Przejdź do zawartości

Fałszywa Kuropatwa/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Fałszywa Kuropatwa
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Z Warszawy
Wydawca Gebethner i Wolff; K. Grendyszyński
Data wyd. 1894
Druk I. Zawadzki
Miejsce wyd. Warszawa; Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


FAŁSZYWA KUROPATWA.
OBRAZEK.

I.

Ciotka Klotylda miała ciężkie życie.
Wprawdzie cieszyła się stale doskonałem zdrowiem, i nigdy jeszcze progów jej mieszkania nie przestąpił lekarz, chyba tylko w charakterze gościa; wprawdzie zajmowała bardzo ładny lokal przy Marszałkowskiej ulicy i pięć pokojów od frontu w eleganckim domu; wprawdzie posiadała złożony w banku kapitał, od którego procent wystarczał nietylko na wydatki, lecz nawet na dogodzenie kaprysom, na podarunki dla licznych kuzynek, na wsparcia i jałmużny dla ubogich, bo trzeba przyznać, że pani Klotylda miała serce złote. Ale co to wszystko znaczy!? Życie jej było ciężkie, a jak kto ma ciężkie życie, to mu ani zdrowie, ani majątek nie miły...
Ostatecznie zdrowie jest bardzo dla każdego pożądane, ale nie takie ordynaryjne, żelazne zdrowie. Żeby się czasem, chociaż trochę, chociaż cokolwieczek popsuło...
Byłaby przynajmniej sposobność do zrobienia sobie pewnej przyjemności, wyjazdu za granicę do wód... Zapewne, że i ludziom zupełnie zdrowym nie jest wzbroniony wyjazd do Ostendy, do Ems, a choćby tylko w góry do Zakopanego, ale ciotka Klotylda rozsądnie zapatruje się na rzeczy i nie robi nic takiego, coby nie miało sensu, a niechże kto powie, czy jest sens włóczyć się po zakładach kuracyjnych, nie potrzebując kuracyi. Oczywiście niema, więc też ciocia Klocia tego nie czyni. Mogłaby wprawdzie udać się do wód i z innego powodu, ale nie ma jeszcze stanowczego zamiaru szukania szczęścia w małżeństwie. Niby w zasadzie, gdyby się coś odpowiedniego trafiło, to dlaczego nie, ale nic się nie trafia, a samej szukać nie wypada. Przytem jest tyle... tyle kłopotów.
Mieszkanko, złożone z pięciu dużych i ładnych pokojów, dla jednej osoby byłoby wystarczające, ale jak przyjadą goście ze wsi, jest stanowczo za ciasne. Zamienia się ono wówczas, jak sama ciotka powiada, na pewien rodzaj koszar damskich i psuje się w niem ład, a po odjeździe gości trzeba stracić ze trzy dni przynajmniej na przestawianie, froterowanie, trzepanie mebli — co ciotka w gruncie rzeczy bardzo lubi, ale się przytem ogromnie irytuje. Pod tym względem podobna jest ona do tych zagorzałych winciarzy, którzy pasyami lubią grę i tęsknią do swoich partnerów, a gdy zasiądą do stolika, to kłócą się, jak zacietrzewione indyki.
Nie sposób utrzymywać, że posiadanie kapitału, przynoszącego regularnie procenty, należy do przykrości nadzwyczajnych, których przy największym wysiłku woli znieść nie można; owszem, dla zwykłych ludzi jest to nawet niejaka przyjemność, ale każdy medal ma dwie strony!...
Jeszcze póki człowiek żyje, to tam jako tako: bierze procent, żyje z niego, ponosi wydatki, dysponuje nim według upodobania, ale gdy człowiek umrze? Kto będzie pobierał procenty, lub też kto weźmie na swoje barki ciężar roztrwonienia kapitału? Na jaki cel użyje tych pieniędzy, co z niemi zrobi?
Kto powie, że tego rodzaju pytania nie są męczące, ten nie ma o zmęczeniu najmniejszego pojęcia...
Ciotce Klotyldzie myśli tego rodzaju spędzają sen z powiek.
Nieraz w nocy przewraca się ona nieboraczka na pysznem, bogato rzeźbionem łożu, na miękkich edredonowych poduszkach, przewraca się biedaczka, a wzdycha i jęczy, jak Madej na swem piekielnem posłaniu.
Komu się jej majątek dostanie? jaki będzie testament?
Wprawdzie kwestya zrobienia testamentu nie zdaje się być naglącą, gdyż pani Klotylda ma dopiero, nic nie dodając ani nic nie ujmując, trzydzieści siedm lat życia, a przy wybornem zdrowiu, jakie posiada, prawdopodobnie żyć będzie bardzo długo, ale zawsze radaby wiedzieć, w czyje ręce się jej majątek dostanie.
Jest ciekawa. Utrzymują, że ciekawość wrodzona jest kobietom — dlaczegożby ciotka Klotylda wyjątkiem być miała?...
Osoba z temperamentem żywym, ruchliwa, pełna energji, więcej ma w sobie ciekawości, niż pięć flegmatyczek razem wziętych.
Może się komuś dziwnem wydać ciekawość odgadnięcia zagadki, której rozwiązanie jest wyłącznie od samego zgadującego zależne. Toż nikt nie może lepiej wiedzieć, co się stanie z majątkiem ciotki Klotyldy, jak sama ciotka Klotylda...
Pozornie jest w tem najzupełniejsza racya, ale tylko pozornie, gdyż ciotka na decyzję stanowczą zdobyć się nie może i wątpi, czy się kiedy zdobędzie, bo nie łatwa to rzecz zaiste.
Są takie komplikacye i takie kombinacye i takie pogmatwania rozmaite, że doprawdy trudno z tego labiryntu wybrnąć, tem bardziej, że ważną bardzo rolę w kombinacyach testamentowych gra serce, a ciotka ma bardzo dobre serce, co także jest jednym z ciężarów jej życia.
Nieraz myśli sobie: mój Boże, cóżbym ja dała za to, żeby wiedzieć, komu mój kapitalik zapiszę?... ale nie wiem... nic nie wiem i to mnie do najwyższego stopnia irytuje.
Rzecz prosta, że o zapisie wszystkiego na cele dobroczynne niema mowy, bo rodzina czułaby się pokrzywdzoną.
Cząsteczka jakaś, dajmy na to dwunasta, przeznaczona zostanie na stypendyum, aleć to dopiero cząsteczka i trzebaby się naradzić z prawnikiem, jak i na jakie mianowicie stypendyum ją zapisać — a pozostaje do rozporządzenia jeszcze jedenaście dwunastych części. Co z niemi zrobić? Uszczęśliwić jednego z krewnych całością, to znaczy zasmucić innych, podzielić zaś majątek równo między wszystkich, to znaczy...
To nic nie znaczy, bo krewnych jest dużo, dostałoby im się po odrobince i także mieliby pretensye do testatorki.
Ciężkie, bardzo ciężkie zadanie.
Trzeba wiedzieć, jak się rzeczy mają z tymi krewnymi.
Nie mówi się o wszystkich, bo jest ich dużo, jak na jedną zamożną ciotkę stanowczo za wiele, ale o tych tylko, którzy są bliżsi i których ciotka lubi i stosunki z nimi utrzymuje.
Są krewni jej i krewni jej nieboszczyka męża, w rozmaitych stopniach kuzynostwa.
Wszyscy mieszkają na wsi i poczciwi są doprawdy — bardzo ciotkę kochają, bardzo szanują, a nie mogąc przesiadywać ciągle w Warszawie i osobiście nadskakiwać, składają przez okazye i przez poczty materjalne dowody pamięci.
Można powiedzieć, że prześcigają w tem jedni drugich, bo tak: jeżeli pani Stefanja z Wądołków przyśle dwie perliczki, to pani Michalina z Górek deleguje natychmiast do Warszawy pachciarza z takim wspaniałym, tak znakomicie utuczonym indykiem, że go żydzisko ledwie może przydźwigać. Jeżeli pan Kalasanty z Bajorków nadeszle zająca i trzy pary kuropatw, to pan Marcin z Krzywej Woli ma sobie za najpierwszy i najświętszy obowiązek dostarczyć ciotce sarnę, lub koziołka. Choćby z pod ziemi wykopać, albo, co dużo łatwiej, choćby za Żelazną Bramą w Warszawie kupić...
A co też z tych Wądołków, Bajorków, Górek i Krzywej Woli nadchodzi doskonałego masła, pysznych serów, wędlin, konfitur, owoców, co przeróżnych robótek od siostrzenic i dywanów, pantofelków, poduszek, serwet, firanek — tego na wołowej skórze nie spisać.
I biedna ciotka ma także i z tego powodu ciężkie życie, bo wszystkich prowiantów skonsumować, nawet przy pomocy gości, nie może, a chować już nie ma gdzie, bo wszystkie szafy i komody są pełne.
Ciotka jest wzruszona, radaby z całego serca jakoś się krewnym za tyle dowodów pamięci odwdzięczyć; nie sypia więc po nocach, myśli, kombinuje...
Przychodzi jej nieraz do głowy, żeby siostrzenicę swoją, pannę Ernestynę z Krzywej Woli, wydać za Maciusia z Bajorków, albo Fredzia z Wądołków ożenić z Ludwisią z Górek... ale się to jakoś nie klei, bo ta młodzież dziwnie jest grymaśna i ma wielkie o sobie rozumienie.
Ernestynka wysoko patrzy, gdyż skończyła pensyę w Warszawie, i jak mówi matka jej, poczciwa pani Marcinowa, jest panienka oczytana na wszystkie cztery boki i posiada, oprócz fortepianu, cztery języki, nie licząc własnego; to też Ernestynka wprost powiada, że Maciuś dla niej za głupi (jak gdyby na męża filozof koniecznie był potrzebny).
Przewrócone w głowie ma dziewczyna i tyle...
Fredzio znów, dla tego, że nosi ubranie imponującej szerokości i marynarkę krojem workowatym, Bóg wie co sobie wyobraża i na Ludwisię patrzeć nie chce, bo mówi, że w Górkach bieda aż piszczy, a żydzi siedzą tam na hypotece, jak koty na piecu.
To wszakże nieprawda, bieda jest; ale jak się ciotka w to wda, to nie będzie.
Ludwisia jest dziewczyna, jak przylepka, a gospodyni niezrównana; kto ją weźmie za żonę, ten się fortuny dorobi, nie mówiąc już o tem, że jadać będzie jak Lukullus, a spasie się jak nieboszczyk stary Dumas.
Fredziowi się zdaje, że czeka na niego udzielna księżniczka, albo królewna z bajki, a tego nie widzi, że i w Wądołkach także się nie przelewa i że oprócz Fredzia jest jeszcze pięcioro młodszego rodzeństwa: Miecio, Mania, Kazia, Micia i maleńki Lolo. Jest to tam niby cztery konie i powóz, jest nawet i lokajczyk od wielkiego święta, ale wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi.
Cuganty muszą bronę włóczyć, a lokajczyk w powszedni dzień zdejmuje liberyę i pasie kwiczący inwentarz aż miło, a gdy goście przyjadą niespodziewanie, to dziewka biegnie na zastępstwo do trzody, a lokajczyk powraca do kredensu do liberyi.
Fredzia ojciec już od wielu lat ubiega się o to, żeby go do Towarzystwa wybrali, bo pensya bardzo by mu się przydała, ale ubiega się napróżno, zawsze kogo innego wybiorą, a on osiada na koszu jak niepyszny... Czego tu nosa zadzierać...
I Fredzio nie ma sensu i Ernestynka nie ma sensu i oboje razem nie mają sensu...
Możnaby jeszcze wykombinować w inny sposób, tak, żeby była jedna para głupia, a jedna poczciwa, to jest niechby Fredzio wziął sobie Ernestynkę, a Ludwisia Maciusia, bo Maciuś złoty chłopak... Ci dwoje dorobiliby się czegoś, bo ona jedynaczka, a on ma tylko jednego braciszka Bolcia.
Doskonaleby było, ale cóż? Fredzio z Ernestynką, a Maciuś z Ludwisia są sobie cioteczni, pokrewieństwo zablizkie. Trzebaby aż do Rzymu po dyspensę posyłać.
Głowa pęka, doprawdy, jak się naraz tyle osobliwych kombinacyj złoży.
I te grymasy, to zadzieranie nosów, pięcie się w górę też jest przyczyną zmartwienia... I kto? kto? Taka sobie Ernestynka i taki sobie Fredzio! Jest też komu świat gubić!
Tak ciotka po nocach, nie mogąc sypiać, kombinuje i na żaden sposób nie może zaspokoić swojej ciekawości i znaleźć odpowiedzi na pytanie: kto weźmie jej majątek.
Ta myśl ją męczy i spokoju nie daje, tak, że biedna kobieta dopiero nad ranem zasypia.
Ciężkie życie!


