby on odszedł odemnie.
— Kto mówił, że cię porzuci? — zapytał pół rozgniewany, w połowie bezradny.
— To ty powinieneś mi powiedzieć, że on nie odejdzie — odrzekła łagodnie, z łkaniem w głosie.
Van Brunt odepchnął gniewnie nogą gorący popiół ogniska i usiadł.
— Ty powinieneś to powiedzieć. On jest mężem moim. Wobec wszystkich kobiet — jest moim mężem. Tyś wielki, tyś silny, a ja, widzisz — słaba jestem. Spojrzyj, leżę u stóp twoich. Ty stanów o moim losie. To twoja sprawa.
— Wstań! — Szorstko poderwał ją z ziemi i powstał.
— Jesteś kobietą i nie powinnaś leżeć w prochu u nóg jakiegokolwiek mężczyzny!
— On — mąż mój!
— Niech więc Bóg przebaczy wszystkim mężczyznom! — krzyknął namiętnie Van Brunt.
— On — mąż mój — powtórzyła monotonnie i błagająco.
— On — brat mój! — odrzekł.
— Ojciec mój jest wodzem Tantlatchy. Panuje nad pięcioma wsiami. Uczynię, że ze wszystkich pięciu wsi przyprowadzą tobie do wyboru dziewczęta, abyś pozostał tu ze swym bratem i żył szczęśliwie.
— Rankiem odchodzę.
— A mąż mój?
— Oto idzie twój mąż. Patrz!
Z ciemnych zarośli rozległ się wesoły śpiew Fairfaxa.
Jak światło ginie w falach mgły, tak śpiew zegnał jasność z jej twarzy.
— To język jego ludu — wyrzekła — język jego ludu!
Zawróciła gibkim, swobodnym ruchem młodego zwierzęcia i pobiegła w las.
— Wszystko urządzone — krzyknął Fairfax, zbliżając się — jego królewska mość przyjmie was po śniadaniu.
— Czy powiedzieliście mu co? — zapytał Van Brunt.
— Nie. I nie powiem nic, póki nie będziemy gotowi do wymarszu.
Van Brunt z miłością i żalem popatrzył na swych śpiących towarzyszy.
— Będę zadowolony, gdy znajdziemy się o sto mil stąd.

Thom uniosła zasłonę u wejścia do jurty ojca. Dwu ludzi siedziało obok niego i wszyscy trzej popatrzyli na nią uważnie. Ale twarz dziewczyny nie wyrażała nic określonego, gdy weszła i zasiadła spokojnie, nie wyrzekłszy ani słowa. Tantlatch stukał palcami po drzewcu oszczepu, spoczywającego na jego kolanach; leniwie przyglądał się smudze promienia słonecznego, który znalazł gdzieś otwór i przeszył świecącą jasnością ciemną jurtę. Po prawej stronie wodza zasiadł Chugungatte, szaman. Obaj byli starzy i znużenie wielu lat patrzyło z ich oczu. Naprzeciwko siedział Keen, młody Indjanin, faworyt całego plemienia. Ruchy jego były szybkie i zwinne, a czarne oczy przebiegały z jednej twarzy na drugą, błyszcząc uwagą i wyzwaniem.
W jurcie panowało milczenie. Od czasu do czasu dobiegały hałasy z obozowiska i zdaleka, jak widma głosów, dochodził spór między dwoma chłopcami w wysokich, przenikliwych podźwiękach. Pies wsunął łeb do środka i przez czas pewien na wilczy sposób łyskał ślepiami, a ślina kapała mu z białych, jak kość słoniowa, lśniących kłów, — później próbował warczeć, ale strwożony bezruchem postaci ludzkich, skulił się i wypełznął wstecz.
Tantlatch apatycznie spojrzał na córkę.
— Twój mąż? Cóż czyni?
— Śpiewa obce pieśni — odrzekła Thom — i twarz jego jest inna.
— Tak. Cóż mówił?
— Nic, ale twarz jego inna, inny blask w oczach. Razem z przybyszem siedzą u ogniska i mówią, mówią i niemasz końca tej rozmowie.
Chugungatte zaszeptał coś do ucha wodza, a Keen pochylił się naprzód i uniósł wpół, przysiadłszy na ziemi.
— Coś wzywa go z oddali, on zaś, jakgdyby słyszał, odpowiada pieśnią w języku swego ludu.
Znowu zaszeptał Chugungatte, Keen pochylił się naprzód, i Thom przestała mówić, aż póki ojciec skinieniem głowy nie dał jej znaku, że ciągnąć może dalej.
— Ty wiesz, o Tantlatch, że dzikie gęsi i łabędzie i małe kaczki rodzą się tutaj śród nizin. I wiesz, że nim mrozy nastaną, odlatują w nieznane kraje. Wiesz także, iż powracają znowu, gdy słońce świeci, a lody roztają. Wzywa je ziemia — i powracają. A dzisiaj cudza ziemia woła męża mego, ziemia, gdzie się urodził — i on chce odpowiedzieć na wezwanie. Ale Fairfax jest mężem moim. Wobec wszystkich kobiet jest mężem moim.
— Czy to dobrze, o Tantlatch? Czy dobrze? — zapytał Chugungatte i cień groźby zabrzmiał w jego głosie.
— Tak, to dobrze! — śmiało zawołał Keen. — Ziemia wzywa dzieci swoje i kraj każdy woła swe dzieci z powrotem. Jak wezwanie słyszy dziki gęsior i łabędź i mała kaczka, tak wezwanie słyszy dziś cudzoziemiec, co zabłąkał się wśród nas, a teraz winien odejść. A pozatem jest zew rodu. Gęsior parzy się z gęsią, łabędź zaś nie parzy się z kaczką. I niedobrze jest, jeśli cudzoziemiec żeni się z kobietą naszego plemienia. Dlatego mówię: niechaj człowiek odchodzi do swoich, niech wraca na własną ziemię.
— Jest mężem moim — odrzekła Thom. — I jest wielkim człowiekiem.
— Tak — jest wielkim człowiekiem — Chugungatte podniósł głowę w przelotnym wybuchu dawnej, młodocianej siły — wielki człowiek! On dał moc twemu ramieniu, o Tantlatch, on dał ci władzę, a imię twoje uczynił strasznem, że dzisiaj lękają się tego imienia i korzą. Ten człowiek jest mądry, umiejętność zaś jego przynosi pożytek. On uczył nas — i oto znamy sztukę wojny, sposoby obrony wsi i ukrycia w lesie, a także sposób przekonywania w kole rady, umiemy ścigać zwierzynę, stawiać sidła, chować żywność, leczyć rany po bitwie czy po łowach. Ty, o Tantlatch, byłbyś dziś kulawym starcem, gdyby cudzoziemiec nie był przyszedł do nas i nie uleczył cię. Zawsze, ilekroć wątpliwość w trudnej sprawie trapiła nas, szliśmy doń, aby mądrością swoją rozstrzygnął. I zawsze rada jego była dobra. Mogą więc znów być sprawy, których nie znamy dzisiaj i znów potrzebować możemy jego mądrości. Nie możemy pozwalać, aby odchodził. Źle jest wypuszczać obcego.
Tantlatch nieprzerwanie stukał palcami po drzewcu oszczepu i nie znać było, czy słyszał co mówiono. Daremnie Thom patrzyła w jego oczy. Chugungatte skurczył się i zgarbił, jakgdyby znowu poczuł brzemię lat.
— Nikt nie zabija dla mnie zwierzyny! — Keen uderzył się wyzywająco w piersi. — Sam biję zdobycz swoją! Raduję się życiu, gdy sam łup swój dościgam. Kiedy czołgam się po śniegu za wielkim łosiem — czuję radość. Kiedy naciągam ze wszystkich sił cięciwę, kiedy wypuszczam strzałę w jego serce — czuję radość. I mięso zdobyczy innego nie tak przyjemny ma smak, jak mięso mej własnej zdobyczy. Raduję się życiu, raduję, żem silny i zwinny, że sam czynię wszystko dla siebie. Jakiż jest inny smak życia, jeśli nie ten właśnie? Pocobym żył, gdybym nie cieszył się sobą i tym, co czynię? Dlatego raduję się i cieszę i wychodzę na bicie zwierza i połów ryby, a przez to, że biję zdobycz i łowię ryby, staję się zręczny i silny. Człowiek który pozostaje w jurcie u ogniska, nie staje się silny i zręczny. Nie jest szczęśliwy, gdy spożywa zdobycz moją, a życie nie jest dlań uciechą. Nie żyje! I dlatego powiadam — niech cudzoziemiec odejdzie. Mądrość jego nie czyni nas mądremi. Jeśli on wie, my nie mamy poco wiedzieć. Gdy trzeba — do niego pójdziemy po radę. Jemy mięso jego zdobyczy i smak jej nie jest przyjemny. Władza nasza spoczywa na jego sile, a to nie daje radości. Nie żyjemy, skoro on za nas żyje. Stajemy się opaśli i podobni kobietom, lękamy się pracy i zapominamy, jak samym czynić sobie wszystko. Puść tego człowieka, o Tantlatch, abyśmy mogli być mężczyznami. Ja, Keen — jestem mężczyzną i sam zabijam zdobycz moją.
Tantlatch obrócił nań wzrok, z którego zdawała się wyzierać beznamiętność wieczności. Keen, pełen nadziei, czekał odpowiedzi. Ale wargi nie drgnęły. I stary wódz zwrócił się ku córce.
— To, co zostało dane, nie może być odebrane. — Gdy cudzoziemiec, mąż mój, nadszedł tutaj, nie znałam mężczyzny, a serce moje cieszyły zabawy dziewczęce, gdy ty, Tantlatch, ty, a nikt inny wezwałeś mnie do siebie i rzuciłeś w ramiona obcego człowieka. Ty, a nikt inny. I jak oddałeś mnie mężczyźnie, tak jego oddałeś dla mnie. On — jest mężem moim. W objęciach moich spał i z ramion moich niewolno go zabierać.
— Dobrze byłoby, o Tantlatch — szybko przemówił Keen — dobrze byłoby pamiętać, iż nie może być odebrane to, co raz dane zostało.
Chugungatte wyprostował się.
— Młodość twoja, Keen, wyrzuca słowa z ust twoich. My zaś, my, ludzie starzy, rozumiemy. Patrzeliśmy także w oczy kobiece i czuli, że krew nasza poczyna goreć dziwną żądzą. Ale lata przechodziły obok nas i poznaliśmy mądrość rady, ścisłość chłodnego rozumu, powolnego czynu. Wiemy, że serce gorące częstokroć zbytnio płonie i skłania do postępków niezgodnych z rozsądkiem. Wiemy, że Keen był przez ciebie, o Tantlatch, łaskawie widziany. Wiemy, że Thom obiecana mu była jeszcze dzieckiem. I wiemy, że nadeszły dni nowe, że przybył cudzoziemiec i, że dzięki mądrości naszej, a dla dobra ludu, Keen stracił Thom i obietnica została złamana.
Stary Szaman zamilkł i popatrzył wprost w oczy młodzieńca.
— I niechaj wiadome będzie, że ja, Chugungatte, doradzałem, aby obietnica została złamana.
— Nie wziąłem innej kobiety w łoże moje — przerwał Keen. — Sam rozpalam ognisko, sam warzę strawę i zgrzytam zębami w samotności.
Chugungatte wyciągnął rękę, dając znak, że nie skończył jeszcze.
— Stary jestem i mówię po namyśle. Dobrze jest być silnym. Lepiej wyrzec się władzy. Lepiej wyrzec się władzy, jeśli przynosi to dobro. Dawnemi czasy siedziałem u twego boku, o Tantlatch, i ważył ci głos mój więcej niż inne, gdy nadchodziły dni próby. Byłem silny i posiadałem władzę. Byłem pierwszym w plemieniu po wodzu. Później przybył cudzoziemiec i widziałem, że jest wielki i mądry i pełen umiejętności. A ponieważ był bardziej mądry i bardziej silny niźli ja, tedy wiedziałem, iż więcej sprawi dobra, niźli ja. I skłoniłeś ucho, o Tantlatch, wysłuchałeś słów moich, cudzoziemiec zaś otrzymał władzę i miejsce śród Rady i córkę twoją, Thom. W dni które nadeszły, plemię żyło dobrze według praw nowych i tak trwać winno dalej, gdy cudzoziemiec zostanie śród nas. Obaj starzy jesteśmy, o Tantlatch, ty i ja — to zaś już sprawa rozumu, nie serca. Wysłuchaj słów moich, o Tantlatch! Wysłuchaj słów moich!
Zapadło milczenie. Stary wódz rozmyślał z niezmąconą pewnością bożka. Chugungatte zdawał się być otoczony obłokami sędziwej starości. Keen z męką wpatrywał się w kobietę, ona zaś, nie widząc go, nie odrywała oczu od twarzy ojca. Wilczar znów uniósł zasłonę i ośmielony, wijąc się na brzuchu, wpełznął do środka. Ciekawie obwąchał zwieszoną dłoń Thom, wyzywająco postawił uszy w stronę Chugungatte’a i płaszcząc się kucnął przed Tantlatchem. Oszczep stuknął o ziemię, pies z wystraszonym poszczekiem skoczył w bok, kłapiąc zębami w powietrzu, i długim susem wyprysnął z jurty.
Tantlatch spoglądał po kolei na twarze, badał każdą z nich długo i uważnie. Później dźwignął głowę z wyrazem nieokrzesanego majestatu barbarzyńcy i równym, chłodnym głosem podał decyzję.
— Człowiek pozostaje. Zwołajcie łowców. Poślijcie gońca do sąsiedniej osady z rozkazem, by nadeszli wojownicy. Nie będę widział nowego przybysza. Ty, Chugungatte, pomówisz z nim. Oznajmij, aby odchodził natychmiast — jeśli chce odejść w pokoju. Jeśli zaś będzie walka, zabijajcie, zabijajcie wszystkich, co do nogi, ale każdemu z wojowników powtórzcie moje słowa: nic złego nie może stać się człowiekowi, — człowiekowi, który jest mężem mojej córki! Tak!
Chugungatte powstał i wyszedł zataczając się. Thom wybiegła za nim. Ale, gdy Keen schylił się by wyjść — głos Tantlatcha zatrzymał go.
— Keen. Dobrze należy zapamiętać moje słowa. Człowiek zostaje. Niechaj nie stanie mu się nic złego.

Ponieważ Fairfax ćwiczył plemię w sztuce wojennej, mężczyźni nie rzucili się przed siebie tłumnie, naoślep, z głośnemi krzykami. Wykazali natomiast wiele umiarkowania, oraz panowania nad sobą i w milczeniu, zwolna posuwali się naprzód. Nad brzegiem rzeczki przypadli do ziemi Metysi i voyageurs, zabezpieczeni potrosze wąskim pasmem niezarośniętej, otwartej przestrzeni. Wzrok ich nie mógł nic dostrzec, do uszu dochodziły nieokreślone szmery, ale odczuwali wyraźnie dreszcz życia, przebiegający po gąszczach leśnych, nieuchwytne, markotne wrażenie zbliżającego się wojska.
— Niech ich djabli wezmą — mruknął Fairfax. — Nigdy w życiu nie wąchali prochu, ale nauczyłem ich tego sposobu.
Avary Van Brunt roześmiał się, postukał w fajeczkę wytrząsając popiół, poczem starannie schował fajkę i kapciuch z tytoniem. Sprobował, czy nóż myśliwski łatwo wychodzi z pochwy.
— Będą biegli tyraljerą, jeśli pamiętają, czego ich nauczyłem.
— Niech idą. Karabiny maszynowe robiono poto, żeby szybko strzelać. My... dobrze! Pierwsza krew! Paczka tytoniu, Loon!
Loon, metys, dojrzał wychylone ramię i kąśliwą kulą zakomunikował jego właścicielowi o swym spostrzeżeniu.
— Gdybyśmy potrafili tylko rozdrażnić ich do tego stopnia, aby rzucili się naprzód — mruknął Fairfax. — Gdybyśmy tylko potrafili doprowadzić do tego.
Van Brunt dostrzegł głowę wychylającą się z poza pnia i krótkim strzałem zwalił człowieka, raniąc go śmiertelnie. Michael trafił trzeciego. Fairfax i reszta poczęli strzelać także w każdy uchwytny cel, do każdego poruszającego się krzaka. Przy przebieganiu małego nagiego pasemka, pięciu napadających zostało zwalonych, na lewym zaś skrzydle, gdzie gąszczów brakło, trafiono dwudziestu ludzi. Ale wojownicy przyjmowali ten dopust w posępnym uporze i posuwali się naprzód zwolna, ostrożnie, rozważnie, bez pośpiechu i bez wahania.
Po dziesięciu minutach, gdy atak zbliżył się zupełnie — wszelki ruch ustał i zapanowała złowroga cisza. Widać już było zieleń i złoto drzew i zarośli, drgających i szeleszczących lekko w pierwszych słabych podmuchach rannego wietrzyka. Blade słońce poranku znaczyło po ziemi długie cienie i jasne smugi światła. Jeden z rannych dźwignął głowę i z wysiłkiem popełznął w gąszcz. Michael wiódł za nim lufą, ale nie strzelał. Wzdłuż niewidzialnej linji atakujących przebiegło od prawej ku lewej gwizdanie i chmura strzał przeszyła powietrze.
— Baczność! — skomenderował Van Brunt, z nowym metalicznym dźwiękiem w głosie — Teraz!
W tej chwili porzucono schronienia. Las nagle zawrzał życiem. Rozległy się przeciągłe okrzyki — karabiny zatrajkotały wyzywającą odpowiedź. Krajowcy ginęli w pół kroku, lecz poprzez zwalonych sunęli ich bracia, jak rycząca, niepowstrzymana lawina. Na przedzie, z rozwianym włosem i pustemi, wolno w biegu puszczonemi rękoma, przemykając śród drzew, skacząc poprzez zwalone pnie — biegła Thom. Fairfax dostrzegł ją i o mało nie spuścił cyngla, nim ją poznał.
— Kobieta! Nie strzelać! — wołał — Uważać! Bezbronna!
Metysi nie słyszeli tego, tak samo jak Michael, ani brat jego, ani Van Brunt, strzelający bez przerwy. Ale Thom pędziła dalej bez szwanku, tuż za odzianym w skóry wojownikiem, który zabiegłszy z boku, wyprzedził ją. Fairfax wystrzelał naboje, mierząc w ludzi, biegnących w prawo i w lewo od niej i rzucił sztucer, by zmierzyć się z wysokim wojownikiem. Lecz ten, poznawszy go widocznie, skoczył w bok i wbił oszczep w pierś Michaela. W mgnieniu oka Thom objęła jedną ręką szyję męża i oplótłszy się prawie około niego, krzykiem i znakami przerywała łańcuch atakujących. Dwudziestu ludzi przemknęło opodal po każdej stronie i Fairfax przez krótką chwilę stał patrząc na nią, na jej brunatną urodę, drżąc ze wzburzenia i niespodziewanego poczucia triumfu, podnoszącego się z samego dna duszy, widząc otwartemi oczyma dziwne wizje i marząc, marząc w zachłystującem upojeniu. Złomy i okruchy filozofji starego, etyki nowego świata wirowały w jego mózgu, rzeczy nad wyraz realne i rozpaczliwie niepojęte, sceny łowów, haszcze, przepych lasów, martwe pustynie śnieżne, blask świateł balowych, wielkie audytorja wykładowe, szklane połyski lśniących retort i probówek, długie rzędy zastawionych książkami półek, monotonny warkot maszyn i zgiełk ulicznego ruchu, urywki zapomnianej piosenki, oblicza miłych kobiet i starych przyjaciół, strumienie pustyni śród wyniosłych skał, czółna rozbite na kamieniach brzegu, ciche łąki, zalane poświatą miesiąca i duszny zapach siana...
Wojownik, trafiony kulą między oczy, padł zabity i bezwładność biegu potoczyła ciało po ziemi. Fairfax otrząsnął się. Tych z towarzyszy, którzy jeszcze żyli, odepchnięto daleko w las. Słyszał tylko zaciekłe „Hia! Hia!“ wojowników, gdy skupiwszy się, dżgali i tłukli bronią z kłów i kości. Krzyki ginących uderzyły weń, jak ciosy. Wiedział, że walka skończona, sprawa przegrana, ale tradycje rasy i solidarność plemienna pędziły go, by biec na pomoc swoim, by chociaż umrzeć razem z niemi.
— Mężu mój! Mężu mój! — krzyczała Thom — Uratowany! Jesteś uratowany!
Fairfax próbował iść, ale ciężar jej ciała hamował jego kroki.
— Daremnie! Daremnie! Oni umarli, a życie jest dobre.
Oplotła szyję, owinęła się ciałem wokoło niego, on potknął się, zatoczył, zachwiał, próbując mocno stanąć na nogach, znów potknął się, i upadł plecami na ziemię. Głową uderzył w sterczący korzeń drzewny i pół ogłuszony, słabo się tylko szamotał. Gdy padali — Thom usłyszała świst pierzastej strzały szyjącej pobok i jak tarczą okryła męża własnem ciałem, opasawszy ramionami z całej siły, a twarzą i zębami przywarłszy do głowy.

Wówczas Keen powstał z gęstych zarośli o dziesięć kroków od nich. Rozejrzał się uważnie naokół. Bitwa odeszła i ostatnie krzyki zamierały w oddali. Nikt nie mógł widzieć. Keen osadził strzałę na strunie cięciwy i popatrzył na mężczyznę i kobietę. Między jej nagą piersią i ramieniem bielał bok mężczyzny. Keen pchnął łuk i odciągnął strzałę ku sobie aż do końca. Podwakroć uczynił to, mierząc spokojnie i pewnie, a później wypuścił pocisk z kościanym grotem prosto w białe ciało, zdające się bielszem jeszcze w uścisku ciemnych rąk i piersi.


