Perykles (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare,
Józef Ignacy Kraszewski (przedmowa)
Tytuł Perykles
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VII
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. Pericles, Prince of Tyre
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom VII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VII jako ePub Pobierz Cały tom VII jako PDF Pobierz Cały tom VII jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Selous - Perykles.jpg

PERYKLES.



PERYKLES.

J

Jak Tytus Andronikus, o którym później będzie mowa, jest równie wątpliwy Perykles, przez jednych Szekspirowi przyznawany, przez innych odrzucany. Charakter tego dramatu, któremu za osnowę służyła bajka grecka z V wieku, cale jest odmienny, a budowa szczególna i w swoim rodzaju jedyna.

Dramat nie rozwija się jak inne cały na scenie, dopełniają go prologi, opowiadania i pantominy. Jest w nim coś pierwotnego, niekształtnego, niezupełnego, a nie bez jakiegoś archaicznego wdzięku...
Za życia jeszcze autora w r. 1609, Perykles był dwa razy drukowany z imieniem jego. Jakkolwiek Szekspir mało może przywiązywał wartości do literackiej swej sławy i nie troszczył się o to, że jego dramata z niepoprawnych, podchwyconych drukowano rękopismów — nie byłby zapewne przepuścił bezkarnie nadużyciu imienia swojego... On sam lub ktoś za niego ująłby się, gdyby Perykles mu nie należał... Pierwsze to wydanie nosi tytuł: „Nowa a bardzo przedziwna sztuka (play), zwana Perykles, książę Tyru, z prawdziwym opisem całej historyi, wypadków i losów mianowanego książęcia, jako nie mniej rzadkich przygód urodzenia i życia córki jego Maryany, tak jak ona była przedstawioną przez J. Król. Mości sługi w Globusie na Bankside, przez Will. Szekspira“.
Następne wydania w latach 1611 — 1619, noszą także imię Szekspira.
Pomimo to w wydaniu pośmiertnem przyjaciele poety nie pomieścili Peryklesa i z tego powodu powstała co do autorstwa wątpliwość. Rowe w trzeciem wydaniu zbiorowem wydrukował go, Pope i następcy jego opuścili znowu. Malone i późniejsi przyjęli do dzieł Szekspira. Dryden w prologu do Circy Davenanta pisze: „Szekspira muza wprzódy wydała Peryklesa niż Maura“ (Otella).
Bajka grecka, której pochodzenie odnoszą do V, lub VI wieku, niewątpliwie ze starszej jakiejś legendy przerobiona, w rozmaitych formach powtarzała się przez wieki. Echa jej i cząstki znajdujemy rozproszone w powieściach różnych narodów. Podobała się ona cudownością wypadków i bladym zarysem charakterów samej bohaterki, jej matki, księcia, zazdrosnej opiekunki, a nadewszystko dramatyczną sceną ostatnią, której, jeśli się nie mylimy, odbicie znajdzie się w jednym z łacińskich dramatów Hroswithy. Przywodzim to tylko na dowód popularności samego wątku...
W IX w. grecką powieść przełożono na język łaciński. Bohater zwał się nie Peryklesem ale Apolloniusem z Tyru. W końcu XII wieku wierszem łacińskim także ułożył ją Gotfried z Viterbo. Mieści się ona potem, w XIV wieku, w sławnym zbiorze legend, znanych pod tytułem: „Gesta Romanorum“ źródle, z którego długo i u nas też czerpano.
Z łacińskiej powieści stworzono romans francuski, a z niego powstała: „Englisch Cronicle of Apollyn of Tyre“ w r. 1510.
Zmarłego w r. 1408 poety Gowera poemat popularny, ulubiony, służył Szekspirowi za główny materyał. O nim powiada w prologu:

Pieśń ta bawiła chłopców i dziewczęta,
Po wieczorynkach i we wszystkie święta,
Damy, panowie, w pozłacanej sali
Dla swej rozrywki nieraz ją czytali —

Gower sam występuje u Szekspira zamiast prologów, chórów, jako tłómacz pantomim, które dramat uzupełniają. Język, formy, charaktery daleko wyraziściej niż w Tytusie są Szekspirowskie; postacie z prostotą i wdziękiem się malują; szczególniej rycerska legendowego bohatera Peryklesa i ślicznej Maryny. W niektórych scenach dostrzegać się dają pewne analogie motywów i wykonania z innymi dramatami poety. Tak scena Maryny z Leonidem, gdy ją chce zabijać, przypomina w Królu Janie młodego Artura z Hubertem. Piękną jest prawdziwie i z wielkiem poczuciem sztuki prowadzoną scena córki u łoża nieznanego ojca. Rozpoczęcie dramatu, scena burzy (Akt III, 1) odznaczają się między innemi.
Sam przedmiot i treść sztuki razić będą uszy czytelników XIX w. Zmienił się obyczaj mowy, choć świat przez to na obyczajności i czystości nie zyskał. To, co na scenie angielskiej grywano wobec królowej i jej dworu, wyda się nam szorstkiem, rażącem i nieprzyzwoitem... Nie można ganić tego, że społeczność nasza unika ocierania się o brudy życia i nie chce ust sobie kalać nimi; kto chce jednak poznać przeszłość, winien mieć odwagę zbliżyć się do niej i przypatrzeć się takiej, jak ona była.
„Powieść ta, pisze Gervinus, należy do szeregu ulubionych romansów, których treść za czasów Szekspira z takiem upodobaniem przerabiano na dramata. Mnogość wypadków i czynności nęciła tłum widzów, tak samo, jak u nas romantyczne dramata Kotzebuego, obok Goethego i Schillera zyskiwały gorące oklaski. Upodobanie przedmiotu tego z formy epicznej przeszło w spadku na dramatyczną, jakkolwiek ta niekształtnie była wyrobioną. W sztuce tej, kunszt przerobienia opowiadania na drama, w którym później Szekspir celował i był mistrzem, jeszcze jest w kolebce. Epos w części tylko przetworzona na sceny; czego przedstawić nie było podobna na teatrze, dopełniano opowiadaniem i pantomimami; prologi włożono w usta Gowera, który wszędzie, gdzie scena się wypróżnia, gdzie akcya ustaje, wierszami staroświeckiego kroju ją zastępuje... Niema tu jedności akcyi, jest tylko jedność osób; niema związku i konieczności wypadków, tylko zewnętrzna siła, ślepy traf przygodami bohaterów kieruje. Nawet jedność idei, którą Szekspir zawsze ożywiał swe dramata, nie łączy z sobą części; zaledwie moralna dążność początek z końcem jego wiąże“. — Tą myślą, którą poeta dodał baśni greckiej, jest los różny dwóch córek: występnej Antyocha i cnotliwej Peryklesa...
Z wydania w r. 1608 możnaby wnosić, że Szekspir późno opracował Peryklesa, co zdaje się niepodobieństwem. Zaliczyć go trzeba do pierwszych prób jego młodości.


Ozdobnik romb2rybki2kropki.png



OSOBY:

Antyoch, król Antyochii.
Perykles, książę tyryjski.

Helikanus,   Panowie, tyryjscy.
Eskanes,

Symonides, król Pentapolisu.
Kleon, gubernator Tarsu.
Lizymach, gubernator Mityleny.
Cerimon, pan efeski.
Taliard, sługa Antyocha.
Filemon, sługa Cerimona.
Leonin, sługa Dyonizy.
Marszałek.
Rajfur i jego Żona.
Rygiel, jego sługa.
Gower, jako chór.
Córka Antyocha. Dyoniza, żona Kleona.
Taiza, córka Symonidesa.
Maryna, córka Peryklesa i Taizy.
Lichoryda, mamka Maryny.
Dyana.
Panowie, Rycerze, Majtkowie, Korsarze, Rybacy i Posłańcy.

Scena na przemiany w rozmaitych miejscach.


PERYKLES.

AKT PIERWSZY.
Przed pałacem Antyocha.
(Wchodzi Gower).

Gower.  Z mogiły stary Gower znów powrócił,
Aby wam starą piosenkę zanucił,
I znowu słaby jak śmiertelnik kroczy,
By wasze uszy zabawić i oczy.
Pieśń ta bawiła chłopców i dziewczęta
Po wieczorynkach i we wszystkie święta;
Damy, panowie, w pozłacanej sali
Dla swej rozrywki nieraz ją czytali.
Jej celem ludzi godnych chwały robić,
Et bonum quo antiquius eo melius.
Jeśli wy, wieku późniejszego dzieci,
W którym potężniej blask dowcipu świeci,
Raczycie słuchać starego gęślarza,
Co dawnych czasów piosnkę wam powtarza,
Pragnąłbym z serca żywot jeszcze drugi
Cały poświęcić na wasze usługi.
Antyoch Wielki zbudował przed laty
Jako stolicę swą ten gród bogaty,
A jak to mówią stare moje księgi,
Kwiat najpiękniejszy syryjskiej potęgi.

Gdy króla tego małżonka skonała,
Córka jedyną dziedziczką została;
Samo się niebo szczodrą zdało ręką
Wszystkich ją wdzięków odziewać sukienką.
Blaskami swojej urody dziewica
Grzeszną myśl w sercu zbudziła rodzica,
I niesłychaną zbrodnią, własne dziecko
Występny ojciec śmiał uwieść zdradziecko.
Co się w początku czarnym grzechem zdało,
Z przyzwyczajenia grzechem być przestało.
Nieporównane grzesznej pani wdzięki
Ściągały zewsząd, by żądać jej ręki,
Książąt i panów; chcąc przeszyć ich strachem,
Córkę na zawsze pod swym trzymał dachem,
Napisał prawo, że kto się pokusi
Ręki jej żądać, ten rozwiązać musi
Jego zagadkę, lub ginąć. Niemało
Chciwych na piękność głów już pospadało,
Jak wam to lepiej poświadczy niż słowo
Ten krwawy widok nad bramą zamkową.

(Pokazuje głowy powbijane na pal).

Ujrzycie sami następny bieg sprawy,
Wzrok niech wasz własny sąd wyda łaskawy.

(Wychodzi).

SCENA I
Pałac Antyocha.
(Wchodzą: Antyoch, Perykles i Orszak).

Antyoch.  Tyryjski książę, wiesz teraz dokładnie
Niebezpieczeństwa myśli twej grożące.
Perykles.  Wiem, lecz widokiem jej olśniona dusza
Dość ma odwagi, aby bez wahania
Poświęcić życie w takiem przedsięwzięciu. (Muzyka).
Antyoch.  Przywiedźcie córkę moją, ustrojoną
Jakby do ślubnej Jowisza komnaty.
Gdy ją Latona na świat wprowadzała,

Natura piękność dała jej w posagu,
A na soborze zebrane planety
Doskonałości wszystkie jej swe dały.

(Wchodzi córka Antyocha).

Perykles.  Patrz, patrz, to ona! Patrz, piękna jak wiosna,
Gracye jej służą, myśli jej królują
Nad każdą cnotą, która sławę daje!
Jej twarz piękności jest księgą, w tej księdze
Tylko rozkoszy można czytać dzieje,
Bo wymazany wszelki był z niej smutek;
Nigdy złośliwość gniewna a uparta
Słodkim jej myślom nie towarzyszyła.
Miłości boże, coś mężem mnie stworzył,
Ognistą żądzę w mych zapalił piersiach,
Niebieski owoc z drzewa tego uszczknąc
Lub umrzeć, przybądź na pomoc mi teraz,
A posłusznego woli twojej sługę
Do tego szczęścia bez granic poprowadź!
Antyoch.  Książę Perykles —
Perykles.  Który z duszy pragnie
Synem wielkiego zostać Antyocha.
Antyoch.  Stoi przed tobą piękna Hesperyda
Ze złotem jabłkiem, którego strach dotknąć,
Bo groźnych smoków pilnują go straże.
Twarz jej, jak niebo, przyciąga twe oczy
Niepoliczone blaski jej podziwiać,
Które zasługa może tylko zyskać;
Jeśli jej nie masz, głowa twa zapłaci
Zarozumiałych oczu twych zuchwałość.
Jak dziś ty, sławni ci niegdyś książęta,
Wieścią zwabieni, a zuchwali żądzą,
Niemym językiem bladego oblicza
Pod firmamentu gwiaździstego dachem
Niech ci powiedzą, jak męczennikami
Polegli wszyscy w Kupidyna wojnie;
Niechaj ci będą głowy ich przestrogą,
Byś sam zuchwałą na smierć nie biegł nogą.
Perykles.  Dzięki ci, królu, że mnie nauczyłeś

Poznać śmiertelnej natury mej kruchość,
Żeś mnie przymusił krwawym tym widokiem
Do podobnego gotować się losu;
Bo w myśli śmierci jak w zwierciedle czytam:
Tchnieniem jest życie, głupi, kto mu wierzy.
Więc mój testament napiszę: jak chory,
Co życie poznał, ku niebu pogląda,
A gdy konania poczuje boleści,
Do ziemskich, jak wprzód, nie wzdycha rozkoszy;
Tak ja szczęśliwy pokój przekazuję,
Jak powinnością każdego jest księcia,
Tobie i wszystkim dobrym świata ludziom,
Skarby me ziemi, z której łona wyszły,
(Do córki Antyocha) A tobie czysty miłości mej ogień.
Przygotowany tak na śmierć lub życie
Spokojnie czekam na cios najstraszniejszy.
Antyoch.  Gdy radą gardzisz, czytaj tę zagadkę:
Jeśli nie zdołasz odkryć jej tajników,
Podzielisz losy twoich poprzedników.
Córka.  Obyś od innych szczęśliwszą miał dolę!
Oby cię moje zbawiły życzenia!
Perykles.  Wstępuję w szranki jako śmiały rycerz,
A za doradców mych jedynych biorę
Wierną mą miłość i moją odwagę.

(Czyta zagadkę)

Nie jestem żmiją, a karmię się przecie
Ciałem tej matki, której jestem dziecię;
Szukałam męża, a po trudach wielu
Znalazłam serce męża w rodzicielu.
On ojca, syna i męża obrazem,
Jam matką, żoną i córką jest razem;
Jak w dwóch osobach wszystko to się wiąże,
Jeśli żyć pragniesz, odpowiedz mi, książę.
Twarde to słowa. — O Boże, coś niebu
Ócz dał tysiące ludzkie sprawy śledzić,
Czemuś ich wiecznym nie zaciągnął kirem,
Jeśli to prawda, co czytając, blednę?

(Bierze rękę Księżniczki)

Ty dnia zwierciadło, którą ukochałem,
Którąbym jeszcze kochał duszą całą,
Gdyby w szkatułce pięknej złe nie spało,
Wyznać ci muszę w serca oburzeniu,
Że mąż to grzeszny, co wiedząc, że stoi
Przy wrotach grzechu, tknąć się ich nie boi.
O, prawda, pięknym jesteś instrumentem,
Którego zmysły twoje są strunami,
Którego cnoty ręką ton zbudzony
Z niebios na ziemię bogówby sprowadził,
Ale przed czasem tknięty, tylko woła
Piekielne duchy do tańczących koła.
Wszelkiej o ciebie wyrzekam się troski,
Antyoch.  Jeśli ci drogie życie, Peryklesie,
Nie waż się ręki jej dotknąć, bo prawo
I to zuchwalstwo śmiercią także karze.
Twój czas ubiega; lub rozwiąż zagadkę,
Albo się poddaj twojemu losowi.
Perykles.  Mało jest ludzi chętnie słuchających
Słowa o grzechach, które chętnie pełnią;
Mówić ci o nich byłoby obrazą.
Kto trzyma czynów monarszych rachunek,
Bezpieczniej chowa księgę swą zamkniętą.
Grzech powtórzony jest jak wichru powiew,
Co kłęby prochu w ludzkie oczy miota,
A w końcu drogo swój płaci wysiłek;
Wiatr przeszedł, oko bolące przejrzało,
Aby się zamknąć przed groźną zamiecią,
ślepy kret ziemię podrzuca ku niebu
Na znak, że ziemia pod człeka uciskiem
Jęczy, i biedny robak ginie za to.
Królowie ziemi są bogami, w grzechu
Ich wola prawem dla nich jest jedynem.
A jeśli Jowisz swe prawa przeskoczy,
Kto się odważy grzech mu rzucić w oczy?
Ty wiesz, dość na tem. Lepiej złe przydusić
Niż rozgłoszeniem na gorsze się kusić.
Wszystko, co żyje, gniazdo kocha swoje,

I mój też język głowę kocha moję.
Antyoch  (na str.). O, gdybym miał ją! Zagadkę rozwiązał!
Łudźmy go jednak. (Głośno). Młody książę Tyru,
Choć wedle całej prawa surowości
Za mej zagadki błędne rozwiązanie
Mógłbym dni twoich zagasić pochodnię,
To przecie pamięć na wspaniałe drzewo,
Którego piękną jesteś latoroślą,
Miłosierniejszą natchnęła mnie myślą.
Jeszcze ci daję czterdzieści dni zwłoki;
Jeśli przed końcem znajdziesz tajemnicę,
Z radością mianem syna cię zaszczycę.
Tymczasem znajdziesz przyjęcie tu godne
Mego honoru i twojej wartości.

(Wychodzą: Antyoch, jego Córka i Orszak).

Perykles.  Jak dworność umie grzech pięknie osłonić!
Lecz zawsze w każdym obłudnika kroku
Tylko to piękne, co leży na oku.
Gdybym naprawdę mylnie odpowiedział,
To niewątpliwie nie byłbyś tak grzesznym,
Byś kazirodztwem twą pokalał duszę,
Gdy jesteś teraz i ojcem i synem
Przez twoje z własnem twojem dzieckiem związki,
Nie ojcu ale mężowi przystojne;
Ona się matki swojej karmi ciałem,
Kalając matki swej małżeńskie łoże;
Wspólnie, jak węże co wśród kwiatów żyją,
Truciznę sączą, chociaż nektar piją.
Żegnaj mi, królu! bo mądrość mnie uczy,
Że kto popełnia czarne jak noc czyny,
Gotów na wszystko, by ukryć swe winy;
Grzech płodzi grzechy: śladem rozpustnika
Jak dym za ogniem rozbój się pomyka;
Rękami grzechu zdrada i trucizna,
I tarczą jego niesławę kryjącą;
By swych tajemnic w mej nie schował trumnie,
Mknę się przed jego sztyletem rozumnie (wychodzi).

(Wraca Antyoch).

Antyoch.  Odgadł; zapłaci za to odgadnienie
Głową mi swoją. Nie mogę pozwolić,
By żyjąc, trąbił hańbę mą przed światem,
I grzech mój sprośny ludziom rozpowiadał.
Musi więc zginąć, zginąć bez spóźnienia;
Śmierć jego zbawi blask mego imienia.
Hola, służbowy! (Wchodzi Taliard).
Taliard.  Co pan mój rozkaże?
Antyoch.  Taliardzie, z dawna moim jesteś sługą
Wtajemniczonym do wszystkich mych myśli,
Za twą też wierność rachuj na zapłatę.
Patrz, tu trucizna, a tutaj jest złoto;
Musisz mi zgładzić tyryjskiego księcia;
Nie twoją sprawą o powody pytać —
To moja wola. Czy to rzecz spełniona?
Taliard.  Spełniona, królu. (Wchodzi Posłaniec).
Antyoch.  Dość na tem. Odetchnij,
Nim powiesz powód twojego pośpiechu.
Posłaniec.  Tyryjski książę uciekł, groźny panie.
Antyoch.  Leć i ty za nim, jeśli kochasz życie.
Jak strzała ręką ćwiczoną popchnięta
Do wskazanego okiem wpada celu,
Tak ty nie wracaj, póki nie potrafisz
Rzec za powrotem: Perykles nie żyje.
Taliard.  Gdybym na długość mego pistoletu
Raz go mógł spotkać, będzie kwita z nami.
Żegnam cię, królu! (Wychodzi).
Antyoch.  Bądź mi zdrów, Taliardzie!
Póki Perykles na ziemi tej zdrowy,
Nie jestem panem ni serca ni głowy (wychodzi).