II.

Regularnie o godzinie 10-ej zrana ciotka Klotylda kończy pić kawę i zaczyna robić, stosownie do okoliczności, albo małe piekiełko porządkowe, albo takie sobie średnie piekło, w samę miarę, albo wielkie, straszliwe piekło.
Pierwszy gatunek bywa wyjątkowo przy gościach, drugi za grzechy powszednie na dzień powszedni służy, trzeci zaś praktykuje się zazwyczaj przy robieniu nadzwyczajnych porządków, przed świętami, z okazyi wyjmowania lub zakładania firanek i okien dubeltowych, przed wyjazdem na wieś, podczas pakowania kufrów, i po przyjeździe ze wsi, przy rozpakowaniu.
Okazyi do robienia piekła nigdy nie brak; a tak samo jak w naturze, czasem bywa przelotna burza z jednym lekkim piorunem, czasem nawałnica, a niekiedy straszliwy orkan, trąba powietrzna lub oberwanie się chmury — tak też i ciotki Klotyldy repertuar meteorologii domowej bywał pełen urozmaicenia i ciągle świeżych nowości.
Ostatecznie cóż ta biedna ciotka temu winna, że się nie mogła obywać bez sług i że te sługi są strasznym, okropnym ciężarem życia tych niewiast, którym tytuł pań służy.
Zmieniała je prawie co tydzień, a woźni z kantorów stręczeń przychodzili niemal codziennie i nie mogli ciotce nigdy dogodzić.
Sprowadzała sobie tak zwane «niedźwiadki» ze wsi, dziewice nie dotknięte jeszcze brudem i zepsuciem cywilizacyi wielkomiejskiej, różne Magdy i Kasie z Wądołków, z Krzywej Woli, z Górek i cieszyła się wówczas, że ma służącą wprawdzie niemożliwie głupią, lecz przynajmniej niewinną; ale po trzech dniach uciechy odsyłała niewinność do Krzywej Woli i pisała do kantoru kartkę z żądaniem, «żeby była, jaka chce», aby tylko umiała doskonale sprzątać i prasować. Przychodziła więc taka, «jaka chce». I znów przez kilka dni było ciotce dobrze... zupełnie dobrze.
— Bo cóż mi tam do jej spraw sercowych — mówiła — nie jestem jej matką, ani siostrą, a skoro robi porządnie co do niej należy...
Cóż, kiedy nigdy nie trafiła się taka, ktoraby przez tydzień robiła to, co do niej należy porządnie i zawsze na końcu szczotki, na trzepaczce od mebli, na ścierce wisiała kwestya gabinetowa, a z niej, niby kula ze strzelby, z łoskotem okropnym wypadała dymisya, obrachunek i świadectwo...
W pisaniu świadectw miała ciotka wprawę osobliwszą, a taką barwność, taką rozmaitość stylu, że szkoda istotnie, że perełki owe miały tak brzydką oprawę, jak szary, bibulasty papier książeczki służbowej...
Naprzykład tak:
«Katarzyna Lufcik służyła u niżej podpisanej za pokojówkę od d. 4-go do d. 9-go kwietnia włącznie.
«Od powietrza, głodu, ognia i od Katarzyny Lufcik zachowaj Panie niżej podpisaną.

Klotyldę X.»

Albo znowuż w ten sposób:
«Zaświadczam z czystem sumieniem i zgodnie z prawdą, że Scholastyka Przypalińska (z męża Michałowa) była u mnie kucharką od d. 17-go sierpnia do d. 19-go sierpnia, to jest przez całe dwa dni, nie licząc nocy, podczas której używała przechadzki, że zaś odznaczała się trzeźwością, pracowitością, rzetelnością i umiejętnością gotowania, tego wcale nie zaświadczam.

Klotylda X.»

«Aniela Pędzisz, rekomendowana mi do wszystkiego, jest do niczego. Że na takim stopniu moralności, oświaty i uzdolnienia fachowego pozostanie aż do śmierci, o tem jestem najmocniej przekonana, gdyż żadna pani na świecie z takiego tłomoka nic zrobić nie zdoła. Była przez dni trzy, czwartego już nie mogłam wstrzymać.

Klotylda X.»

Trafiały się jednak i pochlebne zaświadczenia w tym rodzaju:
«Magdalena Sroka, pokojówka, właściwie Dymitr Samozwaniec, służyła u mnie przez tydzień jeden i dni dwa. Bardzo porządna dziewczyna. Trzeźwa, moralna, cicha, tylko nie umie zamiatać, sprzątać, nie potrafi posłać łóżka, nastawić samowaru, nie ma pojęcia o praniu i nie wie, do jakiego użytku służy żelazko, przytem jest flejtuch, po za tem próżniak, a zresztą idealna dziewczyna.

Klotylda X.»

«Kunegunda Mysikrólik, młodsza, służyła u mnie przez dni pięć. Tysiące sług już widziałam, ale takiego wałkonia jeszcze nie.

Klotylda X.»

Takie świadectwa wypadały z pod pióra ciotki z szybkością maszynową, a proceder wypędzenia służebnicy nie zabierał wiele czasu i odbywał się zawsze jednakowo, według ceremonjału, ustanowionego przez zwyczaj.
Delikatna wymówka, ostre napomnienie, szalony wybuch gniewu, chwila ciszy, obrachunek, wypłata, świadectwo i po wszystkiem.
Niekiedy po takim wybuchu i scenie rozstania się, pani Klotylda zasiadała przy biurku i na eleganckim, monogramem i koroną ozdobionym papierze pisała do Ludwisi, lub do Ernestynki, taki mniej więcej liścik:
«Najdroższa moja kuzyneczko!»
«Śliczne twoje oczęta nie widziały zapewne jeszcze (i oby nie zobaczyły nigdy) bestyi, potworu, smoka, salamandry, jaszczurki, bazyliszka, ropuchy, którą tu u nas kantory stręczeń służących mają tupet i bezczelność nazywać pokojówką lub kucharką!
«Wyobrażenia mieć nie możesz, co to za ananasy. Wystaw sobie, najpiękniejsza Ernestynko, wystaw sobie w imaginacyi wielki, brudny siennik, albo wańtuch od wełny napełniony: niegodziwością, nieposłuszeństwem, niezdarnością, niechlujstwem, próżniactwem i okropną gębą od ucha do ucha, a będziesz miała dopiero przybliżone pojęcie o tem, co jest warszawska sługa!
«Zepsute to do szpiku, zdemoralizowane, złe, nieprzychylne, niezgrabne, jednem słowem coś strasznego, z dodatkiem tiurniury, kapelusza, dwóch stałych narzeczonych i przynajmniej trzech braci.
«Ja już wytrzymać nie mogę. Właśnie w tej chwili wyrzuciłam z domu jeden taki egzemplarz i doprawdy nie mam odwagi posłać do kantoru po drugi.
«Do ciebie więc uciekam się, aniołeczku, ratuj mnie w tej ciężkiej potrzebie. Nie sposób, żebyście tam w Krzywej Woli nie znalazły jakiej dobrej, uczciwej dziewczyny dla mnie.
«Niech nic nie umie, mniejsza o to. Pomagać będę, będę pracowała sama i nauczę ją wszystkiego co potrzeba. Wiem, że taka dziewczyna prosta, niezepsuta, pod wpływem łagodnego obejścia przywiąże się do mnie i pobędzie długo, a ja właśnie tego tylko pragnę, bo już mi obrzydły te kochane kantory i ciągłe zmiany sług.
«Całuję twoje śliczne oczy, Ernestyno, twoją mamę, Wacia, Bronisia i Adasia. Pokłoń się odemnie ojczulkowi i powiedz, żem się stęskniła za wami i że godziłoby się kiedy odwiedzić biedną pustelnicę warszawską, a zarazem szczerze was wszystkich kochającą ciotkę

Klotyldę.»