HISTORJA JEES UCK


Świat pełen jest przykładów rozmaitego poświęcenia. Sama jednak istota poświęcenia pozostaje zawsze niezmienna. Paradoksalne założenie jej polega na tem, iż ludzie poświęcają to, co jest im najdroższe, dla czegoś jeszcze droższego. Nigdy po przez wieki nie działo się inaczej. Tak było wówczas, kiedy Abel składał w ofierze pierworodne stad swoich: były mu bowiem droższe, niż wszystko na świecie, poświęcał je zaś, by stać się miłym Bogu. Tak było, gdy Abraham gotował się zabić syna swego Izaaka na górze. Izaak był mu bardzo drogi, ale, w sposób niepojęty, Bóg mu był jeszcze droższy. Być może, iż Abraham czuł trwogę przed Bogiem. Wszakże czy to, czy tamto było prawdą — miljardy ludzi w ciągu setek lat orzekły, iż Abraham kochał Boga i pragnął mu służyć.
Skoro zaś zdecydowano, że miłość gotowa jest służyć i poświęcać rzeczy najdroższe, to Jees Uck, chociaż nie była niczem więcej, jak córką plemienia czerwonoskórych — kochała wielką miłością. Jees nie znała historji i umiała czytać jedynie znaki pogody na niebie i ślady zwierząt na ziemi — wskutek czego nie wiedziała nic o Ablu ani o Abrahamie. Więcej nawet, uniknąwszy opieki dobrych sióstr z Misji świętego Krzyża, nie dowiedziała się nic o Rut z Moabitu, która wyparła się Boga swego dla obcej kobiety, z cudzej ziemi. Jees Uck uczono wyrzeczeń tylko w jeden sposób: — kijem, tak jak się uczy psa, by rzucił skradzioną kość. Jednak, gdy czas nastał, okazało się, że potrafi dorównać wielkiemu plemieniu białych, że wykaże poświęcenie zaiste królewskie.
Oto więc historja Jees Uck, będąca zarazem historją Neila Bonnera, Katty Bonner i dwojga potomków Neila. Aczkolwiek Jees Uck była kobietą ciemnej rasy, nie była przecież Indjanką, ani Eskimoską, ani nawet Inuitką. Wedle niepisanych podań, u samych podstaw jej drzewa genealogicznego występuje niejaki Skolkz, Indjanin z plemienia Tojata z nad Yukonu, który to Skolkz, za dni swej młodości, udał się z biegiem rzeki aż do jej szerokiego ujścia, gdzie zamieszkują Inuici i tam poznał kobietę, zwaną wedle opowiadań Olillją. Matką Olillji była Eskimoska, ojcem — Inuita. Skolkz z Olillją zrodzili Halję, będącą pół krwi Indjanką Tojata, ćwierć krwi Inuitką i ćwierć krwi Eskimoską; Halja zaś była babką Jees Uck.
Halja, mająca w żyłach krew tak mieszaną i pozbawiona przesądów co do dalszego jej mieszania, złączyła swoje losy z rosyjskim kupcem futer Shpackiem, noszącym też miano Grubego Brzucha. Określamy go jako Rosjanina z powodu trudności definicji ściślejszej: ojciec Shpacka, katorżnik, pochodzący z południa Rosji, uciekł z kopalni rtęci na północ Sybiru, gdzie poznał Zimkę, kobietę plemienia Renifera, która stała się matką Shpacka, dziada Jees Uck.
Gdyby Shpack jako dziecko jeszcze nie dostał się był do niewoli w ręce pobrzeżan, mieszkających nad oceanem Lodowatym — nie byłby został dziadem Jees Uck i nie byłoby wogóle żadnej historji. Trafił jednak do niewoli, uciekł później od pobrzeżan na Kamczatkę, skąd statkiem norweskim, polującym na wieloryby, dotarł do Bałtyku. Wkrótce potem znalazł się w Petersburgu. Po kilku zaś latach ruszył na wschód tą drogą, która przed pół wiekiem była świadkiem krwawej męki i jęków jego ojca. Shpack wszakże był wolny i pracował w rosyjskim przedsiębiorstwie, handlującem futrami. W interesach firmy wędrował coraz dalej i dalej na wschód, aż wreszcie przez morze Beringa dostał się do rosyjskiej części Ameryki. W Pastolik, leżącym nad największą odnogą delty Yukonu, został mężem Halji, przyszłej babki Jees Uck. Z małżeństwa tego zrodziła się dziewczynka, imieniem Tukesan.
Na skutek dyspozycji swej firmy, Shpack odbył podróż czółnem do fortu Nulato. Było to w roku 1850-tym. Tego właśnie roku Indjanie, mieszkający nad rzeką, napadli na Nulato i starli je z powierzchni ziemi. Shpack i Halja zginęli. Tej samej strasznej nocy — Tukesan znikła. Po dziś dzień plemię Tojata twierdzi, że nie brało udziału w napadzie, niemniej jednak nie da się zanegować faktu, iż maleńka Tukesan wychowywała się pośród Tojatów.
Tukesan wyszła zamąż kolejno za dwu braci z plemienia Tojatów. Dzieci nie miała. Kobiety kiwały głowami nad tem zjawiskiem, i wśród Tojatów zbrakło trzeciego śmiałka, któryby się odważył ożenić z bezdzietną wdową. Jednocześnie o kilkaset mil wyżej, w forcie Yukonu, znajdował się niejaki Spiken O’Brien. Fort Yukonu był jedną z placówek handlowych Hudson Bay Company, zaś Spike O’Brien był towarzystwa tego funkcjonarjuszem. Pracował dobrze, lecz doszedł do wniosku, iż zajęcie mu nie odpowiada i opinję swą wyraził w ten mianowicie sposób — że uciekł. Powrót do faktorji York, nad zatoką Hudsona, wzdłuż całego szeregu osad, wymagałby roku czasu. Pozatem Spike O’Brien wiedział, że we wszystkich osadach są placówki Company, na tej więc drodze nie ujdzie jej szponów. Pozostawała tedy jedyna ucieczka — z biegiem Yukonu. Coprawda, nikt jeszcze z białych nie płynął nigdy w dół Yukonu i nikt nie wiedział, czy rzeka wpada do Oceanu Lodowatego, czy do morza Beringa. Spike O’Brien był jednak celtem, niebezpieczeństwo więc stanowiło dlań zachętę.
Po kilku tygodniach, głodny, napół umarły od gorączki błotnej, werżnął dziób czółna w wybrzeże około wsi Tojatów — i omdlał. W ciągu następnych tygodni, gdy siły poczęły doń powracać, zauważył Tukesan i uznał, że mu odpowiada. Podobnie jak ojciec Shpacka, który osiągnął wiek sędziwy mieszkając wśród Czukczów Jelenich Syberji — Spike O’Brien mógł złożyć znużone kości w ziemi Tojatów. Lecz romantyzm niegasnący nigdy w jego sercu nie pozwolił mu zostać na miejscu. Jeśli on, pierwszy z białych, mógł przedostać się od faktorji York do fortu Yukonu — mógł również przejść od fortu Yukonu do oceanu i zdobyć dla się laury odkrycia Północno-Zachodniego szlaku lądowego. Ruszył zatem i zdobył sławę nienotowaną w żadnej kronice i przez nikogo nie opiewaną. Po upływie kilkunastu lat, O’Brien utrzymywał już traktjernię dla majtków w San Francisco i uzyskał tam opinję niezmiernie utalentowanego paliwody, dzięki szczerej prawdzie, którą rozpowiadał.
Natomiast Tukesan, uważana za bezpłodną — zrodziła dziecko — Jees Uck. Roztrząsnęliśmy tu tak szczegółowo jej pochodzenie, żeby wykazać, że nie była Indjanką, ani Eskimoską, ani Inuitką, ani wogóle kobietą określonej rasy. Roztrząsnęliśmy to także i w tym celu, aby przypomnieć, jaką mieszaniną ras jesteśmy wszyscy i jak kręte są drogi pochodzenia każdego człowieka.
Być może, iż dzięki swej krwi niespokojnej, złożonej mieszaniny wielu szczepów — Jees Uck wyrosła na bardzo piękną dziewczynę. Piękność jej była, rzec można, swoista i dostatecznie wschodnia, żeby stanowić zagadkę dla każdego zbłąkanego etnologa. Charakteryzował ją wdzięk subtelny i zwiewny. Krew celtyckiego przodka dała jej jasną skórę i żywy rumieniec, dzięki któremu twarz zdawała się jeszcze bielsza. Być może zresztą, iż odziedziczyła to po Shpacku, któremu dał taką barwę skóry jego ojciec słowianin. Oczy miała wielkie, płonące, czarne oczy metysów: głębokie, okrągłe i zmysłowe — oznaka skrzyżowania ras białej i ciemnej. Domieszka krwi białych i świadomość tego, uczyniła ją w pewnym stopniu wyniosłą. Prócz tego miała wychowanie i poglądy na życie prawdziwej Indjanki Tojata.
Pewnej zimy, gdy Jees Uck była już dorosła, w życie jej wszedł Neil Bonner. Zdarzyło się to w ten sam sposób, jak jego przybycie do kraju Północy. To znaczy — niezależnie od jego woli. Zaiste bowiem Neil Bonner znalazł się w owych stronach najzupełniej wbrew własnym chęciom. Mieszkając poprzednio z ojcem, który odcinał kupony i pielęgnował róże, obok matki zajętej rozrywkami światowemi — Neil zdumiał ze szczętem. Niemożna twierdzić, aby charakter jego był zły, ale gdy człowiek ma żołądek zapchany mięsem i dwadzieścia cztery godziny na dobę wolne, musi dać ujście swym siłom. W takim właśnie położeniu znajdował się Neil Bonner. Począł tedy wyładowywać siły w ten sposób i w takiej skali, że kiedy doszedł do nieuniknionego zenitu, Bonner-ojciec wylazł z za krzaków różanych i w panicznem zdumieniu przyjrzał się synowi. Następnie udał się do najlepszego przyjaciela, bliskiego mu z upodobań, z którym zwykł się naradzać co do kuponów oraz róż. We dwu przesądzili losy młodego Neila. Miał wyjechać, aby nabrać doświadczenia, a później zacząć życie nowe, biorąc za wzór zacny przykład starszych.
Gdy decyzja zapadła, a młody Neil okazał pewną skruchę i bardzo wielkie zawstydzenie, wszystko dalej poszło już łatwo. Obaj przyjaciele mieli znaczną ilość akcji Pacific Company, towarzystwo to zaś rozporządzało liczną flotyllą statków rzecznych i morskich i prócz oceanu, eksploatowało mniej więcej sto tysięcy mil kwadratowych takich terytorjów, które zazwyczaj na mapach znaczone są czystym papierem, Kompanja wysłała młodego Neila Bonnera na Północ, gdzie leżą właśnie owe niezarysowane miejsca, aby tam, pracując dla Towarzystwa, nauczył się naśladować cnoty swego rodzica. — Pięć lat prostego życia, obcowania z przyrodą i oddalenia od pokus, zrobią z niego człowieka — orzekł stary Neil Bonner, poczem wpełznął z powrotem między swoje róże. Neil młodszy zacisnął zęby, zadarł głowę do przyzwoitej wysokości i zabrał się do roboty. Jako podwładny, nieźle spełniał swe zadanie i doczekał się szacunku zwierzchników. Nie dlatego bynajmniej, żeby czuł zapał do pracy, lecz praca jedynie chroniła go przed pomieszaniem zmysłów.
W ciągu pierwszego roku miał ochotę umrzeć; w drugim roku przeklinał wyroki boskie. W trzecim opanowały go oba uczucia razem i w tym nastroju przemówił się ostro z jednym ze swych przełożonych.
W samym sporze zatriumfował, aczkolwiek ostatnie słowo wyrzekła władza. Słowo to wyprawiło Neila Bonnera na zesłanie, w porównaniu z którem poprzednie jego losy wydawać się mogły rajem. Neil wszakże udał się wedle wyroku bez skargi, gdyż Północ zdołała już uczynić zeń mężczyznę.
Na niezarysowanych przestrzeniach mapy tu i ówdzie stoją maleńkie kółeczka, podobne do litery „o“. Obok, z jednej lub drugiej strony, znajdują się napisy, np.: „fort Hamilton“, „fort Yukon“, „Dwudziesta Mila“[6]. Można więc wyobrazić sobie, że na białych przestworzach rozsypane są miasteczka i osady. Myli się, kto tak myśli, Dwudziesta Mila — podobnie jak inne posterunki handlowe, składa się ze skleconej z belek izby, wielkości sklepiku kolonjalnego z kilkoma mieszkalnemi cipkami na piętrze. W podwórzu za nią, na wysokich palach, sterczy składzik i stoją jakie takie zabudowania. Podwórze niczem nie ogrodzone, rozciąga się aż po horyzont, a być może — dalej nawet. Jak okiem sięgnąć, niema nigdzie innych budynków — tylko plemię Tojata co czas pewien rozbija obozowisko parę mil niżej, na brzegu Yukonu. Taką jest właśnie Dwudziesta Mila, jedna z licznych macek Pacific Company. Agent Towarzystwa wraz z pomocnikiem kupują futra od Indjan, oraz prowadzą inne, trudne do określenia tranzakcje z poszukiwaczami złota, płacącemi złotym piaskiem. Jednocześnie agent oraz jego pomocnik przez całą zimę tęsknią za wiosną, z nadejściem zaś wiosny, klnąc włażą na dach, podczas gdy wezbrany Yukon zalewa całą instytucję. Tam właśnie w czwartym roku swego pobytu na Północy przybył Neil Bonner w roli agenta handlowego. Neil nie zajął niczyjego miejsca, gdyż poprzednik jego sam się usunął z tego świata „z powodu ciężkich warunków“, jak wyjaśniał pomocnik jego, pozostający na stanowisku. Indjanie Tojata, w pogawędkach u ognisk, rzecz tę tłumaczyli inaczej. Pomocnik agenta Dwudziestej Mili miał zgarbione plecy, wklęsłe piersi i zapadłe policzki, mizernie porośnięte nędzną bródką. Kasłał, jakgdyby suchoty nie zostawiły jednego zdrowego miejsca w jego płucach, oczy zaś płonęły mu gorączkowym, niespokojnym ogniem, który charakteryzuje ofiary gruźlicy w ostatnim stadjum. Nazywał się Pentley — Amos Pentley i nie spodobał się Bonnerowi od pierwszego wejrzenia, choć Neil odczuwał litość wobec osądzonego na śmierć. Obaj ci ludzie nie potrafili ułożyć dobrze wspólnego życia, aczkolwiek oni właśniej bardziej niż wszyscy ludzie na ziemi, winni byli starać się zżyć wzajemnie, skoro pozostawali sam na sam, patrząc prosto w twarz zimy, trwającej bez końca wśród ciemności, chłodu i milczenia.
Po pewnym czasie Bonner zadecydował, że Amos ma głowę nie całkiem w porządku i dał mu spokój, robiąc sam wszystko, za wyjątkiem gotowania. Ale i w ten sposób nie uzyskał nic, prócz gniewnych spojrzeń i nieskrywanej nienawiści. Było to dlań wielkim ciężarem, gdyż zbrakło ulgi, którą dałby uśmiech, dobre słowo, współczucie towarzysza niedoli. Zima zaś nasuwała się dopiero i Neil zrozumiał, że obecność pomocnika tego rodzaju, mogła wpłynąć na decyzję samobójstwa poprzedniego agenta.
Samotność w Dwudziestej Mili była zupełna. We wszystkich kierunkach posępna nieskończoność zaginała się aż gdzieś za oryzont. Zmarzły śnieg pokrywał ziemię i otulał wszystko śmiertelnem milczeniem. Przez kilkanaście dni z rzędu trwała pogoda i zimno: termometr Fahrenheita wskazywał uparcie od 40-tu do 50-ciu stopni niżej zera. Następnie przychodziła zmiana. Wilgoć zawarta w powietrzu zgęszczała się w mętne, szare, bezkształtne chmury. Zapadał mrok i termometr szedł w górę do 20-tu niżej zera. Z nieba poczynały sypać się twarde kulki lodowe, skrzypiące pod nogami, jak suchy cukier czy żwir. Później znów nadchodziły dni pogodne i mroźne, póki nie nazbierało się dosyć wilgoci, aby zasłonić chmurami ziemię od chłodu przestrzeni międzyplanetarnych. To wszystko. Nie działo się nic więcej. Nie było ani burz, ani powodzi, ani huraganów, druzgocących lasy, nic, prócz mechanicznego opadu wydzielanej wilgoci. W ciągu długich tygodni nudy, najgodniejszem uwagi zjawiskiem było podniesienie się termometru na niebywałą wysokość 15-tu stopni zimna! Jakby w odwet za to ustępstwo, przestrzenie międzyplanetarne ścisnęły ziemię natychmiast takim mrozem, że rtęć zamarzła, a termometr spirytusowy, postawszy dwa tygodnie w 70-ciu stopniach zimna — pękł wreszcie. Odtąd nie było już wiadomo, o ile mróz się powiększa. Innem zjawiskiem, nużącem swą monotonnością, było przedłużanie się nocy: aż w końcu dzień stał się podobny do małej iskry światła między dwiema falami mroku.
Neil Bonner był zwierzęciem towarzyskiem. Nawet głupstwa, za które pokutował dzisiaj, miały kiedyś źródło w jego żywiołowej towarzyskości. Tu zaś, w czwartym roku swego zesłania, znalazł się w towarzystwie (w gruncie rzeczy słowo to traciło właściwy sens) istoty posępnej i milczącej, w której oczach złowrogo płonęła nienawiść, równie nieubłagana, jak bezpodstawna. Bonner, łaknący gawędy i obcowania z człowiekiem, jak łaknie się wody, słaniał się niby cień już pogrzebanego, dręczony wspomnieniami dni minionych. Przy pracy wargi jego były zcięte, twarz surowa, ale nocami łamał ręce, tarzał się po łożu i płakał jak dziecko, lub też myślał o kimś posiadającym władzę i czynił mu całemi godzinami gorzkie wyrzuty. Przeklinał także i Boga, lecz Bóg wie wszystko i nie znajdzie w sercu swem gniewu wobec słabych śmiertelników, co buntują się przeciw wyrokom Jego w dalekiej Alasce.
Tam to, na Dwudziestą Milę, przybyła dnia pewnego Jees Uck, aby kupić mąki, słoniny, a także purpurowego sukna i paciorków do swych robót. Nie zdawała sobie sprawy, że zjawiła się jakgdyby poto, by człowiek samotny głębiej odczuł samotność i nocami wyciągał ramiona w pustkę. Neil Bonner był bowiem tylko człowiekiem! Gdy po raz pierwszy weszła do sklepu, patrzał na nią długo, bardzo długo, tak jak patrzy spragniony wędrowiec na nurt strumyka. Ona zaś, odziedziczywszy po Spike O’Brienie śmiałą wyobraźnię, uśmiechnęła mu się wprost w oczy, nie tak, jak uśmiechać się winny ciemne kobiety wobec przedstawicieli rasy panującej, ale jak uśmiecha się kobieta do mężczyzny. Los Neila Bonnera był przesądzony. Neil wszakże nie rozumiał tego i do walki z losem zużył cały upór i namiętność, jakie kryły się w pożądaniu, które chciał pokonać. A ona? Jees Uck, była to Jees Uck, wychowana, jak prawdziwa Indjanka Tojata.
Jees często przyjeżdżała po zakupy i, siedząc u wielkiego pieca, godzinami gawędziła z Neilem łamaną angielszczyzną. Neil począł oczekiwać jej przybycia i w dnie, gdy zbrakło dziewczyny, osaczał go niepokój i nuda. Niekiedy uświadamiał sobie mętnie co się dzieje, i wówczas spotykał Jees chłodno z jakiemś postanowieniem, którego nie mogła pojąć. Była przecież wewnętrznie przekonana o nieszczerości tego objawu. Częściej jednak brakło mu woli i wówczas wszystko było dobrze: uśmiechali się ku sobie, nie widząc własnej radości. Amos Pentley, dusząc się, niby ryba wyrzucona na piasek i głuchym kaszlem przywodząc myśli o nieuniknionej trumnie, patrzył na wszystko z jadowitym uśmieszkiem. Kochał życie, a żyć nie mógł. Dusza jego rwała się w męce, gdy widział, że inni żyć mogą. Dlatego nienawidził Bonnera, pełnego sił, z błyskającą na widok Jees Uck radością w oczach. Co zaś do samego Amosa, to dość mu było pomyśleć o dziewczynie, a krew uderzała do głowy z taką siłą, że dostawał krwotoku.
Jees Uck, ze swym prostym umysłem, z pierwotnym sposobem myślenia, nie nawykła do analizowania zjawisk złożonych, czytała w duszy Amosa bez wysiłku. Ostrzegła Bonnera otwarcie i szorstko kilkoma wyrazami. Neil zaś, któremu komplikacje wyższego rozwoju przeszkadzały w ocenie, zaśmiał się z jej wyraźnego niepokoju. Amos Pentley był dlań nieszczęśliwą, litości godną istotą, która w rozpaczy chwiała się nad grobem. Wspaniałomyślność łatwa była dla Bonnera wobec cierpień, których sam nie przeżył.
