Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 7.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Smutny towarzysz, tak nieodstępnymi
Są u mnie gośćmi, że ani godziny
W jasnym dnia biegu, lub w spokojnej nocy
(Tym grobie, w którym troski spać powinny)
Nie mogę znaleźć słodkiego pokoju?
Tu rozkosz wabi oczy me daremnie,
Niebezpieczeństwo, któregom się lękał,
Jest w Antyochii; króla Antyocha
Potężne ramię zdaje się za krótkie,
By mnie tu dosiądź; mojej przecie duszy
Sztuki rozkoszy nie mogą pocieszyć,
Ani odległość usunąć obawy.
Tak zawsze bywa: myśli niespokojne,
Pierwotnie w błędnej obawie poczęte,
Następnie żyją i karmią się troską;
Co było trwogą, że zdarzyć się może,
Dojrzewa w troskę, żeby się nie stało.
Tak jest i ze mną; wielki Antyochus
(Z którym się mierzyć nazbyt jestem mały,
Bo on ma siłę, co w czyn zmienia wolę)
Myśli, że powiem, choć milczeć przysięgam;
Daremno mówię, że go czczę głęboko,
Bo wie, że słowem mogę go zbezcześcić,
Coby rozsiane rumienić go mogło;
Poszuka środków, by się nie rozsiało.
Tłumami zbrojnych me zaleje ziemie,
A groźnym swojej potęgi rozwojem
W duszy mych ludów zgasi ogień męstwa;
Będą pobite, zanim opór stawią,
Za grzech chłostane, o którym nie śniły.
O nie to troska, nie własna bezpieczność
(Bom drzewa tego tylko jest wierzchołkiem,
Który korzenie broni i ocienia)
Osłabia ciało, zbezwładnia mi duszę,
I wprzód już karze to, co on chce karać.
1 Pan.  Piersi twej, panie, radość i pociecha!
2 Pan.  A pokój duszy, gdyś do nas powrócił!
Helikanus.  Pozwólcie teraz mówić doświadczeniu;