Ernestynka spełniała polecenie drogiej cioteczki natychmiast i w kilka dni później z dworca kolejowego przybywała do mieszkania pani Klotyldy Nastka, Agatka lub Marysia, tęga i przysadzista jak pieniek, czerwona jak burak, niewinna jak dwumiesięczna gąska, naiwna jak dziecię i bez ustanku zdziwiona.
To jest przynajmniej materyał, surowy wprawdzie, ale w wybornym gatunku... Jest to glina garncarska, z której umiejętna ręka potrafi ulepić arcydzieło!
Poczciwa Ernestynka, jak ona umie dogodzić swej cioci. Ciocia cieszy się nowym nabytkiem; bawi ją ta naiwność, ta natura prosta, szczera, nieskażona fałszem pozornego poloru, nie wtłoczona jeszcze w karykaturalne formy tak zwanej ogłady. Istny to kartofel wyrosły na piaskach Krzywej Woli i właśnie tak jak ciotka chciała: surowy i nieoskrobany. Panią Klotyldę zachwyca ta pełna sielankowego wdzięku niezgrabność, to poślizgiwanie się na woskowanej posadzce.
Kiedy piękna Marysia, niosąc tacę, próżną na szczęście, przewróciła się i upadła jak długa na dywan, ubawiło to ciotkę niesłychanie; gdy zaś drugi raz zdarzył się taki wypadek i kilka filiżanek stłukło się przytem — wydało się to pani Klotyldzie mniej zabawnem, a nawet nudnem i nieznośnem.
W tydzień później piękna Ernestynka otrzymała od ciotki list tej treści:
«Zachwycająca Ernestynko, ty najmilszy kwiatku Krzywej Woli, która słynie z kwiatów.
«Nie mogłaś lepiej dogodzić twojej ciotce i bardziej w myśl jej utrafić, jak przysyłając Marysię.
«W istocie, jest to perła nie dziewczyna! Pod względem skromności przeszła moje oczekiwania, gdyż przez cały dzień, bez ustanku, albo się rumieni, albo się wstydzi, a prawdopodobnie czyni to i przez pozostałą część doby.
«Jest naiwna do zachwycenia; jeszcze nigdy w życiu swojem nie widziała szczotki i nie wyobraża sobie, żeby do zamiatania mogło służyć co innego, jak miotła. Cudowne dziecko! Salon mój nazywa «izbą», pokój sypialny «jalkierzem», stołowy «kumorą», a buduar «kaplicką». Boi się wodociągu, gdyż nigdy jeszcze nie widziała takiego «cudoka», coby ze ściany wodę popuszczał i że pewnikiem tam «złe» siedzi. Nie chce pijać herbaty, bo ją «chwalić Boga, nic nie boli na wnątrzu» i prosi o «kapeckę żuru i krztę bałabonu», to już sobie sama w «garnusecku» uwarzy.
«Jednak, droga moja Ernestynko, ja ci tę Marysię odsyłam.
«Nie dla tego, żeby mi się miała nie podobać; przeciwnie, jestem nią zachwycona w najwyższym stopniu — ale, duszyczko moja, ja się źle obliczyłam z mojemi własnemi siłami i przeceniłam, jak sądzę, me pedagogiczne zdolności. Zawiodłam się sama na sobie.
«Marysia, o ile jest skromna i niewinna, o tyle nierozgarnięta.
«Nie mówię już o sprycie zręcznej subretki, o tem nawet nie marzyć, ale nie posiada ona żadnych w ogóle umysłowych zdolności i nie rozminę się z prawdą, twierdząc, że przyszłość tego miłego dziewczątka i jego karyera jest w Krzywej Woli, w oborze.
«Próbowałam ja z niej coś zrobić, droga Ernestynko, ale niestety przyszłam do wniosku, że łatwiej by mi przyszło nauczyć niedźwiedzia haftować, lub słonia robić pończochę, aniżeli Marysię zamiatać.
«Jest to niepodobieństwo.
«Jak w naszej sferze jedna panienka miewa talent do muzyki, a inna do malarstwa, tak widocznie w sferach niższych bywają specjalne talenty do szczotki a specjalne do wideł. Właśnie Marysia posiada ten drugi rodzaj talentu, który, jak zapewne przyznasz sama, droga Ernestynko, w małem mieszkanku samotnej kobiety nie daje pola do rozwoju.
«Mnie, aniołeczku mój drogi, potrzebna jest żwawa, fertyczna, sprytna pokojóweczka, którąbym mogła wpuścić do pokoju bez obawy o całość lamp i zegarów. Ostatecznie, że taka fertyczna panienka nie otrzyma nagrody Montyona za cnotę, to mnie znowuż tak bardzo nie martwi. Życia sobie przecież z tego powodu nie odbiorę.
«Przytem jest jeszcze rzecz szczególna z Marysią. Nie mogę zgadnąć, z jakiego materyału ta dziewczyna ma nogi, przypuszczam, że chyba z ołowiu. Gdy się przesuwa przez pokój, mogłabyś mniemać, że to wóz piwowarski przejeżdża. Stoły się chwieją, meble drżą, a lampy dzwonią w sposób zatrważający. Obawiam się, żeby ta dziewczynka nie spowodowała kiedy trzęsienia ziemi w Krzywej Woli. Zwróć na to uwagę ojczulka, żeby zapobiegł takiej katastrofie.
«Ściskam cię, moja śliczna, całuję, pieszczę, kocham i proszę, oddaj moje uściśnienia, pozdrowienia i ukłony całemu waszemu domowi i pamiętaj, że jestem spragniona waszego towarzystwa, jak kania dżdżu... Serdecznie cię kochająca ciotka

Klotylda».

Co rok dwa listy, różne pod względem formy, ale jednakowe co do treści otrzymywała Ernestynka i dwa Ludwisia, a niezależnie od tego, dwa pani Piotrowa w Wądołkach (matka pysznego Fredzia) i dwa pani Kalasantowa w Bajorkach (matka skromnego Maciusia).
Ta korespondencja miała taki skutek, że corocznie cztery dorodne i skromne dziewice z wyżej wymienionych wiosek: Wądołków, Górek, Bajorków i Krzywej Woli przyjeżdżały na krótki pobyt do Warszawy, a po powrocie miały niewyczerpany temat do opowiadania o nadzwyczajnych dziwach i cudokach, jakie w onej Warsiawie widziały.
Raz pani Klotylda, zmęczona do najwyższego stopnia nieustannym ambarasem, zarówno z fertycznemi pannami do wszystkiego, jako też z temi dziewicami o wadze ołowiu, a gęsiej skromności, postanowiła zerwać zupełnie ze służbą płci nadobnej i przyjęła lokaja.
Biedaczka! trafiła z deszczu pod rynnę. Wprawdzie lokaj był zręczny i sprytny; froterował i sprzątał doskonale, ale cóż ztąd, kiedy napchał kucharce w głowę taką masę sentymentów, oświadczyn i zapowiedzi, że zbrakło już miejsca na szumowiny i skutkiem tego rosół był tak mętny, jak amatorski traktat o spirytyzmie.
Skończyło się na tem, że musiała pani Klotylda oddalić i lokaja i kucharkę i poradzić im, aby się pobrali w innej parafji.
Były tego dnia nie dwie zwykłe burze, ale dwa huragany, dwie trąby powietrzne, dwa cyklony, a potem cisza, dwa obrachunki, dwie wypłaty, dwa świadectwa i listy do dwóch kantorów...
Doprawdy! nawet przy najdogodniejszych warunkach bytu, przy niezależności zupełnej, przy majątku życie kobiety jest straszliwie ciężkie, a nadewszystko przez te niegodziwe sługi!


III.