Pewnego mroźnego ranka, Neil wstał od stołu podczas śniadania i zeszedł do składu. Jees Uck, cała rumiana od ruchu, już tam czekała. Chciała kupić worek mąki. W kilka minut później Neil stał na śniegu i przywiązywał worek do jej sani. Schylając się, poczuł sztywność w szyi i jakieś nieokreślone przeczucie zbliżających się cierpień fizycznych. Dociągnąwszy ostatni węzeł, spróbował się wyprostować i nagle upadł na śnieg w straszliwych kurczach. Wyciągnięty i drgający, z głową odrzuconą wstecz, z wygiętym karkiem, przekrzywioną twarzą, czuł, że tkanki ciała rozrywają mu się na włókna. Jees była już w śniegu obok niego, ale Neil konwulsyjnie ścisnął jej ręce i w ten sposób obezwładnił ją na cały czas trwania ataku. Po kilkunastu minutach kurcze przestały go skręcać, leżał jednak nie mogąc się podnieść, wyczerpany, pół przytomny, z potem na czole i pianą na ustach.
— Prędzej! — zachrypiał ze szczególnem rzężeniem w głosie — prędzej do domu!
Spróbował pełznąć na czworakach, aż Jees dźwignęła go, i wsparty na gibkim ramieniu, Neil począł wlec się powoli. Przy wejściu do izby konwulsje schwytały go znowu, odrzuciły ciało z nieodpartą siłą od Jees i Neil wijąc się, upadł na podłogę. Amos Pentley patrzał z zaciekawieniem.
— O Amos! — krzyknęła Jees zmieszana i pełna rozdzierającej trwogi — on umiera?
Amos wzruszył ramionami i obserwował dalej. Ciało Bonnera opadło, napięte muskuły osłabły i na twarz wystąpił wyraz ulgi.
— Prędzej! — wyrzekł przez zęby, krzywiąc ścięte wargi, w zmaganiu z nadchodzącym nowym atakiem. — Prędzej, Jees, lekarstwo! To nic! Pomóż mi!
Jees Uck wiedziała, że skrzyneczka z lekarstwem stała w kącie pokoju za piecem i pociągnęła tam chorego. Gdy konwulsje ucichły, Neil począł szperać w skrzynce, nie bacząc na osłabienie i uczucie bezwładu. Widział, jak w podobnych męczarniach zdychały psy i wiedział co robić. Wyjął słoik z chloral hydratem. Palce miał jeszcze zbyt słabe, by wydobyć korek. Jees uczyniła to za niego, podczas gdy nim miotały znów konwulsje. Kiedy oprzytomniawszy, zobaczył nachylony słoik, a potem spojrzał w wielkie czarne oczy — wyczytał w nich to, co czyta zawsze mężczyzna w oczach kobiety, mającej doń należeć. Zażywszy sporą dozę lekarstwa upadł na plecy, a potem, wytrzymawszy jeszcze jeden atak, z wysiłkiem dźwignął się na łokcie.
— Słuchaj, Jees Uck — rzekł bardzo wolno, jakgdyby rozumiejąc konieczność pośpiechu i lękając się zarazem jego panicznej gorączki. — Uczyń, co ci powiem: zostań ze mną, ale nie dotykaj mnie. Potrzebuję zupełnego spokoju. Nie powinnaś odchodzić.
Szczęki poczęły mu się zwierać i twarz oszpeciło zbliżające się cierpienie. Neil jednak wytężył wolę, aby je przezwyciężyć.
— Nie odchodź. I nie wypuszczaj Amosa. Zrozumiałaś? Amos powinien zostać tutaj.
Jees skinęła głową, a Neil znowu począł tarzać się w konwulsjach, coraz słabszych jednak i rzadszych. Jees Uck strzegła go i pomna rozkazu, nie śmiała dotknąć.
W pewnej chwili Amos okazał zaniepokojenie i chciał przejść do kuchni, ale spojrzeniem podobnem błyskawicy zatrzymała go w miejscu. I znowu nic, prócz ciężkiego, rzężącego oddechu Amosa, nie mąciło ciszy.
Bonner zasnął. Przebłysk światła, mający być dniem, zagasł. Podczas gdy Amos zapalał lampy naftowe, kobieta nie spuszczała zeń oka. Nadszedł wieczór. Za oknem, wychodzącem na północ, niebo spłonęło zorzą, która chwiała się i promieniała, wreszcie zgasła. Po pewnym czasie Neil zbudził się. Przedewszystkiem spojrzał, czy Amos jest na miejscu, popatrzał z uśmiechem na Jees Uck i dźwignął się. Wszystkie muskuły chorego były zbolałe, znużone i Neil krzywił wargi, z gorzkim uśmiechem badając własne ciało. Następnie twarz jego stała się surowa i rozkazująca.
— Jees — rzekł — weź świecę, idź do kuchni; tam na stole powinno być jedzenie: suchary, fasola, wędlina. Kawa w imbryku stoi na piecu. Przynieś wszystko tu, na ladę. Weź także szklanki, wodę i wódkę z szafy na górnej półce. Nie zapomnij wódki!
Przełknąwszy szklaneczkę wódki, Neil starannie przetrząsnął swą apteczkę, odkładając na bok w określonym celu pewne słoiki i flakony. Następnie przystąpił do prymitywnej analizy jedzenia. Za swych czasów szkolnych przerabiał ćwiczenia w laboratorjum gimnazjalnem. Przy pewnej pomysłowości można było osiągnąć jakie takie rezultaty, nie bacząc na szczupłość środków. Stężenie charakteryzujące ataki upraszczało poszukiwania i Neil przerabiał tylko jedną próbę. Kawa nie wykazała nic. Nic również nie znalazł w fasoli. Zato szczególną uwagę zwrócił na suchary. Amos, nie mający pojęcia o chemji, obserwował z napięciem. Jees Uck zaś, pełna niezachwianej wiary w mądrość białych, szczególnie zaś w mądrość Neila Bonnera, nietylko nie rozumiejąc nic, ale wiedząc dokładnie, że nic nie rozumie, patrzyła nie na ręce Neila, ale w twarz jego.
Krok po kroku Neil zbliżał się do rozwiązania zagadki. Wreszcie przystąpił do ostatniej próby. Wziąwszy zamiast probówki wąski flakonik apteczny i trzymając go pod światło, Neil patrzał na powolne osadzenie się soli z jakiegoś rozczynu wlanego do naczyńka. Nie powiedział ani słowa zobaczywszy to, czego oczekiwał. Jees Uck, przykuta do twarzy Neila — ujrzała także. Jednym skokiem, jak tygrysica, rzuciła się na Amosa, z nieoczekiwaną zręcznością i siłą przegięła go przez kolano i nóż błysnął nad nim migocząc w świetle lampy. Amos chrypiał, ale Bonner wstrzymał cios.
— Jesteś dobra dziewczyna, Jees Uck. Ale to nic! Puść go.
Posłuszna puściła zdobycz, choć twarz jej wyrażała protest. Amos zwalił się na podłogę. Bonnner pchnął go nogą obutą w mokasyny.
— Wstać, Amos! — rozkazał. — Natychmiast proszę spakować swoje rzeczy i wyjeżdżać.
— Co to ma znaczyć?... — wybełkotał Amos.
— To ma znaczyć, że chciałeś mnie zgładzić — ciągnął Neil spokojnie, nie podnosząc głosu. — To ma znaczyć, że Amos zabił mego poprzednika, choć Kompanja przypuszczała, że to samobójstwo. Mnie poczęstowałeś strychniną. Nie wiem, czym on był potraktowany, ale w Dwudziestej Mili jest zamało miejsca na nas dwóch i musisz się wynieść. Do Holy Cross jest dwieście mil. Możesz je przejechać bez zmęczenia. Dam: sanie, żywność i trzy psy. Będziesz zresztą jak w więzieniu, bo wyjechać z tych stron nie możesz. Daję ci sposób uniknięcia kary. Jesteś napół umarły. Nie napiszę nic Kompanji aż do wiosny. Postaraj się umrzeć przez ten czas. A teraz — marsz!
— Kładź się, — nastawała Jees, gdy Amos znikł w ciemności, jadąc w kierunku Holy Cross. — Jesteś chory, Neil.
— A ty jesteś dobra dziewczyna, Jees Uck — odpowiedział — oto moja ręka. Ale idź do domu.
— Nie podobam ci się — wyrzekła poprostu.
Uśmiechnął się, pomógł jej założyć kaptur i odprowadził do drzwi.
— Za bardzo się podobasz, Jees Uck — powiedział łagodnie. — Za bardzo.
Później opadła na ziemię jeszcze głębiej nieprzenikniona i czarna noc podbiegunowa.
Neil Bonner doszedł do wniosku, iż należało więcej cenić obecność nawet posępnego, skazanego na śmierć i marzącego o morderstwie Amosa. Samotność w Dwudziestej Mili stała się zupełna. „Na Boga! Princess! przyślij mi kogoś!“ napisał do ajenta z fortu Hamiltona, leżącego o trzysta mil w górę rzeki. Po sześciu tygodniach posłany Indjanin przyniósł charakterystyczną odpowiedź: „Piekło. Odmroziłem sobie nogi. Sam potrzebuję człowieka. Princess“. Na domiar złego, większość Indjan Tojata odeszła wgłąb lądu, ścigając stado jeleni i Jees Uck poszła z nimi. Nieobecność czyniła ją jakby jeszcze bliższą i Neil chwytał się codzień w domu i wśród drogi na gorącym uczynku myślenia o niej, wywoływania jej postaci w wyobraźni. Niedobrze jest żyć w samotności. Często zdarzało się, że Neil wychodził ze składu bez czapki i gwałtownie wymachiwał rękoma w kierunku bladego światła nad północną krawędzią horyzontu. W głośne od ciszy, lodowate noce, porzucał posłanie i wychodził na mróz, rozdzierając milczenie okrzykami, jakby chcąc zbudzić coś, co dałoby się dotknąć i odczuć. Niekiedy znów wołał na psy, dopóki nie zerwały się ze snu i nie poczęły wyć. Jednego kosmatego psa wziął nawet do mieszkania, uważając go dla rozrywki za towarzysza, przysłanego przez Princessa.
Kazał psu spać w nocy jak należy, pod kołdrą i jeść, siedząc przy stole, po ludzku. Psisko jednak, blisko spokrewnione z wilkami, zbuntowało się stanowczo, warczało i chowało się po kątach. Wreszcie ugryzło pana w nogę i zostało wyproszone za drzwi kilkoma zdecydowanemi kopnięciami.
Następnie przyszła manja personifikacji i opanowała Neila. Wszystkie otaczające go siły zamienił w żywe istoty i począł współżyć z nimi. Odtworzył Panteon człowieka pierwotnego: słońcu zbudował ołtarz, na którym spalał w ofierze tłuszcze wędlin i stearynę ze świec, na nieogrodzonem podwórzu, wedle składu, na palach ulepił ze śniegu bałwana mrozu, przed którym wykrzywiał się i nad którym się znęcał, kiedy rtęć całkiem znikała w kuleczce. Rzecz prosta, że wszystko to było tylko rozrywką. Dla upewnienia samego siebie Neil powtarzał to bardzo często, nie zdając sobie sprawy, iż obłąkanie niejednokrotnie zaczyna się właśnie od udawania i zabawy.
Pewnego razu, pośród najgłębszej zimy, zajechał na Dwudziestą Milę misjonarz Jezuita, ojciec Champreau. Bonner rzucił się ku niemu, wciągnął do mieszkania, przypadł mu do ramienia i szlochał tak długo, aż wzruszony zakonnik zapłakał z nim razem. Wówczasz Bonner wpadł w świetny humor, urządził wspaniałą ucztą, twierdząc mężnie, że gość go już nie porzuci. Lecz ojciec Champreau śpieszył do Salt Water, zgodnie ze stanowczym rozkazem zakonu, więc wyjechał następnego ranka, wysłuchawszy na pożegnanie groźby, że krew Bonnera spadnie na jego głowę.
Urzeczywistnienie tej groźby było już bliskie, gdy po długich łowach plemię Tojata wróciło na leża zimowe. Indjanie przynieśli dużo futer i w Dwudziestej Mili zaczął się ruch i wrzawa. Jees Uck również poczęła zaglądać po paciorki, czerwone sukno i zapasy, a Bonner znowu wracać zaczął do równowagi.
Rzecz rozstrzygnęła się pewnego wieczoru, gdy Jees Uck wstała aby odejść. Nie zapomniała jego poprzedniej odmowy, i ta sama wyniosła duma, która pchała Spike O’Brien’a do wytknięcia północno-zachodniego szlaku lądowego, dyktowała jej wstrzemięźliwość postępowania.
— Pójdę już, — rzekła. — Dobranoc, Neil.
Neil podszedł do niej z tyłu.
— To byłoby źle — wyrzekł.
Gdy obejrzała się, spłonąwszy nagłą radością, — schylił się powoli, uroczyście i, jakgdyby celebrując święty obrządek, pocałował jej wargi. Indjanie Tojata nie tłumaczyli Jees nigdy znaczenia pocałunku, jednak pojęła go i oddała.
Obecność Jees Uck rozświetliła wszystko. Szczęście uczyniło ją po królewsku hojną i zamieniło niby w niewyczerpaną krynicę rozkoszy. Pierwotność jej umysłu i prostota postępowania wywoływały pełne zachwytu zdumienie w człowieku zbyt cywilizowanym, który zeszedł ku niej. Jees była mu nietylko pociechą w samotności, lecz bezpośredniość jej odnawiała jego przesyconą duszę.
Zdało mu się, iż po długiej wędrówce powrócił i złożył głowę na kolanach ziemi-matki. Jednem słowem, Neil znalazł w Jees Uck młodość świata — młodość, i siłę, i radość.
Aby zaś zaspokoić resztę jego potrzeb, a także by zapobiec przesyceniu się obojga sobą, w Dwudziestej Mili pojawił się niejaki Sandy Mac Pherson, człowiek towarzyski, jeden z tych, co pogwizdują w drodze, a na postoju zanucić potrafią piosenkę. Do jego namiotu, rozbitego o kilkaset mil w górę Yukonu, zajrzał ksiądz Jezuita zaledwie na chwilę, aby odmówić modlitwy nad jego zmarłym towarzyszem. Odjeżdżając, rzekł:
— Bardzo będziesz się czuł samotny, mój synu?
Sandy smutnie zwiesił głowę.
— W Dwudziestej Mili — mówił dalej ksiądz, — mieszka samotny człowiek. Jesteście sobie nawzajem potrzebni, mój synu.
W rzeczy samej Sandy stał się trzecią pożądaną osobą w Dwudziestej Mili: bratem kobiety i mężczyzny. Bonnera prowadził na jelenie i uczył stawiać sidła na wilki, — Neil ze swej strony wygrzebał gdzieś obdarty i zatłuszczony tom Szekspira, i czytał go z Sandy dopóty, dopóki słuchacz nie począł recytować pięciostopowych jambów swoim psom, gdy wszczynały nieposłuszne igraszki. Długie wieczory spędzali grając w karty, gwarząc i rozważając wszystkie sprawy świata. Jees Uck wówczas zachowywała się po domowemu, huśtała w bujającym fotelu, reperując ich skarpetki i mokasyny.
Nadeszła wiosna. Z południa wyjrzało słońce. Ziemia zrzuciła surowy całun i przybrała szatę radosnej zalotnicy. Świat uśmiechał się cały i wszystko tętniło życiem. Błogosławiony dzień stawał się coraz dłuższy, noce coraz krótsze, aż wreszcie znikły zupełnie. Rzeka odetchnęła pełną piersią. Sapiące parowce ożywiły głuchy kraj. Nastał czas gwarny, wypełniony ludźmi i zdarzeniami.
Do Dwudziestej Mili przyjechał nowy pomocnik agenta. Sandy Mac Pherson ruszył z garstką poszukiwaczy złota aż do kraju Koyokuk. Nadeszły gazety, czasopisma i listy, adresowane do Neila. Jees, ujrzawszy je, zaniepokoiła się, wiedziała bowiem, że to jego współbracia mówią doń z drugiego krańca świata.
Neila nie wzruszyła specjalnie wiadomość o zgonie ojca, od którego nadszedł list z pożegnaniem, podyktowany w ostatnich godzinach. Były również listy oficjalne od Pacific Company, łaskawie zezwalające mu na przekazanie prac pomocnikowi oraz na wyjazd kiedy zapragnie. Długa epistoła prawnicza wyliczała nieskończoną ilość akcji, obligacji, rent, najrozmaitszych ruchomości i nieruchomości, które stają się jego własnością, na mocy testamentu ojca. Maleńki, wytworny liścik z pieczątką i monogramem, wzywał drogiego Neila do jego kochającej i nieutulonej w żalu matki. Neil rozejrzał się i zdecydował szybko. Kiedy „Dziewica Yukonu“ zakasłała u brzegu, kierując się ku morzu Beringa, Neil odjechał, powtarzając stare męskie kłamstwo, odnowione raz jeszcze na jego ustach, kłamstwo o szybkim powrocie.
— Wrócę, Jees, kochana, wrócę jeszcze przed pierwszym śniegiem — obiecywał jej, stojąc u zwodzonego mostu i całując po raz ostatni.
Nietylko obiecywał, lecz podobnie jak wielu mężczyzn w analogicznych warunkach, miał szczery zamiar spełnienia swej obietnicy. John Thompson, nowy agent, otrzymał rozkaz otworzenia nieograniczonego kredytu żonie Neila, Jees Uck. Ostatnie spojrzenie z pokładu „Dziewicy Yukonu“ zatrzymał Neil na kilkunastu robotnikach, ociosujących belki, nagromadzone dla zbudowania najwygodniejszego domu ze wszystkich w promieniu tysiąca mil dolnego biegu rzeki, — domu Jees Uck, a zarazem Neila Bonnera, gdzie oboje zamieszkają, nim spadnie pierwszy śnieg. Neil szczerze i głęboko zdecydował, że powróci. Jees Uck była mu droga, prócz tego daleką Północ czekała wspaniała przyszłość. Neil przy pomocy pieniędzy ojca chciał urzeczywistnić perspektywy tej przyszłości. Marzyły mu się zawrotne plany. Posiadając doświadczenie czterech lat, mając poparcie Pacific Company, Neil chciał powrócić, aby stać się Rhodsem dla Alaski. I chciał powrócić jaknajszybciej, uporządkowawszy interesy spadkowe po ojcu, którego nie znał nigdy i pocieszywszy matkę, którą już zapomniał.
Neil Bonner, po powrocie z krajów podbiegunowych, powitany został wspaniale i uroczyście. Zapalono ognie, zastawiono stoły. Neil sprobował wszystkiego i wszystko przypadło mu do smaku. Neil nietylko opalił się na kolor bronzu, ale pod tą nową smagłą skórą stał się już nowym człowiekiem, człowiekiem umiejącym przenikać istotę zjawisk, patrzącym na świat poważnie i umiejącym panować nad sobą. Dawni jego współbiesiadnicy dziwili się, gdy odrzucono ich propozycje, by żył jak niegdyś. Przyjaciel zaś Bonnera starszego zacierał ręce z zadowolenia i został odtąd najwyższą instancją w sprawach, dotyczących ukrócania lekkomyślnych i próżnujących młodzieńców.
W ciągu lat czterech umysł Neila Bonnera fermentował w zamknięciu. Nowych wrażeń dostawało się doń niewiele, natomiast wewnątrz zachodził proces krystalizacji. Mózg pozbywał się wszystkiego, co było zbyteczne i nieczyste. Dawniej, żyjąc wśród świata, Neil intensywnie pochłaniał wrażenia. Tam, w pustyni śnieżnej, dość było czasu, by uporządkować całą masę wchłoniętego materjału. Neil przewiał jak plewy swe powierzchowne ideały i zdobył sobie nowe, na podstawie głębszych i szerszych uogólnień. Zapatrywania na cywilizację posiadał teraz zupełnie odrębne, niż przed wyjazdem. Oddychając rok po roku wonią ziemi, cały czas mając ją przed oczyma, dotarł do samego miąższu cywilizacji, zrozumiał jasno zarówno jej potęgę, jak i strony ujemne. Neil skonstruował własną krótką i prostą filozofję. Według jej wskazań, czystość życia otwierała dostęp do drogi zbawienia. Spełniony obowiązek miał stanowić treść czynu. Należało żyć uczciwie i spełniać swe obowiązki, aby mieć prawo do szerszego działania. Praca da ostatecznie prawo do zbawienia. Pracę zaś należało prowadzić tak, by życie rozwijało się coraz bujniej, coraz szerzej. Cel ten zgodny jest z sensem istnienia i z wolą Bożą.
Neil przedewszystkiem jednak był człowiekiem miasta, to też nowy jego związek z ziemią i męski pogląd na ludzkość umożliwiły mu jednocześnie głębsze wniknięcie w znaczenie cywilizacji i ocenę jej siły. Ludzie miast z dniem każdym stawali mu się bliżsi, świat zaś pociągał go swoim obszarem. I z dniem każdym Alaska stawała się dalsza i mniej rzeczywista. Później spotkał Kitty Sharon, jednej z nim rasy, bliską ciałem i duszą. Dziewczyna ta podała mu rękę i pociągnęła ku sobie z tak nieodpartą mocą, że zapomniał i ów dzień i godzinę i tę porę roku, gdy pierwsza zawieja śnieżna płynie nad Yukonem...