SCENA II.
Tyr.
(Wchodzą: Perykles, Helikanus i inni Panowie).

Perykles.  Niech nikt rozmyślań naszych nie przerywa.
Czemu myśl czarna, czemu melancholia,

Smutny towarzysz, tak nieodstępnymi
Są u mnie gośćmi, że ani godziny
W jasnym dnia biegu, lub w spokojnej nocy
(Tym grobie, w którym troski spać powinny)
Nie mogę znaleźć słodkiego pokoju?
Tu rozkosz wabi oczy me daremnie,
Niebezpieczeństwo, któregom się lękał,
Jest w Antyochii; króla Antyocha
Potężne ramię zdaje się za krótkie,
By mnie tu dosiądź; mojej przecie duszy
Sztuki rozkoszy nie mogą pocieszyć,
Ani odległość usunąć obawy.
Tak zawsze bywa: myśli niespokojne,
Pierwotnie w błędnej obawie poczęte,
Następnie żyją i karmią się troską;
Co było trwogą, że zdarzyć się może,
Dojrzewa w troskę, żeby się nie stało.
Tak jest i ze mną; wielki Antyochus
(Z którym się mierzyć nazbyt jestem mały,
Bo on ma siłę, co w czyn zmienia wolę)
Myśli, że powiem, choć milczeć przysięgam;
Daremno mówię, że go czczę głęboko,
Bo wie, że słowem mogę go zbezcześcić,
Coby rozsiane rumienić go mogło;
Poszuka środków, by się nie rozsiało.
Tłumami zbrojnych me zaleje ziemie,
A groźnym swojej potęgi rozwojem
W duszy mych ludów zgasi ogień męstwa;
Będą pobite, zanim opór stawią,
Za grzech chłostane, o którym nie śniły.
O nie to troska, nie własna bezpieczność
(Bom drzewa tego tylko jest wierzchołkiem,
Który korzenie broni i ocienia)
Osłabia ciało, zbezwładnia mi duszę,
I wprzód już karze to, co on chce karać.
1 Pan.  Piersi twej, panie, radość i pociecha!
2 Pan.  A pokój duszy, gdyś do nas powrócił!
Helikanus.  Pozwólcie teraz mówić doświadczeniu;

Pochlebców język króla oszukuje;
Jak miech, pochlebstwo grzech jego rozżarza;
Co wprzódy wątłą, tylko iskrą było,
W potężny ogień rośnie tchem pochlebstwa;
Gdy napomnienie, byle czcią zaprawne,
Przystoi królom, bo ludźmi są także
I mogą błądzić. Łaskawy mój królu,
Gdy pan Kusiciel o pokoju prawi,
Schlebia ci, wojną na twe godzi życie.
Przebacz, lub skarż mnie; w gniewu twego szale
Niżej od kolan moich się nie zwalę,
Perykles.  Zostawcie nas tu, a idźcie tymczasem
Wypytać, jakie nawy stoją w porcie,
Wracajcie potem. (Wychodzą Panowie).
Słuchaj, Helikanie,
Do głębi słowa twoje mnie wzruszyły;
Jakieś wyczytał z ócz mych tajemnice?
Helikanus.  Gniew czytam, panie, w zmarszczkach twego czoła,
Perykles.  Jeśli są króla zmarszczki błyskawicą,
Jak śmiesz językiem piorun gniewu budzić?
Helikanus.  Jak śmią rośliny poglądać ku niebu,
Które je żywi?
Perykles.  Wiesz, mogę cię skruszyć.
Helikanus.  Własną ja ręką topór zaostrzyłem;
Podnieś go, panie, cios zadaj śmiertelny!
Perykles.  Wstań, usiądź przy mnie; nie jesteś pochlebcą;
Dzięki ci za to i nie daj, o Boże,
Bym na me błędy zatykać chciał uszy!
Dobry mój radco, sługo księcia godny,
Który mądrością księcia w sługę zmieniasz,
Co chcesz, bym zrobił?
Helikanus.  Byś cierpliwie znosił
Strapienia, które sam sobie zadajesz.
Perykles.  Mówisz jak doktor: dajesz mi lekarstwo,
Którego sambyś bez wstrętu nie zażył.
Słuchaj mnie teraz: Byłem w Antyochii, —
W obliczu śmierci kupić tam pragnąłem
Nadziemską piękność na matkę mych dzieci,

Podporę króla a poddanych radość.
Nad wszystkie cuda było jej oblicze,
Lecz reszta, tylko do ucha ci powiem,
Była tak szpetna, jak jest kazirodztwo.
Gdym to rozumem odkrył, grzeszny ojciec
Miast groźby, słowa pochlebne mi szeptał;
Lecz wiesz, że głowa ta najprędzej spada,
Na której tyran pocałunek składa.
Strach mnie ogarnął i tutaj uciekłem,
Cieniami nocy odziany burzliwej,
Która mym dobrym była opiekunem.
Tu rozmyślałem nad tem, co się stało,
Co stać się może. Wiem, że jest tyranem;
Trwogi tyranów z każdą tylko wiosną,
Od lat bujniejsze, nie schną ale rosną.
Jeśli przypuszcza (a jak o tem wątpić?),
Że ciekawemu wyszepczę powietrzu,
Ilu szlachetnych książąt krew on wylał,
By czarne łoża ukryć tajemnice,
Chcąc koniec swojej położyć obawie,
Mój kraj orężnych tłumami zaleje,
Mszcząc niby krzywdę, którąm mu wyrządził.
Za błąd mój, jeśli błędem zwać to można,
Okrutnej wojny cios wszystkich dosięgnie.
Troska o wszystkich, a i ty w ich rzędzie,
Co mi te robisz zarzuty —
Helikanus.  Niestety!
Perykles.  Sen z oczu, z twarzy zegnała rumieniec,
W tysiącznych myślach błąkam się niepewny,
Jakby odwrócić burzę tę, nim spadnie,
A gdy nie mogłem wynaleźć ratunku,
Choć smutkiem litość królewską objawiam.
Helikanus.  Skoro mi, panie, pozwoliłeś mówić,
Myśl mą wypowiem z całą otwartością:
Antyoch słuszną przeraża cię trwogą,
Trwoży cię tyran, który jawną wojną,
Lub tajną zdradą życie ci zabierze.
Puść się więc w podróż daleką, dopóki

Nie wywietrzeje gniew jego szalony,
Lub Parki nici dni jego nie przetną.
Zdaj innym władzę; jeśli mnie wybierzesz,
Będę ci wiernie służył jak dzień światłu.
Perykles  O twej wierności nie wątpię, lecz jeśli
W nieobecności mej na kraj mój spadnie —
Helikanus.  Ziemia ta naszej krwi wypije strugi,
Co nas swą piersią żywiła czas długi.
Perykles  Więc Tyr opuszczam; do Tarsu się udam;
Tam zgłoś się do mnie, bo od twego listu
Dalsze me kroki będą zależały.
Troskliwość moją o dobro mych ludów
Tobie i twojej mądrości powierzam.
Nie żądam przysiąg, daj słowo mi twoje;
Kto łamie jedno, zgwałci i oboje.
A niech z nas każdy w swej tak żyje sferze,
Iż czas rozgłosi z naszym to honorem,
Żeś poddanego, jam króla był wzorem. (Wychodzą).


SCENA III.
Tyr. Przedsionek w pałacu.
(Wchodzi Taliard).

Taliard.  A więc to jest Tyr, a to dwór królewski. Tu muszę zabić króla Peryklesa, bo inaczej mogę być pewny stryczka za powrotem; to rzecz niebezpieczna. Spostrzegam, że mądry to był jegomość i przezorny, który wezwany, aby żądał od króla, czego zechce, prosił o to jedynie, żeby nie był przypuszczony do żadnej z jego tajemnic. Teraz widzę, że miał do tego powody; bo jeśli król każe człowiekowi zostać łotrem, to człowiek obowiązany jest zostać łotrem rotą przysięgi. Cicho! Zbliżają się panowie tyryjscy.

(Wchodzą: Helikanus, Eskanes i inni Panowie tyryjscy).

Helikanus.  Dłużej mnie badać o odjeździe króla
Żadnych powodów nie macie, panowie,
Ten list, pieczęcią jego opatrzony,

Starczy za wszystko: król w podróż się puścił.
Taliard  (na str.). Co? król odjechał?
Helikanus.  Jeśli jednakże chcielibyście wiedzieć,
Czemu miłości waszej się pozbawił
Tkliwych pożegnań, słów kilka dorzucę.
Kiedy Perykles w Antyochii bawił —
Taliard  (na str.). Co on tam prawi o Antyochii?
Helikanus.  Antyoch, nie wiem, dla jakich powodów,
Jak mu się zdało, wstręt powziął ku niemu;
Myśląc, że może jaki grzech popełnił,
Na dowód żalu, jakby na pokutę
Sam się na ciężką majtka pracę skazał,
Któremu śmiercią każda chwila grozi,
Taliard  (na str.). Teraz nie będę wisieć, jak spostrzegam,
Choćbym i pragnął. Lecz skoro odjechał,
Króla zapewne wielce uraduje,
Że ląd porzucił, by na morzu zginąć.
Wystąpmy teraz. (Głośno). Pokój panom Tyru!
Helikanus.  Witaj nam, pośle, króla Antyocha!
Taliard.  On mnie do króla Peryklesa wysłał;
Lecz skoro, jak to lądując, słyszałem,
W nieznaną podróż puścił się Perykles,
Poselstwo moje, skąd przyszło, odniosę,
Helikanus.  Pytać się żadnych nie mamy powodów
O tajemnice nie nam przeznaczone;
Lecz nim od naszych odbijesz wybrzeży,
Znajdziesz przyjęcie, jakie ci należy. (Wychodzą).


SCENA IV.
Tarsus.
(Wchodzą: Eleon, Dyoniza i inni).

Kleon.  O, Dyonizo, spocznijmy tu chwilę;
Opowiadając smutne innych dzieje,
Może o własnych zapomnimy smutkach.
Dyoniza.  Chcesz więc dmuchaniem wielki ogień zgasić?
Kto górę, że zbyt szczytna, podkopuje,

Z gruzów zwalonej szczytniejszą zbuduje;
Drogi mój mężu, tak i smutki nasze
Urosną cudzym smutkiem odświeżane,
Jak bujniej rosną drzewa ostrzygane.
Kleon.  Kto łaknąc chleba nie powie, że głodny?
Kto aż do śmierci głód może utaić?
Niech język głośno smutki nasze woła,
Niech oko płacze; całemi piersiami
Chwyćmy powietrze, aby krzyk nasz głośny
Do nieba wzleciał, jeśli niebo drzymie,
Kiedy stworzenia jego w ciężkiej biedzie,
Pocieszyciela i zbawcę obudził.
Więc będę nasze smutne prawił dzieje,
A łzą dokończę, gdy język omdleje.
Dyoniza.  Zrobię, co będzie w mojej mocy, panie.
Kleon.  Tarsus, któregom jest gubernatorem,
Obfitość niegdyś ręką swą pieściła.
Siejąc bogactwa nawet po ulicach;
Wież jego szczyty całowały niebo
I były wszystkich wędrowców podziwem;
Mieszkańcy blaskiem swych szat tak świecili,
Że byli sobie zwierciadłem nawzajem;
Obfitość stołów weseliła oczy,
A wykwitnością ostrzyła apetyt;
Wygnano nędzę, a duma tak wzrosła,
Że słowo „pomóż!“ było w obrzydzeniu.
Dyoniza.  Ach, prawda!
Kleon.  Ale patrz, co niebo może!
W nagłej przemianie te gęby, dla których
Morze, powietrze i ziemia niedawno
Były za małe, aby je napełnić,
Choć im stworzenia swoje mnogie słały,
Jak dom użycia brakiem zrujnowany,
Schną teraz brakiem ćwiczenia zgłodniałe.
Zaprawie głodu obce podniebienia,
Które podniecać sztuką było trzeba,
Dziś darmo żebrzą o kawałek chleba;
Matki, co znaleźć nie mogły przysmaków

Dla swoich dzieci, gotowe są teraz
Pożreć te małe, kochane stworzenia;
Ząb głodu ostry sprawia, że mąż z żoną
Na losy ciągną, kto pierwszy ma umrzeć,
By nędzne życie drugiego przeciągnąć;
Tu mąż, tam stoi płacząca niewiasta;
Tłumy padają, ale braknie siły
Żyjącym, by je ponieść do mogiły.
Czy to nie prawda?
Dyoniza.  Świadkami są tego:
Twarz nasza wyschła i zapadłe oczy.
Kleon.  O, niech szczęśliwe, bogate dziś miasta,
Pijące z pełnej czary obfitości,
Wśród świąt swych wrzasku i jęk nasz usłyszą!
Bo nędza Tarsu i na nie spaść może. (Wchodzi Pan)
Pan.  Gdzie gubernator?
Kleon.  Tu jest. Powiedz śmiało,
Z jaką bolesną przybywasz nowiną,
Bo darmo czekać na pociechy słowo.
Pan.  Na brzegach naszych ujrzeliśmy w dali
Ku murom naszym żeglującą flotę.
Kleon.  Tegom się lękał, bo nigdy samotny
Nie zbiega smutek, lecz prowadzi z sobą
Swego następcę i swego dziedzica.
Tak z nami dzisiaj; jakiś lud sąsiedni,
Z naszej obecnej korzystając nędzy,
Orężnym tłumem wypchał swe okręty,
By już upadłych do reszty zadeptać,
I żeby podbić mnie nieszczęśliwego,
Nad którym chwałą nie będzie zwycięstwo.
Pan.  Lękać się tego nie mamy powodów,
Bo białe flagi na masztach ich świadczą,
Że nam przynoszą pokój a nie wojnę.
Kleon.  Jeszcześ za młody, lecz dowiesz się w porze,
Że większa zdrada w piękniejszym pozorze.
Lecz niech przynoszą, co chcą i co mogą,
Bo czegóż jeszcze możemy się lękać?
Już na dnie nędzy nie możem spaść głębiej.

Idź do ich wodza, niech się tu przybliży,
Niechaj nam powie, skąd, po co przychodzi,
I czego żąda.
Pan.  Idę spełnić rozkaz.
Kleon.  Aby z pokojem przybywał, daj, Boże!
Bo któż mu opór stawić tutaj może?

(Wchodzi Perykles z Orszakiem).

Perykles.  Niech me okręty i wojsk moich liczba
Gubernatorze, bo mnie nauczono,
Że to twa godność, dla twych ócz nie będzie
Jak rozpalone na postrach ognisko.
O waszej nędzy zaszła wieść do Tyru,
O spustoszeniu waszych pięknych ulic;
Nie przybywamy smutków waszych zwiększać,
Ale boleści waszych zmniejszyć ciężar;
A moje nawy (które w twojej myśli
Może trojańskim zdawały się koniem,
Niosącym zbrojne w bokach swoich tłumy
Przygotowane na zagładę waszą).
Przynoszą zboże, by znów chleba siła
Napół umarłym życie przywróciła.
Wszyscy.  Niech Grecyi bogi twą będą obroną!
Będziem się za was modlić.
Perykles.  Wstańcie, proszę,
Czci nie wymagam, lecz tylko przyjaźni
I dla mych ludzi dobrego przyjęcia.
Kleon.  A kto wam tego chętnem nie da sercem,
Niewdzięczną myślą za dobroć zapłaci,
Choćby to były nasze dzieci, żony,
My nawet sami, niech przekleństwo nieba
I dobrych ludzi nikczemników skarze!
Lecz póki to się nie spełni (a tego
Nikt nie zobaczy, w Bogu mam nadzieję)
Moim i miasta mego jesteś gościem.
Perykles.  Z wdzięcznością waszą przyjmuję ofiarę,
Przeczekam u was, aż się w uśmiech zmieni
Gniew, który dzisiaj gwiazdy me czerwieni. (Wychodzą).


AKT DRUGI.
(Wchodzi Gower).

Gower.  Już widzieliście, jak była skalana
Córka przez ojca, potężnego pana;
A potem książę wystąpił przed wami,
Wzór cnoty czystej słowem i czynami,
Bądźcież cierpliwi, jak mężom przystało,
Aż nieszczęść swoich próbę przetrwa całą.
Patrzcie, jak cnota pod cierpień koroną
Zyskuje góry za słomkę straconą.
Mąż ten cnotliwy (daj mu Boże zdrowie!)
Jeszcze jest w Tarsus, a cokolwiek powie,
Lud zgromadzony w swojej dobrej wierze
Za pismo święte każde słowo bierze.
Na jego chwałę, dla wiecznej pamięci,
Złoty mu posąg wdzięczny naród święci.
Lecz się zbliżają sprawy innej treści,
A widzom mojej nie trzeba powieści.

Pantominy. (Wchodzi jednemi drzwiami Perykles, prowadząc Kleona i Orszaki, drugiemi Szlachcic z listem do Peryklesa. Perykles pokazuje list Kleonowi, daje posłańcowi nagrodę i pasuje go na rycerza. Jednemi drzwiami wychodzi Perykles, drugiemi Kleon).

Gower.  Dobry Helikan w Tyrze zostawiony
Nie, żeby obcą pracą wyrobiony
Pić miód jak truteń, lecz by w czoła pocie,
Plenić występki a pomagać cnocie,
Wierny przysiędze wysłał panu listy,
Tyryjskich dziejów obraz rzeczywisty:
Jak przybył Taliard w grzesznem przedsięwzięciu
Sztyletu ostrzem życie wydrzeć księciu,
Jak dłuższy pobyt w Tarsus niebezpieczny,
Jak śpieszny odjazd jego jest konieczny.
Posłuszny książę puszcza się na wody,
Gdzie trudno ludziom żeglować bez szkody.

Jakoż okrutne zawyły już burze,
Przepaść na dole a piorun na górze,
Aż biedny okręt rozdąsane fale
Rozbiły wkońcu na podwodnej skale.
Cnotliwym księciem, jakby dla igrzyska,
Szalona burza w wszystkie strony ciska;
Wszystko zginęło przez nawy rozbicie,
Za skarb jedyny zostało mu życie,
Aż go bałwany, sprawą bożej łaski,
Rzuciły wkońcu na wybrzeżne piaski.
Gower zamilcza, co się potem stało,
Bo sami sprawę zobaczycie całą. (Wychodzi).

SCENA I.
Pentapolis.
(Wchodzi Perykles zmoczony).

