Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 7.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Starczy za wszystko: król w podróż się puścił.
Taliard  (na str.). Co? król odjechał?
Helikanus.  Jeśli jednakże chcielibyście wiedzieć,
Czemu miłości waszej się pozbawił
Tkliwych pożegnań, słów kilka dorzucę.
Kiedy Perykles w Antyochii bawił —
Taliard  (na str.). Co on tam prawi o Antyochii?
Helikanus.  Antyoch, nie wiem, dla jakich powodów,
Jak mu się zdało, wstręt powziął ku niemu;
Myśląc, że może jaki grzech popełnił,
Na dowód żalu, jakby na pokutę
Sam się na ciężką majtka pracę skazał,
Któremu śmiercią każda chwila grozi,
Taliard  (na str.). Teraz nie będę wisieć, jak spostrzegam,
Choćbym i pragnął. Lecz skoro odjechał,
Króla zapewne wielce uraduje,
Że ląd porzucił, by na morzu zginąć.
Wystąpmy teraz. (Głośno). Pokój panom Tyru!
Helikanus.  Witaj nam, pośle, króla Antyocha!
Taliard.  On mnie do króla Peryklesa wysłał;
Lecz skoro, jak to lądując, słyszałem,
W nieznaną podróż puścił się Perykles,
Poselstwo moje, skąd przyszło, odniosę,
Helikanus.  Pytać się żadnych nie mamy powodów
O tajemnice nie nam przeznaczone;
Lecz nim od naszych odbijesz wybrzeży,
Znajdziesz przyjęcie, jakie ci należy. (Wychodzą).


SCENA IV.
Tarsus.
(Wchodzą: Eleon, Dyoniza i inni).

Kleon.  O, Dyonizo, spocznijmy tu chwilę;
Opowiadając smutne innych dzieje,
Może o własnych zapomnimy smutkach.
Dyoniza.  Chcesz więc dmuchaniem wielki ogień zgasić?
Kto górę, że zbyt szczytna, podkopuje,