Teraz nieco historyi.
Każdy człowiek ma swoje dzieje, ma je też i ciotka Klotylda.
Urodziła się ta niewiasta, jak powiedziano wyżej, przed trzydziestoma siedmioma laty, z czego zresztą nie czyni sekretu. Nie dla tego żeby miała odstępować od ogólnej zasady, ale z powodu, że wygląda jeszcze tak dobrze, że nikt w jej szczerość pod względem lat nie wierzy.
Urodziła się na wsi i, jak sama powiada, od chwili przyjścia na świat ciągle ma ciężkie życie.
Jeszcze nie ukończyła trzech lat, przyjęto już do niej bonę. Była to tęga i silnie zbudowana dziewica ze Szwajcaryi, bona — dubeltówka, posiadała albowiem dwa języki: francuski, niezupełnie poprawny, i niemiecki, zupełnie niepoprawny, mówiła albowiem niezupełnie, dla obu zaś tych języków miała akcent wspólny. Że przy tem odznaczała się temperamentem nieco popędliwym i że nie wymawiała sześciu liter z alfabetu, przeto nie brak jej było kwalifikacyj na wychowawczynię początkową dla dzieci płci obojga, a zwłaszcza dla dziewczynek.
Do ośmiu lat życia Klocia była pod kierunkiem panny Berty, która, niby energiczny młynarz ziarno do kosza, wsypywała w jedno różowe uszko dziecka słówka francuskie, w drugie niemieckie; specjalna zaś mistrzyni, daleka kuzynka ojca Kloci, zaszczepiała jej codzień w drobne paluszki bakterye fortepianowe.
Inne przedmioty wykładała mama. I trwało to przez lat kilka bez przerwy, ale później mama umarła, kuzynka odjechała, a pannę Bertę ktoś wykradł, ojciec przeto, nie mogąc podołać ciężarowi wychowania dziewczynki, oddał ją na pensyę do Warszawy.
I tu znowuż zaczęło się dla Kloci ciężkie życie. Nie dla tego żeby na pensyi było bardzo źle, owszem, masa koleżanek, gwar ciągły, umiarkowana agitacya na świeżem powietrzu, para za parą i nóżka za nóżką, podobały się dziewczynce... I nie dla tego Kloci było ciężko, że pani przełożona, bardzo hojna, gdy szło o francuzczyznę, miała wręcz przeciwne zasady pod względem bułek: że o ile szczodrze pragnęła napychać główki swych pupilek, o tyle bardzo umiarkowanie zasycała ich apetyt — nie! Serdeczny, kochany ojczulek pieniędzy córeczce nie żałował i miała ona zawsze fundusze na ciasteczka francuskie, babki śmietankowe i figielki z kremem, więc można było uzupełniać szczupłość pensjonarskich porcyjek...
Zresztą! ktoby się o takie drobiazgi kłopotał. Starsze panienki zrobiły kolumbowe odkrycie, że w braku mięsa i innych subsancyj białkowatych, można jadać sproszkowany węgiel drzewny, kredę pławioną, piasek biały, tynk ze ściany i ołówki Fabera — i że są to potrawy bardzo smaczne i pożywne, zwłaszcza, gdy się je od czasu do czasu zakrapia octem lub kwaskiem cytrynowym, rozpuszczonym w wodzie; ale Klocia nie mogła się jakoś do tej teoryi przekonać. Była to dziewczyna niepodobna do swoich koleżanek, tęga, rumiana, trochę niezgrabna, ale zawsze zdrowa i silna...
Nie dawano jej też na drugie śniadanie tłuszczu z wątroby stokfisza, ani syropu jodowego z chrzanem, ani liści orzechowych, ani innych smakołyków, jakimi niektóre pensjonarki za umiarkowaną oddzielną opłatą częstowano uprzejmie.
Głównym ówczesnym ciężarem życia Kloci była arytmetyka, przeklęta nauka, którą, gdyby świat miał rozum, wyrzuciłby już dawno do spiżarni, lub do piwnicy, aby ją szczury zjadły.
Co wtorek, czwartek i co sobota stawała przed biedną dziewczynką ta zmora, sucha jak pieprz, najeżona cyframi, zimna jak lód, a trudna... Boże! jaka trudna...
A przecież trzeba się było uczyć, trzeba się było męczyć, szarpać z tą szkaradną tabliczką mnożenia, gryźć ułamki!...
Myślała sobie Klocia, że jeżeli kiedyś tam, gdy się zestarzeje, będzie musiała sprawić sobie sztuczne zęby, to tylko z powodu ułamków i jakiejś zagmatwanej reguły trzech, tej dziwacznej ciuciubabki, w którą każą grać pensjonarkom i szukać jakiegoś niewiadomego czwartego... I żeby to chociaż był chłopczyk!
Nauczyciel tego przedmiotu, najnudniejsza kreatura, jaka kiedykolwiek istniała pod tym stopniem szerokości geograficznej, nieraz przepowiadał, że Klocia nie będzie Newtonem...
Sądził zapewne nieznośny dziadzisko, że Klocię tą przepowiednią strasznie zmartwi. Nie będzie Newtonem! Wielkie rzeczy... alboż Klocia nim być może...
Jest to i niemożliwe i niepotrzebne... Klocia jest Klocią i wcale nie życzy sobie być jakimś łysym, zatabaczonym nudziarzem, który zresztą już sobie umarł podobno...
Także koncept!
W tej walce z arytmetyką i innymi łatwiejszymi już przedmiotami biegły lata, podczas których Klocia ulegała pewnym transformacjom.
Z chwilą przyjścia na pensję była podobna do pękatej baryłki lub też do nizkiego okrągłego pieńka; następnie zaczęła się wydłużać i robić jeszcze niezgrabniejszą niż przedtem; dalej stała się podobną do oskubanej indyczki, a wreszcie... coraz częściej zaglądała do lustra.
Zdawało jej się, że przystojnieje, i koleżanki potwierdzały to przypuszczenie...
Trafiło się jej być w tym czasie na wieczorku u swojej kuzynki, która ją co kilka tygodni zapraszała do siebie — i... wydziwić się Klocia nie mogła, jak ją ciągle zapraszano do tańca, ją! a przecież jeszcze rok temu, na takim samym wieczorku, żaden pan na nią nie spojrzał i tańczyła tylko z uczniami — i to z małymi bąkami z drugiej, trzeciej klasy najwyżej.
W tym czasie ojciec Kloci bardzo energicznie się krzątał około uporządkowania swoich interesów majątkowych.
Był to człowiek przewidujący i rozsądny, a ponieważ zapadł na jakąś nieuleczalną chorobę i wiedział, że mu zaledwie rok, lub co najwyżej dwa do końca życia zostaje, nie chciał więc zostawiać córce kłopotliwego dziedzictwa na wsi, z któremby sobie rady nie dała, dobra sprzedał i kapitał w banku ulokował.
W tych czynnościach doradzał mu i dopomagał przyjaciel od dawnych lat, pan Seweryn, stary kawaler, właściwie mówiąc, dziad, ale jeszcze trzymający się dobrze... Wygolony, wyczerniony, ubrany elegancko, wyglądał jak lew... na emeryturze, ale zawsze jak lew...
W jego to ręce pan Jan, na wypadek śmierci swojej, składał opiekę nad Klocią; już było wszystko ułożone i obmyślane naprzód, że Klocia po wyjściu z pensyi zamieszka u ciotki, która ją potrosze wprowadzi w świat, a pan Seweryn dołoży starań, żeby wynaleźć młodego człowieka z pozycyą, z majątkiem i charakterem, jednem słowem, takiego młodego obywatela, któryby dawał gwarancye, że nie zawiedzie serca Kloci, i nie roztrwoni jej posagu.
Zobaczywszy Klocię u ojca, a zobaczył ją wtedy po raz pierwszy, pan Seweryn pomyślał, że należałoby zmienić w pewnym punkcie program opieki.
Przy sposobności, przy kieliszku starego węgrzyna, który siły chorego podtrzymywał, a humor zdrowego przyjaciela poprawiał, pan Seweryn przystąpił do rzeczy.
— Wiesz co, kochany panie Janie — rzekł — że z tą opieką jest ciężka sprawa...
— No, tylko proszę cię, nie cofaj przyrzeczenia: dałeś słowo...
— Bo to, uważasz, sam osądź... Klocia u ciotki, a ja tu. Trudno, żebym u tej ciotki po całych dniach przesiadywał i każdego kroku Kloci pilnował. Tam bywają różni kuzynkowie, z pozycyami nieustalonemi, albo i bez pozycyj... Dziewczyna młoda, niedoświadczona, przetańczy z takim fidrygansem dwa albo trzy walce, zakocha się i rób co chcesz! No, sam powiedz, panie Janie, czy taka ewentualność nie jest prawdopodobna?
Ojciec przyznał słuszność i zamyślił się głęboko, a pan Seweryn dalej prawił.
— Przypuśćmy na chwilę, że tak nie będzie, że Klocia nie tańczy walca, nie kocha się w żadnym kuzynku bez pozycyi. Przypuśćmy, ale przypuśćmy tylko, że pod tym względem jesteśmy spokojni, lecz czeka nas drugi kłopot, bo ostatecznie panna nie jest to coś, żebyśmy ją mieli marynować, trzeba wydać za mąż...
— A trzeba koniecznie...
— Szukamy tedy kandydata, znajdujemy go — jest! Zdaje się, że odpowiada wszelkim warunkom, ale powiedz-no, panie Janie, tak szczerze, z ręką na sercu, czy możesz za niego ręczyć? czy w ogóle możesz mieć w dzisiejszej młodzieży zaufanie? Widzisz, bo my, ludzie starszej generacyi, znamy się i wiemy cośmy warci, a te smyki dzisiejsze...
— Cóż więc robić, radź, Sewerynie kochany, przecież to jedyne moje dziecko i chciałbym mu szczęście zapewnić.
— Przychodzi mi na myśl pewna kombinacya. Gdybyś ją zaakceptował, to moglibyśmy się obejść bez ciotki i nie mieć wcale kłopotu z wyszukaniem męża dla drogiej naszej pupilki.
— Cóż to za kombinacya?
— Ożeniłbym się z Klocią...
— Ty!?
— Tak jest, ja; ma się rozumieć, za twojem zezwoleniem i zgodą.
— Ależ Sewerynie, ty masz lat...
— Nie licz ty moich lat, tylko spojrzyj na mnie. Widzisz, że wyglądam doskonale; jestem jeszcze pełen energji i siły, a pięciu dzisiejszych wymoczków mógłbym przeskoczyć.
Istotnie pan Seweryn po kilku kieliszkach węgrzyna zarumienił się i wyglądał bardzo dobrze.
— Ja jej — mówił — zapiszę cały mój majątek, a będę dla niej opiekunem i mężem jak najlepszym.
Podali sobie ręce dwaj przyjaciele i ucałowali się na zgodę.
Właśnie kiedy to się działo, Klocia miała ogromne powodzenie na wieczorku u ciotki i ani domyślała się nawet, że los jej został postanowiony i że będzie miała męża, który wszystkie swoje tańce, wirowe zwłaszcza, dawno już najsumienniej odtańczył, a teraz może już tylko używać umiarkowanej przechadzki w... polonezie, po wincie.
Klocia kończyła rok siedemnasty życia w styczniu, a kurs nauk na pensyi miał się skończyć w czerwcu, kurs był zatem o kilka miesięcy młodszy. Rzecz prosta, że młodsi ustępują starszym, przeto Klocia opuściła pensyę w grudniu, zrzekłszy się patentu i nagrody za matematykę, a w styczniu została panią Sewerynową.
I znów miała ciężkie życie. Nie dlatego, żeby jej było bardzo źle w małżeństwie, przeciwnie, pan Seweryn bardzo ją szanował i traktował nie jak świeżo wypuszczoną z klatki pensjonarkę, ale jakby szanowną i sędziwą przełożoną zakładu naukowego. Regularnie na dzień dobry, po obiedzie i na dobranoc całował ją w rękę, uczył ją grać w winta i obiecywał, że z czasem prawdopodobnie w maju, albo co pewniejsza w sierpniu, po powrocie z Karlsbadu, sprawi jej jakąś niespodziankę nadzwyczajną...
Domyślna Klocia nie wątpiła, że mąż jej ma na myśli prześliczny brylantowy garnitur, który jej niegdyś pokazywał w oknie u jubilera...
Zmartwienie Kloci miało inny powód...
Uczy nas historya naturalna, że lew, choćby stary póty tylko jest lwem, póki chodzi we fraku... gdy wejdzie w szlafrok, staje się zgrzybiałym hipopotamem...
Niestety, na tej drodze, po której wszyscy spieszymy w jednym kierunku, a nikt z nas nie jedzie w odwrotnym, stacja Szlafrok leży tuż za stacją Małżeństwo i według owego prawa przyrodzonego, które przytoczyliśmy przed chwilą, stary lew, dojechawszy do szlafroka, stał się hipopotamem zgrzybiałym.
Ociężał zupełnie, zobojętniał na wszystko, życie mu obrzydło, przestał się entuzjazmować nietylko do Kloci, ale nawet do winta, co już jest dowodem ostatecznego upadku.
Nie wspominał już swojej żoneczce — dziecku o żadnych nadzwyczajnych niespodziankach, a natomiast odbywał obszerne konferencje z medykami, a tematem tych konferencyj było, ma się rozumieć, odbudowanie ruin Palmyry, do czego wszakże wszystkie razem wzięte fakultety medyczne całego świata nie posiadają dostatecznej kompetencyi.
Biedna Klocia; ona kochała swego męża tak, jak się kocha dobrego dziadunia lub wujaszka, i przykro jej było widzieć, że wujaszek ten cierpi, że go siły z każdym dniem opuszczają, że mu nagle włosy, które farbować przestał, zbielały i siwa broda urosła...
Biedna Klocia!
Pielęgnowała go jak siostra miłosierdzia, czuwała nad nim, jak nad dzieckiem, wzywała najpierwsze znakomitości, ale te kiwały tylko głowami, jakby chcąc wypowiedzieć tym gestem złowrogie «non possumus.»
I po roku wspólnego pożycia Klocia przywdziała żałobę.
Ślicznie jej było w czarnej sukni, w długim czarnym welonie, i śmiało rzec można, że wyglądała niby wyrzeźbiony prześlicznie posąg smutku, na którego ustach błądzi powstrzymywany silnie, a przecież buntujący się ciągle uśmieszek. Pewien doświadczony mąż, wielki znawca serc i wdzięków niewieścich, istny ekspert, którego możnaby w pewnych wypadkach zapraszać na posiedzenia sądowe, orzekł, ujrzawszy strapioną Klocię, że nie wyobraża sobie, aby mógł istnieć na świecie piękniejszy karmelek, owinięty w czarny papier.
Ten człowiek się nie mylił.
Po śmierci męża, młoda wdowa pojechała do krewnych na wieś, aby swoją stratę przeboleć.
Jakoż można powiedzieć, że rozparcelowała ten żal i ten smutek, a uczyniła to głównie w Wądołkach, Górkach, Bajorkach i Krzywej Woli, w otoczeniu krewnych własnych i mężowskich, postanowiwszy i bardzo słusznie, aby jej łzy wdowie wsiąknęły w grunta należące do familji, aby znajdujące się w owych łzach sole i inne związki chemiczne, na wieczną rzeczy pamiątkę, przeszły w zboża i kwiaty Górek i Wądołków i ażeby żyły tam wiecznie, w tej nieśmiertelności materyalnej, która wszelkie szczątki zamienia w kwiaty, wszelkie kwiaty w szczątki, która w nieustannych przemianach końca nie ma.
Młodą wdowę, zaledwie żałobę zdjąć zdążyła, otoczył rój wielbicieli i okadzał ją dymem pochlebstw, ale nadaremnie. Serce jej spało snem kamiennym i nie znalazł się taki, coby je zdołał przebudzić. To trudno, każdy musi trafić na swoje, a jeżeli nie trafi... to musi się z losem pogodzić...
Ciotka Klotylda pogodziła się z losem i przyjechała na stały pobyt do Warszawy.
Z początku trzymała przy sobie ubogie kuzynki, starsze wiekiem, aby jej nibyto matkowały, ale gdy od śmierci męża upłynęło lat siedm, uznała, że już jest wdową dość poważną i że może się obchodzić bez towarzystwa osoby starszej.
Najęła apartament przy ulicy Marszałkowskiej i, jak już czytelnikom wiadomo, miała znów ciężkie życie z powodu niezaspokojonej ciekawości, kto weźmie po jej śmierci kapitał, tudzież z powodu ciągłych ze sługami utrapień. Taka jest w skróconym zarysie historya ciotki Klotyldy, dla użytku młodzieży płci obojga.