Perykles.  Uśmierzcie dąsy, gniewne niebios gwiazdy,
Pomnijcie wichry, deszcze i pioruny,
Że wam się oprzeć człowiek nie jest zdolny;
Ja też, jak mojej przystoi naturze,
Waszej się woli poddaję. Niestety!
Morze mnie gniewne rzuciło na skały,
Na to mi tylko zostawiając duszę,
Bym lepiej śmierci blizkiej czuł katusze.
Waszej potędze niech dość na tem będzie,
Że księciu całe wydarłyście mienie;
Dziś was o jedną tylko łaskę proszę,
Niech umrę na tych wybrzeżach w pokoju.

(Wchodzą trzej Rybacy).

1 Rybak.  Hola! ho! Serdelko!
2 Rybak.  Przybywaj zabrać sieci.
1 Rybak.  Czy wiesz ty co, Gaciłacie!
3 Rybak.  Co takiego, panie majstrze?
1 Rybak.  Ruszaj mi się tylko, albo ci batem dodam ducha.

3 Rybak.  Bo to widzicie, panie majstrze, myślałem o biedakach właśnie w naszych oczach rozbitych.
1 Rybak.  Ach, biedne niebożątka! Krwawiło mi się serce, gdym słyszał miłosierne ich do nas krzyki, aby ich ratować, kiedy my sami ledwo mogliśmy ujść z duszą.
3 Rybak.  A czy nie przepowiedziałem tego, panie majstrze, kiedym widział morświna przewracającego koziełki? Powiadają, że to pół ryby a pół mięsa. Morowa na nie zaraza! Nie mogą się pokazać, żebym nie czekał na wymycie. Rzecz to jednak dziwna, panie majstrze, jak ryby żyją w morzu.
1 Rybak.  Jak ludzie na lądzie: wielkie jedzą małe. Z niczem nie mogę lepiej porównać naszych bogatych skąpców jak z wielorybem; igra i koziołkuje, pędząc przed sobą biedny drobiazg, który nakoniec jednym kąsem pożera. Słyszałem ja o takich wielorybach na lądzie, które nie zamkną gęby, póki nie połkną całej parafii z kościołem, dzwonnicą, dzwonami i wszystkiem.
Perykles  (na str.). Piękna moralność.
3 Rybak.  Ale, panie majstrze, gdybym był dzwonnikiem, tobym tego dnia nie opuścił wieży.
2 Rybak.  A to dlaczego?
3 Rybak.  Bo i mnieby także połknął; a jakbym był w jego brzuchu, tobym tak bił w dzwony, że nicby nie miał pilniejszego jak wypluć dzwony, dzwonnicę, kościół i parafię. Ale gdyby dobry król Synionides jak ja myślał —
Perykles  (na str.). Symonides?
3 Rybak.  Oczyścilibyśmy kraj z tych trutni, co wykradają miód pszczołom.

Perykles  (na str.). Jak w łuskowatych morskich fal mieszkańcach
Ludzkie słabości odkryli rybacy,
I z morskich głębin dostali niewodem,
Co pochwał ludzkich lub nagan powodem!
(Głośno). Pokój wam w pracy, uczciwe rybaki!

2 Rybak.  Uczciwe, braciszku? Co to się znaczy? Jeśli to jaki święty po twojej myśli, wyskrob go z kalendarza, a nikt się o to nie upomni.
Perykles.  Na brzegi wasze rzuciło mnie morze.

2 Rybak.  Co za pijany hultaj było to morze, rzucając cię tak na naszą drogę.

Perykles.  Mąż, którym wiatry i morskie bałwany
Jak piłką jaką bawiły się długo,
Błaga was teraz o litość. Żebrakiem
Jest waszym człowiek, co nigdy nie żebrał.

1 Rybak.  Czy, przyjacielu, naprawdę nie możesz żebrać? Znam ja tu w naszej Grecyi ludzi, co zarabiają więcej żebraniną, niż my naszą ciężką pracą.
2 Rybak.  To przynajmniej możesz ryby łowić?
Perykles.  Nigdy tego nie praktykowałem.
2 Rybak.  To możesz być pewnym głodnej śmierci, bo żyjemy teraz w czasach, w których nie dostaniesz, czego nie ułowisz.
</poem> Perykles.  Czem byłem dawniej, o tem zapomniałem, Czem jestem, myśleć przymusza mnie bieda; Skostniały zimnem, w odrętwiałych żyłach Ledwo mam dosyć żywotnego ciepła, By język zdołał prosić was o pomoc. A jeśli żywy nie znajdę litości, To umarłego choć pogrzebcie kości. </poem> 1 Rybak.  Umarłego, mówisz? Uchowaj Boże! Mam ja tu dobry kożuch, zarzuć go i rozegrzej się. Patrzcie tylko, to mi chłopak jak lalka! Pójdziesz z nami do naszej chałupy, a tam znajdziemy kawałek mięsa na święta, ryby na post, a do tego miskę prażuchy albo jajecznicy. Rachuj na dobre przyjęcie.
Perykles.  Dziękuję ci, panie.
2 Rybak.  Ale słuchaj, przyjacielu, mówiłeś, że nie możesz żebrać.
Perykles.  Błagałem tylko.
2 Rybak.  Błagałeś tylko? To i ja usiądę na rzemiośle błagania, a ujdę chłosty.
Perykles.  Czy wszyscy u was żebracy dostają chłostę.
2 Rybak.  O, nie wszyscy, mój przyjacielu. Gdyby wszystkich chłostano tu żebraków, to nie pragnąłbym lepszego urzędu od batożnika. Ale czas już, panie majstrze, wyciągnąć sieci. (Wychodzą dwaj Rybacy).
Perykles.  Jak ta uczciwa rubaszność pracy ich przystoi.
1 Rybak.  Słuchaj, panie, czy wiesz ty, gdzie jesteś?
Perykles.  Nie bardzo.
1 Rybak.  To ja ci powiem: Kraj ten nazywa się Pentapolis, a naszym królem jest dobry Symonides.
Perykles.  Nazywasz go dobrym królem Symonidesem?
1 Rybak.  Tak go nazywam, bo zarobił sobie na to przezwisko przez swoje spokojne panowanie i dobre rządy.
Perykles.  Król to szczęśliwy, który zarobił sobie u poddanych na przezwisko dobrego przez swoje rządy. Jak daleko jest dwór od tych wybrzeży?
1 Rybak.  Pół dnia drogi, mój panie, a powiem ci jeszcze, że urodną ma córkę, a jutro jej urodziny; zjeżdżają się tam książęta i rycerze ze czterech rogów świata, żeby turniejować dla jej miłości.
Perykles.  Gdyby moja fortuna dorównała mojej żądzy, chciałbym znajdować się w ich liczbie.
1 Rybak.  Ach, mój panie, rzeczy być muszą, jak być mogą, a czego człowiek sam nie może zyskać, to musi drugim zostawić, jak naprzykład duszę swojej żony.

(Wchodzą dwaj Rybacy ciągnąc sieć).

2 Rybak.  Dopomóż, panie majstrze, dopomóż! Zahaczyła się ryba w sieci jak w matni praw biednego człowieka słuszna sprawa: Ha! do kroćset beczek! Mam ją nakoniec; a pokazuje się, że to zardzewiała zbroja.

Perykles.  Zbroja, powiadasz? Pokaż mi ją, proszę.
Dzięki, fortuno, że po tylu klęskach
Dajesz mi wkońcu naprawy ich sposób.
Zbroja ta cząstką mego jest dziedzictwa,
Mam ją po ojcu; na śmiertelnem łożu
Z tym ją surowym wręczył mi nakazem:
„Chowaj ją, synu, ona mnie od śmierci
Broniła nieraz“, a ten naramiennik
Wskazując, potem rzekł: „w ciężkiej potrzebie
On mnie ocalił, chowaj go, niech tobie
Równą da pomoc w równej konieczności“.
I odtąd nigdy z nią się nie rozstałem,
Aż mi ją morze wszystkim równo srogie,
W swojej wściekłości wydarło, a teraz
Udobruchane wraca mi ją znowu.

Dzięki mu za to! Za nawę rozbitą
Zwrot mi tej zbroi płacą jest sowitą.
1 Rybak.  Co chcesz powiedzieć, panie?
Perykles.  Przyjacielu,
Chcę was o zbroję tę kosztowną prosić,
Bo jak ze znaku tego wnosić mogę,
Tarczą wielkiego była niegdyś króla,
Który mnie kochał; dla jego miłości
Chciałbym ją zabrać jak drogą pamiątkę;
Prosiłbym potem, byście mnie powiedli
Na dwór, gdzie pragnę, zbroją tą odziany,
Wystąpić w innych rycerzy orszaku,
A jeśli uśmiech fortuny tem zyszczę,
Z dziś zaciągniętych długów się uiszczę.
1 Rybak.  Chcesz dla urodnej pani turniejować?
Perykles.  Chcę moje cnoty pokazać rycerskie.

1 Rybak.  To weźże ją sobie, a daj ci z nią Panie Boże szczęście!
2 Rybak.  Ale słuchaj, przyjacielu, myśmy uszyli ci tę szatę w twardym surowego morza warsztacie, a były przy tej robocie pewne kłopoty i niedogodności. Spodziewam się, panie, że jeśli urośniesz, przypomnisz sobie, komu co winieneś.

Perykles.  Że nie zapomnę, możecie mi wierzyć.
Dzięki wam jestem w stal teraz odziany,
A mimo całej morza złośliwości,
Klejnot ten na mem trzyma się ramieniu.
Godnego ciebie dosiądę rumaka,
Który rozkosznem swoich nóg zbieraniem
Zachwyci wszystkich widzów swoich oczy;
Jeszcze mi tylko dwóch brak nagolennic.

2 Rybak.  Znajdziemy na to lekarstwo; dam ci moją najlepszą sukmanę, abyś sobie z niej zrobił parę nagolenników, a potem sam cię poprowadzę do dworu.

Perykles.  Więc idźmy! Honor hasło me jedyne;
Dzisiaj urosnę lub na zawsze zginę. (Wychodzą).


SCENA II.
Pentapolis. Publiczna droga lub taras prowadzący do szranków. Z jednej strony pawilon na przyjęcie króla i księżniczki.
(Wchodzą: Symonides, Taiza, Panowie i Służba).

Symonid.  Czy do turniejów gotowi rycerze?
1 Pan.  Gotowi, królu, i tylko czekają
Twego przybycia, ażeby wystąpić.
Symonid.  A więc niech wejdą, jesteśmy gotowi,
I córka nasza, której dzień urodzin
Uczcić gonitwy te mają, zasiadła,
Piękności dziecię zesłane na ziemię
Zachwycać blaskiem swoim ludzkie plemię.

(Wychodzi jeden Pan).

Taiza.  Królu i panie, słowa twoje dały
Biednym zasługom bogate pochwały.
Symonid.  Tak być powinno, bo królów niebiosa
Na podobieństwo kształtowały swoje:
Jak chwałę traci klejnot zaniedbany,
Tak król swą godność nieuszanowany.
Dziś tobie, córko, należy się honor
Kolejno godła rycerskie tłómaczyć.
Taiza.  Pragnę honoru tego stać się godną.

(Wchodzi Rycerz, przechodzi scenę, a Giermek pokazuje jego tarczę Księżniczce).

Symonid.  Co to za rycerz pierwszy się pokazał?
Taiza.  Spartański rycerz; czarny Etyopczyk
Na jego tarczy wskazuje na słońce;
Godło: Lux tua vita mihi.
Symonid.  Czule cię kocha rycerz, co od ciebie
Życie swe bierze.

(Przechodzi drugi Rycerz).

Kto ten drugi rycerz?
Taiza.  To macedoński jest książę, mój ojcze,
Na jego tarczy godłem zbrojny rycerz
Przez swoją damę zwyciężony; napis
W hiszpańskiej mowie: Piu por dulzura que por fuerza.

(Przechodzi trzeci Rycerz).

Symonid.  Kto trzeci?
Taiza.  Trzeci rycerz z Antyochii,
Rycerski wianek godiem jego tarczy,
A napis: Me pompae provexit apex.

(Przechodzi czwarty Rycerz).

Symonid.  Kto jest ten czwarty?
Taiza.  Na czwartego tarczy
Jest wywrócona płonąca pochodnia,
I napis: Quod me alit, me extinguit.
Symonid.  To znak, że piękność włada nim jedynie,
Gdy przez nią żyje i gdy przez nią ginie.

(Przechodzi piąty Rycerz).

Taiza.   Na piątej tarczy ręka skryta w chmurach
Złota probierczym doświadcza kamieniem,
A napis: Sic spectanda fides.

(Przechodzi szósty Rycerz).

Symonid.  Co mówi szósta i ostatnia tarcza,
Którą sam rycerz tak wdzięcznie przedstawił?
Taiza.   Rycerz ten, zda się, z obcej przybył ziemi,
A tarczy jego godłem uschła gałąź,
Której się tylko wierzchołek zieleni;
Jego dewizą: In hac spe vivo.
Symonid.  Myśl to jest piękna: z swego poniżenia
Jego nadzieją, odkwitnąć przez ciebie.
1 Pan.  Bardzo mu trzeba, by wewnętrzna wartość
Była zewnętrznych braków nagrodzeniem,
Bo z pośniedziałych wnosiłbym pozorów,
Że częściej robił biczyskiem niż kopią.
2 Pan.  Dziwny to rycerz, bo przynajmniej w szranki
W dziwnych przyborach wstąpi niewątpliwie.
3 Pan.  Z umysłu przyniósł zbroję tutaj rdzawą,
By ją turniejów oczyścić kurzawą,
Symonid.  Człek to niemądry i nierzadko błądzi,
Który z pozorów wartość ludzką sądzi.
Ale już pora na krużganku zasiąść,
Rycerze bowiem idą w szranki wstąpić. (Wychodzą).

(Głośne krzyki za sceną: Niech żyje biedny rycerz!)

SCENA III.
Uroczysta sala. Przygotowana biesiada.
(Wchodzą: Symonides, Taiza, Panowie, Służba i Rycerze z turniejów).

Symonid.  Nie potrzebuję mówić wam, rycerze,
Z jaką radością wszystkich tu was witam;
Na czynów waszych księdze wypisywać,
Jak na tytule, dzielność waszych ramion,
Byłoby więcej niż żądacie sami
I jak przystoi, gdyż każda zasługa
Własną wartością światu się zaleca.
Cieszcie się! Radość biesiadom przystoi.
Panowie, gośćmi jesteście moimi.
Taiza.  Lecz ty, rycerzu, i mym jesteś gościem,
Tobie odaję ten wianek zwycięstwa,
Głoszę cię królem tego dnia radości.
Perykles.  Więcej w tem szczęścia, pani, niż zasługi.
Symonid.  Zwiej to, jak zechcesz, lecz dnia jesteś królem,
A tu, jak myślę, nikt ci nie zazdrości.
Kształcąc artystów wolą jest natury,
By w tłumie dobrych jeden stał u góry;
A ty jej uczniem jesteś wyborowym.
Królowo święta (bo jesteś nią, córko),
Zasiądź, a potem każdy z was, rycerze,
Wedle godności niech miejsce swe bierze.
Rycerze.  Wielki nam robisz zaszczyt, Symonidzie.
Symonid.  Wasza obecność dni nasze weseli;
Czczę honor, bo kto honorem się brzydzi,
Ten i w niebiosach bogów nienawidzi.
Marszałek.  To twoje miejsce.
Perykles.  Są przecie godniejsi.
1 Rycerz.  Zajmij je, panie, bo jesteśmy szlachtą,
A serca nasze dwóch nie znają gości:
Pogardy małym a wielkim zazdrości.
Perykles.  Wielka uprzejmość wasza.
Symonid.  Zasiądź, proszę.

Perykles.  Przez króla myśli, Jowisza! myśl o niej
Zabiła we mnie wszelki dziś apetyt.
Taiza.  Przez ludzkich małżeństw królowę, Junonę!
Wszystko mi dzisiaj niesmaczne, jedyną,
On mi potrawą. Ha, dzielny to rycerz!
Symonid.  To tylko prosty szlachcic na zagrodzie;
Więcej od innych rycerzy nie zrobił,
Dwie lub trzy kopie skruszył, na tem koniec.
Taiza.  On mi się zdaje wśród szkieł dyamentem.
Perykles.  Król mi ten ojca mego wizerunkiem;
W takiej żył chwale i ojciec mój niegdyś,
W koło miał książąt niby gwiazd koronę,
A on był słońcem, czci wszystkich przedmiotem;
Ktobądź nań spojrzał, jak mniejsze światełko
Przed jego blaskiem chylił się w pokorze.
Dzisiaj syn jego jak świetlik połyska
Wśród nocy, gaśnie, gdy słońce blask ciska.
Postrzegam teraz, że czas ludzi królem,
On rządzi nami, a gdy się rodzimy,
Co chce, nam daje, a nie co my chcemy,
Symonid.  No, jakże, czy wam wesoło, rycerze?
1 Rycerz.  Ktoby się w takiem nie radował kole!
Symonid.  Puhar ten pełny szlachetnego wina
(Jak serca wasze uczuć dla kochanek);
Wychylam wasze zdrowie.
Rycerze.  Dziękujemy.
Symonid.  Ale czekajcie. Rycerz tamten siedzi
W melancholicznych utopiony myślach,
Jakgdyby dworu naszego zabawy
Na jego baczność nie zasługiwały.
I ty, czy tego nie widzisz, Taizo?
Taiza.  Cóż mnie to może obchodzić, mój ojcze?
Symonid.  Słuchaj mnie, córko; królowie na ziemi
Bogów w niebiosach winni naśladować;
Bogi każdemu szczodrą dają ręką,
Który należny przyszedł hołd im złożyć;
Za tym przykładem nie idące króle
Są jak komary, które głośno brzęczą,

Ale zabite dziwią swą małością.
By mu osłodzić smutki jego, powiedz.
Za jego zdrowie że spełniam ten kielich.
Taiza.  Niestety! śmiałość ta mi nie przystoi,
Mój ojcze, z obcym, nieznanym rycerzem;
Bo zwykle mężczyzn surowe wyroki
Bezwstydem zowią pierwsze niewiast kroki.
Symonid.  Zrób, co ci każę, lub gniew mój rozbudzisz.
Taiza.  (na str.). Nie mógł milszego zrobić mi nakazu.
Symonid.  Dodaj, że chcemy od niego usłyszeć,
Kto on, skąd przyszedł, kto jego rodzice.
Taiza.  Ojciec mój twoje pił zdrowie, rycerzu.
Perykles.  Dzięki mu.
Taiza.  Życząc, aby w twoich żyłach
W krew się zmieniła każda wina kropla.
Perykles.  Dzięki wam składam, a odpijam zdrowie.
Taiza.  A przy tem pragnie usłyszeć od ciebie,
Skąd i kto jesteś, kto twoi rodzice?
Perykles.  Tyr mą ojczyzną, me imię Perykles;
W sztukach i wojnie młodość mą kształciłem;
Szukając czynów i sławy po świecie,
Wśród burzy statki straciłem i ludzi,
Rozbitek, byłem na ten brzeg rzucony.
Taiza.  Dzięki ci składa; zowie się Perykles;
Tyr mu ojczyzną; na burzliwem morzu
I nawy swoje i ludzi swych stracił,
Był na te brzegi rzucony.
Symonid.  Przez Boga,
Nad jego ciężkim lituję się losem,
I w jego czarnych pocieszę go smutkach.
Dalej, panowie, czas tracim na fraszkach,
Kiedy nas inne wołają uciechy.
Zbroje, któremi jesteście odziani,
Najlepiej pląsom rycerskim przystoją.
Nie będzie żadnem dla was tłómaczeniem,
Że to za szorstkie tony dla dziewicy:
Mąż jest jej miły w zbroi jak w łożnicy.