Jees Uck przeniosła się do swego wspaniałego ciosanego domu. Trzy złociste miesiące letnie spędziła wśród marzeń. Później — nadeszła jesień. W kantorze P.C. Company przyśpieszono obroty handlowe przed nadejściem zimy. Powietrze stało się jasne i ostre, dni przezroczyste i krótkie. Rzeka płynęła leniwie i zaciągała się lodowem szkliwem po cichych zatokach. Przybysze odjechali na południe i zapadło milczenie. Później lód okrzepł, poszła kra, a potem całe lodowe smugi. Yukon podniósł się aż po brzegi. Później i to ustało, a rzeka zastygła w bezruchu, zaś błysk dnia rozpłynął się w mrokach.
John Thompson, nowy agent, śmiał się. Jees Uck wszakże wierzyła w różne wypadki na morzu i rzece. Mróz mógł zaskoczyć Neila Bonnera gdzieś między przełęczą Chilcoot, a Świętym Michałem. Zapóźnionych podróżnych rok rocznie zatrzymuje lód i muszą wówczas schodzić z parowców, siadać na sanie i jechać, patrząc przez długie godziny na szybko mknące psy.
Jednak na drogach u Dwudziestej Mili, ani z góry, ani z dołu nie widać było psów. John Thompson, ze źle ukrytą satysfakcją upewniał Jees, że Bonner wcale nie powróci i jednocześnie zaznaczał niedwuznacznie, że sam gotów jest go zastąpić. Jees roześmiała mu się prosto w oczy i odeszła z powrotem do swego wspaniałego domu z ociosanych belek. Wśród najgłębszej zimy, gdy nadzieja umiera, a życie zaledwie tli się, dowiedziała się Jees, że zamknięto jej kredyt.
Była to robota Thompsona. Zacierając ręce przechadzał się, podchodził do drzwi, patrzył na chatę Jees — i czekał. Jees sprzedała swój zaprząg psów i zaczęła płacić gotówką za zakupy. Kiedy Thompson z kolei odmówił jej wydawania towaru nawet za pieniądze, wówczas zakupy dla niej robić zaczęli Indjanie Tojata, i korzystając z ciemności, przywozili jej na swych saniach rzeczy niezbędne.
W lutym przyszła po lodzie pierwsza poczta. John Thompson przeczytał w światowej kronice gazety z przed pięciu miesięcy o ślubie Neila Bonnera z Kitty Sharon. Jees trzymała go przed progiem otwartych drzwi, gdy oznajmiał jej tę nowinę. Kiedy skończył, roześmiała się wyniośle i nie uwierzyła. W marcu, bez wszelkiej pomocy, powiła niemowlę płci męskiej, maleńkie, raźne stworzenie, któremu przyglądała się z radością i zdumieniem.
A po roku, w tym że czasie Neil Bonner siedział u innego węzgłowia i podziwiał inną istotkę, wchodzącą w życie.
Śnieg stopniał i popękał lód na Yukonie. Słońce przebyło swą drogę ku północy, potem znów ku południowi. Gdy nic już nie zostało pieniędzy za sprzedane psy — Jees Uck wróciła do swego plemienia. Oche-Ish, zręczny myśliwy, zaofiarował się, że będzie polował dla małego i dla niej, jeśli zostanie jego żoną. Imego, Hah-Yo i Wy-Nooch, wszyscy trzej również dzielni młodzi łowcy, proponowali to samo. Jees wszakże wolała żyć samotnie i sama zdobywać sobie mięso i ryby. Poczęła szyć mokasyny, kaptury, rękawice — rzeczy ciepłe i użyteczne, a prócz tego miłe oczom dzięki ładnym wyszyciom z paciorków i sukna. Sprzedawała je kopaczom, których co roku było więcej w okolicy. W ten sposób nie tylko zapewniła sobie dostatnie pożywienie, ale nawet odkładała pieniądze. Pewnego dnia wzięła bilet na „Dziewicę Yukonu“, płynącą w dół rzeki.
W St. Michael została pomywaczką w kuchni P. C. C. Służba Company przyglądała się dziwnej kobiecie z dziwnem dzieckiem, ale nie wypytywali o nic, Jees zaś nic nie opowiadała. Przed samym przerwaniem żeglugi na morzu Beringa Jees odjechała w kierunku południa na szkunie poławiającej foki. która przypadkiem zawinęła do St. Michael. Zimę tego roku spędziła jako służąca w rodzinie kapitana Markheima w Unalasce. Na wiosnę zaś puściła się w dalszą wędrówkę, przepłynąwszy do Sitki na szalupie z wódką. Później znalazła się w Metlakahtla około St. Mary na samym cyplu półwyspu Pan Handle i tam pracowała przy napełnianiu puszek blaszanych mięsem świeżo ułowionych łososi. Gdy jesień nadeszła, a Siwashe, łowiący ryby, poczęli wybierać się do domu, w Puget Sound, Jees, razem z dwiema rodzinami rybaków, w dużej łodzi z cedrów przebyła niebezpieczną drogę pośród chaosu wybrzeży Alaski i Kanady aż do cieśniny Juande-Fuca. Poczem, trzymając za rękę swego chłopca, zeszła na kamienny bulwar w mieście Seattle.
Tam, w czasie wichury, napotkała Sandy Mac Phersona, który ździwił się bardzo na jej widok, wysłuchawszy zaś jej historji zapałał nawet oburzeniem, — choć nie do tego stopnia, jakby to niewątpliwie miało miejsce, gdyby wiedział o Kitty Sharon. O niej wszakże Jees Uck nie wspomniała ani jednem słowem, gdyż nie wierzyła. — Sandy, traktując to wszystko jako zwykłe podłe oszukiwanie kobiety, chciał nakłonić ją, aby nie jechała do San Francisco, gdzie, jak przypuszczano, mieszka Neil Bonner. Nic wszakże nie wskórał, wskutek czego zajął się tylko urządzeniem dla Jees wygodnej podróży: kupił bilety i odprowadził na pociąg, uśmiechając się do niej i mrucząc sam sobie w najeżoną brodę: — co za podłość!
Z hukiem, brzękiem, dniem i nocą, kołysząc się i drżąc na równinach, to wylatując aż ku wiecznym śniegom, to opadając w kwitnące doliny, prześlizgując się wzdłuż przepaści, przebiegając nad wąwozami, przenikając nawskroś przez góry — pociąg wiozący Jees Uck pędził ku południowi. Jees Uck nie bała się żelaznego rumaka i nie trwożyła jej potęga cywilizacji narodu, do którego należał Neil Bonner. Przeciwnie, jakgdyby jaśniej jeszcze pojęła, jak wielkim było to cudem, że człowiek tego równego bogom plemienia trzymał ją w ramionach. Krzykliwy zgiełk San Francisco, z jego nieprzerwanym ruchem, dymiącemi fabrykami, z turkotem tysięcy ładownych wozów nie zmieszał Indjanki. Jasnem stało się jej tylko całe ubóstwo Dwudziestej Mili i skórzanych jurt obozowiska Tojatów. Spojrzała w dół, na chłopca ściskającego jej dłoń i zdumiała się w głębi duszy, że zrodziła go z takim mężczyzną.
Zapłaciwszy woźnicy pięć monet, weszła na taras domu Neila Bonnera. Skośnooki Japończyk pertraktował z nią bezskutecznie przez czas pewien, poczem wpuściwszy ją, ulotnił się. Jees pozostała w hall’u, który jej pierwotnej wyobraźni wydał się salą do przyjmowania gości, gdzie wystawione są wszelkie skarby domu, by wzbudzić podziw przybyszów. Sufit i ściany wykładane były fornirem z czerwonego polerowanego drzewa, podłoga była bardziej śliska niż lód, i Jees, dopiero stanąwszy na jednym z wielkich dywanów, poczuła się bezpieczna.
W przeciwległej ścianie płonął ogień na kominku, który wydał się jej olbrzymi. Hall zalany był falami światła, złagodzonego przez kolorowe szyby. W głębi bielał posąg marmurowy.
Jees ujrzała to i wiele innych jeszcze zadziwiających rzeczy, gdy skośnooki służący prowadził ją przez pokoje. Jeden — drugi — trzeci. Ich urządzenie zaćmiło wszystko, co widziała w hall’u. Zdawało się, że w domu tym niema końca wspaniałym komnatom. Jakże były szerokie, długie, jakże wysoko odbiegły ich stropy! Poraz pierwszy od chwili przybycia do ziemi białych ludzi, Jees uczuła trwogę. Neil, jej Neil mieszka w tym oto domu, oddycha tym powietrzem i nocą tu zasypia. Piękne było wszystko, co widziała, lecz prócz zachwytu odczuła strach przed mądrością i władzą. Było to widomym przejawem potęgi w formie piękna, a obecność potęgi Jees odgadła niechybnie.
Weszła kobieta wysoka i smukła, owiana lśnieniem jasnych włosów, podobnych do mgły słonecznej. Zbliżyła się do Jees Uck, jak szemrzący powiew płynie przez senne wody. Nawet szelest jej sukien szeptał i śpiewał, a ciało miękko falowało pod tkaniną. Jees Uck sama była panią serc męskich. Przecież Oche-Ish i Hah-Yo i Wy-Nooch, nie mówiąc o Neilu Bonnerze i Johnie Thompsonie, chciwie patrzyli na nią i ulegali jej władzy. Na wielkie błękitne oczy, na różowo białą płeć tej kobiety, Jees spojrzała nie jak druga kobieta, lecz jakgdyby oczyma mężczyzny. I jako pani serc męskich uczuła się małą i słabą wobec tego promiennego zjawiska.
— Pani chce widzieć mego męża? — zapytała kobieta. Jees rozchyliła wargi, słuchając głosu, podobnego do płynnego srebra głosu, który nie zrywał się nigdy w okrzykach na warczące psy, nie łamał się w gardłowych dźwiękach dzikiego narzecza, nie ochrypł wśród zawiei, lub w dymie ognisk postoju.
— Nie — odrzekła Jees powoli i niepewnie, starając się mówić jak najlepiej po angielsku. — Przyszłam zobaczyć Neila Bonnera.
— On właśnie jest moim mężem — rozśmiała się jasnowłosa.
Więc to była prawda! Więc John Thompson nie skłamał, gdy w ów posępny dzień lutowy zaśmiała się i zamknęła mu drzwi przed samym nosem. I jak niegdyś przegięła Amosa Pentley na kolanie, wznosząc nóż nad jego gardłem, tak w owej chwili poczuła nagłą chęć, by skoczyć ku tej kobiecie, złamać ją, rzucić i wyrwać życie z jej pięknego ciała.
Jees Uck jednak myślała szybko i żaden przejaw zewnętrzny nie zdradził jej uczuć. Nigdy więc Kitty nie wiedziała, jak blisko podeszła ku niej śmierć w owej chwili.
Jees skinęła głową na znak, że rozumie. Kitty dodała, iż Neil winien nadejść lada chwila. Następnie obie usiadły w fotelach, do przesady wygodnych i Kitty sprobowała bawić swego szczególnego gościa, Jees zaś ze swej strony śpieszyła jej z pomocą.
— Pani może znała mego męża na Północy? — spytała w toku rozmowy Kitty.
— Znała. Prała jej bielizna — odpowiedziała Jees Uck, zaczynając nagle haniebnie kaleczyć angielszczyznę.
— To syn pani? Ja mam też córeczkę...
Kitty kazała przyprowadzić dziewczynkę i podczas gdy dzieci na swój sposób zawierały znajomość, matki rozmawiały o nich, pijąc herbatę z tak filigranowych naczyniek, że Jees przez cały czas obawiała się zgnieść swoje w ręku. Nigdy nie widziała tak cienkiej porcelany, filiżanek tak zgrabnych i przezroczystych. Porównywała je w głębi duszy z kobietą, której różowe dłonie nalewały herbatę i jako kontrast nasunęły się pamięci naczynia i flasze skórzane osad Tojata, niezdarne kubki w Dwudziestej Mili — i Jees przyrównała je do siebie. W tej formie i pod tą postacią wysunęło się dla niej pytanie, które czekało na rozstrzygnięcie. Oto kobieta bardziej niż ona sama godna rodzić i wychowywać dzieci Neila Bonnera. Podobnie jak jego współplemieńcy stali wyżej niż bracia Jees, tak kobiety jego rasy miały przewagę nad nią. Uznała je za panie wszechwładne serc męskich, mężów zaś ich za władców świata. Patrząc na różaną płeć Kitty Bonner, porównywała z nią własną smagłą cerę. Przeniosła spojrzenie z ciemnej dłoni na śnieżną: jedna stwardniała od pracy, od bicza na psy, od wiosła, druga nie znająca trudu i znoju, jak rączka nowonarodzonego dziecięcia. A jednak nie bacząc na tę pozorną kruchość i słabość, Jees Uck chwytała w błękitnych oczach, w ich głębi, ten sam blask władczy i rozkazujący, jaki widywała w źrenicach Neila Bonnera i ludzi jego rasy.
— Czyż być może! Jees Uck — wyrzekł, wchodząc, Neil Bonner. Wymówił to spokojnie, nawet z odcieniem radosnej życzliwości, ale Jees ujrzała w oczach jego trwogę.
— Dzień dobry Neil — rzekła — wyglądasz bardzo dobrze.
— Doskonale, doskonale, Jees Uck — odpowiedział serdecznie. Jednocześnie przecież szukał na twarzy Kitty jakiegokolwiek śladu, z którego mógłby wywnioskować, co działo się tutaj w czasie jego nieobecności. Zresztą, zbyt dobrze znał żonę, aby spodziewać się objawów najmniejszego wzruszenia, nawet gdyby stały się rzeczy najgorsze.
— Nie wyobrażasz sobie jak się cieszę, że cię widzę — mówił dalej. — Jakżeż to się stało? Trafiłaś na złotą żyłę? Kiedy przyjechałaś?
— He-e-dziś przyjechałam — odrzekła, instynktownie sięgając po gardłowe dźwięki. — Nie, niema żyła Neil. Znasz kapitan w Unalaska? Gotować jedzenie bardzo długo. Zbierać pieniądze. Potem — dużo pieniądz. Dobrze — myślę — jechać, patrzeć ziemia białego człowieka. Dobrze, bardzo dobrze, białego człowieka ziemia.
Neila zdziwił jej sposób mówienia. Niegdyś obaj z Sandy dokładali wszelkich starań, aby nauczyć Jees poprawnego wyrażania się, I uczennica była pojętną. Teraz zdawać się mogło, iż wróciła do stanu pierwotnego. Twarz jej miała wyraz dobroduszny, uparcie dobroduszny i nie pozwalała nic wyczytać. Pogodne oczy Kitty niepokoiły go również. Co się stało? Co było tu powiedziane? Co zostało odgadnięte?
Ponieważ Neila dręczyły te pytania, Jees zaś dławił los, który ją czeka — a nigdy jeszcze Bonner nie zdał jej się tak wspaniałym i wielkim — zapanowało milczenie.
— I proszę pomyśleć, że pani znała mego męża jeszcze na Alasce! — wyrzekła zcicha Kitty.
Znała! Jees nie potrafiła się powstrzymać i spojrzała na dziecko, które z nim poczęła. Neil bezwiednie poszedł oczyma w kierunku jej wzroku. I nagle żelazny pierścień ścisnął mu czaszkę, kolana omdlały, a serce zaszamotało się i zabiło w piersi jak pięść. Syn jego! A on nie myślał nawet o tem.
Malutka Kitty Bonner w powiewnej sukience, podobna do lekkiego sylfa o różowych policzkach i niebieskich żywych oczach, wyciągała rączki i usteczka do chłopca. Ten opalony, smagły, szczupły, zgrabny, cały w skórach zwierzęcych, w „mukłukach“ obszytych futrem i startych na skałach wybrzeży, nie reagował na jej pieszczoty, stał nieruchomo i prosto, uderzając tą szczególną wyniosłą postawą, jaka wyróżnia dzieci dzikich. Obcy w tym kraju, niezawstydzony ani strwożony, przypominał cicho przyczajone zwierzę i tylko czarne oczy jego, błyszcząc, przebiegały z jednej twarzy na drugą. Spokojny, póki wszystko naokół było spokojne, zdawał się być gotów zerwać do walki o życie, użyć zębów i pazurów, gdyby dostrzegł pierwszy znak niebezpieczeństwa.
Kontrast między chłopcem a dziewczynką był ogromny, ale nie wzbudzał politowania. Zbyt wiele sił widać było w tym chłopcu, latorośli pokoleń Spacka, O’Briena i Bonnera. Z rysów jego wyrazistych i ostrych, podobnych do kamei, biła wola i zdolności ojca jego i dziada i tego, który, przezwany Grubym Brzuchem, wzięty był do niewoli przez Pobrzeżan i zbiec im potrafił na Kamczatkę.
Neil Bonner zdusił wzruszenie, zamaskował je i, choć twarz jego uśmiechała się, wyrażając pogodę i zadowolenie z widoku dawnej przyjaciółki, — ledwie oddychał pytając:
— To twój chłopiec, Jees Uck? Nieprawdaż?
A potem, zwracając się do Kitty.
— Pyszny malec! Widać, że zrobi coś na świecie!
Kitty twierdząco skinęła głową.
— Jak się nazywasz? — spytała.
Mały Indjanin błysnął ku niej oczyma i milczał długą chwilę, jakby zastanawiając się nad celem tego pytania.
— Neil — odrzekł swobodnie, zadowolony widocznie z obserwacji.
— Indyjska mowa — przerwała Jees, chytrze tworząc nowy język, dostosowany do warunków chwili — jego mowa indyjska: „nii-el“ — to samo znaczyć co suchar. On krzyczeć: „suchar, suchar“. Ciągle krzyczeć „Nii-el, ni-el“. Wtedy ja powiedzieć: tak się nazywać. Teraz on nazywać „Neil“.
Nigdy nie odczuł Neil Bonner takiej ulgi, jak słysząc owo kłamstwo z warg Jees Uck. Wytłumaczyła mu wszystko. Wiedział teraz, że czoło Kitty nie miało powodów się chmurzyć.
— Ojciec jego musiał być pięknym mężczyzną? — rzekła Kitty.
— O tak — brzmiała odpowiedź. — Ojciec piękny mężczyzna. Tak!
— Znałeś go, Neil? — zapytała Kitty.
— Czy znałem? O tak, bardzo dobrze. — I wyobraźnia przeniosła go w mgnieniu oka na posępną stację Dwudziestej Mili, do człowieka samotnego z myślami swemi wśród ciemności i milczenia.