IV.

Rzecz dzieje się w mieszkaniu ciotki przy ulicy Marszałkowskiej. Dzień dwudziesty ósmy czerwca, godzina dziesiąta rano.
W salonie okna otwarte, firanki pozdejmowane, meble stoją, jeżeli można w ogóle stać w takiej pozycyi, do góry nogami. Atmosfera materyalna przewiewna i czysta, duchowa ciężka. Barometr domowy spadł ogromnie, czuć zbliżający się uragan.
Między meblami uwijają się dwie dziewice: Weronika Dajpokój, kucharka, i Florentyna Nierusz, pokojówka; do pomocy im przyszła poważniejsza dama, pani Walentowa Czopek, małżonka stróża.
Dwie te dziewice i dama są w przyśpieszonym ruchu; wynoszą meble, trzepią je, potrącają się nawzajem i współcześnie opowiadają sobie nadzwyczajną przygodę niejakiej panny Agaty, młodszej z przeciwka, która miała narzeczonego szewca, ogłosiła zapowiedzi ze ślusarzem, a ostatecznie przed dwoma tygodniami wyszła zamąż i to całkiem naprawdę za takiego, co w browarze jest i piwo po szynkach rozwozi.
Sens moralny tej opowieści był, że czasem delikatny flircik, jeżeli jest prowadzony zręcznie, doprowadzić może do najświetniejszych rezultatów. Panna Agata teraz jest stateczną mężatką i chodzi za Żelazną Bramę, codzień, jak zapisał, w białym czepeczku, z teką tekturową zieloną na prowjanty.
Ktoby się tego spodziewał!... Teraz taka pani mieszka w suterenie na Krochmalnej, co sobota świeci lampkę przed obrazem, ma sześć poduszek pod sam sufit, komodę jesionową, a jak jej raz mąż nie bardzo grzeczne słowo powiedział, to go przecież tak zbiła rzetelnie, że przez trzy dni z podwiązaną twarzą Warszawę objeżdżał i w siedemdziesięciu czterech szynkach musiał opowiadać, że go zęby nagle zabolały z zawiania.
Jak to czasem niewiadomo z czego wyrasta najstateczniejsza kobieta!
Do sali wchodzi ciotka Klotylda, dyskurs się przerywa, jakby go kto siekierą uciął.
Zdaje się, że teraz jest najodpowiedniejszy moment do naszkicowania portretu ciotki.
Nie można jej w żaden sposób posądzić o pozowanie, przeciwnie, jest w negliżu i zachowuje się z zupełną swobodą. Ma na sobie spódniczkę haftowaną, kaftanik batystowy z rękawami szerokiemi niemożliwie, a dla ochronienia włosów od kurzu obwiązała głowę pąsową chusteczką jedwabną.
Weszła i pełnym oburzenia gestem wskazuje ledwie dostrzedz się dającą nitkę pajęczyny na suficie...
W tej pozie wygląda, jak wielka rewolucya francuska, i istotnie rzeźbiarz, któryby chciał uzmysłowić ten wybitny moment dziejów XVIII-go stulecia, nie mógłby znaleźć piękniejszego i bardziej odpowiedniego modelu.
Rękę podniosła do góry, szeroki rękaw opadł i odkrył ramię nagie, kształtne, wymodelowane przepysznie, imponujące bogactwem formy i siłą.
Postać dość wysoka i w miarę rozwinięta świadczy, że to nie początek rewolucyi, ale rewolucya dojrzała, która czeka tylko na odpowiedni moment, aby zdobyć... Bastylję.
Twarz o rysach regularnych i pięknym profilu ma w tej chwili wyraz groźny, chusteczka pąsowa na głowie wygląda niby czapka frygijska, a w oczach migają takie błyski terroryzmu, że Weronika Dajpokój i Florentyna Nierusz oglądają się tylko na drzwi w zamiarze najsromotniejszej ucieczki z placu boju.
Nadchodzi ten moment psychologiczny, który zazwyczaj poprzedza uragany porządków domowych... lada chwila nastąpi katastrofa, oberwania się chmury, zmiany gabinetu. Wisi coś strasznego w powietrzu, bo ciotka dostrzegła jakąś niedokładność w robocie, bo już w niej gotuje się wszystko, kipi, gdy wtem nagle, z przerażeniem w głosie, Weronika wykrzyknęła:
— Ola Boga! goście!
Ciotka skamieniała, niby nieszczęsna żona Lota. Goście! na taki rozgardjasz!
Ale fala wielkich wypadków płynie niepowstrzymana.
Na schodach słychać już różne głosy i taki łoskot, jak gdyby biegło po nich do góry stadko młodych kóz, za któremi poważny i ciężki wół kroczy.
W rzeczy samej była to pani Marcinowa z Krzywej Woli z Ernestynką, Waciem, Bronisiem i Adasiem — a za niemi, obładowany koszami, walizkami, tłomoczkami postępował we własnej osobie stróż Walenty...
— Boże! jak ja ich tu przyjmę? — szepnęła ciotka — cóż za głupie pociągi, żeby przychodzić o tej porze, o której się sprząta!...
Ale już zapóźno na refleksye, już oto wpada czereda cała. Chłopcy przeskakują przez meble, mama z córką przeciskają się dyskretnie wśród gratów.
Walenty z ogromnym łoskotem rzuca tłomoki i kosze na podłogę.
— Ciociu!
— Najdroższa!!!
— Kloteczko!
— Julciu, Ernestynko! Ach i te drogie dzieciaczki! Adasiu! Bronisiu! Waciu! niechże was uściskam, pieszczoty złote.
— Klociu, serce moje.
— Najśliczniejsza ciotuniu!
— Jakże mi przykro, żeście trafiły na taki nieporządek. Na czem ja was posadzę?!
— Nic to, cioteczko, ja pomogę, ustawię meble sama.
— Ale co znowu! Weroniko! wnosić meble napowrót... Florka! natychmiast ma być kawa, przynieść ciasta z cukierni, pozamykać okna, bo cug. Jeszcze tu jesteście?!
— Niechże cioteczka pozwoli, ja się wszystkiem zajmę: proszę o kluczyki, jestem tu zawsze jak domowa...
— Julciu — odzywa się ciotka do pani Marcinowej — ty masz nie córkę, ale skarb. Kto tę dziewczynę weźmie...
— Kto ją tam weźmie? Dziś młodzież taka głupia...
— No, a Maciuś.
— Ernestynka nie ma jakoś do niego inklinacyi... a zresztą, moja droga — dodała pani Marcinowa szeptem — to biedne dziecko jest zagrożone.
— Kto?
— A moja Ernestynka.
— Ach! przerażasz mnie doprawdy... Chodźże prędzej, opowiedz co jest?
I poczciwa ciotka wyprowadziła panią Marcinową do swojej sypialni i tam usiadły obie na sofie, aby pomówić swobodnie.
— I cóż tej biedaczce grozi?
— Ach moja Klociu jedyna, serce mi pęka, zdaje się, że to suchoty.
— To niepodobna! Z czego wnosisz?
— Uważasz sama, że pomizerniała znacznie.
— Troszeczkę.
— Ale to jeszcze nic. Są gorsze objawy.
— Cóż takiego?
— Od dwóch miesięcy biedne dziecko doznaje szczególnego swędzenia nosa.
— Przecież to nie jest rzecz straszna.
— Jak kiedy, moja Klociu. Ernestynka jest jeszcze bardzo młodziutka, dopiero siedemnasty rok skończyła... niedawno rozwinęło się biedactwo, właściwie to dopiero pączek... Ach, Klociu moja serdeczna, i myśmy były w tym wieku... Tego rodzaju objaw nic dobrego nie wróży, nic moja śliczna koteczko...
— Radziłaś się kogo?
— Wzywałam naszego doktora...
— I cóż?
— Moja droga, co chcesz! Taki doktorzysko prowincjonalny, a przytem stary, jak świat. On już zapewne zapomniał, z której strony jest w żydówce śledziona!... Jednak wzywałam go, bo czegóż człowiek nie zrobi dla dziecka... Przyjechał, zobaczył, namyślał się z pół godziny, zażył ze dwadzieścia razy tabaki — i wiesz co powiedział?
— Cóż...
— Powiedział, że na swędzenie nosa jeszcze nikt nie umarł, nawet w Grecyi! i że dobrze by było, żeby się panna przetrzęsła.
— Cóż to znaczy?
— To znaczy, moja duszko, żeby Ernestynkę gdzie wywieźć. Pytałam, czy do wód? Dziad ziewnął dwa razy i powiedział, że jak chcę; można do wód, można i do morza; a jeżeli nie można ani do wód, ani do morza, to się i bez morza obejdzie. Więc ja w tem zmartwieniu przyjechałam do Warszawy, wezwiemy którego z tutejszych lekarzy, niech radzi, bo jestem w rozpaczy. Stefcia w Wądołkach pociesza mnie, że to tylko coś gastrycznego; Michasia w Górkach straszy, że to nerwy, a ja przeczuwam nieszczęście... To suchoty, Klociu...
— Przecież w naszej rodzinie nikt na suchoty nie chorował, a babka Pelagja stu lat dożyła.
— Zapewne, w familii suchot nie było, ale na folwarku były; przyjęliśmy w roku zeszłym owczarza suchotnika i umarł... zresztą czy ja wiem, co mam o tem myśleć.
Rzekłszy to, pani Marcinowa zalała się rzewnemi łzami.
— Julciu moja — pocieszała ciotka Klotylda — nie rozpaczaj, dziś jeszcze poślemy po doktora.
— Tak, poślemy, ale jak doktór zapisze jej jakie źródła, albo morze, to cóż ja zrobię?! Wiesz, w jakich interesach jesteśmy... Biedny mój Marcinek ledwie zipie, jak mu o Warszawie wspomnieć, to jęczy, a cóż dopiero o morzu. Szkoda dziecka, moja Klociu, ach jaka szkoda!...
Pani Klotyldzie błysnęła świetna myśl.
— Julciu! — zawołała — nie upadaj na duchu; daję ci słowo, że jeżeli będzie potrzeba, to ja z Ernestynką pojadę. Nie mam żadnych obowiązków, a Ernestynkę kocham tak bardzo...
— Ach Klociu, jakaś ty dobra! Wdzięczność moja dla ciebie przez całe życie nie wygaśnie... Tyś nasz anioł opiekuńczy, tyś dobry genjusz rodziny!