(Rycerze tańczą).

O co prosiłem, pięknie wykonane.
Dalej, rycerzu, mamy tutaj damę,
Któraby chciała pokręcić się trochę,
A wiem, że wasi tyryjscy rycerze
Wiedzą, co trzeba, by skakały damy,
I sami w skokach są niepospolici.
Perykles.  Jeżeli w sztuce tej byli ćwiczeni.
Symonid.  To coś ma minę, jakbyś chciał odmówić
Uprzejmej prośbie. (Rycerze i Barny tańczą).
Dość tego na teraz.
Wszyscyście pięknie sprawili się w tańcu,
(Do Perykl.). Lecz ty najpiękniej. — Zapalcie pochodnie,
Pazie, do komnat prowadźcie rycerzy.
A ty najbliższym mym będziesz sąsiadem.
Perykles.  Wola twa, królu, jest dla mnie rozkazem.
Symonid.  Za późno teraz o miłości mówić,
A wiem, książęta, że to celem waszym.
Idźcie więc spocząć, a z jutrzejszym rankiem
Zobaczym, szczęsnym kto będzie kochankiem.

(Wychodzą).

SCENA IV.
Tyr.
(Wchodzą: Helikanus i Eskanes).

Helikanus.  Wierzaj, Eskanes, Antyocha dusza
Była skalana kazirodztwa grzechem.
Wszechwładne bogi nie chcąc dłużej zwlekać
Kaźni na taką zbrodnię czekającej,
Na dumy jego i na chwały szczycie,
Właśnie, gdy zasiadł z córką na rydwanie
Niezmiernej ceny, spadł ogień niebieski,
Ciała ich zmienił na zgnilizny kupę;
I ci, co wprzódy na ich widok drżeli,
Obrzydłych resztek pogrzebać nie chcieli.
Eskanes.  Dziwne zrządzenie!
Helikanus.  Tylko sprawiedliwe.

Król to był wielki, ale grzeszne skronie
Niebieski piorun znajdzie i na tronie.
Eskanes.  To prawda. (Wchodzi trzech Panów).
1 Pan.  Widzisz, że nikogo więcej
Do zażyłości swojej nie przypuścił,
Ni do rad państwa.
2 Pan.  Tak zostać nie może
Bez skarg.
3 Pan.  Przeklęty, kto skarg tych nie poprze!
1 Pan.  Więc idźmy. Jedno słowo, Helikanie.
Helikanus.  Ze mną? Najchętniej. Z radością was widzę.
1 Pan.  Nasz żal do szczytu swojego już wezbrał
I z swych się brzegów wylewa nakoniec.
Helikanus.  Wasz żal? Dlaczego? Nie krzywdź twego księcia,
Którego kochasz.
1 Pan.  Ty, szlachetny panie,
Samego siebie przestań także krzywdzić.
Jeśli król żyje, powiedz, którą ziemię
Swoim oddechem uszczęśliwia teraz,
A my pobiegniem, aby go pozdrowić;
Jeśli śpi w grobie, i tam go znajdziemy,
Ale stanowczo musimy dziś wiedzieć,
Czy żyje, aby znowu nami rządził,
Czy umarł, byśmy płakali zgon jego,
A potem wolny księcia mieli wybór.
2 Pan.  Śmierć jego, sądem naszym, zda się pewna.
Gdy więc królestwo to nasze bez głowy,
Jak mury gmiachów wspaniałych bez dachu,
W gruzy się wali, wiedząc z doświadczenia,
Że ty, szlachetny panie, wiesz najlepiej,
Jak rządzić krajem, jak ludźmi kierować,
Chylimy głowy przed naszym — monarchą.
Wszyscy.  Niechaj szlachetny żyje Helikanus!
Helikanus.  Słuchajcie głosu honoru, czekajcie,
Czekajcie, jeśli Perykles wam drogi;
Jeśli do waszych życzeń się przychylę,
Trosk kupię lata za radości chwilę.
Bok jeszcze jeden błagam was, panowie,

Znieście cierpliwie króla nieobecność;
Jeśli z dwunastym nie wróci miesiącem,
Poddam się jarzmu z starca cierpliwością.
Jeśli tej laski od was nie otrzymam,
Idźcie, jak wiernej przystoi to szlachcie,
Wśród niebezpieczeństw szukać Peryklesa.
Jeśli zdołacie znaleźć go i skłonić,
By do nas wrócił, będziecie jaśnieli
Jak dyamenty na jego koronie.
1 Pan.  Szalony, mądrej kto nie słucha rady;
Skoro więc takie Helikana zdanie,
W świat się puszczamy szukać Peryklesa.
Helikanus.  Ściśnijmy sobie dłonie na znak zgody:
Gdzie panów jedność, kwitną tam narody.

(Wychodzą).

SCENA V.
Pentapolis.
(Wchodzą: Symonides, czytając list. Rycerze).

1 Rycerz.  Dzień dobry, królu!
Symonid.  Dostojni rycerze,
W imieniu córki mojej wam oświadczam,
Ze o małżeńskich nie chce ślubach myśleć,
Nim rok upłynie; dla jakich powodów,
Ona wie jedna, a wyznać ich nie chce.
2 Rycerz.  Czyli nie raczy dać nam posłuchania?
Symonid.  Nie myślcie o tein; wzbroniła przystępu
Wszystkim do swojej samotnej komnaty.
Rok jeszcze nosić Dyany chce barwę,
To ślubowała na Dyany oczy,
To na dziewiczą czystość swą przysięgła.
3 Rycerz.  Więc z bolejącem żegnamy cię sercem.

(Wychodzą Rycerze).

Symonid.  Już odprawieni. A teraz list córki:
Lub będzie mężem jej rycerz tułaczy,
Lub dnia i nocy więcej nie zobaczy.

To dobrze; w zgodzie z moim twój jest wybór.
Tylko w jej liście co za rezolutność,
Na moją wolę co za obojętność!
Lecz w każdym razie wybór jej pochwalam
I nie chcę jego spełnienia odwlekać.
To on. Utaić jeszcze sprawę muszę.

(Wchodzi Perykles).

Perykles.  Szczęście i radość Symonidesowi!
Symonid.  I tobie szczęście! Panie, przyjm me dzięki
Za twą rozkoszną pieśń ostatniej nocy;
Uszy się moje nigdy nie karmiły
Milszą potrawą harmonijnych dźwięków.
Perykles.  Nie mej zasłudze, lecz twojej dobroci
Za tę pochwałę dziękuję.
Symonid.  Mistrz z ciebie
W kunszcie muzyki.
Perykles.  Uczeń jej najlichszy.
Symonid.  Pozwól mi jedno pytanie ci zrobić:
O mojej córce co myślisz, rycerzu?
Perykles.  Że najcnotliwszą księżną jest.
Symonid.  I piękną;
Nieprawda?
Perykles.  Piękną jak jasny dzień lata!
Symonid.  I ciebie córka ma wysoko ceni;
O, tak wysoko, że chce cię za mistrza,
Że uczennicą twoją pragnie zostać.
Perykles.  Nie jestem godny, panie, być jej mistrzem.
Symonid.  Nie jej to zdanie. Przeczytaj to pismo.
Perykles  (na str.). Co widzę? List jej, a w nim oświadczenie,
Że pokochała tyryjskiego męża!
To podstęp króla na życie jest moje.
(Głośno). Nie szukaj, panie, jak w sidła ułowić
Nieszczęśliwego, obcego szlachcica,
Co nigdy oczu nie wzniósł tak wysoko,
By śmiał twą córkę kochać, dość mu było
Czcić ją, jej służyć.
Symonid.  Tyś ją oczarował,
Chytry nędzniku.

Perykles.  Nie, Bóg mi jest świadkiem!
O tej obrazie nigdym nie pomyślał,
Nigdym nie zrobił kroku, by zarobić,
Z twoją obrazą, na miłość twej córki,
Symonid.  Zdrajco, ty kłamiesz!
Perykles.  Zdrajco?
Symonid.  Tak jest, zdrajco!
Perykles.  Ktoby się ważył (gdyby nie monarcha)
Zdrajcą mnie nazwać, potwarcze to kłamstwo
Tą szablą moją w gardłobym mu wtłoczył,
Symonid  (na str.) Odwadze jego z serca poklaskuję.
Perykles.  Moje uczynki jak myśl ma szlachetne
I szlachetnego godne były rodu;
Na dwór twój szukać przyszedłem honoru,
Nie przeciw jego buntować się prawom,
A kto inakszy o mnie sąd wydaje,
Że jest, dowiodę szabli mej żelazem,
Wrogiem honoru i potwarcą razem,
Symonid.  Nie! Ale widzę, córka ma się zbliża.
Ona me słowa swem stwierdzi świadectwem,

(Wchodzi Taiza).

Perykles.  Ty, coś jest równie piękną jak cnotliwą,
Gniewnego ojca twego wywiedź z błędu,
Powiedz, czy kiedy język mój rzekł słowo,
Jedną sylabę ręka napisała
O mej miłości.
Taiza.  A gdyby tak było,
Kogóż to gniewa, coby mnie cieszyło?
Symonid.  Ho, mościa panno, śmiało rzecz rozstrzygasz.
(Na str.). A to radością serce me przepełnia.
(Głośno). Do posłuszeństwa potrafię cię zmusić.
Jakto? Bez mego chcesz więc pozwolenia
Kochać obcego, nieznanego męża?
(Na str.). Który, o ile domyślać się mogę,
Krwi szlachetnością mnie samemu równy.
(Głośno). Słuchaj, panienko, lub bądź mi posłuszną,
A i ty, panie, lub spełń me rozkazy,
Albo z was zrobię, na znak mego gniewu —

Męża i żonę.
Niech wasze usta i ręce to stwierdzą.
Dobrze. Na nowy smutek wam dodaję
Moje przekleństwo: błogosław wam Boże!
Powiedzcie, czy was cieszy to oboje?
Taiza.  Tak jest, jeżeli ty kochasz mnie, panie.
Perykles.  Jak moje życie, jak krew, co je karmi!
Symonid.  Więc zgoda?
Oboje.  Jeśli taka twoja wola.
Symonid.  Taka ma wola, że bez czasu straty,
Chcę was do ślubnej prowadzić komnaty.

(Wychodzą).

AKT TRZECI.
(Wchodzi Gower).

Gower.  Skończone święto; w zamku całym głucho,
Tylko chrapanie przylatuje w ucho,
A tem głośniejsze, że piersi chrapiące
Rozgrzało wino wesela gorące.
Kot z błyszczącemi jak węgiel oczyma
Nad myszy jamą czujną wartę trzyma;
W kominie świerszcze ćwierkają radośnie
Na znak, że radość ich z gorącem rośnie;
W ślubną małżonków wwiódł Hymen komnatę,
Tam, przez dziewictwa narzeczonej stratę
Kształtuje dziecię. Teraz, mych słuchaczy
Niech wyobraźnia czas przeskoczyć raczy
Pełny wypadków, a ciemne obrazy
Mym widzom moje objaśnią wyrazy.

Pantominy.

Przez jedne drzwi wchodzą Perykles i Symonides z Orszakiem; spotyka ich Posłaniec, klęka i oddaje list Peryklesowi, który go pokazuje Symonidesowi; klękają przed nim Panowie. Wchodzi Taiza z dzieckiem i mamką Lichorydą. Symonides pokazuje córce list, na ten widok raduje się Taiza, a razem z Peryklesem żegna ojca i oddala się.

Gower.  Bez wypoczynku, przez góry, pustkowie
Za Peryklesem biegają panowie,
Przez cztery rogi świata za nim spieszą
To na okrętach, to konno, to pieszo,
Aż po mozołach i zawodach wielu
Wieść ich nakoniec przywiodła do celu.
Na Symonida dwór z Tyru przynoszą
Peryklesowi listy, te donoszą,
Że Antyoch długo nie grzeszył bezkarnie,
Że z córką swoją razem zginął mamie;
Króla koronę tyryjscy panowie
Na Helikana złożyć chcieli głowie;
Starzec odmówił, bunt w zarodku zdławił,
I z odpowiedzią tą panów odprawił:
Gdy król nie wróci, a rok cały zbiegnie,
On woli panów tyryjskich ulegnie
I skronie swoje uwieńczy koroną.
Takie nowiny z Tyru przyniesiono.
Gdy się po mieście rozbiegły nowiny,
Po całej ziemi krzyk zagrzmiał jedyny:
„Znajdujem króla w przyszłym naszym królu;
Komu się o tem śniło w Pentapolu?“
Do Tyru, swego miasta teraz dąży,
Królowa pragnie śpieszyć z nim, choć w ciąży.
Ktoby się oparł pięknej pani woli?
Nie chcę rozstania opisywać boli;
Mamka z nią razem Lichoryda płynie.
Ślizga się nawa po morskiej głębinie;
Zbiegła pół drogi po państwach Neptuna,
Kiedy się nagle zmieniła fortuna.
Surowa północ w nagłym gniewu szale
Ryczącą burzą plunęła na fale;
Nawa, jak kaczka, co pragnie ujść żywa,
To nurka daje, to na wierzch wypływa;
Strwożona księżna, pośród wichrów wycia,

Na świat niemowlę wprowadza do życia.
Co się w tej strasznej burzy potem stało,
Własną źrenicą rzecz ujrzycie całą.
Tu powieść kończę. Dalsze wydarzenie
Łatwo się może rozwinąć na scenie,
Jam opowiedział, co się wprzód zdarzyło.
Teraz, słuchacze, wyobraźni siłą
Patrzcie na okręt, słyszcie wichry w zwadzie,
A Peryklesa widźcie na pokładzie. (Wychodzą).


SCENA I.
(Wchodzi Perykles na pokładzie okrętu na morzu).

Perykles.  Mórz nieskończonych panie, poskrom fale
Obmywające niebiosa i piekło!
Ty, Boże wichrów, od mokrych przepaści
W spiżowym lochu zamknij powołane!
Ucisz głuszące, groźne twe pioruny!
Szybkie, siarczyste zgaś twe błyskawice! —
W jakim królowa stanie? — Lichorydo! —
Wszystkie trucizny czy wypluć chcesz, burzo?
Świst kapitana, jak szept w ucho śmierci,
Niedosłyszany ginie. — Lichorydo! —
O, ty Lucyno, ty boska patronko,
Ty miłosierna dla położnic pani,
Zstąp na nasz okręt burzą kłopotany
I połóż koniec żony mej cierpieniom!
He, Lichorydo! (Wchodzi Lichoryda).
Lichoryda.  Oto jest stworzenie,
Za młode, żeby w takim mieszkać domu,
A które, gdyby tylko rozum miało,
Chciałoby umrzeć, jak ja pewno zrobię.
Weź w twe ramiona tę królowej resztkę.
Perykles.  Co? Lichorydo!
Lichoryda.  Królu, bądź cierpliwy!
I nie pomagaj burzy. Oto wszystko,

Co nam po twojej zostało królowej —
Mała córeczka; dla jej więc miłości
Pokaż się mężem, królu, utul boleść.
Perykles.  O, bogi! czemu, gdyście w sercach miłość
Do waszych pięknych obudziły darów,
Zaraz je potem srogo wydzieracie?
My tu na ziemi darów nie cofamy
Z większą od waszej ducha szlachetnością.
Lichoryda.  Cierpliwość, królu, choć dla tej niebogi!
Perykles.  Bodaj twe życie spokojnie płynęło!
Nikt bowiem nie miał burzliwszych urodzin.
Niech będzie cichy duch twój i łagodny!
Bo nigdy dziecię królewskie tak szorstko,
Na świat przychodząc, nie było witane.
Bodaj szczęśliwe dni twe były przyszłe!
Bo urodzinom twoim, biedna córko,
Towarzyszyły wszystkie razem burze
Ognia, powietrza i wody i ziemi.
Już u bram życia straty poniesionej
Nikt ci i nigdy nie zdoła nagrodzić.
Niech Bóg nad tobą czuwa miłosierny!

(Wchodzi dwóch Majtków).

1 Majtek.  Gdzie twoja odwaga, panie? Niech cię Bóg zachowa!

Perykles.  Dość mam odwagi, nie lękam się burzy,
Już krzywdy zrobić nie może mi większej,
Ale przez miłość tego niemowlęcia,
Co po raz pierwszy żegluje po morzu,
Pragnąłbym, żeby cisza nam wróciła.

1 Majtek.  Hej tam! Popuść rabandy! Hę, co, czy nie chcesz? Dmij, dmij, aż pękniesz!
2 Majtek.  Byle okręt miał się gdzie zawiesić, niech sobie piana i bałwany całują księżyc, kpię z tego.
1 Majtek.  Ale królowę musimy, panie, w morze rzucić; woda kipi, wicher głośno wyje i nie ucichnie, aż okręt pozbędzie się trupa.
Perykles.  To wasz zabobon.
1 Majtek.  Przebacz nam, panie, ale to zawsze był nasz obyczaj na morzu. Wiatry pędzą nas na nadbrzeżne skały, więc ją nam oddaj bez korowodów, bo musim rzucić ją w morze, a to natychmiast.

Perykles.  Róbcie, jak chcecie. — O, biedna królowo!
Lichoryda.  Tu spoczywa jej ciało, panie.
Perykles.  O, droga, jakże straszny połóg miałaś!
Bez światła, ognia; zapomniały ciebie
Srogie żywioły, i ja czasu nie mam
Twe ciało złożyć w grobie poświęconym;
Muszę je nagle w morskie rzucić błoto,
Gdzie za jedyny pomnik na twych kościach,
Za lampy wieczne przy nich gorejące,
Lub pryskający wieloryb, lub morskie
Fale szumiące twój trup będą gniotły,
Śpiący na łożu z muszli usypanem. —
O, Lichorydo, nakaż Nestorowi,
By przyniósł balsam, atrament i pióro
I me klejnoty; co prędzej Nikander
Niech atłasową przyniesie tu skrzynię.
Złóż na wezgłowiu tymczasem niemowlę.
Spiesz się, kobieto, a ja, zanim wrócisz,
Moje pobożne dam jej pożegnanie.

2 Majtek.  Mamy tu, panie, pod pokładem skrzynię już utkaną i smołą wylaną.
Perykles.  Dziękuję ci. Powiedz mi, majtku, co to za wybrzeże?

2 Majtek.  Jesteśmy w blizkości Tarsu.
Perykles.  Tam, nie do Tyru nawę twoją kieruj.
Kiedy tam możesz przybyć, dobry majtku?
2 Majtek.  Ze świtem, byle wiatr się ukołysał.
Perykles.  Płyń więc do Tarsu. Odwiedzę Kleona,
Bo dziecię długiej nie zniesie żeglugi,
Tam ją troskliwej mamki oddam pieczy.
Idź, dobry majtku, kierować okrętem,
A ja tymczasem ciało jej przyniosę.

