Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 7.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dla swoich dzieci, gotowe są teraz
Pożreć te małe, kochane stworzenia;
Ząb głodu ostry sprawia, że mąż z żoną
Na losy ciągną, kto pierwszy ma umrzeć,
By nędzne życie drugiego przeciągnąć;
Tu mąż, tam stoi płacząca niewiasta;
Tłumy padają, ale braknie siły
Żyjącym, by je ponieść do mogiły.
Czy to nie prawda?
Dyoniza.  Świadkami są tego:
Twarz nasza wyschła i zapadłe oczy.
Kleon.  O, niech szczęśliwe, bogate dziś miasta,
Pijące z pełnej czary obfitości,
Wśród świąt swych wrzasku i jęk nasz usłyszą!
Bo nędza Tarsu i na nie spaść może. (Wchodzi Pan)
Pan.  Gdzie gubernator?
Kleon.  Tu jest. Powiedz śmiało,
Z jaką bolesną przybywasz nowiną,
Bo darmo czekać na pociechy słowo.
Pan.  Na brzegach naszych ujrzeliśmy w dali
Ku murom naszym żeglującą flotę.
Kleon.  Tegom się lękał, bo nigdy samotny
Nie zbiega smutek, lecz prowadzi z sobą
Swego następcę i swego dziedzica.
Tak z nami dzisiaj; jakiś lud sąsiedni,
Z naszej obecnej korzystając nędzy,
Orężnym tłumem wypchał swe okręty,
By już upadłych do reszty zadeptać,
I żeby podbić mnie nieszczęśliwego,
Nad którym chwałą nie będzie zwycięstwo.
Pan.  Lękać się tego nie mamy powodów,
Bo białe flagi na masztach ich świadczą,
Że nam przynoszą pokój a nie wojnę.
Kleon.  Jeszcześ za młody, lecz dowiesz się w porze,
Że większa zdrada w piękniejszym pozorze.
Lecz niech przynoszą, co chcą i co mogą,
Bo czegóż jeszcze możemy się lękać?
Już na dnie nędzy nie możem spaść głębiej.