Możnaby w tem miejscu skończyć historję Jees Uck, gdyby poświęcenia swego nie pomnożyła dalszemi. Gdy Jees powróciła na północ do swego wspaniałego domu z ciosanych bali, John Thompson otrzymał zawiadomienie, że Pacific Company obyć się może bez jego usług.
Nowy agent i wszyscy następni otrzymali rozkaz wydawania Jees Uck produktów i towarów w nieograniczonej ilości bezpłatnie. Prócz tego, Kompanja wypłacała kobiecie Jees Uck pensję roczną w sumie pięciu tysięcy dolarów.
Gdy chłopiec podrósł, ojciec Champreau wziął go dla dalszego kształcenia i wkrótce Jees poczęła systematycznie otrzymywać listy z kolegjum Jezuickiego w Maryland. Później listy nadchodziły z Włoch, z Hiszpanji, z Francji. Wreszcie na Alaskę powrócił ojciec Neil, człowiek, który wiele dobrego zdziałał dla swego kraju, następnie zaś, przeszedłszy do szerszej działalności, uzyskał wysokie stanowisko w zakonie.

Jees po powrocie na Północ była jeszcze młodą kobietą. Mężczyźni patrząc na nią — wzdychali. Jees wszakże żyła skromnie i opinja nie miała jej nic do zarzucenia. Czas pewien spędziła wśród zakonnic w Misji Ś-tego Krzyża, gdzie nauczyła się pisać i zdobyła pewien zasób wiadomości praktycznych z medycyny i chirurgji. Po powrocie do domu, poczęła zbierać u siebie młode dziewczyny z osad Tojatów, aby wskazać im drogę, któremi winny kierować swe kroki. Szkoły tej nie możnaby nazwać ani katolicką, ani protestancką, jednak misjonarze wszystkich wyznań traktują ją z jednaką przychylnością. Sznur od kołatki, zawsze wyrzucony nazewnątrz, pozwala zmęczonym wędrowcom z rzeki lub śnieżnej drogi zawrócić ku temu domowi, by odpocząć tam i wygrzać się przy ogniu. Na południu zaś, w Stanach, Kitty Bonner cieszy się, że mąż jej zainteresowany jest bardzo oświatą Alaski i ofiarowuje na ten cel sumy tak znaczne. I chociaż czasem uśmiecha się i szemrze, to jednak w głębi duszy jest tem więcej z niego dumna.