V.

Nazajutrz po południu chłopcy pani Marcinowej, pod dozorem panny Florentyny Nierusz, wyprawieni zostali do Saskiego ogrodu z odpowiednim funduszem na kawę i na ciastka. W salonie siedziała pani Marcinowa, pani Klotylda i Ernestynka.
— Patrz Klociu — mówiła pani Marcinowa półgłosem — jakie to idealne dziecko. Doktor ma przyjść o czwartej, teraz jest dopiero trzy kwadranse na czwartą, a ona już się rumieni! Powiadam ci Klociu, że to nie dziewczyna, ale fijołek... tyle tylko, że kolor ma inny. Jakżeż Ernestynko — rzekła głośno — jakżeż twój nosek? boli?
— Nie boli, mamo...
— Ale swędzi?
— Nie mameczko, tylko tak jakoś dziwnie mi jest.
— Szczypie?
— I to nie... coś w rodzaju, jakby mrówki chodziły.
— No widzisz, Klociu! przypatrz się, co ta dziewczyna musi wycierpieć i w takim wieku, w takim młodym wieku! To coś nadzwyczajnego! Jużto na nasz dom zawsze się coś zwali. Klęska za klęską, grom za gromem. W roku zeszłym zdechły nam dwa prześliczne woły, zaprzeszły rok był suchy, w tamtym znów chlapało przez całe żniwa. Teraz jest jako tako i mój poczciwy Marcinek powiada, że jeżeli się co złego nie stanie, to wszystko dobrze będzie, ma się rozumieć o tyle, o ile Abram na to się zgodzi; bo widzisz, duszko, snułam ja sobie rozmaite projekty i w jęczmieniu miałam bardzo dużo nadziei, aż tu naraz, jak piorun z pogodnego nieba, spadają na mnie te nieszczęsne mrówki, ten nosek, ten zatabaczony doktorzysko. Koniec świata! jak cię kocham, najdroższa!... Marcinek, przyciśnięty do muru, chociaż się jeszcze opierał, jednak prawie już, już obiecywał, bo nie wiem, czym ci o tem mówiła? Czy mówiłam ci co, Klociu?
— Ale o czem?
— Względem tego powoziku...
— Nie.
— A to ci muszę powiedzieć — chociaż, mój Boże, traciłam już nadzieję i byłam prawie pewna, że się ten powozik wścieknie. Bo co do naszego, który zresztą znasz, to zawsze różnimy się w zdaniu z Marcinkiem. On powiada, że można nim jeździć, a ja mówię, że nie. Marcinek, jak wiesz, jest trochę liberalny, jak wszyscy prawie mężczyźni, a ja powiadam, że jest grzech śmiertelny i obraza Pana Boga, żeby zajeżdżać przed kościół takim starym, zrujnowanym klekotem, który cztery razy do roku trzeba do kowala przyprowadzać. Marcinek śmieje się z moich skrupułów, ale ja powiedziałam: Nie! O! była nawet z tego powodu między nami sprzeczka, bo ja wypaliłam mężowi otwarcie: możesz mi żałować na suknie, nie wyprawiać w domu wieczorków, chociaż jest córka na wydaniu, wszystko możesz — ale co do moich przekonań — przepraszam i za pozwoleniem! Niewolno! Moja praca, mój czas, nawet zawody moje i cierpienia do pana należą — ale moja dusza jest moja własna wyłącznie i w czem ta dusza ma jeździć do kościoła, nie pan będziesz decydował — tylko ja! Dobrze mu powiedziałam?
— Doskonale.
— O! on to uczuł, boleśnie nawet uczuł, bo wyobraź sobie: zapalił fajkę i poszedł do ogrodu... A o Piszczykowskich mówiłam już Kloci?
— Nie jeszcze.
Wyobraź sobie, to jest dopiero awantura, romans, tragedja, teatr, co chcesz, a na zakończenie wszystkiego bankructwo i separacya. Ernestynko! — dodała — czy ty rozumiesz, co znaczy separacya?
— Nie, mamo, nie rozumiem.
— Widzisz, Klociu, jakie to złote dziecko! O tak, Ernestynko!... nie wymawiaj nigdy tego wyrazu...
— Czy jest nieprzyzwoity, mamo?...
— Cóż znowu! skoro ja go wymawiam!... tylko nie jest odpowiedni dla twego wieku... jeżeli chcesz, to ci wytłumaczę jego znaczenie...
— Po co, mateczko? skoro ten wyraz jest dla mego wieku niewłaściwy, to poczekam, aż przyjdzie odpowiedni czas...
— No, patrzajże Klociu, co to za rozumna dziewczyna, istny Pompiljusz, czy Tubalkain, bo już zapomniałam na śmierć, jak się ów mądry tabaczarz grecki nazywał. Chodź, droga Ernestynko, niech cię ucałuję. W czoło, kochaneczko, w czoło, bo nie chciałabym cię w nosek urazić... Droga moja pieszczotka... jedynaczka najmilsza...
Ernestynka, uściskana przez mamę, uśmiechnęła się filuternie, poszła do okna i otworzyła lufcik, pragnąc zapewne powiedzieć tym aktem wysoko dyplomatycznym i poniekąd złośliwym:
— Mama myśli, że ja nie wiem, a ja wiem! wiem, i o Piszczykowskich wiem, i o separacyi wiem, że to jest taki lufcik, przez który żona może uciec od złego męża...
Usiadła przy oknie i przez otwartą separacyę, czyli raczej przez lufcik, patrzyła na ruch uliczny, na powozy, postrojone panie, eleganckich panów i porównywała w myśli ten gwar miasta z ciszą Krzywej-Woli.
Kogóż tam można widzieć z okna?! psa chyba, krowę, albo kurę... człowieka bardzo rzadko...
Myślała o Maciusiu, że jest głupi, i roiła sobie, że jeżeli dla kuracyi zostanie w Warszawie, albo co jej się więcej uśmiechało, pojedzie do wód, to znajdzie sobie konkurenta szykownego, pełnego elegancyi, a nie takiego opalonego i niezgrabnego hreczkosieja, jak ów wychwalany za swoją pracowitość Maciuś...
Pani Marcinowa opowiedziała ciotce Klotyldzie historyę Piszczykowskich.
Przed pięcioma laty ogromnie się ci państwo kochali. Jej zdawało się, że on coś ma, a jemu znów zdawało się, że ona coś ma. Na podstawie tych wzajemnych domysłów ona sprawiła sobie bardzo ładną wyprawę, on zaś elegancki nowiuteńki powóz i cztery konie do ślubu.
Pobrali się, śliczna para była! prowadzili dom otwarty, przyjmowali gości, gdyż oboje niezmiernie lubili się bawić.
Po roku on miał grubą sprzeczkę z jej ojcem, a ona z nim samym. Chodziło o pieniądze — i wykazało się przy tej okazyi, że zięć ma w majątku akurat tyle co teść, a obadwaj razem nie mają nic, oprócz znacznych długów.
No — i para gruchających gołąbków zamieniła się w parę skaczących sobie nawzajem do oczu kogutów — a następnie państwo młodzi żyli, jak jastrząb z sową.
Były nieustanne sprzeczki, awantury i ostatecznie ona wyjechała z domu, aby prowadzić sprawę o separacyę i przyznanie jej alimentów, on zaś został na miejscu, aby prowadzić wojnę z wierzycielami, którą ostatecznie przegrał...
— Widzisz więc, najdroższa moja Klociu — rzekła w konkluzyi pani Marcinowa — że ten elegancki powozik, w którym powracali od ślubu, jest widocznie przeznaczony dla mnie. Ile razy go widziałam, zawsze mnie coś tknęło, a raz nawet w nocy śniło mi się, żem już jechała w nim i że mówiłam do stangreta, że jeżeli jednej śrubki zabraknie, to mu strącę z pensyi pół rubla. Marcinek może sobie oponować ile chce, zastawiać się tym wiekuistym parawanem mężowskim, złożonym z podatków, towarzystwa kredytowego, żydów, ciężkich czasów i tym podobnych wykrętów, ale ja powiadam, że wszystko mogę dla męża poświęcić oprócz duszy. Bo sama osądź, droga Klociu, czy jest sprawiedliwość, żeby mąż palił najkosztowniejsze cygara po sześć groszy sztuka, a żonie żałował pieniędzy na głupi powozik... A jednak była chwila, że doprawdy, traciłam nadzieję... Właśnie z powodu tego nieszczęścia... choroby mojej drogiej Ernestynki. Jak tylko zaczęła się uskarżać na mrówki, pomyślałam sobie: bywaj zdrów, śliczny powoziku! Och! ale ty, Klociu, jesteś taka zacna, taka poczciwa!...
— Bagatelka, nie mów o tem, droga Julciu.
— O przeciwnie, zawsze ze łzami wspominać będę dobrodziejstwo, jakie dziecku mojemu wyświadczasz... a Marcinkowi zapowiem, żeby cię czcił jak świętą... Co do powoziku, nie wykręci się Marcinek; jak tylko powrócę z Warszawy, urządzę mu taką piłę!...
— Piłę? cóż to jest?
— Ach, droga Klociu! tyś tylko rok była mężatką i tak szczęśliwą, że ci cały świat zazdrościł, więc nie miałaś potrzeby poznać, co to jest za nieprzyjemne a jednak niezbędne narzędzie, w dobranem nawet małżeństwie...
— Więc to narzędzie?
— Właściwie wyraziłam się źle, kochana Klociu, chociaż niezupełnie... bo jakże to nazwać inaczej? Jest to, wyobraź sobie, piła... i mężowie nazywają ją piłą drewnianą, ale ona bynajmniej z drzewa nie jest, ona ma zęby z naszego żalu, z naszych łez, westchnień, płaczu, z migreny, ataków nerwowych, słowem ze wszelkiej broni, jakiej kobieta może używać w walce ze swoim małżonkiem — tyranem.
Pani Klotylda zaczęła się śmiać.
— O tak! śmiej się, Klociu, śmiej, bo ty tego nie znasz i znać nie potrzebowałaś, boś ty miała męża, którego ci każda kobieta mogła zazdrościć.
— No, zdaje mi się, Julciu, że nie tak bardzo, jak sądzisz.
