Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 7.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z gruzów zwalonej szczytniejszą zbuduje;
Drogi mój mężu, tak i smutki nasze
Urosną cudzym smutkiem odświeżane,
Jak bujniej rosną drzewa ostrzygane.
Kleon.  Kto łaknąc chleba nie powie, że głodny?
Kto aż do śmierci głód może utaić?
Niech język głośno smutki nasze woła,
Niech oko płacze; całemi piersiami
Chwyćmy powietrze, aby krzyk nasz głośny
Do nieba wzleciał, jeśli niebo drzymie,
Kiedy stworzenia jego w ciężkiej biedzie,
Pocieszyciela i zbawcę obudził.
Więc będę nasze smutne prawił dzieje,
A łzą dokończę, gdy język omdleje.
Dyoniza.  Zrobię, co będzie w mojej mocy, panie.
Kleon.  Tarsus, któregom jest gubernatorem,
Obfitość niegdyś ręką swą pieściła.
Siejąc bogactwa nawet po ulicach;
Wież jego szczyty całowały niebo
I były wszystkich wędrowców podziwem;
Mieszkańcy blaskiem swych szat tak świecili,
Że byli sobie zwierciadłem nawzajem;
Obfitość stołów weseliła oczy,
A wykwitnością ostrzyła apetyt;
Wygnano nędzę, a duma tak wzrosła,
Że słowo „pomóż!“ było w obrzydzeniu.
Dyoniza.  Ach, prawda!
Kleon.  Ale patrz, co niebo może!
W nagłej przemianie te gęby, dla których
Morze, powietrze i ziemia niedawno
Były za małe, aby je napełnić,
Choć im stworzenia swoje mnogie słały,
Jak dom użycia brakiem zrujnowany,
Schną teraz brakiem ćwiczenia zgłodniałe.
Zaprawie głodu obce podniebienia,
Które podniecać sztuką było trzeba,
Dziś darmo żebrzą o kawałek chleba;
Matki, co znaleźć nie mogły przysmaków