PRZEMYŚLNY PORPORTUK


El-Soo była dziewczynką w Misji. Matkę straciła będąc jeszcze małem dzieckiem i pewnego letniego wieczoru Siostra Alberta wyjęła ją z pośród płomieni, jak głownię z ogniska, zabrała do Misji Ś-go Krzyża i ofiarowała Bogu. El-Soo była Indjanką czystej krwi, pomimo to jednak przewyższała we wszystkiem towarzyszki swoje pół lub ćwierć krwi. Nigdy jeszcze dobre Siostry nie miały do czynienia z dziewczęciem tak posłusznem i zgodnem, a równocześnie tak inteligentnem.
El-Soo była zdrowa, zręczna i sprytna. Przedewszystkiem jednak miała w sobie młody ogień, iskrzący płomień życia, swoisty żar woli, słodyczy i odwagi. Ojciec jej był wodzem plemienia i krew władcy płynęła w jej żyłach. Posłuszeństwo El-Soo stawało się nieraz tematem rozważań i dyskusji. Istniało jakieś głębokie pokrewieństwo między nią samą a zasadniczemi prawami natury, panującemi w świecie zewnętrznym, dlatego też może chwytała szczególnie łatwo wiadomości z matematyki. Celowała również w wielu innych rzeczach. Czytać i pisać po angielsku nauczyła się tak szybko, jak żadna dotychczas wychowanka Misji. Przewodziła również w nauce śpiewu, śpiew bowiem zaspakajał w całej pełni owo jej poczucie ścisłości i rytmu wszechświata. Była urodzoną artystką i zatajony ogień wewnętrzny rwał się w niej ku twórczości. Gdyby żyć jej było dane w bardziej sprzyjających warunkach, poświęciłaby się może muzyce lub literaturze.
Była jednak tylko El-Soo, córką Klakee-Nah, wodza plemienia, i mieszkała w Misji Św. Krzyża, nie pośród artystów, lecz wśród bogobojnych siostrzyczek, myślących jedynie o czystości serca, sprawiedliwości uczynków i przyobiecanym weselu duszy w kraju wiekuistego życia, leżącym za błękitami.
Czas mijał. El-Soo liczyła lat osiem, gdy dostała się do Misji; kiedy zaś skończyła szesnaście i Siostry porozumiewać się poczęły ze swą zakonną władzą w sprawie wysłania dziewczęcia do Stanów Zjednoczonych dla dalszego kształcenia, zjawił się w klasztorze jakiś człowiek z jej wioski i zażądał widzenia z rodaczką. Zawołano doń El-Soo natychmiast. Ów Indjanin był to odrodzony Kaliban, stworzenie zwierzęco brzydkie i nieokrzesane, z wielką czaszką pokrytą czubem nigdy nieczesanych włosów. Spojrzał z podełba na dziewczynę i nie raczył usiąść.
— Brat twój umarł — powiedział krótko.
El-Soo nie była specjalnie wstrząśnięta. Prawie nie pamiętała brata.
— Ojciec twój jest stary i samotny — mówił dalej wysłaniec. — Posiada dom wielki i pusty. Chciałby słyszeć głos twój i patrzeć na ciebie.
Tak, ojca pamiętała dobrze — starego Klakee-Nah, wodza plemienia, przyjaciela wszystkich misjonarzy i kupców, wielkiego mężczyznę o mięśniach olbrzyma, dobrotliwych oczach i władczem obejściu. Pamiętała jak majestatycznie jeździł po osadzie w poczuciu swej pierwotnej królewskości.
— Powiedz mu, że przyjadę — brzmiała odpowiedź El-Soo.
Ku niewypowiedzianej rozpaczy siostrzyczek, głownia wyjęta z ogniska powracała doń sama. Wszelka dyskusja z El-Soo była daremna. Nie istniały dla niej żadne argumenty, przekładania, czy prośby. Siostra Alberta przyznała się nawet do projektu wysłania jej na południe. El-Soo patrzała pustemi oczyma w złocistą perspektywę, którą otwierano przed nią — i odmownie potrząsała głową. W oczach jej natrętnie stawała inna wizja: potężny łuk Yukonu przy stacji Tana-naw, Misja Ś-go Jerzego po jednej stronie, placówka handlowa po drugiej, a pomiędzy nimi, pośród indyjskiej osady, pewien wielki dom z ciosanych belek, gdzie przebywał starzec otoczony niewolnikami.
Wszyscy mieszkańcy wybrzeża Yukonu w promieniu dwu tysięcy mil znali ów wielki dom z ciosanych belek, owego starca i jego niewolników. Siostry Ś-go Krzyża znały również dom ten i ciągłe w nim wesele, szaleństwa i uczty. To też lamentowano w Misji, kiedy El-Soo odjeżdżała.
Gdy zaś przybyła do domu, rozpoczęło się tam nieustające wielkie święto. Klakee-Nah, przyzwyczajony do rozkazywania, spróbował protestować przeciwko rozkazodawczym zapędom córki, nakoniec jednak, po barbarzyńsku marząc o przepychu życia, zdecydował się pożyczyć tysiąc dolarów od starego Porportuka, który był najbogatszym Indjaninem w całej dolinie Yukonu. Równocześnie w placówce handlowej otworzono rachunek na imię Klakee-Naha. El-Soo odrodziła stary dom. Szeregiem zmian i ulepszeń dodała mu nowego uroku, ojciec zaś podtrzymywał po staremu dawne tradycje gościnności i wesela.
Wszystko to nie było rzeczą zwykłą w życiu Indjan z nad Yukonu, lecz Klakee-Nah nie był zwykłym Indjaninem. Nietylko lubił okazywać sąsiadom nieustającą i hojną gościnność, ale również mógł sobie na to pozwolić, gdyż, jako wódz, posiadał duże środki pieniężne. W czasach najpierwotniejszego sposobu handlowania, Klakee-Nah był potężnym władcą swego plemienia i wzbogacił się, pośrednicząc w handlu z białymi. Później, wraz z Porportukiem, wydobywał złoto przy rzece Koyokuk. Klakee-Nah był typowym arystokratą z urodzenia i sposobu postępowania. Porportuk zaś był prawdziwym „bourgeois“ i, naturalnie, okpiwszy wspólnika przy aferze ze złotem, ze skwapliwą radością zagospodarował się i pomnażał swe skarby. Klakee-Nah natomiast wrócił spokojnie do swego wielkiego domu i rozrzutnego trybu życia. Porportuka znano, jako najbogatszego Indjanina Alaski. Klakee-Naha — jako najczystszego człowieka. Porportuk był faktorem i lichwiarzem, Klakee-Nah był szlachetnym anachronizmem, zabytkiem z dawnych lepszych czasów, wojownikiem i hulaką, szczęśliwym przy winie i pieśni.
El-Soo oswoiła się z wielkim domem i jego nastrojem równie łatwo, jak niegdyś z Misją Ś-go Krzyża i panującemi tam obyczajami. Nie próbowała bynajmniej zmieniać swego ojca i skierowywać kroków jego na ścieżki boże. Coprawda, robiła mu wyrzuty, kiedy upijał się zbyt gruntownie, czyniła to jednak wyłącznie z troskliwości o jego zdrowie i podsuwała mu raczej pod nogi stateczny grunt ziemski, niźli drogę zbawienia.
Wrota, prowadzące do wielkiego domu, stały zawsze otworem. Co zaś do wchodzących i wychodzących — tych nie brakowało nigdy. O strop obszernej jadalni odbijał się nieustannie brzęk naczyń i dźwięki pieśni. Za stołem siedzieli przybysze z całego globu, wodzowie odległych plemion, Anglicy rodowici i obywatele Wielkiej Brytanji, obok Yankesów i wędrownych agentów wszelkich towarzystw handlowych, cowboy’e ze stepów Zachodu, żeglarze z mórz rozmaitych, myśliwi i poganiacze ze wszystkich narodowości świata.
El-Soo oddychała swobodnie w atmosferze kosmopolityzmu. Angielskim władała równie dobrze, jak językiem własnego plemienia. Śpiewała angielskie ballady i pieśni, znała nowe obyczaje indyjskie i starodawne, zanikające już tradycje. Ubierała się zwykle jak biała kobieta, wiedziała jednak, kiedy włożyć indyjski strój córki wodza — i umiała go nosić. Przydały jej się teraz zarówno wiadomości krawieckie zdobyte w Misji, jak i własne poczucie artystyczne. Subtelnie obmyślała i zdobiła swoje suknie, jak czyni to biała kobieta. I suknie te istotnie nosiły ślady staranności.
W swoim rodzaju była El-Soo równie niezwykłą jak jej ojciec i niemniej wyjątkowe było jej położenie społeczne. Ją jedną z pośród Indjanek traktowano na równi z niewieloma białemi kobietami, zamieszkującemi stację Tana-naw. Była też jedyną Indjanką, o którą oświadczali się oficjalnie biali mężczyźni i której nigdy nie ośmielili się obrazić.
El-Soo bowiem była piękna. Pięknością własną, inną niż białe kobiety, inną niźli Indjanki. Żarzył się w niej płomień uroczny, niezależny od pochodzenia i on to stanowił przedewszystkiem jej piękno. Wpływ zaś rasy, jak głęboko tylko sięgnąć zdołał, wytworzył z niej klasyczny typ indyjski. Jej to wyłącznie były owe swoiste, błękitno-krucze włosy i śmigła brew cienkołuka i czarne oczy lśniące i śmiałe, jak stal przenikliwe, królewsko-dumne. Jej to był nos rzeźbiony, orli, o delikatnych, drgających nozdrzach i owe lekko wydatne kości policzkowe, które jednak nie stały się wypukłe, i te wargi wąskie, a jednak nie zanadto wąskie. Ale ponad wszystkiem i poprzez wszystko żył w niej ów płomień — niezrozumiały, nieuchwytny czar, który był ogniem i który był zarazem jej duszą, duszą co ciepła i łasząca taiła się w głębi źrenic, co zorzą ogarniała policzki, drżeniem rozszerzała nozdrza, mimowolnie gięła łuk warg czerwonych, a kiedy wargi były spokojne, czaiła się na nich tętnem ledwie uchwytnem, ciągie obecnem, tajemniczem.
El-Soo była mądra. Nadmiernie wrażliwa na ból i wszelkie zło, gotowa była równocześnie do natychmiastowego przebaczania. Uśmiech przenikający całą jej istotę promieniował jak światło, budząc uśmiechy naokół. El-Soo nie stała się jednak ośrodkiem życia wielkiego domu. Na to nie pozwoliłaby nigdy. Wielki dom i wszystko co mieściło się w tem pojęciu — należało do ojca. Wśród gwarnych pokoi przesuwała się jego majestatyczna postać gospodarza, co gości łaskawie, co rządzi i stanowi prawa. A chociaż, gdy siła opuszczać poczęła starcze dłonie, El-Soo delikatnie ujęła ster spraw domowych i przyjęła odpowiedzialność za czyny obojga — nazewnątrz rządził niezmiennie ojciec, usypiający nieraz za biesiadnym stołem, ofiara uczt całego życia, lecz zawsze uczt tych pan i gospodarz.
Po wielkim domu snuła się jeszcze postać inna: przemyślny Porportuk, złowieszczy, kiwający łysawą czaszką, potępiający w milczeniu, bez protestu sypiący złotem. Nie znaczy to, żeby w rzeczywistości Porportuk opłacał uczty, splątawszy bowiem chytrze interesy swoje z interesami Klakee-Naha, rok po roku obejmował część jego posiadłości. Porportuk raz jeden zdecydował się ostrzec El-Soo przed ruiną, do której prowadzi rozrzutny sposób życia w wielkim domu — było to wtedy, kiedy zgarnął resztę dóbr starego Wodza — nie ryzykował jednak po raz drugi. El-Soo bowiem, tak, jak jej ojciec, była typową arystokratką, z tą samą pogardą dla pieniądza i z równym poczuciem godności, wrażliwem niby najcieńsza struna.
Porportuk więc pożyczał nadal zgorszony i gniewny, a pieniądze płynęły, jak złota piana. El-Soo. postanowiła jedno: ojciec umrze tak, jak żył. Nie runie z dostatku w nędzę, nie zmniejszy lekkomyślnego ucztowania, nie uśmierzy swej rozrzutnej gościnności. Kiedy głód nawiedzał okolicę, Indjanie, jak niegdyś, przychodzili w rozpaczy — odchodzili zaspokojeni. Gdy zaś brakło pieniędzy, żądano pożyczki od Porportuka, proszący bowiem zawsze musieli otrzymać, czego pragnęli. El-Soo mogłaby śmiało powtórzyć za arystokracją każdego kraju i każdego czasu „Après moi — le deluge!“. Dla jej kasy owym potopem był stary Porportuk. Albowiem za każdym kredytowanym dolarem spoglądał na dziewczynę bardziej zachłannym wzrokiem i czuł w sobie dziwny, dawno niezaznany ogień.
El-Soo jednak nie miała dlań oczu łaskawych. Nie miała ich również dla żadnego z białych mężczyzn, którzy pragnęli poślubić ją w kościołku Misji, z dzwonami, z księdzem i czytaniem ksiąg kościelnych. Bowiem na stacji Tana-naw mieszkał młody mężczyzna imieniem Akoon, jej własnej rasy, z tegoż plemienia i tejże osady. Silny był, miły jej oczom i dobry myśliwy, ale — choć daleko i często wędrował po obcych krajach — pozostał ubogi. Zwiedził wszystkie strony świata. Bywał w dalekiej Sitce, podróżował do Stanów Zjednoczonych, przebrnął kontynent aż do zatoki Hudsona i z powrotem, poczem, statkiem polującym na foki dotarł do Syberji i Japonji.
Wróciwszy z nieudanej wyprawy po złoto, którą przedsięwziął był do Klondike, zgłosił się Akoon z własnej woli do starego Klakee-Naha, aby zdać mu sprawę ze wszystkiego, co widział na szerokim świecie. Wtedy to po raz pierwszy ujrzał El-Soo, w trzy lata po jej powrocie z Misji. Odtąd Akoon przestał podróżować. Odmówił nawet przyjęcia posady sternika na wielkim parowcu, płatnej po 20 dolarów dziennie. Polował trochę i zarzucał sieci, ale zawsze w pobliżu stacji Tana-naw. W wielkim domu przebywał często i długo. El-Soo zaś porównała go z innymi mężczyznami i orzekła, iż jest odpowiedni. Śpiewał dla niej pieśni, a był tak wierny i pałający miłością, iż cała osada twierdziła zgodnie, że młody Akoon do szaleństwa kocha się w córce Wodza. Porportuk zaś pomrukiwał tylko i łożył nowe wciąż sumy na utrzymanie wielkiego domu.
Lecz oto nadeszła ostatnia uczta Klakee-Naha. Siedział za biesiadnym stołem z gardłem zdławionem śmiercią, której tym razem nie mógł zapić winem. Okrzyki, żarty i pieśni rozlegały się wkoło. Akoon opowiadał jakąś wesołą przygodę, wywołując za stołem przeciągłe echa śmiechu. Nie widział łez ni trwogi przy tej biesiadzie. Cóż było bardziej naturalne, ponad to, że stary Wódz umierał tak, jak żył. I któż mógł to odczuć lepiej nad El-Soo? Wodza otaczało jak zawsze koło starych przyjaciół biesiadników i jak dawniej, trzech białych jeszcze od mrozu marynarzy, przybyłych wprost z mórz arktycznych, niegdyś uczestników wyprawy 74-go roku. Za plecami gospodarza stali czterej siwowłosi starcy, ostatni niewolnicy, pozostali z licznego pocztu młodości. Zamglonemi oczyma czuwali nad potrzebami pana, drżącemi dłońmi napełniali czaszę, lub rozcierali plecy pomiędzy ramionami, gdy śmierć napierała mocniej, a Klakee-Nah kaszlał i rzęził.
Była to dzika noc, i kiedy godziny mijać poczęły za godzinami, a śmiech i pieśń nie milkły — śmierć natarczywiej zdławiła gardło starca i bliżej błysnęła mu w oczy białemi ślepiami. Wtedy stało się, iż zawezwać rozkazał Porportuka. Porportuk wszedł do ogrzanej komnaty wprost z mrozu i śniegu i rozejrzał się strofującemi oczyma po zastawie win i mięsiw, za które płacił. Lecz kiedy powiódł wzrokiem po długim szeregu rozgrzanych twarzy biesiadników i ujrzał przy końcu stołu bladą twarzyczkę El-Soo, ogień zapłonął mu w źrenicach, a niezadowolenie stajało natychmiast.
Zrobiono miejsce u boku Klakee-Naha i postawiono przed nowoprzybyłym szklanicę. Wódz własnoręcznie napełnił ją najlepszym winem. — Pij — zawołał. — Cóż, niedobre?
Oczy Porportuka zaszły mgłą zadowolenia, mlasnął ustami i skinął głową.
— Piłeś kiedy takie wino we własnym domu, hę? — pytał Klakee-Nah.
— Nie będę przeczył, że dobry to napój dla starego gardła — odrzekł Porportuk i zamilkł, nie dokończywszy myśli.
— Ale zadrogo kosztuje! — wyręczył go Klakee-Nah, ryknąwszy śmiechem. Porportuk, gniewny, słuchał, jak wzdłuż całego stołu bawić się poczęto jego kosztem. W oczach zabłysnął mu zły płomień.
— W jednym czasie byliśmy małymi chłopcami — powiedział. — A teraz ciebie dławi już śmierć za gardło, — ja jestem wciąż jeszcze silny i pełen życia!
Pomruk niechęci poszedł po zgromadzeniu. Klakee-Nah zaczął się dusić w nagłym przystępie kaszlu, a starzy niewolnicy rzucili się do rozcierania pleców. Po chwili Klakee-Nah począł mówić, z wysiłkiem chwytając powietrze i wznosząc rękę na znak, iż żąda ciszy.
— Ty, Porportuk, zgasiłeś ogień w swoim domu, dlatego, że drzewo kosztuje za drogo. Tak samo zgasiłeś swoje życie. He, he, żyć — też jest nie tanio, a ty odmówiłeś życiu ceny, która się zań należy. Istnienie twoje podobne jest do izby, gdzie ognia niema i łoże stoi twarde, niepokryte ciepłemi skórami. — Dał znak, żeby mu napełniono winem szklanicę, którą trzymał wzniesioną. — Zato ja żyłem. I rozgrzewało mnie życie tak, jak nigdy nie rozgrzewało ciebie. Prawda, będziesz żył długo. Ale najdłuższe nawet noce chłodne są i ciężkie, kiedy człowiek leży drżąc we własnym domu i nie zmruży oka. Moje noce były krótkie — lecz smacznie i ciepło sypiałem.
Wychylił czarkę. Drżąca dłoń niewolnika nie zdążyła jej pochwycić, więc roztrzaskała się z brzękiem, rzucona o podłogę. Klakee-Nah odchylił się, oparł o poręcz i z życzliwym uśmiechem spoglądał na pochylone ku ustom gości kielichy. Dał znak i dwaj niewolnicy poczęli pomagać mu usiąść prosto. Lecz zbyt byli słabi, a ciało Wodza zbyt ciężkie, to też wszyscy czterej zaledwie z trudnością zdołali unieść barki pańskie.
— Ale twój sposób życia nie obchodzi nas teraz — ciągnął dalej Klakee-Nah. — Mamy ze sobą inne sprawy, Porportuk, hę? Długi są nieszczęściem, a ja sporo miałem tych nieszczęść. Cóż więc słychać z mojemi długami — ile się tam tego uzbierało?
Porportuk poszperał w kieszeni i wyjął zasmolony notatnik. Pociągnął z kieliszka i zaczął: — Oto kwit z sierpnia 1889 r. na 3 tysiące dolarów. Procenty zalegają. A oto kwit z następnego roku na 5 tysięcy dolarów. Tę sumę dodaliśmy potem do sumy wziętej o miesiąc później i wynoszącej tysiąc dolarów. A oto jeszcze kwit...
— Niech licho porwie kwity! — krzyknął niecierpliwie Klakee-Nah. — Kręci się od nich głowa i wszystko co w niej jest! Całą sumę! Całą sumę odrazu! No?
Porportuk przyjrzał się notatnikowi. — Piętnaście tysięcy dziewięćset sześćdziesiąt dolarów i siedemdziesiąt pięć centów — odczytał z troskliwą dokładnością.
— Dodaj do szesnastu — dodaj do szesnastu! — odrzekł wyniośle Klakee-Nah. — Nierówne cyfry nie są dobre. No, a teraz (po to cię właśnie wezwałem) otwórz mi kredyt na nowe 16 tysięcy dolarów. Kwit podpiszę. Procent możesz określić, jaki ci się podoba, a miejsce płatności naznacz na tamtym świecie, wtedy, gdy spotkamy się u ogniska Wielkiego Ojca wszystkich Indjan. Tam dług będzie zapłacony. Obiecuję ci to solennie. Oto masz słowo Klakee-Naha.
Porportuk patrzał zdumiony i zaskoczony, a głośny śmiech biesiadników wstrząsał ścianami izby. Klakee-Nah wzniósł obie ręce. — Nie — zawołał — to wcale nie żarty! Ja mówię uczciwie. Dlatego właśnie wezwałem cię, Porportuk. No, dawaj kwit.
— Nie prowadzę interesów z tamtym światem — odpowiedział powoli lichwiarz.
— Jakto? Nie przypuszczasz, że spotkamy się u ogniska Wielkiego Ojca? — zapytał Klakee-Nah. A potem dodał: — Co do mnie, będę tam z pewnością.
— Nie prowadzę interesów z tamtym światem — powtórzył chmurnie Porportuk.
Umierający człowiek spoglądał nań ze szczerym zdumieniem.
— Znam nicość tamtego świata — wyjaśniał Porportuk. — Wolę dłużników tu, na ziemi.
Twarz Klakee-Naha rozjaśniła się śmiechem. — Twojemu niedowiarstwu winne jest zimno, w którem sypiasz — zawołał. Poczem pomyślał chwilę i rzekł: — Chcesz koniecznie być zapłaconym na tym świecie? Niech i tak będzie. Posiadam ten oto dom. Weź go i spal kwity nad tą świecą.
— Dom jest stary i niewart tyle — odrzekł Porportuk.
— Mam jeszcze złotą parcelę przy Zwinnym Łososiu.
— Ee, dochód niewart zachodu — brzmiała odpowiedź.
— Jest jeszcze mój udział w parowcu Koyokuk. Jestem nieomal jego właścicielem.
— Tak, lecz parowiec spoczywa na dnie Yukonu.
Klakee-Nah zamyślił się. — Prawda, zapomniałem, było to zeszłej wiosny, kiedy ruszyły lody.
Zamilkł, a goście nie tykali kielichów, przejęci tem, co się działo.
— Więc znaczyłoby, że jestem ci winien sumę, której nie mam czem zapłacić... na tym świecie?... — wyrzekł po chwili.
Porportuk skinął i spojrzał na zebranych.
— Więc, znaczyłoby, że ty, Porportuk, jesteś biedny poszkodowany człowiek — powiedział chytrze Klakee-Nah. Lecz odpowiedź Porportuka brzmiała hardo: — Nie; posiadasz jeszcze dobro nietknięte.
— Co ty mówisz! — krzyknął Klakee-Nah. — Wciąż jeszcze coś posiadam? Bierz, zabieraj, i długu już niema!
— Oto jest — Porportuk wskazał El-Soo.
Klakee-Nah nie mógł pojąć. Patrzał na koniec stołu, przecierał oczy i patrzał znowu.
— Twoja córka, El-Soo. Wezmę ją i długu nie będzie. Spalę kwity tu, przy tej świecy.
Wielka pierś Klakee-Naha poczęła się podnosić. — Ho! ho! — a to kawał — Ho! ho! ho! — wybuchnął homerycznym śmiechem. — Ty, z twojem zimnem łożem i córkami, z których każda mogłaby być matką El-Soo! Ho! ho! ho! — kaszel go zdławił i czterej niewolnicy pośpiesznie rozcierać poczęli trzęsące się plecy. — Ho! ho! — wybuchnął znowu, chwycony jednak natychmiast przez drugi paroksyzm.
Porportuk czekał cierpliwie, obserwując podwójny rząd twarzy wzdłuż stołu.
— To nie żart — wyrzekł nareszcie. — Moje słowa obmyślane są dobrze.
Klakee-Nah uspokoił się, spojrzał mu w oczy i sięgnął po szklankę, ale nie mógł jej ująć. Sługa podał, a wtedy szklanka i wino ciśnięte gniewną dłonią poleciały prosto w twarz Porportuka. — Precz z nim! — ryknął Klakee-Nah do wyczekujących przyjaciół, sprężonych już do skoku, niby sfora psów na smyczy. — Wyrzucić w śnieg!
Kiedy szalony tumult minął Klakee-Naha i odpłynął przez drzwi na podwórze — stary Wódz dał znak niewolnikom, żeby pomogli mu wstać i podtrzymali stojącego. Powracających biesiadników spotkał z kielichem w ręku i wzniósł toast ku czci krótkich nocy, kiedy sen człowieczy gorący jest i słodki.

