Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 7.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Idź do ich wodza, niech się tu przybliży,
Niechaj nam powie, skąd, po co przychodzi,
I czego żąda.
Pan.  Idę spełnić rozkaz.
Kleon.  Aby z pokojem przybywał, daj, Boże!
Bo któż mu opór stawić tutaj może?

(Wchodzi Perykles z Orszakiem).

Perykles.  Niech me okręty i wojsk moich liczba
Gubernatorze, bo mnie nauczono,
Że to twa godność, dla twych ócz nie będzie
Jak rozpalone na postrach ognisko.
O waszej nędzy zaszła wieść do Tyru,
O spustoszeniu waszych pięknych ulic;
Nie przybywamy smutków waszych zwiększać,
Ale boleści waszych zmniejszyć ciężar;
A moje nawy (które w twojej myśli
Może trojańskim zdawały się koniem,
Niosącym zbrojne w bokach swoich tłumy
Przygotowane na zagładę waszą).
Przynoszą zboże, by znów chleba siła
Napół umarłym życie przywróciła.
Wszyscy.  Niech Grecyi bogi twą będą obroną!
Będziem się za was modlić.
Perykles.  Wstańcie, proszę,
Czci nie wymagam, lecz tylko przyjaźni
I dla mych ludzi dobrego przyjęcia.
Kleon.  A kto wam tego chętnem nie da sercem,
Niewdzięczną myślą za dobroć zapłaci,
Choćby to były nasze dzieci, żony,
My nawet sami, niech przekleństwo nieba
I dobrych ludzi nikczemników skarze!
Lecz póki to się nie spełni (a tego
Nikt nie zobaczy, w Bogu mam nadzieję)
Moim i miasta mego jesteś gościem.
Perykles.  Z wdzięcznością waszą przyjmuję ofiarę,
Przeczekam u was, aż się w uśmiech zmieni
Gniew, który dzisiaj gwiazdy me czerwieni. (Wychodzą).