— Ach! masz to na myśli, że był stary?... Moja droga! Młodość przemija i z biegiem czasu znika, podziewa się gdzieś jak kamfora. Ja sama, będąc młodą, miałam inne zupełnie przekonanie w tej kwestyi, a przecież gdybym dziś była panną i mogła wybierać, to odrzuciłabym wszelkich młodzików, choćby sobie mieli życie odebrać z rozpaczy, a wybrałabym właśnie człowieka w starszym wieku, z kapitałem, takiego, jak twój nieboszczyk.
— Ale jakżeż, moja Julciu, z tą piłą, bo jestem zaciekawiona...
— Jak się to robi? Bardzo prostym spo...
— Jak się to robi, ja się mniej więcej domyślam, ale chciałabym wiedzieć, czy też pomaga...
Pani Marcinowa zrobiła niezmiernie poważną minę, kiwnęła kilkakrotnie głową i rzekła z namaszczeniem.
— Pomaga... stanowczo pomaga, zwłaszcza gdy się to robi systematycznie.
— To jest jak?
— O moja duszko... jakkolwiek, byle tylko ciągle, byle ani na moment nie ustawać... piła musi być w ruchu od rana do wieczora, przy każdej sposobności, bez najmniejszej przerwy od rana do późnej nocy; na śniadanie, na obiad, na podwieczorek, na kolację, przed pójściem na spoczynek, po przebudzeniu się ze snu, w dzień powszedni, w święto, w post, w karnawał, w domu, w podróży, na popasie, w pokoju, na dziedzińcu, w oborze, w stajni, w lesie, na polu, na łące, przy oknie, przy piecu, przy kominku, na środku, przy drzwiach, koło ściany, w kącie, pieszo, konno, na czółnie, w wagonie kolejowym, w hotelu, w sąsiedztwie, na wizycie, na chrzcinach, na weselu, na pogrzebie, podczas imienin, przed imieninami, po imieninach, w rocznicę ślubu, w rocznicę urodzin pierwszego, drugiego, trzeciego, czwartego dziecka, u adwokata, u rejenta, na probostwie, na odpuście, przed jarmarkiem, po jarmarku, w niedzielę, w poniedziałek, we wtorek, we środę, we czwartek, w piątek, w sobotę, podczas naszych świąt, w sądny dzień żydowski, w pogodę, w deszcz, podczas mrozu, sam na sam, przy służbie, przy dzieciach, przy gościach...
— Bój się Boga, kobieto!
— A tak, moja duszko, jeżeli ma być piła, to bez żadnej folgi — wyjątek w kościele, chociaż nie. Ja w takich wypadkach wzdycham ciężko i płaczę, niech ludzie domyślają się, że jestem kobieta nieszczęśliwa w pożyciu i że...
— Ależ któż to może wytrzymać?
— A no... jeżeli mąż miększej natury, to się da przepiłować w trzy dni, w tydzień, z innym dłuższa sprawa, ale ostatecznie z największego sknery, z takiego twardego, jak kamień, można jeszcze jakieś wiórki, jakieś trociny wypiłować.
— A jakżeż twój pan Marcin?
— Oho! niezły to w gruncie rzeczy człowiek... ale twardy, jak czarna dębina, taka, co ze trzysta lat w wodzie leżała. Inna nie dałaby sobie z nim rady, ale ja, dzięki Bogu, mam sposób... i nie jeden nawet...
Dzwonek brzęknął...
— Ernestynko! — zawołała pani Marcinowa — to doktor.
— Doktor — potwierdziła pani Klotylda — spóźnił się cokolwiek... ale też ma ogromną praktykę, jego czas bardzo jest drogi...
Do saloniku wszedł doktor: człowiek w średnim wieku, czterdziestokilkoletni zapewne, bardzo sympatyczny, przystojny, ubrany wytwornie. Panie wiejskie zachwyciły się nim od pierwszego wejrzenia, a ciotka obserwowała go bardzo uważnie.
Przedstawiono mu pacjentkę; pani Marcinowa opowiedziała szeroko o swędzeniu noska, o mrówkach, o owczarzu suchotniku, o przypuszczeniach własnych co do rodzaju choroby, jakoteż o djagnozie, jaką postawiły sąsiadki, a nie zapomniała dodać z oburzeniem najwyższem o staruszku doktorze z prowincyi, który powiedział, że w Grecyi nikt na swędzenie nosa nie umarł i że byłoby do życzenia, żeby się panna przetrzęsła.
Doktor wysłuchał tej relacyi z cierpliwością przedziwną, za którą złoty medal daćby mu należało, zadał pannie Ernestynie kilka pytań, nie męczył jej długiem badaniem.
— I cóż pan konsyljarz powiada? — zapytała strapiona matka.
— Niesłusznie pani potępia — odrzekł — tego lekarza staruszka. Nie zbyt on się wykwitnie wyraża, mówiąc, że należy pannę «trząść» — ale w gruncie rzeczy ja jego zdanie podzielam. Córce pani żadne niebezpieczeństwo nie zagraża i jestem bardzo szczęśliwy, że mogę obawy pani najzupełniej rozproszyć — że zaś przejazdka i kilkotygodniowy pobyt w ładnej miejscowości, u wód, zrobiłyby młodej osobie bardzo dobrze, to fakt...
— Więc pan zaleca wyjazd?
— Radzę.
— A lekarstw żadnych?
— Nie trzeba.
— A dokąd wyjechać? Kiedyś, kiedyś, miałyśmy zamiar udania się do Szczawnicy... tam podobno zbiera się bardzo dobre towarzystwo.
— Więc niech panie jadą do Szczawnicy.
— Dobrze — rzekła ciotka Klotylda — ale będę prosiła o wskazówkę, do którego lekarza tam się udać — i, jeżeli pan łaskaw, o liścik.
— Ponieważ panie jadą do Szczawnicy, list będzie zbyteczny.
— Zbyteczny?
— Tak, gdyż i ja zamierzam tam lato przepędzić, więc w razie potrzeby będę na usługi.
— Ach! jak to szczęśliwie — zawołała pani Marcinowa — jak to wybornie. Ja bo odrazu powzięłam do pana konsyljarza takie zaufanie, że jestem najpewniejsza, iż moja córeczka będzie zdrowa jak rybka.
Po wyjściu lekarza, pani Marcinowa nie mogła go dość nawychwalać.
— Jaki miły, jaki elegancki i jaki przystojny! Szczęśliwa jest doprawdy kobieta, która ma takiego męża.
— Takiej kobiety niema jeszcze na świecie — rzekła ciotka Klotylda.
— Więc on kawaler i Klocia go znała dawniej?
— Kawaler; spotykałam go niekiedy w towarzystwie i przypominam sobie, że raz, w roku zeszłym tańczył ze mną. Mogę nawiasowo dodać, że tańczy doskonale.
— Moja kochana, taki zdolny człowiek to wszystko doskonale umie — i wyobraź sobie, ja nic a nic nie wiedziałam, że ty go znasz...
— Cóż tam taka znajomość — kłania mi się na ulicy i na tem się kończy. U mnie w domu był dopiero pierwszy raz.
Pani Marcinowa wpadła w zamyślenie i dopiero po długiem, długiem dumaniu rzekła:
— Kochana Klociu! jestem tak wzruszona, że myśli zebrać nie potrafię.
— Cóż ci jest, Julciu?
— Ach! serdeczna moja! od tylu lat cię znam, a jeszcze nie miałam pojęcia o tem, jaki ty masz szczery, jaki szlachetny, jaki wzniosły charakter! Twoje serce, Klociu, to nie serce — nie! to kopalnia brylantów, to królewska skarbnica.
— Julciu! co ty mówisz?!
— Wiem ja co mówię — rzekła pani Marcinowa, ocierając chusteczką łzy rozrzewnienia...
— Ależ co?
— Nie zapieraj się, duszko; sama powiedziałaś, że ten śliczny, elegancki, ten taki miły doktorek jest kawaler, i w tem właśnie maluje się cała szlachetność twojej duszy!...
— Julciu, daję ci słowo honoru, żem temu nic a nic nie winna. Dlaczego się dotychczas nie ożenił — nie wiem. Prawdopodobnie nie chciał, ale ja mu bynajmniej nie broniłam... Znam go tak mało...
— Do szlachetności dołączasz skromność, trzymasz się zasady, że nie ma wiedzieć lewica, co daje prawica; ale ja znów taka ograniczona nie jestem, ja myśli twe wzniosłe przenikam i zamiary rozumiem... O tak! Tyś to ułożyła, ten doktor dla Ernestynki, niby nieznajomy twój, a przecież znajomy, ten wyjazd do Szczawnicy, ta jego tam bytność niby przypadkowa, a przecież nieprzypadkowa, to wszystko twoja robota, to twoja serdeczna życzliwość dla mnie i dla mojej córki! Ernestynko, ucałuj ciotkę jaknajczulej, bo ona daje ci przyszłość, daje ci wielki los do ręki...
— Bójcież się Boga, ale ja o niczem nie wiem!
— Och, Klociu! ja ci tylko dziękować i do śmierci wdzięczną być mogę... a jeżeliby mi wolno było dorzucić słówko w tej sprawie, to prosiłabym cię bardzo jeszcze o jedną niewinną bagatelną przysługę. Klociu moja najdroższa! przebacz, że użyję dość pospolitego wyrażenia, ale: «ale stać cię na mięso, nie żałujże i na pieprz...»
— Pieprz? a na cóż to pieprz? — spytała zdumiona ciotka.
— Ach, mój aniołku, ty nie masz córki, nie wiesz więc, jak trudno w dzisiejszych czasach wydać zamąż biedną panienkę bez... pieprzu...
— Nie rozumiem...
— Ale ja rozumiem; ja to sercem macierzyńskiem odczuwam. Takie niewinne dziecko, taki aniołek, sama słyszałaś, że nie rozumie jeszcze, co znaczy separacya, to jest niestety jak szczupak... pieprzu trzeba do niego, chrzanu.
— Zagadkami mówisz.
— O, ja ci zaraz tę zagadkę rozwiążę i zarazem prośbę moją wyłuszczę...
— O cóż idzie?
— Jak już będziecie tam w Szczawnicy, jak doktor zacznie bywać i starać się, to daj mu zręcznie do zrozumienia, że nasza Ernestynka coś ma... Słowo ci daję, że nie skłamiesz, bo chociaż się u nas nie przelewa, jednak zdobędziemy się na ładną wyprawkę, a dalej, jeżeli Pan Bóg da rok nieprzepadzisty i jeżeli Abram się zgodzi, to bądź pewna, że się coś znajdzie. Czy dasz mi słowo, że szepniesz?
— Owszem.
— Serdecznie dziękuję ci, Klociu, to jest właśnie ów pieprz, o który cię proszę.