(Wychodzą).

SCENA II.
Efez, Pokój w domu Cerymona.
(Wchodzą: Cerymon, Sługa i kilku Rozbitków).

Cerymon.  Hej, Filemonie! (Wchodzi Filemon).
Filemon.  Co pan mój rozkaże?
Cerymon.  Zapal im ogień, daj jeść tym biedakom.
Noc to niesforna i burzliwa była.
Sługa.  Niejednąm widział, ale takiej nocy
W mem życiu całem jeszczem nie był świadkiem.
Cerymon.  Przed twym powrotem twój pan ducha odda;
Niema lekarstwa, któreby zdołało
Wrócić mu zdrowie. (Do Filem). Ponieś to natychmiast
Aptekarzowi, a powiesz mi skutek.

(Wychodzą wszyscy prócz Cerymona. — Wchodzi dwóch Szlachciców).

1 Szlach.  Dzień dobry.
2 Szlach.  Panie, dzień dobry ci życzę.
Cerymon.  Co was tak rano zbudziło, panowie?
1 Szlach.  Mieszkania nasze stoją na wybrzeżu,
Chwiały się jakby wśród trzęsienia ziemi,
Trzeszczały belki, zdało się co chwila,
Że wszystko runie; strach wygnał mnie z domu.
2 Szlach.  To, a nie miłość rannego wstawania
Powodem naszych niewczesnych odwiedzin.
Cerymon.  Pojmuję łatwo.
1 Szlach.  Ale ja się dziwię,
Że ty, mój panie, co miałeś nad głową
Dom niezachwiany, o tak rannej porze
Z ócz twoich złoty sen już otrząsnąłeś;
Bo czy nie dziwi, że człek bez przymusu
Za przykrościami goni dobrowolnie?
Cerymon.  Zawsze, mym sądem, cnotę i naukę
Ceniłem wyżej nad ród i bogactwa;
Zły bowiem dziedzic skarby może strwonić,
Blask rodu zaćmić, ale nieśmiertelność
Jest towarzyszką cnoty i nauki;
One człowieka na Boga zmieniają.

Z dawnam natury tajemnice śledził,
A własną pracą i mędrców powagą
Na służbę moją zdołałem obrócić
Błogosławione naciągi, ukryte
W żyłach kamieni, metali i roślin.
Mogę tłómaczyć, jak czasem natura
Nieład sprowadza, jak potem go leczy,
A to mi żywszą, czystszą daje rozkosz,
Niż gdybym łaknął za chwiejnym honorem,
Lub skarb zamykał mój w workach jedwabnych
Na korzyść głupców i na śmierci radość.
2 Szlach.  Twe miłosierdzie rozlało się, panie,
Na cały Efez; tysiące też ludzi
Uratowanych przez ciebie, twojemi
Mienią się teraz, panie, stworzeniami.
Ale nietylko twa mądrość, twa praca,
Lecz i szkatuła twa zawsze otwarta
Cerymonowi zbudowały pomnik
Chwały tak wiecznej, że nigdy czas żaden —

(Wchodzi dwóch Sług ze skrzynią).

Sługa.  Dobrze, tu ją złóżmy.
Cerymon.  Co to takiego?
Sługa.  Morze tę skrzynię na brzeg wyrzuciło,
Pewno rozbitej nawy jakiej resztkę.
Cerymon.  Tu ją postawcie; co to jest, zobaczmy.
2 Szlach.  To coś jak trumna.
Cerymon.  Cobądż to być może,
Dziwnie to ciężkie. Odbijcie co prędzej.
Jeśli żołądek morski przeciążony
Złotem, to dobrze zrobiła fortuna,
Że nam je wypluć burzą przymusiła.
2 Szlach.  Zgadzam się na to.
Cerymon.  Patrzcie, jak jest szczelnie
Smołą zalana i utkana skrzynia!
Czy wyrzuciło ją morze?
Sługa.  O, panie,
Nigdym większego nie widział bałwana,
Niż ten, co nam ją cisnął na wybrzeże.

Cerymon.  Odbijcie wieko. Powoli! Powoli!
Co za woń słodka!
2 Szlach.  Jak rozkoszny zapach!
Cerymon.  Nic podobnego jeszcze nie wąchałem.
Dobrze; otwórzcie! Wszechmogący Boże!
Co widzę? Trupa!
1 Szlach.  Dziwne wydarzenie!
Cerymon.  Owity w płachty kosztownych jedwabiów,
Balsamowany worami pachnideł!
I jakieś pismo; naucz mnie, Apollo,
Jak je przeczytać. (Czyta).
„Niechaj to pismo ludziom wytłómaczy,
(Jeżeli trumna brzeg kiedy zobaczy)
Że król Perykles złożył tutaj ciało
Swej żony, droższej mu nad ziemię całą.
Uczcijcie grobem, o wy, co znajdziecie
Królewską żonę i królewskie dziecię,
A prócz złożonych tu skarbów w zapłacie
Błogosławieństwo Boże otrzymacie“.
Jeżeli jeszcze żyjesz, Peryklesie,
Serce twe teraz pęka się z boleści!
Czy się to stało tej nocy?
2 Szlach.  Tak myślę.
Cerymon.  O, niewątpliwie, bo patrzcie, jak świeża.
Kamienne serce musieli miec ludzie,
Co ją rzucili falom na igraszkę.
Rozpalcie ogień, a z mojej pracowni
Co prędzej wszystkie poznoście pudełka.
Długie godziny zawładnie czasami
Śmierć nad naturą, ogień jednak życia
Zapala znowu przynękane duchy;
Jak to słyszałem, mąż jeden egipski
Przez dziewięć godzin jak umarły leżał,
A znowu ożył przy mądrej pomocy.

(Wchodzi Sługa z serwetami i ogniem).

Właśnie co trzeba: ogień i serwety.
Muzyka nasza, choć licha i smutna,
Niechaj się ozwie. Daj mi to pudełko.

Czy się poruszysz martwy dotąd klocu?
Dalej, muzyko! Odświeżyć powietrze!
Wierzcie, panowie, królowa ożyje.
Powraca ciepło, natura się budzi.
Letarg jej nie trwał dłużej niż pięć godzin.
Patrz, jak się kwiatem życia znów rumieni!
1 Szlach.  Niebo przez ciebie nowe cuda sprawia,
Na wieczne czasy stawę twą utwierdza.
Cerymon.  Żyje! Spojrzyjcie, żyje! Jej powieki,
Drogi pokrowiec niebieskich klejnotów,
Które Perykles stracił, zaczynają
Z czystego złota fręzle swe otwierać;
Najkosztowniejszej wody dyamenty
Świat się nasz zdają podwójnie bogacić.
O, żyj! a losów twych smutną powieścią
Łzy nam wyciskaj, piękne ty stworzenie,
Cudzie nad cuda!
Taiza  (porusza się).O, droga Dyano!
Gdziem jest? Gdzie pan mój? Co za świat przede mną?
2 Szlach.  Czy to nie dziwy?
1 Szlach.  Dziwy niesłychane!
Cerymon.  Cicho, sąsiedzi! Pomóżcie mi teraz,
Do tej poblizkiej ponieśmy ją izby.
Największą teraz baczność mieć należy,
Bo rocydywa byłaby śmiertelną.
Idźmy! Na pomoc przybądź, Eskulapie! (Wychodzą).


SCENA III.
Tarsus. Pokój w domu Kleona.
(Wchodzą: Perykles, Kleon, Dyoniza, Lichoryda i Maryna).

Perykles.  Zacny Kleonie, muszę się oddalić:
Już rok mój ubiegł, w niepewnym pokoju
Miasto me żyje; przyjmij z twoją panią
Najserdeczniejsze moje dziękczynienia,
Za waszą dobroć niech wam Bóg zapłaci!
Kleon.  Strzały fortuny, co ciebie raniły,

Odbite nas też boleśnie dotknęły.
Dyoniza.  O, czemuż srogi los ci nie pozwolił
Drogiej królowej z sobą przyprowadzić,
By jej widokiem mój wzrok uszczęśliwić!
Perykles.  Musimy niebios poddać się wyrokom.
Choćbym szalony ryczał jak to morze,
W którego falach ciało jej spoczywa,
Takby się wszystko jak teraz skończyło.
Córkę mą, której imię jest Maryna
(Bo światło dzienne ujrzała na morzu),
Powierzam pieczy waszej, raczcie, błagam,
Dać jej księżniczki godne wychowanie,
By odpowiedział rodowi obyczaj.
Kleon.  O, bądź spokojny, panie; twoją dobroć,
Gdy mych poddanych twym żywiłeś chlebem,
(Za co do nieba modły ślą za ciebie)
Przynajmniej w twojej córce ci odpłacim.
Gdybym sam nawet nikczemnie zapomniał
Moich przyrzeczeń, lud mój, łask twych pomny,
Do powinności mejby mnie przywołał;
Lecz jeśli w sprawie tej mojemu sercu
Ostrogi trzeba, sprawiedliwe niebo
Niech mści się za to na mnie i na moich
Do ostatniego mego pokolenia.
Perykles.  Wierzę ci, panie. Honor twój i dobroć
Bez twych mi przysiąg twoją są rękojmią.
Póki ma córka nie pojmie małżonka,
Przez wszystkim świętą ślubuję Dyanę,
Mojego włosa nie dotkną nożyce.
Żegnam was teraz, a ty, dobra pani,
Troskliwą pieczą nad mojem dziecięciem
Szczęście mi zapewń!
Dyoniza.  Ja mam także córkę,
Nie będzie ona sercu memu droższą
Od twojej, panie.
Perykles.  Przyjmcie moje dzięki!
Kleon.  Jeszcze cię, panie, na brzeg poprowadzim,
Oddamy pieczy zwodnego Neptuna

I tchnieniom wszystkich pomyślnych ci wiatrów.
Perykles.  Ofiarę waszą z wdzięcznością przyjmuję.
Więc idźmy, pani. Nie płacz, Lichorydo,
Bądź tylko wierną małej twojej pani,
A rachuj na jej wdzięczność. — Idźmy, panie.

(Wychodzą).

SCENA IV.
Efez. Pokój w domu Cerymona.
(Wchodzą: Cerymon i Taiza).

Cerymon.  To pismo, pani, i drogie klejnoty
Zamknięte były w jednej z tobą skrzyni;
Wszystko to składam w twoje teraz ręce.
Czy znasz to pismo?
Taiza.  Ręka mego męża.
Pamiętam dobrze, jak wsiadłam na okręt,
Gdy się dzień zbliżał mego rozwiązania;
Lecz czy tam dziecię moje dzień ujrzało,
Bóg mi jest świadkiem, powiedzieć nie mogę.
Skoro mojego króla, mego męża
Oko już moje więcej nie zobaczy,
W Westalki odzież ciało me oblokę,
Wszystkich rozkoszy świata się wyrzeknę.
Cerymon.  Jeśli jest taka wola twoja, pani,
W blizkości leży świątynia Dyany,
Gdzie strapień wszystkich doczekasz się końca.
Jeśli pozwolisz, moja synowicą
Tam wierną twoją będzie towarzyszką.
Taiza.  Przyjmij me dzięki, to skarb mój jest cały,
Wielka jest dobra wola, choć dar mały.

(Wychodzą).

AKT CZWARTY
(Wchodzi Gower).

Gower.  Niech z Peryklesem myśl wasza pobieży
Do upragnionych tyryjskich wybrzeży.
Kiedy w Efezie biedna jego żona
Żyje w świątyni, Cyntyi poświęcona.
Niech potem waszej wyobraźni oczy
Zachwyci córki jego blask uroczy,
Gdy pod Kleona karmi się przewodem
Chlebem mądrości i muzyki miodem.
Jej też urody sława i rozumu
Zachwyconego podziwem jest tłumu.
Lecz potwór zazdrość, której krwawe ramię
Wszystkie zasługi cnoty nieraz łamie,
Szalona wdzięków Maryny widokiem,
Na pierś jej sztylet mściwem mierzy okiem.
Kleon miał córkę Filotena zwaną,
Burzami myśli zazdrosnych miotaną,
Do bitw małżeńskich dojrzałą już jędzę,
Która, jak w starej wyczytałem księdze,
We dnie i w nocy ni jednej godziny
Nie chciała pięknej opuścić Maryny,
Czy to gdy dłonią liliowej ręki
Tkała jedwabiu malowane pęki,
Czy, gdy palcami ze słoniowej kości
Szyjąc, batystom sporzyła białości,
Lub, gdy przy lutni, pieniem swej gardzieli
Wstydziła nocne żale Filomeli,
Lub kiedy piórem, w uniesieniu myśli,
Na cześć Dyany swojej hymny kreśli,
Zawsze Filoten, którą próżność ludzi,
Walczy z Maryną o chwałę u ludzi,
Jakby kruk pragnął węglem swego skrzydła
Zaćmić pafijskich gołębi bielidła.

Maryna wszystkie odbiera pochwały,
Jak dług należny nie jak dar wspaniały.
Chwałą Maryny zaciemnione jasną
Wszystkie przymioty Filoteny gasną.
Tak, że w ostatku małżonka Kleona,
Zazdrości ogniem nad miarę palona,
Łotra znalazła, co za jej rozkazem
Wszystko ma skończyć zbrodniczem żelazem,
By choć na grobie Maryny jej dziecię
W blasku bez cienia zajaśniało przecie.
By tem łatwiejsze były zbrodni dzieła,
Już Lichoryda w swym grobie spoczęła,
A Dyoniza znalazła człowieka,
Którego sztylet na znak tylko czeka.
Co dalej będzie, zamilczam przed wami,
Za chwilę wszystko zobaczycie sami.
Ja tylko w rymów kulawych ramocie
Chciałem o czasu uprzedzić was locie;
Lecz i w tym nawet omdleję zapędzie,
Gdy mi pomocą wasza myśl nie będzie.
Więc Dyonizę na scenie ujrzycie
Z zbójcą kupionym na Maryny życie (wychodzi).


SCENA I.
Tarsus. Otwarty plac w blizkości morskiego wybrzeża.
(Wchodzą: Dyoniza i Leonin).

Dyoniza.  Przysiągłeś, wiernie dotrzymaj przysięgi;
Twój cios pokryje wieczna tajemnica.
Nicbyś nie zdołał łatwiej, prędzej zrobić,
Coby ci równą mogło przynieść korzyść.
Niechaj sumienie, zimny ten towarzysz,
Niecąc miłości ogień w twojem łonie,
Głupich zarazem nie budzi skrupułów;
Niech litość, którą i kobiety gardzą,
Niewcześnie serca twojego nie miękczy,
Lecz bądź żołnierzem w przedsięwzięciu stałym.

Leonin.  Zrobię to. Piękne jednak to stworzenie.
Dyoniza.  Tem więc godniejsze z bogami się złączyć.
Widzisz, przychodzi, płacząc po swej mamce.
Czy w przedsięwzięciu trwasz zawsze?
Leonin.  Trwam wiernie.

(Wchodzi Maryna z koszykiem kwiatów).

Maryna.  Obedrę ziemię z jej szat, by kwiatami
Twoją zieloną osypać mogiłę;
Złote nagietki, niebieskie fiolki
Jak dywan będą wisieć na twym grobie,
Póki nas letnie nie opuści słonce.
Matka, konając, wśród burz mnie powiła
I świat mi odtąd wieczną tylko burzą,
Od mych przyjaciół mnie odrywającą.
Dyoniza.  Czemu, Maryno, samotną cię widzę?
Czemu ci córka ma nie towarzyszy?
Swej krwi daremnym nie przepalaj smutkiem;
Ja mamką twoją będę. Wielki Boże,
Jak cię zmieniły łzy te nieustanne!
Daj mi te kwiaty, nim morze je zwarzy,
A z Leoninem idź przejść się nad brzegiem,
Ostre powietrze zbudzi twój apetyt.
No, Leoninie, bądź jej towarzyszem,
Podaj jej rękę.
Maryna.  Przebacz, dobra pani,
Nie chcę cię sługi twojego pozbawiać.
Dyoniza.  Nie troszcz się o to. Kocham twego ojca
I ciebie kocham macierzyńskiem sercem.
Przybycia jego lada dzień czekamy,
A gdy zobaczy za swojem przybyciem
Niegdyś piękności cud tak dziś zmieniony,
Będzie żałował swej długiej podróży,
Wyrzuty robił mnie i memu panu,
Żeśmy o ciebie niedość mieli troski.
Idź, proszę, przejdź się, wypogódź znów czoło,
Odzyskaj znowu tę cudowną cerę,
Kradnącą oczy młodzikom i starcom.
Nie troszcz się o mnie, mogę sama wrócić.

Maryna.  Więc dobrze, idę, chociaż nie mam chęci.
Dyoniza.  Idź, bom jest pewna, że ci to na zdrowie.
Idź, Leoninie, a nie zapominaj.
Leonin.  Zaręczam, pani.
Dyoniza.  Żegnam cię, kochanko,
A idź powoli, krwi zbyt nie rozgrzewaj,
Bo widzisz, że cię muszę pielęgnować.
Maryna.  Dzięki ci, pani. (Wychodzi Dyoniza).
Czy to wiatr zachodni
Wieje nam teraz?
Leonin.  Południo-zachodni.
Maryna.  Wiatr był północny przy mem urodzeniu.
Leonin.  Czy tak?
Maryna.  Mój ojciec, jak mówiła mamka,
Nie tracił serca, lecz wołał do majtków:
„Śmiało, a żwawo!“ Królewskie swe ręce
Kaleczył, ciągnąc liny okrętowe,
A przyczepiony do masztu wytrzymał
Cios potężnego bałwana, co prawie
Zdruzgotał pokład.
Leonin.  A kiedy to było?
Maryna.  W dniu mych urodzin. Z podobną wściekłością
Wichry i fale nigdy nie szalały.
Wiatr porwał majtka z bocianiego gniazda,
„Ha!“ ktoś tam krzyknął, „chcesz od nas odlecieć?“
I wszyscy pędzą od sztaby do rufy,
A bosman świszczę, a kapitan krzyczy,
I troją nieład i tak już niemały.
Leonin.  Zmów teraz pacierz.
Maryna.  Co słowa te znaczą?
Leonin.  Jeśli na pacierz potrzeba ci chwili,
Dam ci ją, modl się, tylko nie przewlekaj;
Ostry albowiem bogowie słuch mają,
A ja przysiągłem spiesznie wszystko skończyć.
Maryna.  Czy mnie chcesz zabić?
Leonin.  Na mej pani rozkaz.
Maryna.  Czemużby ona chciała mojej zguby?
Przez całe życie, ile zapamiętam,

Nigdy i w niczem jej nie obraziłam.
Niema stworzenia, coby mnie skarżyło
Lub o złe słowo lub o zły uczynek.
Wierzaj mi, nigdy nie zabiłam myszy,
I nigdy biednej muchy nie skrzywdziłam.
Gdym rozdeptała niechcący robaka,
Płakałam rzewnie nad mem okrucieństwem.
Cóż jej zrobiłam? Jaką dla niej korzyść
Śmierć moja przynieść może, lub me życie
Jakiem zagraża jej niebezpieczeństwem?
Leonin.  Mojem zleceniem jest nie rozumować
O tym uczynku, ale go dokonać.
Maryna.  Nie, nie, nie zrobisz tego za świat cały!
Twoje oblicze dobrocią oddycha,
A z ócz twych widać miłosierne serce.
Czyż nie widziałam, jak, temu niedawno,
Dostałeś cięcie, gdy chciałeś rozdzielić
Walczących parę? Czyn to był szlachetny,
Okaż mi równą i teraz szlachetność;
Na życie moje twoja godzi pani,
Więc stań w pośrodku i ocal słabszego.
Leonin.  Przysiągłem, muszę dotrzymać przysięgi.