Niewiele czasu zużyto na obliczenie pozostałej po starym Wodzu schedy. Tommy, mały Anglik, urzędnik z placówki handlowej, wezwany został przez El-Soo do pomocy w rachunkach. Nie było nic, prócz długów, weksli z niedotrzymanym terminem i posiadłości zastawionych lub bezwartościowych. Hipoteki i weksle były w ręku Porportuka. Tommy, próbując rozplątać pogmatwane rachunki, wielokrotnie nazywał go rabusiem.
— Czy jest dług, Tommy? — pytała El-Soo.
— Jest złodziejstwo i rozbój — odpowiadał Tommy.
— Niemniej, dług jest — nastawała dziewczyna.
Minęła zima i wczesna wiosna, a pretensji Porportuka wciąż nie zaspakajano. Stary często widywał El-Soo i za każdym razem tłumaczył jej napróżno, jak niegdyś Wodzowi, w jaki sposób należność może być zwrócona. Przyprowadzał nawet ze sobą pewnego mądrego znachora, który próbował dowieść upartej dziewczynie, że w razie niezapłacenia długu, ojciec jej potępiony będzie na wieki. Pewnego razu, po jednym z takich wykładów, El-Soo oznajmiła ostatecznie.
— Słuchaj Porportuk, powiem ci dwie rzeczy. Po pierwsze: nigdy nie zostanę twoją żoną. Rozumiesz? Po drugie: twoje szesnaście tysięcy dolarów zwrócone ci będą do ostatniego centa.
— Piętnaście tysięcy dziewięćset sześćdziesiąt siedem dolarów i siedemdziesiąt pięć centów — poprawił Porportuk.
— Ojciec powiedział szesnaście tysięcy. I tak będzie.
— Jakim sposobem?
— Nie wiem jakim sposobem, ale sposób znajdę. A teraz proszę sobie iść i nie napastować mnie więcej. Jeżeli zaś — zawahała się chwilę, szukając słów odpowiednich — jeżeli się ośmielisz, każę wyrzucić cię w śnieg... jak tylko pierwszy śnieg spadnie.
Rozmowa ta miała miejsce wczesną wiosną, niedługo zaś potem El-Soo zadziwiła okolicę. Wieść pomknęła wdół i wgórę rzeki, wzdłuż całego Yukonu i powtarzana była przez setki ust, u wszystkich ognisk od Chilcoot aż do wielkiej Delty. Mówiono, że w czerwcu, kiedy ruszą pierwsze łososie, piękna El-Soo, córka Klakee-Naha, sprzeda sama siebie na przetargu publicznym, żeby zapłacić długi ojca, zaciągnięte u Porportuka. Próżne były wszystkie perswazje przyjaciół. Misjonarz od Ś-go Jerzego spierał się z nią długo, lecz dziewczyna powtarzała uparcie:
— Tylko zobowiązania wobec Boga mogą być wypełniane na tamtym świecie. Rachunki z ludźmi należy załatwić tu, na ziemi.
Akoon walczył z nią rozpaczliwie, ale odpowiadała:
— Kocham cię, Akoon; honor jednak lepszy jest, niż miłość i — powiedz — cóżbym była warta, gdybym oczerniła pamięć ojca?
Siostra Alberta przybyła na pierwszym parowcu aż z Misji Ś-go Krzyża, ale również nic nie wskórała.
— Ojciec mój wędruje przez dzikie i ciemne lasy — mówiła El-Soo. — I będzie tak wędrował w cierpieniach i męce, dopóki ostatni cent nie zostanie zwrócony. Wtedy, i tylko wtedy będzie mógł wejść do domu Wielkiego Ojca.
— I ty w to wierzysz? — pytała siostra Alberta.
— Nie wiem. Ojciec mój wierzył.
Siostra Alberta niedowierzająco wzruszała ramionami.
— Któż może zaręczyć, że to, w co wierzymy, jest prawdą? — ciągnęła El-Soo — ale dlaczegóż-by prawdą być nie miało? Wasz przyszły świat, Siostro, jest niebem i piekłem... Dlatego, że wierzycie w niebo i piekło. Dla mego ojca przyszłym światem był Wielki Dom, w którym zawsze siedzieć będzie za stołem, ucztując wraz z Bogiem.
— A ty — pytała siostra Alberta — jakiż jest twój przyszły świat?
El-Soo zawahała się, lecz tylko chwilę. — Ja... chciałabym każdego po trochę — rzekła. — Chciałabym widzieć przy sobie zarówno waszą twarz, Siostro, jak twarz mojego ojca.
Nadszedł dzień licytacji. Stacja Tana-naw zaroiła się od ludzi. Wedle starego zwyczaju ściągnęły tu okoliczne plemiona, aby spotkać pierwsze ruszenie łososi. Czas oczekiwania skracano sobie handlem, tańcem i hulanką. Nie obeszło się też bez tradycyjnej garstki białych poszukiwaczy przygód, kupców i agentów. Tym razem zjawiło się ich znacznie więcej, zarówno przez ciekawość, jak i wskutek bezpośredniego zainteresowania sensacyjnym przetargiem. Wiosna była chłodna tego roku, co opóźniło ruszenie łososi, a przez to podnieciło zainteresowanie znudzonego bezczynnością tłumu. Pozatem, w sam dzień przetargu, sytuację zaostrzył jeszcze Akoon, który wobec całego zgromadzenia oświadczył solennie, że każdy, kto ośmieli się kupić El-Soo, zginie gwałtowną i natychmiastową śmiercią. Mówiąc to, manipulował wyzywająco Winchesterem, w celu bliższego wyjaśnienia rodzaju owej śmierci. Dziewczynę rozgniewało to niezmiernie, ale Akoon odmówił widzenia się z nią i poszedł do sklepu po świeże naboje.
Pierwszego łososia złowiono o 10-ej wieczór, a punktualnie o północy rozpoczęła się licytacja. Urządzono ją na wysokim brzegu Yukonu, tuż nad rzeką. Słońce stanęło właśnie — zwyczajnym polarnym — na samym środku horyzontu i niebo płonęło ponurą czerwienią. Tłum zebrał się wokoło stołu i dwu krzeseł, ustawionych na skraju wzniesionego brzegu. Na przedzie widniała garstka białych i kilku okolicznych wodzów. Tommy, na prośby El-Soo, podjął się prowadzenia licytacji, lecz dziewczyna otworzyła ją sama, przedstawiając dumnie i śmiało zalety sprzedawanego objektu. Była w stroju indyjskim, właściwym córce wodza, dzikim, barwnym, wspaniałym i stała na krześle, aby ją lepiej widziano.
— Kto chce kupić żonę? — pytała. — Patrzcie na mnie. Mam lat dwadzieścia i jestem dziewczyną. Będę dobrą żoną dla mężczyzny, który mnie kupi. Jeśli jest białym, ubiorę się jak biała kobieta, jeśli Indjaninem, ubiorę się, jak — tu zawahała się chwilę — jak „squaw“. Umiem szyć, prać i reperować. Uczyłam się przez lat osiem w Misji Ś-go Krzyża. Umiem czytać i pisać po angielsku i dobrze gram na organach. Znam arytmetykę i algiebrę — tak, troszeczkę. Zostanę sprzedana najwięcej dającemu i wystawię mu natychmiast oficjalne poświadczenie kupna. Zapomniałam powiedzieć, że umiem śpiewać bardzo dobrze i jeszcze ani razu nie chorowałam. Ważę sto trzydzieści dwa funty. Ojciec mój umarł i nie posiadam krewnych. Kto mnie zechce?
Spojrzała na tłum z płomieniem wyzwania w oczach i lekko zeskoczyła na ziemię. Po chwili jednak weszła znowu na krzesło, uproszona przez Tommy, który sam stanął na drugiem i rozpoczął przetarg.
El-Soo otaczało czterech starych niewolników jej ojca. Byli przygarbieni ciężarem lat, zniedołężniali, więzieni przez własne ciało, niby pokolenie, które minęło i trwa tylko jako niemy świadek młodszego życia. W pierwszych szeregach tłumu widać było kilku złotych królików z nad górnego Yukonu z Eldorado i Bonanzy, a tuż obok dźwigało się o kulach dwu połamanych i spuchniętych od szkorbutu niefortunnych poszukiwaczy złota. Pośrodku, rzucająca się w oczy z powodu swej jaskrawości, widniała twarz dzikookiej „squaw“ z najdalszych okolic górnej Tanany. Jakiś mieszkaniec wybrzeża Sitki stał ramię przy ramieniu obok Stick’a z nad jeziora La Barge, a opodal grupowało się z pół tuzina francusko-kanadyjskich voyageurs. Z daleka dochodziło gdakanie dzikich kur po gniazdach. Jaskółki śmigłą lotką muskały cichą powierzchnię Yukonu. Żałośnie pokrzykiwały przelatujące czajki. Skośne promienie słońca przesiewały się przez wysoko rozpylone dymy dalekich ognisk, gdzieś o tysiące mil płonących w głębi lasów. W tem oświetleniu niebo zdawało się być zasłonięte ciemno-purpurową chmurą, podczas gdy ziemia lśniła w odbitem świetle złocistą czerwienią. To samo lśnienie kładło się na twarzach ludzi, jakby nieziemskich i widmowych.
Cena rosła powoli. Mieszkaniec Sitki, obcy w tej okolicy i przybyły dopiero przed pół godziną, zaofiarował 100 dolarów przyciszonym głosem i zdziwił się niepomiernie, gdy Akoon wycelował ku niemu lufę strzelby. Licytacja szła jak z kamienia. Jakiś Indjanin z Tozikakat, sternik, dawał sto pięćdziesiąt, a po długiej chwili pewien znany karciarz, wyrzucony ze skandalem z Górnego Kraju, podniósł stawkę do dwustu. El-Soo zachmurzyła się; dumę jej zadraśnięto boleśnie. Nie okazała jednak nic po sobie, tylko mierzyła tłum jeszcze bardziej wyniosłemi oczyma.
Patrzący byli nader zaskoczeni, gdy ku stołowi przeciskać się począł Porportuk. — Pięćset dolarów! — zawołał donośnym głosem, poczem rozejrzał się dumnie, badając uczynione wrażenie. Postanowił bowiem użyć swych pieniędzy jak kija i rozpędzić rywali zaraz u samego startu. Lecz jeden z voyageurs, patrząc w dziewczynę roziskrzonemi oczyma, podniósł stawkę jeszcze o sto.
— Siedemset! — zawrócił pośpiesznie Porportuk.
Z tą samą szybkością dało się słyszeć „Osiemset!“ przeciwnika. Wtedy Porportuk raz jeszcze wymierzył cios.
— Tysiąc dwieście! — krzyknął z triumfem.
Voyageur, zaskoczony i oszołomiony, poddał się nareszcie. Dalej już nie stawiano. Tommy pracował z całych sił, ale nie mógł nic wskórać.
El-Soo odezwała się do Porportuka: — Byłoby dobrze, gdybyś zastanowił się nad tem, co robisz. Czy zapomniałeś moje słowa? mówiłam: nigdy nie zostanę twoją żoną.
— Trudno. Licytacja jest publiczna — odparował. — Kupię cię w najformalniejszy sposób. Postawiłem tysiąc dwieście dolarów. Jakoś panienka tania...
— Zbyt tania, do licha! — krzyknął Tommy. — Cóż z tego, że ja licytuję? To nie przeszkadza mi stawiać. Daję tysiąc trzysta!
— Tysiąc czterysta — Porportuk na to.
— Kupię was i będziecie mi... będziecie mi siostrą — szepnął Tommy ku dziewczynie, poczem rzucił głośno: — Tysiąc pięćset!
Przy dwu tysiącach jeden ze złotych króli Eldorado ruszył z miejsca, a Tommy wycofał się przezornie. Porportuk po raz trzeci próbował cisnąć w przeciwników ciężarem swoich skarbów i podbił odrazu o pięćset dolarów. Ale zadrasnął tem tylko ambicję rywala. Nikt nie ma prawa przelicytować króla Eldorado. Natychmiast więc dodał jeszcze pięćset.
El-Soo kosztowała już trzy tysiące. Porportuk podbił cenę do trzech tysięcy pięciuset i zawrzał gniewem, kiedy królik z Eldorado rzucił odrazu o trzy tysiące więcej.
Porportuk był wściekły. Zraniono jego ambicję, wyzwano jego siłę, siła zaś była dlań nieodzownym atrybutem bogactwa. Nie może przecie być posądzony o słabość przez ten tłum wszelakiej hołoty. El-Soo stanowiła dlań wyjątek. Owoce chłodnych nocy jego długiego życia dojrzały w tej chwili. Cena dziewczyny wynosiła sześć tysięcy. Podbił do siedmiu, a potem tysiącdolarowe stawki sypać się poczęły w takim tempie, w jakim tylko wymówić je zdołali dwaj przeciwnicy. Przy czternastu tysiącach obaj z trudnością chwytali oddech.
Wtedy to zdarzyło się coś niespodziewanego: znalazł się człek z mocniejszym kijem. Karciarz, wyrzucony ongiś z Górnego Kraju, zwęszył dobry interes i na poczekaniu utworzył syndykat z kilkoma swoimi chłopcami. I nagle, skorzystawszy z pauzy po „czternastu“, podbił odrazu do szesnastu.
— Siedemnaście tysięcy — wymówił słabo Porportuk.
— Osiemnaście — odrzekł Król.
Porportuk zebrał wszystkie swoje siły.
— Dwadzieścia tysięcy.
Syndykat zbankrutował. Złoty król podbił znowu o tysiąc i Porportuk natychmiast dodał tyleż. A przez czas licytacji Akoon zwracał lufę nabitej strzelby to ku jednemu, to ku drugiemu, ni to grożąc, ni to patrząc z chłodną ciekawością, jak też wygląda człowiek, którego za chwilę trzeba będzie zgładzić. Kiedy król Eldorado zastanawiał się nad następną stawką, Akoon począł zbliżać się doń powolnemi krokami. Król rozpiął pochwę rewolweru, wiszącą u pasa, poczem oświadczył spokojnie:
— Dwadzieścia trzy tysiące.
— Dwadzieścia cztery — odrzekł Porportuk ze złym uśmiechem, pewien, iż pewnością siebie ostatecznie pognębił rywala. Ten jednak zbliżył się do El-Soo, oglądał ją starannie, przez długą chwilę,
— ...i pięćset dolarów — powiedział wreszcie.
— Dwadzieścia pięć tysięcy — odbił natychmiast stary.
Król złota obejrzał znowu dziewczynę i pokiwał głową. Spojrzał raz jeszcze, poczem wyrzekł z rezygnacją.
— ...i pięćset dolarów.
— Dwadzieścia sześć tysięcy! — wyrzucił chrapliwie Porportuk.
Pobity Królik wzruszył ramionami i nie raczył spotkać błagalnych spojrzeń małego Tommy. Tymczasem Akoon zbliżać się począł ku zwycięscy. Bystre oczy El-Soo zauważyły ten ruch i, podczas gdy Tommy namawiał złotego króla do dalszych stawek, dziewczyna schyliła się i wyrzekła coś cicho do jednego z niewolników. Kiedy więc rozpaczliwe — „Po raz pierwszy!... Po raz drugi!...“ małego Tommy zabrzmiały w powietrzu, stary niewolnik podszedł do Akoona i powiedział mu kilka słów na ucho. Akoon nie dał po sobie poznać czy cokolwiek usłyszał, chociaż oczy El-Soo wpijały się trwożnie w jego twarz.
— Po raz trzeci! — wydzwonił wysoki głos Tommy. — Dla Porportuka za dwadzieścia sześć tysięcy dolarów!
Porportuk patrzył podejrzliwie na Akoona. Wszystkie oczy zwrócone były na Akoona. Ale ten nie uczynił nic.
— Przynieść wagi — powiedziała El-Soo.
— Płacę u siebie w domu! — bronił się Porportuk.
— Przynieść wagi — powtórzyła El-Soo. — Zapłacisz tutaj, żeby wszyscy widzieli.
Tak więc, szalki zostały przyniesione ze sklepu, Porportuk zaś zniknął i po chwil przyprowadził ze sobą człowieka, dźwigającego na plecach ładunek złotego piasku w worku z jeleniej skóry. Pozatem, u boku Porportuka maszerował drugi człowiek, ze strzelbą na ramieniu, wpatrzony jedynie w Akoona.
— Oto są weksle i kwity — rzekł Porportuk — na ogólną sumę piętnastu tysięcy, dziewięciuset sześćdziesięciu siedmiu dolarów i siedemdziesięciu pięciu centów.
El-Soo wzięła je do rąk i rzekła do Tommy.
— Proszę dopełnić sumę do szesnastu tysięcy.
— Pozostaje dziesięć tysięcy do wypłacenia w złocie — powiedział Tommy.
Porportuk skinął głową i począł rozwiązywać worek. El-Soo, stojąca na samym końcu wysokiego brzegu, rozdarła papiery i cisnęła je na wodę. Ważenie złotego piasku rozpoczęło się, lecz utknęło na miejscu.
— Rozumie się, po siedemnaście dolarów — powiedział Porportuk do Tommy, który starannie sprawdzał wagę.
— Po szesnaście — rzuciła ostro El-Soo.
— W całym kraju przyjęty jest zwyczaj liczenia złota po siedemnaście dolarów za uncję piasku — protestował Porportuk. — Przecież to jest tranzakcja handlowa.
El-Soo roześmiała się. — Ten zwyczaj wprowadzono dopiero tej wiosny — rzekła. — W zeszłym roku i lat poprzednich liczono uncję po szesnaście dolarów. Kiedy ojciec mój zaciągał dług, liczono po szesnaście, kiedy wydawał w sklepie pożyczone od ciebie pieniądze, za uncję dawano mu mąki za szesnaście, nie za siedemnaście dolarów.
Porportuk zamruczał coś i skinął, żeby ważono dalej.
— Proszę podzielić piasek na trzy części i każdą zsypać oddzielnie — odezwała się El-Soo do Tommy. — Ot, tutaj, tysiąc dolarów. Tu trzy tysiące, a tam — sześć.
Robota była mozolna, Akoon zaś stał i obserwował bacznie każde poruszenie ważących.
— Czeka tylko na koniec wypłaty — zauważył ktoś w tłumie. Mniemanie to powtórzono dalej i wkrótce wszyscy czekali, co uczyni Akoon z chwilą wypłacenia dziewczynie całej sumy. Sługa Porportuka, stojący w pobliżu ze strzelbą w pogotowiu, również nie spuszczał wzroku z Akoona.
Ważenie było skończone i trzy sypkie wzgórki złotego piasku leżały na stole.
— Oto jest trzy tysiące dolarów, dług mego ojca, zaciągnięty w sklepie Kompanji, weź to, Tommy, i oddaj komu należy. A oto są czterej starzy niewolnicy mego ojca. Znasz ich, Tommy. Daję ci tysiąc dolarów; dbaj, aby każdy z nich miał zawsze poddostatkiem żywności i tytoniu.
Tommy zsypał każdą kupkę złota do oddzielnego woreczka. Sześć tysięcy dolarów pozostało na stole. El-Soo zanurzyła czerpak w piasek i błyskawicznym ruchem cisnęła złoto w głąb Yukonu. Porportuk zdążył chwycić rękę dziewczyny, kiedy sięgała po raz drugi.
— To moje — wyrzekła spokojnie.
Porportuk pojął, że nic nie poradzi, i odsunął się gwałtownie. Stał zgrzytając zębami, podczas gdy dziewczyna niewzruszenie czerpała piasek i sypała go do wody, dopóki nie pozostało ani odrobiny.
Tłum chciwemi oczyma wpatrywał się w Akoona, a zbrojny sługa zwycięscy zdjął strzelbę z ramienia, skierował lufę na odległego o jard wroga i palec położył na cynglu. Lecz Akoon nie uczynił nic.
— Czekam na poświadczenie kupna — odezwał się Porportuk ponuro. Wypisano więc poświadczenie kupna, które mówiło wyraźnie, że dnia tego i tego kobieta El-Soo nabytą została wobec świadków przez mężczyznę Porportuka. El-Soo podpisała dokument, nabywca zaś jej złożył papier starannie i schował do kieszeni. Nagle oczy zabłysły mu i ze skwapliwą radością zwrócił się do dziewczyny.
— Niech ci się nie zdaje, żeś pokryła cały dług ojca. To, co zapłaciłem, zapłaciłem za ciebie. Moje kupno jest interesem dzisiejszym, a nie sprawą z zeszłego roku lub lat poprzednich. Obecnie, wedle nowego kursu, za każdą uncję, którą dałem za ciebie, dostać mogę ilość mąki wartości siedemnastu dolarów, a nie szesnastu, jak niegdyś. Straciłem dolara na każdej uncji, na całej zaś sumie: sześćset dwadzieścia pięć dolarów.
El-Soo pomyślała chwilę i zrozumiała własną omyłkę. Uśmiechnęła się, a potem roześmiała głośno.
— Racja — odrzekła ze śmiechem — pomyliłam się, ale już zapóźno. Zapłaciłeś i złota już niema. Myślisz zbyt powoli i przez to straciłeś. Dowcip nie dopisuje ci ostatniemi czasy, Porportuk. Zestarzałeś się.
Nie odpowiedział. Spojrzał na Akoona i poczuł się bezpiecznym. Wargi wygięły mu się złym uśmiechem, a na twarz wystąpił skurcz okrucieństwa.
— Chodź — powiedział. — Pójdziemy do mego domu.
— Czy pamiętasz o dwu rzeczach, które ci powiedziałam jeszcze na wiosnę? — spytała El-Soo, nie ruszając się z miejsca.
— Oddawna miałbym źle w głowie, gdybym chciał pamiętać wszystko co mówią kobiety — odrzekł.
— Powiedziałam, że będziesz spłacony — ciągnęła niewzruszenie El-Soo. — Przedtem zaś powiedziałam jeszcze, że nigdy nie zostanę twoją żoną.
— Być może, ale to było przed dokonaniem formalnego kupna. — Porportuk trzasnął palcami po schowanym w kieszeni papierze. — Kupiłem cię wobec całego świata. Należysz do mnie. Nie zaprzeczysz, że do mnie należysz.
— Należę do ciebie — potwierdziła spokojnie El-Soo.
— Posiadam cię.
— Posiadasz.
Głos starego zadrgał pogardą i triumfem.
— Jak psa cię posiadam!
— Jak psa mnie posiadasz — ciągnęła spokojnie El-Soo. — Zapomniałeś jednak o tem, co ci mówiłam. Gdyby mnie kupił jakikolwiek inny mężczyzna, zostałabym niewątpliwie jego żoną. I byłabym mu dobrą żoną. Taką była wola moja i postanowienie. Ale postanowiłam również, że nigdy nie zostanę twoją żoną. A więc jestem twoim psem.
Porportuk wiedział, że igra z ogniem, ale uważał, że w takich razach lepiej igrać odważnie.
— Więc dobrze, mówię do ciebie nie jak do El-Soo, ale jak do psa — odrzekł. — Każę, żebyś szła za mną natychmiast. — Chciał ją schwycić za ramię, ale cofnęła się dumnie.
— Nie tak prędko, Porportuk. Kupujesz psa, pies ucieka. To już twoja strata. Jestem twoim psem. Cóż — jeżeli ucieknę?
— Zrobię to, co właściciel psa: obiję cię.
— Jak złapiesz?
— Jak złapię.
— No to łap.
Sięgnął po nią, ale już mu umknęła. Śmiejąc się, biegała wokoło stołu.
— Łapać! — rozkazał Porportuk swemu zbrojnemu Indjaninowi, stojącemu najbliżej dziewczyny. Zaledwie jednak ten zdołał wyciągnąć ramię, król z Eldorado zdzielił go pięścią w ucho. Karabin łupnął o ziemię. Była to doskonała okazja dla Akoona. Oczy mu błysnęły, lecz nie uczynił nic.
Porportuk był stary, ale chłodne noce całego życia zachowały mu siłę i rzeźkość. Nie gonił dziewczyny wokoło: nagłym ruchem przesadził stół i błyskawicznie runął ku El-Soo. Była zaskoczona. Rzuciła się w tył z ostrym krzykiem alarmu i Porportuk byłby ją dopadł, gdyby nie trafił na Tommy. Noga chłopaka błyskawicznie wysunęła się naprzód. Porportuk potknął się, zachwiał i padł jak długi twarzą w piach. El-Soo pierzchnęła.
— No to złap! — zaśmiała się przez ramię w przelocie.
Biegła lekko i zwinnie, ale Porportuk gonił zawzięcie i gniewnie. W młodości biegał najlepiej ze wszystkich okolicznych zapaśników. Z łatwością więc dorównał dziewczynie, ta jednak wymykała mu się w jakiś nieuchwytny, gibki sposób, raczej jak gałąź, niż jak kobieta. Będąc w indyjskim ubraniu, nogi miała swobodne, więc śmigłe ciało gięło się w niespodziewane łuki i zataczało polotne kręgi, wyślizgując się nieomylnie sztywnym dłoniom goniącego.
Z gwarem i śmiechem rozsypał się tłum, żeby obserwować niezwykłe polowanie. El-Soo wbiegła w środek wioski. Pomykając i kołując, w kręgach i nawrotach kryła się i ukazywała między skórzanemi namiotami, a za nią ciskał się zziajany Porportuk. Zdawać się mogło, że dziewczyna kołysze się na falach powietrza, obejmując je rozbujanemi ramionami, niekiedy zaś ciało jej, odchylone śmiało, jakgdyby bliskie już utraty równowagi, gięło się raptownie w stromem półkolu. A Porportuk, wciąż o pół kroku za nią, lub o pół kroku z boku, miotał się w słabych podskokach, jak zgoniony pies.
Przecięli otwartą równinę za wioską i znikli w lesie. Stacja Tana-naw czekała ich powrotu równie długo, jak bezskutecznie.
Akoon tymczasem jadł, spał i marudził ociężale przy ładowaniu małego parowca, głuchy na wzrastające objawy niechęci ze strony mieszkańców Tana-naw, których oczekiwania ośmielił się zawieść. Po upływie doby Porportuk powrócił. Zmęczony był i wściekły. Nie odzywał się do nikogo prócz Akoona, z którym najwyraźniej szukał zwady. Lecz ten wzruszał ramionami i odchodził. Porportuk nie tracił czasu. Wynajął pół tuzina młodych Indjan, wybierając co silniejszych w nogach i co wytrzymalszych w podróży, poczem na ich czele zapuścił się w głąb lasu.
Następnego dnia, parowiec „Seattle“, idący w górę rzeki, zarył się w brzeg i wyładował drzewo. Kiedy zdjęto liny i statek ruszył, Akoon znajdował się na pokładzie, czuwając w budce sternika. W kilka godzin później, kiedy z kolei sam stał przy sterze, zobaczyli jakieś czółenko z brzozowej kory, odbijające od brzegu. W czółenku odróżnić było można jedną tylko postać. Akoon przyjrzał się jej uważnie, zwolnił szybkość statku, i nareszcie skierował go na spotkanie czółenka.
Kapitan wpadł do budki.
— O co chodzi? — zapytał — woda dobra.
Akoon zaklął: ujrzał czółno większe, pełne ludzi, odbijające wślad za pierwszym. Wtedy jeszcze gwałtowniej skierował „Seattle“ naprzeciw.
Kapitan rozgniewał się. — Jakaś Indjanka! — protestował.
Akoon milczał. Oczy pełne miał tego, co działo się na rzece. Wpił źrenice w Indjankę i w czółno pogoni. Błyskało tam sześć sprawnych wioseł. Kobieta wiosłowała z trudnością.
— Ster prosto, powiadam! — krzyknął Kapitan, chwytając szprychy; ale Akoon zacisnął dłoń, natężył wszystkie siły i nie puszczał koła, mierząc zwierzchnika groźnemi oczyma. Ten zwolna odjął ręce.
— Warjat, psiakrew — mruknął przez zęby.
Akoon zatrzymał statek na samej granicy głębokiej wody i czekał, dopóki palce kobiety nie uczepiły się przedniego koła. Wtedy dał sygnał „pełną parą naprzód“ i wyprostował ster. Większe czółno było blisko, lecz odległość jego od statku poczęła zwiększać się z każdą chwilą.
Kobieta rozśmiała się i wychyliła ku wodzie.
— Złap-no teraz, Porportuk! — krzyknęła.
Akoon opuścił statek w Forcie Yukonu. Wynajął małą, zwinną łódkę i popłynął w górę rzeki Porcupiny. Z nim razem popłynęła El-Soo. Podróż to była ciężka, a droga wiodła przez samą oś świata. Ale Akoon kiedyś już przebywał ten szlak. Gdy dotarli do źródeł Porcupiny, porzucili łódź i poszli piechotą przez Góry Skaliste.
Akoon lubił nadewszystko iść w ślad za El-Soo i paść oczy widokiem jej ruchów. Taiła się w nich melodja, którą kochał. Najmilsze były mu łodygi nóg dziewiczych, zamknięte w gładkim atłasie skóry, smukłe kostki, i maleńkie, obute w mokasyny stopy, niestrudzone niczem w długie dni podróży.
— Jesteś lekka, jak wietrzyk — mówił chłopak, patrząc na nią. — Chodzisz, jakgdyby bez wysiłku. Wygląda to, jakbyś płynęła w powietrzu, tak lekko nogi twoje unoszą się i opadają. Jesteś jak sarna, El-Soo; jesteś, jak młoda sarna i oczy twoje patrzą, jak oczy sarny. Kiedy czasem spojrzysz na mnie, albo gdy doleci niespodziewany dźwięk z gęstwiny i nasłuchujesz, czy nie grozi niebezpieczeństwo — oczy twoje stają się oczyma sarny. O, i teraz, kiedy tak patrzysz na mnie...
El-Soo promienna i wzruszona podeszła i cicho ucałowała jego usta.
— Kiedy dojdziemy do Mackenzie, nie będziemy odpoczywali — mówił jeszcze Akoon. — Ruszymy na południe, zanim dosięgnie nas zima. Pójdziemy krajem słonecznym, gdzie nigdy nie bywa śniegu. Ale kiedyś — powrócimy. Widziałem już duży kawał świata i wiem, że niema kraju, jak Alaska, i niema słońca, jak nasze słońce. Śnieg jest dobry po długim lecie.
— I nauczysz się czytać — marzyła El-Soo, a chłopak odrzekł: — O tak, natychmiast nauczę się czytać.
Niestety jednak odpocząć musieli w Mackenzie. Polowali bowiem z całą bandą Indjan i Akoon postrzelony został przypadkiem przez jakiegoś młodzika. Kula przeszyła prawe ramię i, idąc dalej, złamała dwa żebra. Akoon nie znał się na chirurgji. Zato El-Soo nauczono w Misji opatrywania i pielęgnowania rannych. Kości złożono i Akoon leżał nieruchomo przy ognisku, czekając, aż się zrosną. Ogień rozgrzewał chorego, a dym rozpędzał moskity.
I nagle stało się, że dopędził ich Porportuk ze swemi ludźmi. Akoon miotał się i pienił w bezsilności, wzywając pomocy Indjan z Mackenzie. Porportuk spokojnie wyjaśnił swoje prawa. Indjanie byli zaskoczeni. Wobec tego Porportuk chciał odrazu zagarnąć dziewczynę. Ale Indjanie wyrazili sprzeciw. Musi odbyć się sąd i to najstarszych z plemienia, gdyż w sprawie między mężczyzną a kobietą decydować nie mogą młodzi, jako zbyt gorącego serca.
Starcy więc zasiedli w półkole opodal dymiącego ogniska. Twarze mieli żółte, wyschłe i pomarszczone, dym zaś gryzł ich zwątlałe piersi, tak, że jeden po drugim pokasływali chrapliwie. Co pewien czas sztywnemi rękoma oganiali moskity, niezgładzone przez dym. A potem chwytał ich jeszcze boleśniejszy, jeszcze bardziej przeszywający kaszel. Kilku pluło krwią, jeden zaś siedział trochę na uboczu, z głową pochyloną naprzód, i z ust jego sączyła się krew. Płuca odmawiały mu posłuszeństwa. Sędziowie siedzieli niby areopag trupów. Czas ich był krótki. Rozpoczął się sąd śmierci.
— ...i zapłaciłem za nią wielką cenę — kończył skargę swą Porportuk. — O takiej cenie nie słyszeliście nigdy. Sprzedajcie wszystko co posiadacie; sprzedajcie dzidy, strzelby i wszelką broń, sprzedajcie futra i skóry, łodzie i psy. Wszystko sprzedajcie! Nie dostaniecie nawet tysiąca dolarów. Ja zaś zapłaciłem za kobietę El-Soo dwadzieścia sześć razy cenę całego waszego mienia: broni, skór, futer namiotów i psów. Cena to wielka!
Starcy poważnie kiwali głowami, chociaż wyblakłe ich oczy rozszerzały się ze zdumienia, że jedna kobieta może być warta takiej ceny. Starzec z krwotokiem podniósł głową i wyszeplenił:
— A czy to prawda?
Pytał tak po kolei sześciu ludzi Porportuka i wszyscy odpowiadali zgodnie: — Prawda.
— A czy to prawda? — zapytał wreszcie dziewczyny, ona zaś rzekła:
— Prawda.
— Lecz Porportuk zapomniał dodać, że jest starcem i że ma córki starsze od El-Soo! — dodał Akoon.
— Tak, Porportuk jest starcem! — potwierdziła El-Soo.
— Mierzenie własnych lat i sił należy do samego Porportuka — zauważył starzec ustami pełnemi krwi. — My też jesteśmy starzy. Ba! Ale żaden wiek nie jest nigdy tak podeszły, jak to się wydaje młodości.
Półkole starców pokasływało uparcie, żuło tradycyjną gumę i z uznaniem kiwało głowami.
— Uprzedzałam, że nigdy nie zostanę jego żoną — odezwała się El-Soo.
— Niemniej, wzięłaś od niego dwadzieścia sześć razy więcej, niż posiadamy wszyscy? — zapytał któryś z sędziów, jednooki starzec.
El-Soo milczała.
— Czy to prawda? — Jedno oko płonęło mu oburzeniem i przeszywało dziewczynę, niby tępy świder.
— Tak. To prawda — rzekła.
— Ale ja ucieknę po raz drugi! — rzuciła zapalczywie po chwili. — Zawsze będę uciekać.
— To już jest rzecz Porportuka — wyrzekł trzeci starzec. — Naszą rzeczą jest wydać wyrok.
— Jaką cenę zapłaciłeś za tę kobietę? — zapytano Akoona.
— Żadnej — odrzekł. — Ona jest ponad wszelką cenę. Nie mierzyłem jej złotym piaskiem, ani psami, ani namiotami, ani skórami.
Teraz sędziowie debatowali pomiędzy sobą i pomrukiwali coś basem.
— Ci starzy, to drewna — odezwał się Akoon po angielsku. — Nie mam zamiaru słuchać ich wyroku. Słyszysz, Porportuk? Jeśli zabierzesz mi El-Soo — zabiję.
Starcy zamilkli i ze zgorszeniem spoglądali na mówiącego.
— Nie rozumiemy jego mowy — wyrzekł jeden z nich.
— On mówi tylko, że mnie zabije — pośpieszył wyjaśnić Porportuk. — Byłoby więc dobrze odebrać mu strzelbę i posadzić przy nim paru waszych myśliwych, żeby nie mógł mi zrobić krzywdy. O, młody jest, a cóż znaczy dla młodego pogruchotać komuś kości!
Akoona więc, leżącego bezwładnie, pozbawiono strzelby, noża i z każdego boku obstawiono młodymi myśliwymi z nad Mackenzie. Jednooki sędzia podniósł się z miejsca.
— Dziwną się nam wydaje cena, zapłacona za jedną zwykłą kobietę — rozpoczął. — Przyczyna tego nie jest nam znana. Naszą rzeczą jest wydać wyrok, więc wydajemy. Nie mamy żadnych wątpliwości. Wiadomem jest, że Porportuk zapłacił wielką cenę za kobietę El-Soo, a więc kobieta El-Soo należeć winna do Porportuka, i do nikogo innego.
Usiadł ciężko i zakasłał. Półkole potakiwało i kasłało, kasłało i potakiwało.
— Zabiję! — krzyknął Akoon po angielsku.
— Słuszny wydaliście wyrok — zwrócił się do rady starców. — Słudzy moi przyniosą wam za to dużo dobrego tytoniu. A teraz — przyprowadzić mi tu kobietę!
Akoon zgrzytnął zębami. Słudzy chwycili El-Soo pod ramiona. Nie opierała się i podeszła ku prześladowcy z twarzą w płomieniach gniewu.
— Siedź tu, u moich nóg, dopóki nie skończę mówić — rozkazał. Zamilkł, po chwili zaś ciągnął dalej: — Prawda. Jestem stary. Ale rozumiem drogi młodości. Niezupełnie jeszcze wystygłem. Niemniej, młody nie jestem i nie mam zamiaru przebiegać kłusem tych lat życia, które mi jeszcze pozostały. El-Soo umie biegąć szybko i bez zmęczenia. El-Soo jest sarną. Wiem, bo próbowałem ją gonić. Niedobrze, jeśli żona umie biegać tak prędko. Zapłaciłem za nią wielką cenę, uciekła, dogoniłem, a teraz ma podobno znowu uciec ode mnie. Akoon nie zapłacił nic — ale, jak słyszę, uciec ma do niego.
Kiedy przyszedłem pomiędzy was, mieszkańcy Mackenzie, jedną myśl miałem w głowie. Kiedy przysłuchałem się waszym naradom i pomyślałem o bystrych nogach El-Soo, miałem wiele zamiarów i myśli. Teraz znowu myśl mam jedną tylko, lecz różną od pierwszej. Pozwólcie, że wam ją powiem. Jeżeli pies raz ucieknie od swego pana, jest rzeczą pewną, że uciekać będzie zawsze. Wszystko jedno ile razy przyprowadzi go się z powrotem — ucieknie znowu. Kiedy trafi się nam taki pies, sprzedajemy go. El-Soo jest jak pies, co ucieka. A więc — sprzedam ją. Czy jest kto w czcigodnej radzie, kto chciałby kupić?
Starcy siedzieli w milczeniu i pokasływali zcicha.
— Wiem: Akoon chciałby kupić — ciągnął Porportuk — ale nie ma pieniędzy, wobec tego, ofiaruję mu El-Soo w prezencie, „bez ceny“, jak sam powiada. Tu, zaraz, w tej chwili pragnę mu ją ofiarować.
Schyliwszy się, ujął dziewczynę za rękę i poprowadził przez polankę ku miejscu, gdzie leżał Akoon.
— El-Soo ma zły zwyczaj, przyjacielu — przemówił, sadzając ją u nóg młodzieńca. — Jeśli teraz uciekła odemnie, w przyszłości niewątpliwie ucieknie od ciebie. Ale nie potrzebujesz się obawiać, o Akoon. Już ja się o to zatroszczę. Nie ucieknie od ciebie nigdy — masz na to słowo Porportuka. Mądra jest! Wiem o tem, bo jej dowcip godził we mnie nieraz. Niechże więc dziś moja przemyślność pójdzie w grę! I niech ona właśnie zachowa ci El-Soo na zawsze, o Akoon.
Porportuk pochylił się ku siedzącej na ziemi dziewczynie i szybko skrzyżował jej nogi tak, że stopa jednej leżała na stopie drugiej; a potem nagle, zanim zdołano domyśleć się jego zamiarów, przyłożył lufę karabinu prosto do obu nagich skrzyżowanych kostek — i wypalił. I podczas gdy Akoon borykał się z ciężarem sześciu uzbrojonych sług, dał się słyszeć trzask powtórnie łamanych jego kości.
— Słusznie. Słusznie — mówili jeden do drugiego starcy, siedzący półkolem.
El-Soo nie wydała żadnego dźwięku. Siedziała i patrzała na zdruzgotane kostki swoich młodych nóg, które nigdy już jej nie uniosą.
— Moje nogi są mocne, El-Soo — wymówił Akoon. — Ale nie odwiodą mnie na krok od ciebie.
El-Soo spojrzała na niego i po raz pierwszy od czasu, jak znał dziewczynę, Akoon zobaczył łzy w jej oczach.
— Twoje oczy są jak oczy sarny, El-Soo — wyrzekł.
— Cóż? czy sprawiedliwie? — zapytał przemyślny Porportuk, szczerząc zęby zza dymu ogniska i szykując się do odejścia.
— Sprawiedliwie — odrzekli sędziowie.