(Gdy się szamocą, wbiegają Korsarze).

1 Korsarz.  Stój, łotrze! (Leonin ucieka).
2 Korsarz.  Zdobycz! zdobycz!

3 Korsarz.  Do podziału, koledzy, do podziału! Prowadźmy ją natychmiast na nasz okręt. (Wychodzą z Maryną).

SCENA II.
To samo wybrzeże.
(Wchodzi Leonin).

Leonin.  To są złodzieje sławnego korsarza
Waldesa, oni porwali Marynę.
Niech ją trzymają; nie wróci już pewno;
Przysięgnę, żem ją zabił, w fale rzucił.
Poczekam jednak, bo jeszcze być może,

Że na zabawie tylko z nią przestaną,
Potem zostawią. Jeśli to przeżyje,
Co po korsarzach zostanie, zabiję (wychodzi).


SCENA III.
Mitylena. Izba w zamtuzie.
(Wchodzą: Rajfur, Rajfurka i Rygiel).

Rajfur.  Ryglu!
Rygiel.  Panie?
Rajfur.  Przejrzyj targ bacznie; Mitylena pełna galantów. Za wiele straciliśmy pieniędzy podczas ostatniego jarmarku dla braku pensyonarek.
Rajfurka.  Nigdy jeszcze nie byliśmy w takim niedostatku towaru. Mamy tylko trzy nieboraczki, które nie mogą zrobić więcej, jak mogą, a przez ciągłą pracę są tak dobrze jak zgniłe.
Rajfur.  Musimy więc w świeży towar się zaopatrzyć, nie zważając na cenę. Gdzie niema w handlu sumienia, niema też i zarobku.
Rajfurka.  To prawda, bo pewno nie wychowując biednych bękartów, których, jak mi się zdaje, wychowałam już koło jedenastu —
Rygiel.  Tak jest, wychowała koło jedenastu i pochowała je potem. Ale czy mam targ przetrząść?
Rajfur.  A cóż miałbyś robić innego? Silny wiatr poszarpałby na kawałki towar nasz dzisiejszy, tak już okrutnie wywarzony.
Rajfurka.  Masz racyę, można sumiennie powiedzieć, że są niezdrowe. Biedny Siedmiogrodzianin umarł, co spał z biednym otłuczkiem.
Rygiel.  He, wyekspedyowała go galopem, zrobiła z niego pieczeń dla robaków. Ale idę teraz targ przejrzeć (wychodzi).
Rajfur.  Trzy lub cztery tysiące cekinów byłby to piękny kapitalik, żeby żyć spokojnie i wyrzec się rzemiosła.
Rajfurka.  Czemu się go wyrzekać? Alboż to wstyd zarabiać, kiedy się człowiek postarzeje?
Rajfur.  Bo widzisz, nasza konsyderacya nie rośnie z naszym dochodem, a i dochód nie odpowiada niebezpieczeństwu. Gdybyśmy więc w młodych latach mogli uciułać małą fortunkę, nie byłoby źle drzwi nasze zamknąć. Zła prócz tego komitywa, w której żyjemy z bogami, silną jest nam podnietą, żeby się co prędzej wycofać.
Rajfurka.  Ech, co mi tam pleciesz, toć i inni tak dobrze jak i my grzeszą.
Rajfur.  Tak dobrze jak my? Ja nawet dodam, że lepiej, bo my grzeszymy gorzej. Nasza też profesya nie jest rzemiosłem, żadnem powołaniem. Ale otóż i Rygiel powraca.

(Wchodzą Korsarze i Rygiel, ciągnąc za sobą Marynę).

Rygiel  (do Maryny). Maszeruj mi tylko. Mości panowie, więc powiadacie, że to dziewica?
1 Korsarz.  Ani wątpimy o tem.
Rygiel.  Panie gospodarzu, musiałem za tę sztukę niemało ofiarować. Przypatrz się; jeśli ci do smaku, tem lepiej, jeśli nie, straciłem zadatek.
Rajfurka.  Ryglu, czy posiada jakie przymioty?
Rygiel.  Posiada piękną buzię, pięknie mówi i prześliczne ma suknie, dosyć już na tych przymiotach, żeby jej nie odrzucać.
Rajfurka.  Jaka jej cena, Ryglu?
Rygiel.  Nie ustąpię jednego szeląga od tysiąca cekinów.
Rajfur.  Więc proszę z sobą, panowie, wyliczę wam pieniądze natychmiast. Gospodyni, weź ją z sobą, naucz ją, co ma robić, żeby nie była zbyt surową w swoich ćwiczeniach. (Wychodzą: Rajfur i Korsarze).
Rajfurka.  Ryglu, spisz jej rysopis; zanotuj kolor jej włosów, cerę, wzrost, wiek i zaręczenie dziewictwa, a potem ogłoś; „kto zapłaci najpierwszy, będzie ją miał pierwszy“. Podobne dziewictwo nie byłoby tanią rzeczą, gdyby mężczyźni byli jak bywali dawniej. Zrób, jak ci nakazałam.
Rygiel.  Wszystko będzie wykonane natychmiast. (Wychodzi).

Maryna.  Ach, czemuż tak był leniwym Leonin.

Zamiast słów, czemu na raz nie uderzył!
Albo dlaczego nie dosyć okrutni
Byli korsarze, by mnie w morze rzucić,
Abym tam poszła matki mojej szukać!

Rajfurka.  Dlaczego tak lamentujesz, moja pięknoszko?
Maryna.  Że jestem piękną.
Rajfurka.  To przecie dar był bogów.
Maryna.  Nie skarżę się na nich.
Rajfurka.  Dostałaś się w dobre ręce i będziesz w nich żyła bezpiecznie.
Maryna.  Tem większa moja boleść, żem uszła rąk, z których miałam zginąć.
Rajfurka.  A będziesz żyła w rozkoszach.
Maryna.  Nie.
Rajfurka.  A ja powiadam tak, będziesz; będziesz kosztowała paniczów wszelkiego rodzaju. Użyjesz świata; poznasz różnice wszystkich kompleksyi. Co? Zatykasz sobie uszy?
Maryna.  Czy ty jesteś kobietą?
Rajfurka.  A czemże chcesz, żebym była, jeśli nie jestem kobietą?
Maryna.  Uczciwą kobietą lub nie kobietą.
Rajfurka.  Trzeba ci rózgi, gąsiątko; widzę, że niemało będę miała z tobą kłopotu. Młoda z ciebie, głupiuchna latorośl i trzeba ją będzie nagiąć po mojej myśli.
Maryna.  Niech bogi będą moją obroną!
Rajfurka.  Jeśli się spodoba bogom bronić cię przez mężczyzn, to mężczyźni cię pocieszą, mężczyźni cię nakarmią, mężczyźni cię podniecą. Rygiel wraca. (Wchodzi Rygiel). No, jakże, czy ogłosiłeś już na rynku?
Rygiel.  Ogłosiłem ją prawie tyle razy, ile u niej włosów na głowie; odmalowałem jej portret językiem.
Rajfurka.  Powiedz mi, proszę, jakie znalazłeś skłonności ludu, zwłaszcza młodszego gatunku?
Rygiel.  Słuchali mnie, jakby im czytano ojcowski testament. Był między nimi pewien Hiszpan, któremu tak ślinki przyszły do gęby, że na sam jej opis położył się do łóżka..
Rajfurka.  Odwiedzi nas jutro w swoich najpiękniejszych kryzach.
Rygiel.  Dziś jeszcze, dziś jeszcze. Ale czy przypominasz sobie, pani gospodyni, francuskiego kawalera, pod którym gną, się kolana?
Rajfurka.  Czy chcesz mówić o monsieur Veroles?
Rygiel.  O nim właśnie. Chciał wywrócić koziołka po ogłoszeniu, ale na pierwszą próbę wrzasnął boleśnie i przysiągł, że jutro ją zobaczy.
Rajfurka.  Dobrze, dobrze. Co do niego, przyniósł nam tu swoją chorobę, przyjdzie teraz tylko ją odświeżyć. Wiem, że przyjdzie w naszym cieniu grzać swoje talary na słońcu.
Rygiel.  Gdybyśmy tu mieli wojażera z każdego narodu, ulokowalibyśmy wszystkich pod takim szyldem.
Rajfurka.  Zbliż się tu, serduszko. Szczęście ci się uśmiecha. Słuchaj teraz: musisz udawać, że robisz z przymusu, co robisz z chęci, że gardzisz zyskiem tam, gdzie najwięcej zarabiasz. Płacz nad twojem położeniem, to obudzi litość w twoich kochankach; trudno, żeby litość nie zrobiła ci dobrej reputacyi, a dobra reputacya to pieniądz gotowy.
Maryna.  Nie rozumiem cię wcale.
Rygiel.  Wyprowadź ją, pani gospodyni, wyprowadź ją; trzeba zgasić te jej rumieńce bezpośrednią praktyką.
Rajfurka.  Dobrze mówisz, trzeba je zgasić. Toć nawet i narzeczona idzie ze wstydem, gdzieby iść mogła śmiało za reskryptem.
Rygiel.  Jedne z nich tak robią, inne tak nie robią. Ale, pani gospodyni, skoro wytargowałem polędwicę —
Rajfurka.  Chciałbyś ukroić z niej kawałek jeszcze na rożnie?
Rygiel.  Chciałbym.
Rajfurka.  A któżby ci mógł odmówić? No, chodź panienko. Krój twojej sukni bardzo mi się podoba.
Rygiel.  A na teraz nie trzeba go jeszcze zmieniać.
Rajfurka.  Rygielku, przehulaj to w mieście, a trąb wszędzie, co za pensjonarkę mamy w naszym domu; nie zaszkodzi ci powiększona klientela. Natura, kształtując ten kąsek, miała na myśli twój interes; a więc rozpowiadaj, jakie z niej cudo, a twoje własne słowa będą ci żniwem.
Rygiel.  Możesz mi wierzyć, pani gospodyni, że piorun nie tak budzi gniazda węgorzy, jak moja mowa o jej piękności rozbudzi wszystkich rozpustników. Przyprowadzę tu kilku jeszcze tej nocy.
Rajfurka.  A teraz chodź ze mną.
Maryna.  Jeśli nóż ostry a głębokie wody,
To czystość moja wyjdzie stąd bez szkody.
Pomóż, Dyano!
Rajfurka.  A co ma tu u nas robić Dyana? Proszę, czy łaska pójść ze mną? (Wychodzą).

SCENA IV.
Tarsus. Pokój w domu Kleona.
(Wchodzą: Kleon i Dyoniza).

Dyoniza.  Czyś rozum stracił? Czy można to zmienić?
Kleon.  O, Dyonizo, takiego morderstwa Słońce i księżyc nie widziały jeszcze!
Dyoniza.  Jak mi się zdaje, znów dzieckiem zostaniesz.
Kleon.  Gdybym był nawet wszystkich światów panem,
Dałbym je wszystkie, by ten czyn odrobić.
Szlachetna pani mniej rodem niż cnotą,
Księżniczka sądem godna sprawiedliwym
Choć najpiękniejszej korony na ziemi!
Podły Leonin! Otrułaś go także.
Gdybyś do niego z jednej piła czary,
Jakby obliczu twemu toast przystał!
Co powiesz, gdy się Perykles upomni
O swoją córkę?
Dyoniza.  Powiem, że umarła.
Alboż to mamka Bogiem jest, by mogła
Swą wychowankę od śmierci wyzwolić?
Powiem, umarła w nocy. Kto zaprzeczy?
Chyba w bezbożnej ty sam niewinności,
Aby zarobić na uczciwe imię,

Krzykniesz: zginęła od ręki mordercy!
Kleon.  Ze wszystkich grzechów pod niebem spełnionych
Grzech ten największy gniew bogów rozbudza.
Dyoniza.  Bądźże z tych jednym, co myślą, że z Tarsu
Co prędzej piękne króliki polecą
Peryklesowi wszystko wyświegotać.
Wstyd mnie, że w mężu twego pochodzenia
Tak bojaźliwa zamieszkała dusza.
Kleon.  Kto czyn podobny spełniony potwierdza,
Chociaż poprzednio nie dał zezwolenia,
Ten z prostej drogi honoru wyboczył.
Dyoniza.  Niech i tak będzie. Jednakże nikt nie wie,
Wyjąwszy ciebie, jaki był jej koniec,
I nikt się o tem na przyszłość nie dowie,
Gdy usta zamknął na zawsze Leonin.
Gardziła córką moją, zamykała
Drogę jej szczęścia, bo na moje dziecko
Nikt spojrzeć nie chciał, a wszystkie źrenice
Na twarz Maryny tyko się zwracały;
Przy niej ma córka wszystkim się zdawała
Kopciuchem, nawet spojrzenia niegodnym.
To mi przeszyło serce. Choć, twym sądem,
Nienaturalnym mój uczynek zowiesz,
Ty co sam siebie, nie dziecko twe kochasz,
Ja zawsze myślę, że twej jedynaczce
Wielką usługę oddał ten uczynek.
Kleon.  Odpuść ci Boże!
Dyoniza.  A co nam Perykles
Może zarzucić? Płakaliśmy po niej,
Dziś jeszcze po niej nosimy żałobę;
Prawie skończony jest już jej grobowiec,
A na nim złoty napis opowiada
Jej cnoty, nasze względem niej zasługi,
Których był kosztem ten wzniesiony pomnik.
Kleon.  Jesteś jak harpia: anielskie oblicze
Twej pokazujesz zwiedzionej ofierze,
A potem chwytasz twym orlim ją szponem.
Dyoniza.  A tyś podobny jest do bezbożnika,

Klnącego bogom dlatego, że zima
Zabija muchy. Ale z końcem zwady
Wiem, że usłuchasz mojej dobrej rady. (Wychodzą).

(Wchodzi Gower przed grobowcem Maryny w Tarsus).

Gower.  Przestrzeń się ścieśnia i czas szybko płynie,
Zbiegając morza w orzecha łupinie,
Bo myśli waszej wędrowne źrenice
Widzą kolejno wszystkich państw granice,
A gdzie myśl zmianom sceny towarzyszy,
Wszędzie bez gniewu jedną mowę słyszy.
O chwilę teraz cierpliwości proszę,
Bo wam ciąg dalszy tych dziejów przynoszę.
Perykles, w licznym dworzan swoich gronie,
Znowu kapryśne mórz przebiega tonie,
By znów do piersi przycisnął swe dziecię,
Jedyną swoją rozkosz na tym świecie.
Stary Eskanes, na wielkie urzędy
Przez Helikana wyniesiony względy,
Zarządza miastem, w tej bowiem podróży
I Helikanus za dworaka służy.
Pomyślnych wiatrów pędzone tchem nawy
Do Tarsu wbiegły, słuchaczu łaskawy,
Do portu tego i tyś z nimi dobił,
Jeśliś sternikiem wyobraźnię zrobił.
Chciał córkę zabrać, lecz już jej nie było.
Widzicie teraz, myśli waszej siłą,
Krążących chwilę jak cienie przed zmrokiem.
A teraz ucho pogodzę wam z okiem.

Pantominy.
(Jednemi drzwiami wchodzi Perykles z Orszakiem, drugiemi Kleon i Dyoniza. Kleon pokazuje Peryklesowi grobowiec Maryny; na ten widok Perykles objawia głęboką boleść, przywdziewa włosiennicę i oddala się w rozpaczy).

Gower.  Patrzcie, jak pozór może ludzi zwodzić,
Żal pożyczany za szczery uchodzić!
Z rozpaczą w duszy na cios niespodziany
Perykles, jęcząc i łzami zalany,

Ucieka z Tarsu; przysięgą się wiąże,
Że nigdy twarzy nie umyje książę,
Że nigdy włosa nie tkną mu nożyce.
Zanim odpłynął, przywdział włosiennicę.
Chociaż go długo burze kołatały,
Wytrzymał wszystko i powrócił cały.
Teraz słuchajcie, na Maryny grobie
Taki był napis, w udanej żałobie
Ryty na rozkaz grzesznej Dyonizy:

(Czyta napis na grobie Maryny).

„Najsłodsza, najpiękniejsza dziewica tu leży,
Kwiatek zwiędły w żywota swego wiośnie świeżej;
Nadobną córką była tyryjskiego króla
Ta, którą śmierć okrutna w tym grobie otula!
Miała imię Maryna; w urodzin jej chwilę
Dumna Tetys połknęła lądów długie mile;
Ziemia drżąc, by potopem nie zginęła cała,
Piękne dziecię Tetydy do nieba posłała;
Mszcząc się Tetys przysięgła na czas wiekuisty
Bić swoich wód taranem brzeg ziemi skalisty“.
Łotrowstwu z masek, które sobie wkłada,
Tkliwe pochlebstwo najlepiej przypada.
Perykles myśląc, że Maryna w grobie,
Zdał się na losy w duszy swej żałobie.
Niechże tak myśli, ale wy na scenie
Ujrzycie biednej córki tej cierpienie
W jej strasznej jamie; każcie więc łaskawie
Do Mityleny płynąć myśli nawie (wychodzi).


SCENA V.
Mitylena. Ulica przed zamtuzem.
(Wchodzą z zamtuza dwaj Szlachcice).

1 Szlach.  Czy słyszałeś kiedy co podobnego?
2 Szlach.  Nie, nigdy, i nigdy tego nie usłyszę powtórnie w tym domu, gdy się ona z niego oddali.
1 Szlach.  Słyszeć kazanie z takiej ambony! Czy ci się śniło co podobnego?
2 Szlach.  Nigdy! nigdy! Wyrzekam się na zawsze zamtuzów. Czy chcesz pójść ze mną przysłuchiwać się hymnom Westalek?
1 Szlach.  Jestem gotów na wszystko, co uczciwe. Czasy mojego bekowiska minęły na zawsze! (Wychodzą).

SCENA VI.
Tamże. Izba w zamtuzie.
(Wchodzą: Rajfur, Rajfurka i Rygiel).

Rajfur.  Chciałbym za podwójną jej cenę, żeby tu jej noga nie postała.
Rajfurka.  Obrzydliwa jejmościanka! Toż ona gotowa zmrozić boga Pryapa i zrujnować całe pokolenie. Albo musimy dać ją zgwałcić, albo pozbyć się jej co prędzej. Zamiast służyć klienteli i praktykować uczciwie nasze rzemiosło, ona mi tu wyjeżdża ze swoimi wykrętami, ze swojemi racyami, swojemi arcy-racyami, swojemi modlitwami, swojem klękaniem; gotowa zrobić z dyabła purytana, gdyby chciał u niej pocałunek wytargować.
Rygiel.  Muszę ją utresować, na uczciwość, bo inaczej ona stąd wypłoszy wszystkich naszych kawalerów, a z wszystkich naszych przeklinaczy porobi mnichów.
Rajfur.  Co do mnie, zaraza na jej bladaczkę!
Rajfurka.  Prawdę mówiąc nie widzę innej drogi, żeby się jej pozbyć, jak zarazę. Ale nadchodzi pan hrabia Lizymach przebrany.
Rygiel.  Mielibyśmy tu tak dobrze hrabiów jak kuchcików gdyby ta wierzgająca psubratka chciała służyć klienteli.

(Wchodzi Lizymach).

Lizymach.  A co tam nowego? Po ile tuzin panieństwa?
Rajfurka.  Niech Pan Bóg błogosławi waszej dostojności!
Rygiel.  Rad widzę waszą dostojność przy dobrem zdrowiu.
Lizymach.  A masz racyę radować się, bo i dla was lepiej, kiedy wasi klienci stoją na zdrowych nogach. No, jakże tam, zdrowa nieprawości, czy masz co, z czemby człowiek mógł mieć do czynienia, śmiejąc się z doktora?
Rajfurka.  Mamy tu jedną, panie, która, gdyby chciała — ale nic jej podobnego nie pokazało się jeszcze w Mitylenie.
Lizymach.  Gdyby chciała dopuścić się uczynku ciemności, miałaś zamiar powiedzieć?
Rajfurka.  Wasza dostojność wie sama bardzo dobrze, co się to znaczy.
Lizymach.  Dobrze. Zawołaj jej, zawołaj jej.
Rygiel.  Co do ciała i krwi, panie hrabio, biała i czerwona, jakbyś widział różę, i byłaby naprawdę różą, gdyby tylko —
Lizymach.  Gdyby tylko co, proszę?
Rygiel.  O, panie hrabio, mogę być wstydliwym.
Lizymach.  To uzacnia reputacyę rajfura, a niejednej figlarce daje sławę czystości. (Wchodzi Maryna).
Rajfurka.  Otóż i nadchodzi ta, która kwitnie jeszcze na swojej łodydze, jeszcze nie uszczknięta, zapewniam. Co, czy to nie piękne stworzenie?
Lizymach.  Daję słowo, możnaby na niej przestać po długiej żegludze na morzu. Więc dobrze — to dla ciebie — zostaw nas.
Rajfurka.  Niech wasza dostojność pozwoli mi jeszcze jedno słowo powiedzieć; skończę natychmiast.
Lizymach.  Więc proszę.
Rajfurka  (do Maryny, biorąc ją na stronę). Pragnęłabym najprzód, żebyś zauważyła, że to jest człowiek honorowy.
Maryna.  Pragnę takim go znaleźć, abym go mogła zauważyć.
Rajfurka.  Powtóre, jest on gubernatorem tego kraju i mężem, dla którego mam pewne obowiązki.
Maryna.  Skoro jest gubernatorem tego kraju, masz dla niego obowiązki, bez wątpienia; ale o ile jest on w tej sprawie honorowym, nie wiem.
Rajfurka.  A więc proszę cię, bez dalszych panieńskich ceregielów, czy chcesz go traktować uprzejmie? Podszyje ci on złotem fartuszek.
Maryna.  Co raczy zrobić dla mnie uprzejmego, przyjmę z wdzięcznością.
Lizymach.  Czy skończyłaś?
Rajfurka.  Jaśnie panie, jeszcze nie stąpa regularnie; musi sobie wasza dostojność zadać trochę kłopotu, żeby ją do swojej ręki utresować. Idźmy teraz; zostawmy ją z jego dostojnością sam na sam.

(Wychodzą: Rajfur, Rajfurka i Rygiel).

Lizymach.  Idź sobie swoją drogą. — A teraz moja pięknoszko, jak długo siedzisz na twojem rzemiośle?
Maryna.  Na jakiem rzemiośle, panie?
Lizymach.  Którego nie mogę nazwać bez obrazy.
Maryna.  Moje rzemiosło nie może mnie obrażać; nazwij je, proszę.
Lizymach.  Jak długo praktykujesz twoje rzemiosło?
Maryna.  Od najdawniejszych czasów, które zapamiętam.
Lizymach.  Już tak młodo się do niego wzięłaś? Więc byłaś już figlarką w piątym albo siódmym roku życia?
Maryna.  Wcześniej nawet, panie, jeśli jestem nią dzisiaj.
Lizymach.  Dom jednak, w którym mieszkasz, głosi, że jesteś na sprzedaż.
Maryna.  A ty, panie, wiedząc, że to jest dom tego rodzaju, przychodzisz do niego? Słyszałam, że jesteś człowiekiem honorowym, a gubernatorem tego kraju.
Lizymach.  Jakto? Więc twój pryncypał powiedział ci, kto ja jestem?
Maryna.  Kto jest moim pryncypałem?
Lizymach.  Naturalnie, twoja zieleniarka, która sieje ziarno i sadzi korzenie bezwstydu i niegodziwości. O, zasłyszałaś coś o mojej potędze i stroisz teraz miny, żebym się natrętniej umizgał. Ale zaręczam ci, moja pięknoszko, że moja dostojność albo cię nie będzie wcale widziała, albo tylko przyjacielskiem będzie cię widziała okiem. A teraz poprowadź mnie do jakiego osobnego pokoju; tylko żwawo.

Maryna.  Jeśliś się rodził w honorach, dziś pokaż;
Jeśli zasługi twe niemi odziano,
Nie rób kłamcami tych, co osądzili,

Żeś ich jest godny.
Lizymach.  A cóż to? A cóż to?
Kontynuj, proszę, mądre przekładania.
Maryna.  Jestem dziewicą przez fortuny rękę
W ten chlew obrzydły okrutnie rzuconą,
W którym choroby sprzedają się drożej,
Niźli lekarstwa. Oby Bóg łaskawy
Z tego mnie domu przeklętego wyrwał!
Choćby w najlichszą zmienił mnie ptaszynę,
Wolno w powietrzu czystem latającą!
Lizymach.  Nigdym nie sądził, nigdy nie marzyłem,
Byś rozumować mogła tak wymownie.
Jeślim z popsutą przyszedł tutaj myślą,
To słowa twoje zmieniły ją nagle.
Przyjmij to złoto, idź dalej wytrwale
Po czystej drodze, po której dziś idziesz,
A niechaj bogi dodadzą ci siły!
Maryna.  Boże ci zapłać!
Lizymach.  Co do mnie, bądź pewna,
Że tu w złej żadnej nie przyszedłem myśli,
Bo drzwi tu każde i każde tu okno
Robią mi tylko wstręt i obrzydzenie.
Bądź zdrowa! Cnota mi twoja dowodzi,
Że się w szlachetnym wychowałaś domu.
Poczekaj jeszcze — zabierz i to złoto.
Niech jak przeklęty, niech jak złodziej umrze
Łotr, który z twojej obedrze cię cnoty!
Jeśli usłyszysz jeszcze kiedy o mnie,
To będzie tylko dla twojego dobra.

(Gdy Lizymach chowa sakiewkę, wchodzi Rygiel).

Rygiel.  Jeśli łaska i jabym prosił o sztukę.
Lizymach.  Precz z moich oczu, przeklęty odźwierny!
Domby ten upadł, w gruzach się pogrzebał,
Gdyby go cnota tej czystej dziewicy
Nie podpierała. Precz mi, precz mi z oczu!

(Wychodzi).

Rygiel.  A to co się znaczy? Musimy wziąć się do ciebie w inny sposób. Jeśli twoja nudna czystość, niewarta śniadania w najgorszym kraju pod słońcem, ma rujnować całe gospodarstwo, to niech mnie otrzebią jak bonońskiego pieska. Idźmy!
Maryna.  Gdzie chcesz mnie prowadzić?
Rygiel.  Muszę ci odebrać dziewictwo, albo się kat tego podejmie. Idźmy! Nie można dłużej pozwolić, aby nam stąd szlachtę wyganiano. Raz jeszcze powtarzam idźmy! (Wchodzi Rajfurka).
Rajfurka.  A to co znowu? Co się to znaczy?
Rygiel.  Coraz gorzej i coraz gorzej, pani gospodyni; toć ona mówiła tu święte słowa do hrabiego Lizymacha.
Rajfurka.  O, zgrozo!
Rygiel.  Ona powodem, iż nasza profesya śmierdzi, że tak powiem, pod nosem bogów.
Rajfurka.  A bodaj wisiała na wieczne czasy!
Rygiel.  Pan hrabia chciał ją traktować po hrabiowsku, a ona mi go tu odsyła zimno jak pigułkę ze śniegu, a odmawiającego pacierze w dodatku.
Rajfurka.  Wyprowadź ją, Ryglu, traktuj ją, jak ci się spodoba; potłucz okna jej dziewictwa, a resztę zrób rozpłaszczalną.
Rygiel.  Choćby ciernistszym była gruntem niż jest, potrafimy ją poorać.
Maryna.  Słuchajcie, słuchajcie, o bogi!
Rajfurka.  Zaklina. Precz z nią! A bodaj jej noga nie była postała na moim progu! A bodaj przepadła! Urodziła się na naszą ruinę. Czy nie chcesz iść drogą, którą chodzą wszystkie kobiety? No, patrzcie mi, a to mi czystość z rozmarynem i bobkowymi liściami!

(Wychodzi).

Rygiel.  No, mościa panno, proszę z sobą.
Maryna.  Gdzie chcesz mnie prowadzić?
Rygiel.  Chcę ci zabrać klejnot, który tak drogo cenisz.
Maryna.  Proszę cię, pozwól mi wprzódy zrobić ci jedno pytanie.
Rygiel.  Więc słucham twojego jednego pytania.
Maryna.  Czem chciałbyś zrobić twojego nieprzyjaciela?

Rygiel.  Czem? Chciałbym, żeby został moim gospodarzem, albo raczej moją gospodynią.

Maryna.  Żadne z nich przecie tak złe jak ty nie jest,
Bo co najgorsze, spełniasz na ich rozkaz.
Nie chciałby z tobą najnędzniejszy szatan
Na uważanie i na miejsce mieniąc.
Jesteś odźwiernym każdego hultaja,
Co o hultajkę przychodzi swą pytać;
Musisz cierpliwie słuchać lada łotra,
Kiedy cię w gniewie od słów lży ostatnich;
Twe są pokarmy tylko plwocinami,
Wyrzuconemi przez płuca gnijące.

Rygiel.  A cóż chcesz, żebym robił? Czy chcesz, żebym poszedł na wojnę? Czy chcesz, żebym służył lat siedm, żebym stracił nogę, a z końcem służby nie miał dosyć grosza, aby sobie kupić drewnianą?

Maryna.  Rób, co chcesz, byleś nie robił, co robisz,
Czyść wszystkie stare ścieki i rynsztoki,
Albo najemnym kata sługą zostań,
Od twego lepsze będą te rzemiosła.
Koczkodan nawet, gdyby mógł przemówić,
Z pogardą tweby rzemiosło odrzucił.
Oby Bóg stąd mnie wyratować raczył!
Zabierz to złoto; jeśli twój gospodarz
Chce ze mnie ciągnąć zyski, to mu powiedz,
Że umiem śpiewać, tańczyć, szyć, przetykać,
Że mam talenta, z których się nie chełpię,
Których nauczać chętnie się podejmę,
A jestem pewna, że w tak wielkiem mieście
Na uczennicach zbywać mi nie może.

Rygiel.  Ale czy naprawdę możesz nauczać wszystkiego, o czem mi mówisz?

Maryna.  Jeśli się sprawdzi, że kłamstwo mówiłam,
Daj mnie na pastwę ostatniemu ciurze,
Który przychodzi do waszego domu.

Rygiel.  Więc dobrze, zobaczę, co będzie można dla ciebie zrobić, a jeśli potrafię znaleźć ci miejsce, zrobię to chętnie.
Maryna.  Ale między uczciwemi kobietami?
Rygiel.  Prawdę mówiąc, mało ja mam takich znajomości. Ale skoro mój gospodarz i moja gospodyni kupili cię, nie mogę nic począć bez ich zezwolenia; doniosę im o twoich zamiarach, a nie wątpię, że znajdę ich dość życzliwymi. Zrobię dla ciebie co można; idźmy!

(Wychodzą).

AKT PIĄTY.
(Wchodzi Gower).

Gower  Maryna z grzechów wyciągnięta koła
Do domu ludzi uczciwych się chroni,
Tańcem bogini a śpiewem anioła
Zachwyca wszystkich, jak to czytam o niej.
Mędrcy niemieją; czarami swej rączki
Jedwab’ zamienia na liście i kwiaty,
Z igły się rodzą jagody i pączki,
I śniegi lilii i róży szkarłaty.
Ma tłum uczennic, a płacą jej hojnie;
Rajfurka zyski zabiera Marynie;
Niechże nam teraz żyje tam spokojnie,
A za jej ojcem niech myśl nasza płynie.
Zniknął nam z oczu na morskiej otchłani;
Po burzach, słotach, dobrych wiatrów siła
Do mityleńskiej wpędza go przystani,
Tam nawa jego kotwicę rzuciła,
Gdy miasto święto Neptuna obchodzi.
Widząc sztandary czarne na okręcie,
Lizymach spiesznie do swej siada łodzi,
Spieszy na gości nieznanych przyjęcie.
Niech wyobraźnia wasza znowu raczy
Widzieć tu pokład Peryklesa nawy,
A oko dalszy ciąg sprawy zobaczy;
Żeby więc słuchać, raczcie zasiąść ławy (wychodzi).


SCENA I.
Na pokładzie okrętu Peryklesa w porcie mityleńskim widać pawilon z zasuniętą firanką, w którym spoczywa Perykles na sofie. Łódź przy okręcie tyryjskim.
(Wchodzi dwóch Majtków, jeden należący do okrętu tyryjskiego, drugi do łodzi, nieco później Helikanus).

Majtek tyr.  (do majtka mityleńskiego). Gdzie Helikanus? On cię może objaśnić. Ha, otóż on właśnie. Przybyła barka z Mityleny, jest w niej gubernator miasta, Lizymach, który pragnie wejść na nasz pokład. Jaka twoja wola, panie?
Helikanus.  Żeby się spełniła jego. Przywołaj kilku dworzan.
Majtek tyr.  Hola, ho! panowie! Jego dostojność was wzywa.

(Wchodzi dwóch Dworzan).

1 Dworz.  Co wasza dostojność rozkazuje?
Helikanus.  Mości panowie, przybyła tu osoba wysokiej godności, która pragnie wejść na wasz pokład; idźcie pozdrowić ją uprzejmie.

(Dworzanie i Majtkowie schodzą do barki, skąd wkrótce wracają, a z nimi Lizymach i Orszak).

Majtek tyr.  Oto jest mąż, panie, który cię może o wszystkiem objaśnić.

Lizymach.  Wielebny panie, witam cię! Niech bogi
Swoją cię raczą osłonić opieką!
Helikanus.  I ciebie, panie, żebyś wiek mój przeżył
I śmierci, jakiej pragnę, się doczekał.
Lizymach.  Dobre życzenie. Gdym z lądu zobaczył
(Gdzie obchodzimy tryumfy Neptuna),
Wasz piękny statek w porcie na kotwicy,
Przychodzę pytać, skąd do nas przybywasz?
Helikanus.  Powiedz mi wprzódy, jaka twoja godność?
Lizymach.  Gubernatorem jestem tego miasta.
Helikanus.  Na tej tyryjskiej nawie król żegluje,
Który jednego nie wymówił słowa
Od trzech miesięcy, nie przyjął pokarmu,
Tylko by swoje boleści przedłużyć.

Lizymach.  Co jest powodem tej czarnej rozpaczy?
Helikanus.  Długa to powieść wszystko ci powtarzać,
Lecz w krótkich słowach: rozpaczy powodem
Jest strata żony i drogiej mu córki.
Lizymach.  Mogęż go widzieć?
Helikanus.  Możesz, lecz daremnie,
Bo nie odpowie na żadne pytanie.
Lizymach.  Pozwól, bym moją zaspokoił żądzę.
Helikanus.  Więc patrz. (Widać Peryklesa po odsunięciu firanki).
Cudownej był to mąż urody,
Nim straszną klęskę noc przyniosła jedna,
Do tego stanu go przyprowadziła.
Lizymach.  Witaj nam, królu! Niech bogów opieka
Osłoni twoją monarszą osobę.
Helikanus.  Daremne słowa, on ci nie odpowie.
1 Pan.  Mamy dziewicę w naszej Mitylenie,
Która, o zakład, słów potrafi kilka
Z ust mu wyciągnąć.
Lizymach.  Szczęśliwe natchnienie!
Nie wątpię wcale, że słodkim swym głosem,
Potrafi głuche jego zbudzić uszy,
A całym swojej osoby urokiem
Napół umarłe zmysły jego wskrzesić.
Ta piękna, teraz szczęśliwa istota,
Swych towarzyszek otoczona kołem,
W liściastej teraz spoczywa altanie,
Która brzeg wyspy swoim cieniem chłodzi.

(Mówi po cichu do jednego z fanów swojego Orszaku, który odpływa w barce Lizymacha).

Helikanus.  Wszystko daremne, lecz nic nie ominiem,
Co może nosić lekarstwa nazwisko. —
Gdy już nam tyle okazałeś względów,
Prosić cię jeszcze będę miał odwagę,
Byś nam pozwolił w żywność się opatrzyć.
Nie, żeby na niej zbywało nam teraz,
Lecz nam ją morskie zepsuło powietrze.
Lizymach.  Gdybyśmy twoje odrzucili prośby,
Bóg sprawiedliwy w swym zesłałby gniewie

Na każdą słomkę naszą gąsiennicę,
Głodem nas skarcił. Lecz raz jeszcze proszę,
Opisz mi cały smutków króla powód.
Helikanus.  Usiądź, a wszystko wiernie ci opowiem.
Lecz widzę, czasu na to mi nie stanie.

(Wychodzą z barki Pan i Maryna w towarzystwie młodej Damy).

Lizymach.  Oto jest pani, po którą posłałem.
Witaj nam! Czy to nie piękne stworzenie?
Helikanus.  Zachwycające.
Lizymach.  Jej doskonałości
Są tak kosztowne, iż gdybym był pewny,
Że z szlachetnego domu ród swój wiedzie,
Nie chciałbym robić lepszego wyboru,
Bo takiej żony nigdziebym nie znalazł.
Licz, moja droga, na wielkie nagrody,
(Bo królewskiego masz tu pacyenta),
Jeśli choć jedno słowo odpowiedzi
Sztuką twą zdołasz od niego otrzymać,
Błogosławione leki twoje znajdą
Zapłatę, jakiej żądać będziesz sama.
Maryna.  Całą mą wiedzę przywołam na pomoc,
Byle mnie tylko i mej towarzyszce
Do niego było wolno się przybliżyć.
Lizymach.  Więc ją zostawmy. Dopomóż ci, Boże!

(Maryna śpiewa).