I półkolem siedzieli w milczeniu.


NEGORE-TCHÓRZ


Od jedenastu dni szedł tropem swego pierzchającego plemienia, a pogoń jego również była ucieczką. Za nim bowiem, wiedział o tem dobrze, szli okrutni Rosjanie, prąc przez bagniste, lub urwiskami zryte równiny, niosąc śmierć i zniszczenie całemu plemieniu. Worek do spania ze skór królika, sztucer i parę funtów suszonego na słońcu łososia stanowiły ładunek Negora.
Mógłby się dziwić, że całe plemię — kobiety, dzieci i starcy — wędrowało tak szybko, gdyby nie wiedział, że gnała je trwoga.
Były to minione czasy rosyjskiej gospodarki na Alasce; wiek XIX dobiegał połowy. Negore, uciekający wślad za uciekającym plemieniem, dotarł doń nareszcie pewnej nocy letniej na brzegu górnego Peelat. Godzina była zaledwie północna, lecz jasność panowała zupełna, kiedy wędrowiec mijał zmęczone obozowisko ludzkie. Wszyscy go spostrzegli, niektórzy poznali, lecz witali krótko i chłodno.
— Negore-tchórz! — posłyszał w drwiącym śmiechu młodej Illi-Ha, a Sun-ne, córka jego siostry, roześmiała się również.
Czarna wściekłość zdławiła mu serce, lecz ukrył ją w sobie i szedł dalej, szukając przejścia pośród obozu. Zatrzymał się wreszcie u jednego z ognisk, przy którem siedział starzec. Zmęczone mięśnie nóg rozcierała mu zręcznemi palcami młoda i silna kobieta.
Zeschła gałązka zachrzęściła pod stopami Negora. Starzec podniósł głowę i nadsłuchując bacznie, utkwił w przestrzeni ślepe źrenice.
— Kto idzie? — zapytał słabym, chybotliwym głosem.
— Negore — odrzekła młoda kobieta, nie podnosząc oczu od swej roboty.
Twarz przybyłego była jak z kamienia. Długą chwilę stał i czekał. Głowa starca znowu opadła na piersi. Młoda kobieta, klęcząc, mięła i prostowała znużone muskuły. Schylony jej głowę owiewało, jak obłok, czarne bogactwo włosów. Negore patrzał na smukłe ciało, gnące się zwinnie, niby ciało rysia, miękkie w ruchach, jak gałązka wikliny, a zarazem silne, jak tylko młodość silną być umie. Patrzał długo, aż nagle tęsknota zawyła mu w sercu, a pożądanie — głód piekący — szarpnęło wnętrzności. Przemówił:
— Czyż niema tu słowa pozdrowienia dla Negora, który odchodził na długo i powrócił dopiero przed chwilą?
Kobieta podniosła nań zimne oczy. Stary zamruczał coś sam do siebie, zwyczajem starych ludzi.
— Jesteś moją kobietą, Oona — rzekł Negore głosem, w którym brzmiał rozkaz i groźba.
Zerwała się na równe nogi szybko i lekko, jak kotka; oczy jej płonęły, nozdrza rozdymały się, jak u łani.
— Tak. Byłam twoją, Negore; ale dziś jesteś tchórzem, a córka Starego Kinoosa nie będzie żoną tchórza.
Rozkazującym ruchem przeszkodziła mu mówić.
— Stary Kinoos i ja przyszliśmy pomiędzy was z dalekiego kraju. Bracia twoi przyjęli nas i ogrzali u swych ognisk, nie pytając, skąd i dlaczego idziemy. Myślą dotychczas, że Stary Kinoos jest ślepy ze starości. Nie przeczy on temu i nie przeczę ja, jego córka. Stary Kinoos był odważnym mężczyzną, ale stary Kinoos nie jest samochwalcą. I teraz, kiedy ci opowiem, skąd pochodzi jego ślepota, zrozumiesz, nie pytając, że córka Starego Kinoosa nie może być matką dzieci tchórza, jakim jesteś ty, Negore.
Znowu rozkaz jej ręki zamknął usta mężczyzny.
— Wiedz, Negore, że gdyby jedną wędrówkę dodać do drugiej, a do nich jeszcze wszystkie wędrówki, jakie zrobić można po tym kraju, — nie doszlibyśmy jeszcze do dalekiej Sitki na brzegu Wielkiej Słonej Wody. Żyje tam liczne plemię Rosjan, a prawo jego jest okrutne. Z tej to Sitki, Stary Kinoos, który wtedy był Młodym Kinoosem, uciekł ze mną, małem dzieckiem, na ręku, wzdłuż wysp, aż na pełne morze.
Trup mojej matki opowiada historję jego nieszczęścia..
Trup Rosjanina z piersią przebitą na wylot opowiada historję zemsty Kinoosa.
Lecz dokądkolwiek uciekaliśmy i jak daleko odchodziliśmy od ojczyzny — wszędzie żyło znienawidzone plemię Rosjan. Kinoos był nieustraszony, ale ich widok piekł jego oczy. Tak więc, szliśmy wciąż dalej i dalej przed siebie, poprzez kraje i poprzez lata, aż doszliśmy do Morza Wielkich Mgieł, o którym słyszałeś, Negore, ale nie widziałeś go nigdy. Żyliśmy pośród obcych plemion, a ja tymczasem wyrosłam na kobietę. Ale Kinoos nie wziął drugiej żony, ani ja nie wzięłam sobie męża.
Nareszcie przyszliśmy do Pastolik, tam, gdzie Yukon wpada do Morza Wielkich Mgieł. Żyliśmy długo na wybrzeżu, pośród plemienia, które również gorąco nienawidziło Rosjan. Niekiedy przypływali tam oni — Rosjanie — na wielkich statkach i kazali ludziom z Pastolik pokazywać sobie drogę, pośród niezliczonych wysepek Yukonu, co ma tysiąc ramion. I zdarzało się, że mężczyźni brani na przewodników, nie wracali wcale do domów, aż nareszcie plemię uniosło się wielkim gniewem i uplanowało zemstę. Tak więc, gdy nowy statek przybił do brzegu, stary Kinoos wystąpił i oświadczył, że mógłby pokazać drogę. Był już wtedy podeszły w latach i włosy miał białe, ale po dawnemu nie znał trwogi. Przemyślny też był i chytry, bo wprowadził statek do miejsca, gdzie morze wchodzi wgłąb kraju i białe piany gryzą brzeg góry, zwanej Romanow. Morze zaniosło statek tam właśnie, gdzie fale najmocniej się pienią, a potem rzuciło o skałę, tak, że boki potrzaskały, jak skorupa. Wtedy nadbiegło całe plemię z Pastolik (bo taki był właśnie plan), uzbrojone w topory, dzidy i strzelby. Ale przedtem Rosjanie wyłupili oczy Starego Kinoosa, aby nigdy więcej nie mógł pokazywać drogi. Później zaś długo i krwawo walczyli z naszymi tam, gdzie białe fale gryzą brzegi skał.
Otóż wodzem tych Rosjan był Iwan. On to własnoręcznie dwoma wielkiemi palcami wyłupił oczy Kinoosa, i on to potem wywalczył sobie drogę przez białe piany z dwoma tylko ludźmi, co ocaleli. Ruszył na północ wzdłuż brzegu Morza Wielkich Mgieł.
Kinoos był ślepy. Nie mógł już widzieć i nazawsze stał się bezradny, jak dziecko. Więc ruszył precz od morza, w górę wielkiego, nieznanego Yukonu, aż do Nulato i ja, jego córka, poszłam z nim razem. Oto są czyny ojca mego, Kinoosa, starego człowieka. A cóż uczynił Negore, młody mężczyzna?
Raz jeszcze rozkazujący ruch wstrzymał jego mowę.
— Własnemi oczyma widziałam w Nulato przed bramami wielkiego fortu! Kilka dni temu! Widziałam, jak Rosjanin, Iwan, ten sam, co wyłupił oczy mego ojca, okładał cię batem jak psa. Widziałam to — i jesteś dla mnie tchórzem. Lecz nie widziałam cię wcale tej nocy, gdy całe plemię — nawet chłopcy, co jeszcze nie chodzą na łowy — dopadli Rosjan i porżnęli ich wszystkich...
— Ale nie Iwana — rzekł Negore spokojnie. — I otóż właśnie następuje on nam na pięty, wraz z całą chmarą nowych Rosjan, przybyłych zza morza.
Oona nie starała się ukryć zawodu, jaki sprawiła jej ta wiadomość. Po chwili jednak mówiła dalej:
— W dzień widziałam cię, jako tchórza; w nocy, kiedy walczyli wszyscy — nawet chłopcy, co jeszcze nie chodzą na łowy — nie widziałam cię wcale. Jesteś więc tchórzem podwójnie.
— Czy skończyłaś? Czy skończyłaś już wszystko? — zapytał Negore.
Skinęła głową i patrzyła mu w oczy pytającemi oczyma, jakby zdziwiona, że ośmielił się jeszcze przemówić.
— Wiedz-że: i Negore nie jest tchórzem — zaczął, a mowa jego była powolna i pełna spokoju. — Wiedz, że kiedy byłem jeszcze młodym chłopcem, powędrowałem sam jeden z biegiem rzeki, aż do miejsca, gdzie Yukon wpada do Morza Wielkich Mgieł. Dosiągnąłem Pastoliku, a potem szedłem dalej na północ wzdłuż morskiego brzegu. Uczyniłem to, jako młody chłopiec i nigdy nie byłem tchórzem. Nie byłem nim również, gdym powędrował w górę Yukonu — ciągle sam jeden i młody — dalej, niż ktokolwiek z mego plemienia, tak daleko, żem widział miasto nieznanych ludzi o białych twarzach, lecz o mowie niepodobnej do mowy Rosjan. Zabiłem też wielkiego niedźwiedzia w kraju Tanana, gdzie nie był nikt z mego narodu. I walczyłem z plemieniem Nuklukyet, i z plemieniem Kaltag, i z plemieniem Stick w dalekich krajach, właśnie ja, młody i sam jeden.
Opowiadam o czynach tych, ponieważ nikt tu o nich nie wie. Ale niechaj plemię moje opowie o czynach innych, które widziało samo. Nie nazwie mnie tchórzem.
Skończył dumnie i dumnie czekał.
— Wszystko to zdarzyło się przed moim przybyciem do waszego kraju — odrzekła Oona. — Nie wiem nic o tem. Zato wiem, to co wiem, a wiem, że widziałam na własne oczy, jak byłeś bity batem w jasny dzień, w nocy zaś, kiedy wielki fort płonął czerwonym ogniem, a ludzie zabijali i byli zabijani — nie widziałam cię wcale. A więc naród ma prawo nazwać cię tchórzem. I to jest od dzisiaj imię twoje: Negore-Tchórz.
— Złe imię, złe imię... — zamruczał Stary Kinoos.
— Nie wiesz, jak było, Kinoosie — rzekł Negore z szacunkiem. — Zaraz ci to wytłumaczę. Wiedz, że polowałem właśnie na niedźwiedzia, wraz z Kamo-tah, synem mojej matki. Kamo-tah dopadł zwierza. Trzy dni przedtem nie jedliśmy mięsa, więc Kamo-tah nie był krzepki w ramionach, ani szybki w nogach. To też niedźwiedź pogruchotał mu kości, jak zeschłe gałązki drzewa. Kiedy go odnalazłem, leżał na ziemi bezsilny i napół żywy. Nie miałem żywności i nie udało mi się nic upolować, żeby pokrzepić chorego. Więc powiedziałem: Pójdę do Nulato, przyniosę mięsa i wezmę ze sobą paru silnych ludzi, żeby pomogli zanieść brata mego do obozu. Lecz Kamo-tah odrzekł: Idź do Nulato i przynieś żywności, lecz nie mów nikomu ani słowa o tem, co mnie spotkało. Kiedy się pokrzepię i wrócę do sił, zabiję tego niedźwiedzia. Wtedy z honorem wrócę do Nulato i nikt nie ośmieli się drwić ze mnie i mówić, że niedźwiedź oprawił biednego Kamo-tah.
Nakłoniłem więc ucha słowom brata mego. A kiedy przyszedłem do Nulato i bat Iwana okładał grzbiet mój, jak grzbiet psa, wiedziałem, że niewolno mi walczyć. Nikt bowiem nie wiedział o Kamo-tah, chorym, bezsilnym i głodnym. Gdybym zaś walczył z Iwanem i zginął — brat mój zginąłby także. Tak oto stało się, Oona, że widziałaś mnie bitego, jako psa.
Słyszałem potem, jak szamani i wodzowie mówili, że Rosjanie sprowadzili na naród dziwne choroby, że zabijają nam mężczyzn i porywają kobiety i że trzeba nareszcie kraj z wroga oczyścić. Jak powiadam, słyszałem tę mowę i uznałem, że była słuszna. Tej nocy mieliśmy napaść Rosjan. Ale w lesie leżał brat mój, Kamo-tah, chory, jęczący i głodny. Tak więc, niewolno mi było zostać i walczyć, kiedy walczyli wszyscy, nawet młodzi chłopcy, którzy nie chodzą jeszcze na łowy. Zabrałem mięso, ryby i pręgi bicza na grzbiecie, i odnalazłem Kamo-tah, który nie jęczał już, ponieważ nie żył. Wtedy wróciłem do Nulato, lecz nie było już Nulato, tylko kupa popiołu na miejscu wielkiego fortu i trupy wielu ludzi. I widziałem Rosjan, jadących łódkami w górę Yukonu, nowych Rosjan, przybyłych zza morza. Iwanowi przysłano posiłki i słyszałem jak wydawał rozkazy. Następnego dnia widziałem, jak ruszyli po tropie naszego plemienia. Teraz są już blisko, a ja jestem tutaj, Negore — lecz nie tchórz.
— Piękną opowiadasz historję — odrzekła Oona, a głos jej był życzliwszy, niż przedtem. — Ale Kamo-tah umarł i nie może świadczyć za tobą, a ja wiem tylko to, co wiem, i chcę własnemi oczyma zobaczyć, że tchórzem nie jesteś.
Negore poruszył się niecierpliwie.
— Jest na to sposób, Negore — dodała szybko Oona. — Czy chcesz spełnić czyn, godny czynu starego Kinoosa?
Skinął głową i czekał.
— Jak powiedziałeś, Rosjanie tropią nas znowu. Pokaż im drogę, Negore, jak niegdyś pokazał im Stary Kinoos! Niech wejdą bezpieczni w wąwóz górski, a my ich tam spotkamy. Znasz to miejsce, gdzie stoi urwista skała? Tam zgnieciemy ich wszystkich, nawet Iwana. Kiedy przylgną jak muchy do ściany wąskiego przejścia — gdzie wierzchołek jest blisko podnóża — nasi wypadną na nich z obu stron i z góry, każdy z dzidą, toporem lub strzelbą. A kobiety i dzieci potoczą ze skał wielkie kamienie. Wtedy nastanie dzień szczęśliwy, Rosjanie legną pobici, kraj będzie wolny, a Iwan, sam Iwan, co wyłupił oczy mego ojca i bat swój spuścił na grzbiet mego mężczyzny — zginie. Zginie marnie, jak pies wściekły, z piersią zgniecioną przez głazy. A kiedy rozpocznie się walka, twoją jest rzeczą, Negore, wymknąć się im cichaczem, żeby cię nie zabili...
— Zgadzam się — odpowiedział mężczyzna. — Negore pokaże im drogę. Ale co potem?
— Potem zostanę twoją. Żoną Negora, dzielnego mężczyzny. Będziesz polował dla mnie i Starego Kinoosa, a ja będę warzyła ci strawę, szyła ciepłą odzież i robiła mokasyny sposobem mego narodu, który jest lepszy od waszego sposobu. I — jak przyrzekam — będę twoją, Negore, na zawsze twoją. Życie uczynię ci szczęśliwem, aż dzień każdy stanie się, jak pieśń i śmiech i zrozumiesz, że kobieta Oona nie podobna jest do innych kobiet, bo podróżowała daleko, żyła w obcych krajach, zna obyczaje mądrych ludzi i wie, w jaki sposób życie mężczyzny uczynić szczęśliwym. Nawet stare lata twoje napełnię szczęściem, bo pamięć o mnie z dni młodości pozostanie ci droga. O mnie, która byłam powolna i cicha, wierna i słodka, i ponad wszystkie kobiety świata byłam kobietą dla ciebie.
— O, tak — wymówił Negore. Pożądanie żarło mu wnętrzności i ramiona same wyciągnęły się ku niej, jak dłonie spragnionego ciągną się ku wodzie.
— Nie. Kiedy pokażesz drogę, Negore — wstrzymała go. Lecz oczy jej były słodkie i gorące i poczuł, że patrzy na niego, jak nie patrzyła jeszcze nigdy żadna kobieta.
— Dobrze — postanowił, odwracając się na miejscu. Idę teraz rozmówić się z wodzem. Niech wie, że będę pokazywał drogę Rosjanom i niech czeka w górskim wąwozie.
— O, Negore — mężu mój!... — rzekła Oona do samej siebie, patrząc za odchodzącym, lecz rzekła tak cicho, że nie słyszał nawet Stary Kinoos, chociaż z powodu ślepoty słuch miał wyostrzony.

W trzy dni później Negore, chytrze zdradziwszy pozorną swą kryjówkę, pojmany został jak szczur i rzucony przed oblicze Iwana-Okrutnego, jak zwali go właśni ludzie. Negore uzbrojony w nędzną dzidę, zakończoną kościanem ostrzem, owinięty był szczelnie w odzienie z króliczej skóry i pomimo ciepłego dnia trząsł się, jak w febrze. Kiwał głową na znak, że nie rozumie mowy Iwana i udawał, że jest tak chory i bezsilny, że prosi tylko, aby pozwolono mu usiąść pod drzewem i siedzieć spokojnie. Co chwila wskazywał na brzuch i ciągle drżał gorączkowo. Lecz Iwan miał ze sobą człowieka z Pastolik, który mówił narzeczem Negora. Liczne i nadaremne były pytania, które zadawał mu Iwan, aż człowiek z Pastolik, imieniem Karduk, odezwał się temi słowy: — Rzekł Iwan, że będziesz bity, aż do śmierci, jeśli nie odpowiesz. A wiedz, obcy bracie, że jeśli cię uprzedzam, iż słowo Iwana jest prawem, to dlatego tylko, że twoim, nie jego jestem przyjacielem. Nie z własnej woli opuściłem mą wioskę nad morzem i bardzo pragnę żyć. To też posłuszny jestem woli mego pana i radzę tobie uczynić to samo, jeśli jesteś mądry i również chcesz żyć.
— Nie, obcy bracie — odpowiedział Negore. — Nie znam drogi, którą poszło moje plemię, bo byłem chory, a oni szli tak szybko, że nogi podcięła mi słabość i upadłem.
Negore poczekał, aż Karduk powtórzy to Iwanowi. Potem ujrzał, że twarz Rosjanina pociemniała z gniewu i że ludzie, co stali u jego boku, trzaskać poczęli nahajami, trzymanemi w ręku. Natychmiast udał wielkie przerażenie i począł krzyczeć, że wprawdzie był chory i nic nie wie, ale wyda wszystko, co tylko wie. A powiedział to w taki sposób, że Iwan dał rozkaz marszu swoim ludziom, otoczywszy wprzód Negora, żeby nie uciekł. Negore nadal udawał bezsilnego i przystawał co chwila, a wtedy tamci okładali go nahajami, aż wył z bólu i odnajdywał nowe siły. Kiedy zaś Karduk zachęcał, że włos mu z głowy nie spadnie, jeśli doprowadzi do swego plemienia, Negore pytał: — I będę mógł wtedy odpocząć i już się nie ruszać? Wciąż tylko pytał: — Naprawdę, będę mógł wtedy odpocząć i nie ruszać się więcej?
A kiedy udał jeszcze słabszego i odwróciwszy się, powiódł zamglonemi oczyma po wrogich szeregach, zauważył wielkie zmęczenie żołnierzy Iwana i pomyślał z zadowoleniem, że Iwan nie poznał w nim tego, którego bił przed bramami Nulato. Dziwne to szeregi oglądał owemi zamglonemi oczyma: byli tam strzelcy słowiańscy, pięknoskórzy i muskularni; byli krótcy, tępi finnowie o płaskich nosach i wystających policzkach i syberyjscy mieszańcy, których nosy przypominały raczej orle dzioby, i powolne, skośnookie chłopy, w których żyłach płynęło tyleż mongolskiej, co i słowiańskiej krwi. Byli to awanturnicy, co przyszli z dalekiego kraju, leżącego za Morzem Beringa, aby za skarby skór i futer dławić świat nieznany krwawemi pazury i zdobywać go mordem i pożogą.
Negore patrzył z zadowoleniem i w myśli widział ich wszystkich martwych i zdruzgotanych w skalnym wąwozie. Równocześnie zaś widział twarz i postać Oony, czekającej go tam wśród gór i słyszał dźwięk jej głosu i czuł na sobie ciepłe światło jej źrenic, ale ani na chwilę nie zapominał jęczeć i wyrzekać pod razami bata, ani potykać się na kamienistej drodze. Niepokoiła go tylko obecność Karduka, którego uważał za zdrajcę; miał on bowiem fałszywe spojrzenie i łatwy język, zbyt łatwy, jak sądził Negore, by mówić słowa uczciwe. Cały dzień szli naprzód. Pod wieczór, kiedy Karduk zapytał go z rozkazu Iwana, kiedy myśli, że spotkają pierzchające plemię, odrzekł, że nie wcześniej, jak jutro. Ale Iwan, któremu już Stary Kinoos pokazywał drogę i który wtedy przedrzeć się potrafił przez spienione wody i czerwoną krew — nie wierzył już nikomu, to też, kiedy zbliżyli się do jednego z wąwozów górskich, zatrzymał swych czterdziestu ludzi i przez Karduka zapytał, czy droga jest wolna.
Negore spojrzał przelotnie i niedbale. Przed nimi leżał szeroki wąwóz, łamiący prostą ścianę górską w urwiska całe zarosłe krzakami, drobnemi, lecz dość wielkiemi, żeby ukryć wszystkich wojowników plemienia. Negore potrząsnął głową. — Nie, nikogo tu niema — rzekł. — Droga jest wolna.
Znowu Iwan przemówił coś do Karduka, ten zaś zwrócił się do Negora: — Wiedz, obcy bracie, że jeśli mowa twoja nie jest prawdziwa, a wróg zagradza drogę i napadnie na ludzi Iwana — umrzesz natychmiast.
— Mówię prawdę — rzekł Negore. — Droga jest wolna.
Iwan jednak wciąż niedowierzał, posłał więc dwu strzelców na zwiady, a dwu drugich postawił u boku Negora. Oparli lufy strzelb o pierś jeńca — i czekali. Czekali wszyscy. I Negore wiedział, że jeśli gwizdnie jedna zabłąkana kula lub padnie dzida — śmierć przyjdzie go zabrać.
Dwaj wywiadowcy ostrożnie szli naprzód, i stawali się wciąż mniejsi i mniejsi, a kiedy nareszcie minęli przełęcz i poczęli wymachiwać czapkami na znak, że wszystko w porządku, byli jak dwa czarne punkciki na jasnem tle nieba. Strzelby odjęto od piersi Negora i Iwan wydał rozkaz marszu. Sam szedł w milczeniu, zatopiony w myślach. Po upływie całej godziny, jakby nagle zbity z tropu, zapytał Negora przez usta Karduka:
— Skąd wiedziałeś, że droga jest wolna, kiedy spojrzałeś na nią tylko przelotnie?
Negore pomyślał o małych ptaszkach, które widział w szczelinach skał i pośród krzewów — i uśmiechnął się. To było takie proste; wzruszył tylko ramionami i nic nie odpowiedział. Pomyślał bowiem o drugim wąwozie górskim, do którego przybędą wkrótce i z którego pierzchły już napewno wszystkie ptaszki. Cieszył się, że Karduk pochodził z nad morza, gdzie nie było drzew ni krzewów i gdzie ludzie znali tajemnice wody, ale nie ziemi i lasów.
Po trzech godzinach marszu, kiedy słońce stało wysoko, doszli do drugiego wąwozu i Karduk rzekł: — Przyjrzyj się całemi oczyma, obcy bracie, czy droga jest wolna, Iwan bowiem nie chce już posyłać wywiadowców i czekać, aż wrócą.
Negore spojrzał, a dwaj żołnierze oparli lufy strzelb o jego piersi. Zobaczył, że wszystkie małe ptaszki uleciały z tego wąwozu, a potem ujrzał wśród nieruchomych krzewów błysk słońca na ostrzu dzidy. Wtedy pomyślał o Oonie i o jej słowach: — Kiedy rozpocznie się bitwa, twoją będzie rzeczą, Negore, umknąć cichaczem, aby cię nie zabito.
Poczuł ciężar dwu strzelb, opartych o piersi. Tego nie przewidziała Oona. Nie można stąd uciec cichaczem. On pierwszy umrze, gdy rozpocznie się bitwa.
— Droga jest wolna — wymówił stanowczo, choć wciąż jeszcze udawał, że patrzy zamglonemi oczyma i trzęsie się, jak w gorączce. — Droga jest wolna.
Więc poszli dalej: Iwan i jego czterdziestu ludzi z dalekiego kraju, co leży za morzem Beringa. A z nimi był Karduk, człowiek z Pastolik i Negore, wciąż z dwoma lufami u piersi. Droga była stroma i szli powoli. Ale jakże szybko — jak nieskończenie szybko — zbliżał się ku Negorowi środek wąwozu, to miejsce, gdzie wierzchołek ściany najbliżej jest podnóża...
Strzał padł wśród skał na prawo. Negore posłyszał okrzyk wojenny swego plemienia i przez sekundę widział, jak góry i zarośla wybuchły chmurą zbrojnego ludu.
Potem usłyszał piorunowy wybuch ognia, przeszywający całe jestestwo i runął na ziemię, czując jeszcze ostrą mękę życia, przemocą wydzieranego z ciała. Ale wpił się w swe życie kurczem zawziętej świadomości — i nie puszczał. Wchłaniał wciąż powietrze, przeszywające płuca bolesną rozkoszą i jak przez mgłę chwytał w przerwach między falami zupełnego mroku i ciszy, jakieś strzępki światła i dźwięku. Zrozumiał, że obcy strzelcy słali się trupem, a jego plemię kończyło rzeź, napełniając wąwóz zgiełkiem i krzykiem; a tam, daleko, tłum kobiet i dzieci spychał z gór odłamki skał, które wirowały w powietrzu, jak żywe i głucho uderzały o ziemię. Słońce tańczyło ponad nim na wysokim niebie, straszliwe ściany wznosiły się i opadały i wciąż widział i słyszał, jak przez mgłę. A kiedy wielki Iwan runął opodal, martwy i z piersią zdruzgotaną głazem — Negore wspomniał ślepe oczy Starego Kinoosa i był szczęśliwy.
Potem dźwięki poczęły cichnąć, a skały nie wirowały już w powietrzu. Wojownicy jego plemienia podchodzili wciąż bliżej i bliżej, zbierając swoich rannych, dobijając wrogów. Tuż przy sobie posłyszał rozdzierające wycie jednego z ogromnych strzelców słowiańskich, który nie chciał umrzeć i uparcie dźwigał ciało, nadziane na ostrze dzidy.
Nareszcie zobaczył nad sobą twarz Oony i poczuł Oony ramiona. I na jedną chwilę słońce zatrzymało się i lśniło spokojnie, a wielkie strome ściany stanęły bez ruchu.
— Jesteś dzielnym mężczyzną, Negore — posłyszał wyraźnie głos jej. — Jesteś mężem moim, Negore.
I w tej chwili przeżył całe życie szczęścia, o którem mu mówiła i cały śmiech i wszystkie pieśni, a kiedy słońce poczęło chylić się na niebie, jakby za dni jego starości — poczuł, jak słodką jest pamięć Oony. Gdy zaś wspomnienia zmierzchły i poczęły zamierać w ciemności, co nasuwała się zwolna, poczuł w objęciach Oony błogą pełnię nasycenia i ciszy, jaką mu przyrzekała.

I spoczywając głową na jej piersiach, gdy noc nieprzejrzana zapadła ponad nim, zdołał pojąć jeszcze wielki spokój, rozściełający się wokół, ciszę wielu mroków i wieczną tajemnicę milczenia.


PL Serce kobiety page0236.png


Przypisy

  1. Forty Mile.
  2. gee-pole: żerdź, służąca do podpierania się i kierowania przy torowaniu drogi.
  3. Surprise — Lake.
  4. Little Yellow Head.
  5. Indyjska uczta weselna.
  6. Twenty Mile.

Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: John Griffith Chaney.