Czy pieśń twa na nim zrobiła wrażenie?
Maryna.  Nie, ani spojrzał.
Lizymach.  Chce do niego mówić.
Maryna.  Witaj nam, panie! Racz nakłonić ucho —
Perykles.  Hum, ha!
Maryna.  Dziewicą jestem, która nigdy
Nie dopraszała się spojrzeń, bo wszyscy
Jak na kometę, na nią poglądali,
Której cierpienia, sprawiedliwą wagą,
Może z twojemi równaćby się mogły.
Chociaż fortuny strąciła mnie ręka,
Przodków mych godność dawała im prawo
W kole potężnych monarchów zasiadać;

Ale czas moją wytępił rodzinę,
Przez dziwne strasznych wypadków splecenie
Na niewolnicę świata mnie przemienił.
(Na str.). Kończę, a jednak coś mnie w sercu pali,
Do ucha szepce: czekaj, aż przemówi.
Perykles.  Moja fortuna — ród mój — moje przodki —
Mnie równa — Czy tak? Co do mnie mówiłaś?
Maryna.  Mówiłam, panie, że gdybyś znał ród mój,
Nie chciałbyś żadnej wyrządzić mi krzywdy.
Perykles.  I ja tak myślę. Proszę, spojrzyj na mnie;
Jesteś do kogoś podobna, co — powiedz,
Skąd jesteś? Czyli z tych jesteś wybrzeży?
Maryna.  Nie, bo ja z żadnych nie jestem wybrzeży;
Śmiertelną jednak przyszłam na tę ziemię
I jestem tylko tem, czem się być zdaję.
Perykles.  Ciężarny bólem łzy muszę porodzić.
Podobną do niej żona moja była
I córka moja tak mogłaby kwitnąć.
To brwi i czoło żony mej; jej kibić
Prosta i smukła jak pręt latorośli;
To głos jej srebrny; oczy jak klejnoty
W równie bogatej osadzie błyszczące;
To ruch jej, jakby stąpała Junona;
To głos, co uszy karmiąc, głodem morzy,
Bo im obfitszą swych słów daje strawę,
Tem większe tylko budzi w nich łakomstwo.
Gdzie żyjesz?
Maryna.  Żyję wśród obcych; z pokładu
Dom możesz ujrzeć.
Perykles.  Gdzie się wychowałaś?
Jak potrafiłaś nabyć tych talentów,
Które są skarbem dla swych posiadaczy?
Maryna.  Gdybym me dzieje chciała opowiedzieć,
Godnem pogardy zdałyby się kłamstwem.
Perykles.  Powiedz je, proszę. Twe usta niezdolne
Wyrzec jednego słowa kłamliwego;
Jak sprawiedliwość, skromna twoja postać;
W mych jesteś oczach świątynią wybraną

Koronowanej prawdzie na mieszkanie;
Twojej powieści zupełną dam wiarę,
Choć niepodobieństw byłaby tkaniną,
Boś jest podobną do tej, którąm kochał.
Powiedz mi, twoi czem byli rodzice?
Czy nie mówiłaś, kiedym cię odepchnął
(Com zrobił, gdym cię ujrzał po raz pierwszy),
Że jesteś córką szlachetnego domu?
Maryna.  Tak powiedziałam.
Perykles.  Mów mi o twych przodkach.
Jak mi się zdaje, mówiłaś mi także,
Że byłaś krzywdy i nieszczęść igrzyskiem,
Ze twe strapienia z memi porównane,
Twym sądem, równeby się im wydały.
Maryna.  Tak powiedziałam, a nie rzekłam więcej,
Niż co mi czystą zdawało się prawdą.
Perykles.  Więc mi opowiedz twe smutki, a jeśli
Będą tysiączną cząstką mych boleści,
To powiem, że masz w piersi męża serce,
A ja cierpiałem jak płaczliwe dziewczę.
Lecz cierpliwości ty jesteś obrazem,
Poglądającej na monarchów groby,
Uśmiechającej się na srogość losów.
Powiedz mi, twoi kto byli rodzice?
Jak ich straciłaś? Jakie twe nazwisko?
Dobra dziewico, siądź przy mnie i powiedz.
Maryna.  Zwię się Maryna.
Perykles.  Czy mi się urągasz?
Czy cię Bóg jaki zagniewany przysłał,
Aby mnie zrobić świata pośmiewiskiem?
Maryna.  Cierpliwość, panie, albo na tem skończę.
Perykles.  Będę cierpliwy; lecz nie wiesz, jak silnie
Moją wstrząsnęłaś duszą, gdyś mi rzekła,
Że imię twoje Maryna.
Maryna.  To imię
Dał mi potężny monarcha, mój ojciec.
Perykles.  Zwiesz się Maryna? Jesteś króla córką?
Maryna.  Przyrzekłeś, panie, słowom moim wierzyć;

Lecz żeby twego nie kłócić pokoju,
Na tem zakończę.
Perykles.  Czy masz krew i ciało?
Czy puls twój bije? Czy nie jesteś wróżką?
Wietrznem zjawiskiem? Przez Boga, odpowiedz,
Gdzie się rodziłaś? Dlaczego ci dano
Maryny imię?
Maryna.  Imię to mi dano,
Bo się na morzu rodziłam.
Perykles.  Na morzu?
Kto twoja matka?
Maryna.  Króla także córka.
Która umarła, gdym ja na świat przyszła,
Jak mi to nieraz, od łez się zanosząc,
Opowiadała mamka Lichoryda.
Perykles.  Wstrzymaj się chwilę. (Na str.). Dziwniejszem marzeniem
Sen nigdy smutnych nie łudził szaleńców.
To być nie może — córka ma umarła!
(Głośno). Powiedz mi teraz, gdzie się wychowałaś?
Będę powieści twej słuchał do końca,
A jednem więcej nie przerwę ci słowem.
Maryna.  Nie dasz mi wiary; lepiej teraz skończyć.
Perykles.  Dam wiarę każdej słów twoich sylabie.
Powiedz mi tylko, jak się tu dostałaś?
Gdzieś wychowana?
Maryna.  W Tarsie mnie zostawił
Król a mój ojciec. Tam okrutny Kleon
Z grzeszną swą żoną chciał mnie zamordować.
Gdy mnie najęty siepacz chciał uderzyć,
Oddział korsarzy z rąk mnie jego wyrwał,
Do Mityleny powiózł. Dobry panie,
Dlaczego płaczesz? Może ci się zdaje,
Żem jest z wodnicą? O, nie, wierzaj panie,
Że jestem córką króla Peryklesa,
Jeżeli jeszcze król Perykles żyje.
Perykles.  Ho, Helikanus!
Helikanus.  Czy mnie pan mój woła?
Perykles.  Jesteś poważnym i szlachetnym radcą,

A mądrym zawsze; powiedz, jeśli możesz,
Kto ta dziewica albo kim być może,
Co mi łez tyle wycisnęła?
Helikanus.  Nie wiem;
Lecz tu obecny Mityleny rządca
W pochlebnych mówił o niej nam wyrazach.
Lizymach.  Nigdy rodziców nie chciała swych wyznać,
A zapytana, płakała w milczeniu.
Perykles.  Uderz mnie, o mój zacny Helikanie,
Zadaj mi ranę, spraw mi jaką boleść,
By szczęścia morze, które mnie zalewa,
Nie przekroczyło śmiertelności brzegów,
Nie utopiło w swojej mnie słodyczy.
O, zbliż się, ojca twojego ty matko,
Wśród mórz powita, w Tarsus pogrzebana,
I znaleziona wśród mórz! Helikanie,
Klęcząc, łaskawym bogom składaj dzięki
Jak piorun głośne. Patrz, to jest Maryna.
Powiedz mi teraz matki twojej imię,
Tylko to jeszcze; nigdy bowiem prawda
Nie może dosyć jasnych mieć dowodów,
Chociaż ja jednej chwili nie wątpiłem.
Maryna.  Wprzód powiedz, panie, jaka twoja godność?
Perykles.  Jestem Perykles, król Tyru. A teraz
Imię królowej powiedz utopionej;
W twej odpowiedzi bądź równie dokładną,
Jak byłaś dotąd w twej całej powieści,
A jesteś królestw dziedziczką i drugiem
Twojego ojca Peryklesa życiem.
Maryna.  Nie trzebaż więcej, by córką twą zostać,
Jak rzec: mej matki imię jest Taiza?
Matka Taiza skończyła swój żywot
W tej chwili, w której ja mój poczynałam.
Perykles.  Wstań teraz, odbierz me błogosławieństwo,
Jesteś mą córką. Podajcie mi szaty.
O, Helikanie, to córka jest moja!
Kleon, jak pragnął, nie zabił jej w Tarsus.
O, ona wszystko, wszystko ci opowie,

A ty uklękniesz, bo uznasz dowodnie,
Że to prawdziwa twoja jest księżniczka.
Kto to?
Helikanus.  To, królu, rządca Mityleny,
Co słysząc o twym opłakanym stanie,
Pragnął cię widzieć.
Perykles.  Ściskam cię, mój panie.
Dajcie mi szaty; wyglądam jak dziki.
O, córko moja, błogosław ci, Boże!
Lecz cicho! Cóż to za muzykę słyszę?
Moja Maryno, opowiedz mu wszystko,
Słowo do słowa, jeszcze bowiem teraz
Wątpić się zdaje, żeś jest moją córką,
Ale powiedzcie, co to za muzyka?
Helikanus.  Nie słyszę żadnej.
Perykles.  Żadnej? O, to pewno
Sfer jest muzyka. Słuchaj jej, Maryno.
Lizymach.  Nie trzeba mu się sprzeciwiać, ustąpmy.
Perykles.  Jak słodkie tony! Czy ich nie słyszycie?
Lizymach.  Muzyka? Słyszę.
Perykles.  Niebieska harmonia!
Wszystkie me zmysły przenika; sen ciężki
Oczy me gniecie; pozwólcie mi spocząć (zasypia).
Lizymach.  Dajcie wezgłowie. Zostawmy go teraz.
Wy, towarzysze, przyjaciele moi,
Jeśli się wszystko, jak myślę, zakończy,
Bądźcie spokojni, nie zapomnę o was.

(Wychodzą: Lizymach, Helikanus, Maryna i towarzysząca jej Dama).

SCENA II.
Tamże.
(Perykles na pokładzie uśpiony. Pokazuje mu się Dyana, jak w widzeniu).

Dyana.  Spiesz do Efezu, do mego kościoła,
Tam na ołtarzu moim złóż ofiary,
A wśród kapłanek, moich dziewic koła,

Wśród tłumów ludu opowiedz twe dzieje,
Opowiedz żony twej stratę na morzu;
Twoje i córki twej smutne koleje
Słuchaczom w żywych odmaluj kolorach.
Spełń me rozkazy, a ja cię w nagrodę,
Na łuk mój srebrny! do szczęścia powiodę.
Obudź się teraz i sen twój opowiedz (znika Dyana).
Perykles.  Srebrna bogini, niebieska Dyano!
Spełnię rozkazy twoje. Helikanus!

(Wchodzą: Lizymach, Helikanus, Maryna).

Myśla mą było do Tarsu żeglować,
Niegościnnego skarcić tam Kleona;
Ale wprzód inną spełnić muszę służbę;
A więc skierujcie żagle do Efezu.
(Do Helikana). Niebawem powiem ci moje powody.
(Do Lizymacha). Czy mi pozwolisz, panie, na twych brzegach
Za nasze złoto porobić zapasy,
Których nasz statek może potrzebować?
Lizymach.  Z całego serca. W murach mego miasta
I ja też prośbę do ciebie zaniosę.
Perykles.  Wszystko otrzymasz, choćbyś nawet prosił
O rękę córki mojej, bo słyszałem,
Żeś jej dowody twej dał szlachetności.
Lizymach.  Daj mi twą rękę, panie.
Perykles.  Idźmy, córko. (Wychodzą).

(Wchodzi Gower, przed świątynią Dyany w Efezie).

Gower.  Już się ostatnie ziarnka piasku sieją,
Za chwilę usta moje oniemieją.
Na jeden jeszcze dowód swej przyjaźni
Niech każdy słuchacz raczy w wyobraźni
Patrzeć na święta i wesołe sceny,
Któremi wita rządca Mityleny
Swojego gościa. Na zasług podziękę
Pięknej Maryny król daje mu rękę,
Lecz uroczyste zwleczone wesele,
Póki nie spełni w efeskim kościele
Woli Dyany. Już król fale porze;
Niechaj szerokie nie straszy was morze;

Na żagle wiatry wieją mu łaskawe,
Jak lekkie piórko ciężką niosą nawę.
To Efez, to jest świątynia Dyany,
To król i orszak jego tu zebrany.
Wszystko się łatwo i śpiesznie odbyło
Waszej uprzejmej wyobraźni siłą (wychodni).


SCENA III.
Świątynia Dyany w Efezie.
(Taiza stoi w blizkości ołtarza jak wielka kapłanka, po każdej stronie pewna liczba Dziewic: do okoła Cerymon i inni mieszkańcy Efezu. Wchodzi Perykles z Orszakiem; Lizymach, Helikanus, Maryna i jej Towarzyszka.).

Perykles.  Dyano, twoim posłuszny rozkazom,
Ogłaszam tutaj, żem tyryjskim królem,
Że w Pentapolis szukając schronienia,
Piękną Taizę pojąłem za żonę,
Która na morzu wśród burzy skonała,
Gdy na świat przyszła córka jej Maryna,
Co jeszcze dotąd nosi, o bogini,
Twą srebrną barwę. W Tarsus nasza córka
Była w Kleona domu wychowana;
On ją w czternastym roku jej żywota
Chciał zamordować, lecz gwiazdy jej lepsze
Do Mityleny naprzód ją pognały,
A tam na pokład naszego okrętu
Fortuna piękną przywiodła dziewicę,
Która pamiątek swych żywym obrazem
Jasno dowiodła, że córką jest moją.
Taiza.  Ten głos — ta postać — ty jesteś — ty jesteś —
O, Peryklesie! (mdleje).
Perykles.  Co chce powiedzieć ta niewiasta? Umiera. Ratujcie ją, panowie!
Cerymon.  Szchetny panie, jeśli są prawdziwe
Słowa przed bóstwa rzeczone ołtarzem,
To żona twoja.

Perykles.  Nie, dostojny mowco,
Ciałom jej rzucił do morza tą ręką.
Cerymon.  Na tem wybrzeżu.
Perykles.  To zbyt tylko pewne!
Cerymon.  Dajcie jej pomoc; to zbytek radości.
Ciało tej pani w burzliwym poranku
Na naszą ziemię wyrzuciły fale.
Otwarłem trumnę, tam przy niej znalazłem
Drogie klejnoty; wróciłem jej życie
I tum osiedlił w świątyni Dyany.
Perykles.  Mogęż je widzieć?
Cerymon.  Zapraszam cię, panie,
Do mego domu, tam ci je przyniosą.
Lecz patrz, Taiza do zmysłów przychodzi.
Taiza.  O, niech nań spojrzę! Jeśli mi jest obcy,
Świętość ma, głucha na zmysłów podszepty,
Milczeć im każe mimo ócz świadectwa.
O, panie, powiedz, czy ty nie Perykles?
I głos masz jego i jego postawę.
Czy nie mówiłeś o burzy o śmierci,
O urodzeniu?
Perykles.  Głos zmarłej Taizy!
Taiza.  Jestem Taiza, którą jak umarłą
Rzuciłeś w morze.
Perykles.  Potężna Dyano!
Taiza.  Teraz cię lepiej poznaję. Gdy płacząc,
Opuszczaliśmy mury Pontapolis,
Król a mój ojciec ten pierścień mi włożył.

(Pokazuje mu pierścień).

Perykles.  Ten, ten, dość na tem! Wszechmogące bogi
Wasza obecna dobroć na żart zmienia
Wszystkie ubiegłych lat moich boleści!
Sprawcie, ażebym na ust jej dotknięcie
W nic się rozpłynął! Przybliż się, o droga,
Niech cię w ramionach znowu mych pogrzebię!
Maryna.  Me serce z moich wyskoczyć chce piersi,
Aby się rzucić na matki mej łono.

(Klęka przed Taizą).

Perykles.  Widzisz, kto klęczy przed tobą, Taizo.
To ciało ciała twojego, twa córka,
Której daliśmy nazwisko Maryny,
Bo światło dzienne ujrzała na morzu.
Taiza.  O, córko moja, błogosław ci, Boże!
Helikanus.  Witam cię, pani, a moja królowo!
Taiza.  Nie znam cię, panie.
Perykles.  Słyszałaś, Taizo,
Że kiedy z Tyru musiałem uciekać,
Na namiestnika zostawiłem starca.
Czy sobie imię jego przypominasz,
Które tak często z moich ust słyszałaś?
Taiza.  To Helikanus!
Perykles.  Nowy dowód prawdy.
To on, uściskaj go, droga Taizo.
Powiedz mi teraz, jak cię znaleziono,
Jak znów ożyłaś i komu, po bogach,
Za ten cud wielki mam wiecznie dziękować.
Taiza.  Oto dostojny Cerymon; przez niego
Swoją potęgę objawiły bogi,
On ci wypadków cały ciąg opowie.
Perykles.  Szanowny panie, w śmiertelnym człowieku
Bóg nie mógł znaleźć woli swej narzędzia,
Coby się więcej zbliżało do bóstwa.
Racz mi powiedzieć, jak zmarła królowa
Znów powróciła do życia.
Cerymon.  Opowiem.
Lecz wprzódy, królu, wejdź do mego domu,
Gdzie ujrzysz wszystko, co przy niej znalazłem;
Usłyszysz potem, jak do tej świątyni
Przyszła spoczynku i pociechy szukać.
Perykles.  Czysta Dyano, przyjmij moje dzięki
Za twe zjawienie! Na twoje ołtarze
Co noc przyniosę dziękczynne ofiary.
Ten książę córki twej jest narzeczonym,
Ślubny ich obrząd złączy w Pentapolis.
Droga Maryno, ten włos, co mej twarzy
Tak groźną daje postać, spadnie teraz;

Czego nie tknęła brzytwa lat czternaście,
Zniknie na twego małżeństwa uczczenie.
Taiza.  Do Cerymona listy z Pentapolis
O mego ojca śmierci mu donoszą.
Perykles.  Niechaj go bogi na gwiazdę przemienią!
Tam jednak ślubne wyprawimy gody
I dni tam naszych przepędzimy resztę;
Na tron tyryjski dzieci nasze siędą.
Teraz nam w swoim domu raczysz, panie,
Skończyć cudowne twe opowiadanie.

(Wychodzą wszyscy. — Wchodzi Gower).

Gower.  Potworną miłość jak Bóg karze mściwy,
Antyoch z córką przykład dał wam żywy;
Perykles, jego żona, jego dziecię
Uczą, że cnota, na tym nawet świecie,
Przez życia próby, mimo losów złości,
Zawija wkońcu do portu radości;
Kolejno dał wam Helikanus stary
Obraz honoru, prawości i wiary;
Przykład zacnego dowiódł Cerymona,
Jak piękna mądrość z cnotą połączona.
O Dyonizy czynach gdy wieść głucha
Mieszkańców miasta doleciała ucha,
Z całym ją rodem lud w gniewu godzinie
W własnego domu zagrzebał perzynie,
Na znak, jak karze niebo zagniewane
Występne myśli choć niedokonane.
Tu koniec sztuki; niechaj niebo raczy
Zapłacić szczęściem cierpliwość słuchaczy.



Upominek - ozdobnik str. 77.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Józef Ignacy Kraszewski, William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.