VI.

Co się działo przez tydzień w apartamencie ciotki przy ulicy Marszałkowskiej, opowiedzieć trudno...
Weronika i Florentyna myślały chwilowo o samobójstwie, posłańcy biegali jak szaleni, znoszono mnóstwo przeróżnych materyj, kretonów, shirtingów, madepolamów, creasów, wstawek, wszywek, rąbków, miniardizek i najosobliwszych krokodylów, z jedwabiu, półjedwabiu, wełny, półwełny, bawełny, lnu i wszelakich włókien, jakie są na świecie...
Ciągle tylko była mowa o tasiemkach, guzikach, haftkach, konikach, przypięciach, upięciach, wcięciach i o tym podobnych nadzwyczajnościach, których umysł ludzki, a właściwie męzki umysł, na żaden sposób objąć, ani spamiętać nie może.
Wyprawić pannę do Szczawnicy, to zadanie ciężkie... Trzeba było odbyć niejedną naradę z fryzjerem, wystudjować gruntownie teoryę siedmiu sposobów czesania głowy; trzeba było wbić w twarde mózgownice szewca i rękawicznika to, zupełnie zresztą słuszne przekonanie, że bucik powinien być o cal krótszy i węższy od nóżki, a rękawiczka dużo mniejsza od ręki — no, ale przecież przy trójprzymierzu wymowy naszych pań jakoś to się zacofanym rzemieślnikom wytłumaczyło.
Cięższa sprawa była z sukniami, Ernestynka albowiem, aczkolwiek wykształcona umysłowo, bo ukończyła pensyę z powodzeniem, pod względem fizycznym nie stała jeszcze na tym stopniu rozwoju, który daje prawo do patentu na okazałą piękność.
Natura była dla niej pod pewnymi względami skąpą, gdyż, wyposażywszy ją bogato w kości i w delikatną skórkę, poskąpiła ciała.
Sama pani Marcinowa wyrażała się o swej jedynaczce, że jest to dopiero kanwa, na której przyszłość wyhaftuje kształty, że jest to młodziutka rzodkiewka inspektowa, w tej chwili podobna do bladoróżowej nitki, ale która za jakiś czas nabierze koloru i form dojrzewającej wisienki.
Tymczasem korzystać trzeba z dobrodziejstw sztuki, aby uzupełnić szkaradne i niczem nieumotywowane skąpstwo natury. W tym celu odbyło się konsyljum, złożone z gorseciarki, uczonej modystki oraz dwóch jej starszych asystentek i dzięki środkom, na radzie tej uchwalonym, plastyka panny Ernestyny, klasyczne zaokrąglenie linij i ogólna całokształtu harmonja nie pozostawiały nic do życzenia.
Panna mogła zrobić wrażenie nietylko w Szczawnicy, ale choćby nawet w Ostendzie, y compris, jeżeli ciocia nie zapomni o pieprzu.
Kiedy już wszystkie sprawunki były załatwione, a siedm dużych kufrów z otwartemi paszczami czekały tylko, aby je pochłonąć, panie odetchnęły i posłały do cukierni po czekoladę, iżby się nieco wzmocnić i pokrzepić po trudach przebytej kampanji.
Pani Marcinowa, załatwiwszy się z posiłkiem, powstała i rzekła do córki głosem uroczystym i poważnym:
— Tak więc, moje dziecko, od dziś jesteś kompletnie zmobilizowana...
— Cóż to znaczy, mateczko?
— Patrz, Klociu! ona nie wie, co to znaczy!
— Co prawda, Julciu, ja także dobrze nie rozumiem — rzekła ciotka.
— A widzicie, słusznie mówi przysłowie, że niema tego złego, coby na dobre nie wyszło... Uważaj, droga Klociu, opowiem ci, jakie miałam szczególne zdarzenie w roku zeszłym... ale możem ci już kiedy... o tem mówiła.
— Ale o czem?
— O spiżarni, o moim nadzwyczajnym wypadku w spiżarni... Nie wiesz?
— Nie.
— A zatem, Klociu kochana, posłuchaj, opowiem króciutko. Były żniwa, w domu ani żywego ducha, a ja, już nie pamiętam po co, poszłam do spiżarni. Szafarka nasza, Onufrowa, także nie pamiętam po co, przechodziła koło spiżarni, a że jest o nasze dobro bardzo dbała, więc, ujrzawszy klucz i sądząc, że ja zostawiłam go przez zapomnienie, co istotnie czasem mi się zdarza, przekręciła go dwa razy, wyjęła, schowała do kieszeni i pobiegła z sierpem na pole.
— Biedna Julciu! siedziałaś więc w kozie.
— Naturalnie, nawet przez okno wyjść nie mogłam, gdyż przed dwoma laty ukradli mi szynkę i kazałem wtedy kraty żelazne do okna zrobić. Zanim się poschodzili z pola, upłynęły cztery godziny. Z nudów zaczęłam przerzucać stare gazety, które chowam zwykle do śpiżarni, aby były w razie potrzeby pod placki, i przeczytałam długi artykuł o organizacyi armji niemieckiej; otóż przypomniałam sobie, jak tam jest wszystko prześlicznie urządzone, i powiadam właśnie, że i nasza Ernestynka w tej chwili jest zmobilizowana.
— Jakto? moja mamo.
— A tak, kochaneczko, zmobilizowana, to znaczy, że jesteś gotowa zupełnie do wojny i że masz zawojować doktora.
— Ależ, mamo...
— Wiem, drogie dziecko, co chcesz powiedzieć, że nie umiesz i że ci się to trafia po raz pierwszy. Istotnie, tak jest i inaczej być nie może, bom cię wychowała w zasadach... Ale, kochaneczko, na każdą panienkę przychodzi taki czas, że trzeba umieć i trzeba zacząć. Ten czas przyszedł. Jak to robić należy, ja cię uczyć nie będę, radź się własnego serca, patrz i uważaj, jak postępują inne panienki z naszej sfery, a na wypadek trudnych wątpliwości... masz ciotkę. Ja, jako matka, zrobiłam, co mogłam; nie żałując pieniędzy, zmobilizowałam cię, a ty teraz wojuj! Rozwiń wszystkie twoje kadry, landwery i landszturmy i zwycięż, Ernestynko, bo czasy są dziś ciężkie, a wyjść za takiego doktora jest to, jak cię kocham, wielki los na loteryi.
Na drugi dzień, ponieważ pociąg ku granicy odchodził wówczas o godzinie dziewiątej minut piętnaście wieczorem, od samego świtu zaczęło się gotować nadzwyczajne piekło pakowania kufrów.
Przepyszny temat dla malarza do wielkiego obrazu pod tytułem «Taniec tłomoków.»
Cała serya zapomnień, przypomnień, sprawunków dodatkowych, uzupełnienia drobnych szczegółów, kupowania nadprogramowych pudełek. Ani pani Marcinowa, ani Ernestynka nie mogły jeść obiadu tego dnia; ciotka Klotylda jadła i pamiętała o Waciu, Bronisiu i Adasiu, ale bo też jej temperament był znacznie chłodniejszy...
Jak ten dzień przeszedł, jakim cudem się skończył, trudno opisać, ale nareszcie przeszedł.
Tłomoki pojechały na dworzec dwiema dorożkami, panie trzecią, a w dziesięć minut później Weronika Dajpokój czwartą, wioząc pozostawione przez zapomnienie pudełko. Dodać trzeba, że w drodze minęła się z Florentyną Nierusz, która pędziła na złamanie karku piątą dorożką, aby owo właśnie pudełko przywieźć i paniom do wagonu podać.
Ostatecznie wszystko się znalazło, upakowało — rozległ się drugi dzwonek.
Nastąpiła scena rozstania się, wzruszająca scena.
Mogłoby się zdawać, że stado szarych wróbli, ćwierkając zajadle, walczy o kilka ziarnek owsa na drodze.
Złudzenie akustyczne!
Żadnych wróbli nie było — tylko trzy panie całowały się tak serdecznie.


VII.

Niech szanowna publiczność wybaczy autorowi małe nadużycie; sięgnie on albowiem do archiwów prywatnych i zdradzi tajemnice tak zwanej literatury familijnej, kopjując kilka listów panny Ernestyny.
Pierwszy był dość krótki, czemu się dziwić nie trzeba, wiedząc, że Ernestynka była szczupłej kompleksyi.
Podróż, widoki tylu miejsc pięknych a nieznanych, mnóstwo wrażeń, wreszcie myśli o przyszłości, tak blizkiej a zapowiadającej się uroczo, zmęczyły młodą osobę.
Cała treść pierwszego listu da się opowiedzieć w kilku słowach: przyjechałyśmy szczęśliwie — on jest.
Dwa wyrazy: «on jest» posłużyły pani Marcinowej jak leit motiv do ślicznej opery domowej, z prologiem o powoziku. W harmonji aryj głównych zaszła niejaka zmiana; nie szło już albowiem teraz o to, czem jeździć będzie dusza, ale co się pośle na stację kolei po takiego konkurenta? bo jużciż chyba nie wóz drabiniasty, ani nie skrzynię od kartofli — chociaż... po mężu wszystkiego się można spodziewać.
Z owych dwóch wyrazów: «on jest» ukuła pani Julja znakomite zęby do piły; wprawdzie tylko dwa, ale cóż to znaczy. Bywa chłopska, zwyczajna piła do kloców, a bywa też i angielska okrągła — a taka przy szalonym ruchu rotacyjnym może dwoma zębami piłować nawet żelazo, o czem się pan Marcin bardzo gruntownie przekonał.
Drugi list był obszerniejszy i trzeba przytoczyć z niego kilka wyjątków.
«Nie wyobrażałam sobie nigdy, droga mamo — pisała panna Ernestyna — że kuracya może być tak przyjemna i tak skuteczna zarazem.
«Nazajutrz po naszym przyjeździe spotkałyśmy doktora na promenadzie, gdzie zbiera się, nawiasowo powiedziawszy, bardzo ładne towarzystwo. Niektóre panie, jak się dowiedziałam, bo zresztą nikt takich rzeczy nie ukrywa, mają toalety aż z Wiednia! Ale niech się mameczka nie lęka, moje sukienki, chociaż tylko z Warszawy, nie ustępują paryskim, a lwowskie wyglądają przy nich bardzo skromnie. Nie mówię już o kostjumach, zrobionych w Brodach, Tarnowie, Stanisławowie i w jakimś tam Stryju; jakby w Stryju w ogóle można było co szyć!
«Doktor przywitał nas bardzo uprzejmie, bo trzeba przyznać, że mało jest na świecie ludzi równie przyjemnych i dobrze wychowanych.
«Niech mameczka sobie wyobrazi, że gdym jadąc zdrzemnęła się w wagonie, przyśnił mi się Maciuś.
«Miał na sobie kożuch, buciska skórzane, wysokie aż do pasa i w ręku trzymał, nie zgadnie mama co... widły?
«Nie potrzebuję chyba dodawać, że mi ten sen przyjemności nie sprawił.
«Po obiedzie doktor przyszedł. Już mnie wcale nie egzaminował, lecz odrazu przepisał kuracyę. Rano i wieczorem mleko, codzień kąpiel i obowiązkowy spacer. Wody zalecił selcerskie: pijam je z mlekiem — i więcej nic. Radził, żebym się bawiła i tańczyła, słucham go też i wykonywam jego zlecenia punktualnie.
«Byłyśmy już na jednym wieczorku — i doktor też był. Jaki on jednak poczciwy, mateczko!
«Naumyślnie przyszedł, żeby się przekonać, czy wykonywam dokładnie, co mi kazał. Mateczka zna przecież moją sumienność!
«Sam tańczył ze mną walca raz i polkę dwa razy — a z ciotką tylko mazura.
«Nie wyobrazi sobie mama, jakie ogromne powodzenie ma tu ciotka Klotylda... Młodzież dobija się o nią... Ja dopiero teraz spostrzegłam, jaka to ładna kobieta.
«Na ostatnim wieczorku była w prześlicznej sukni ciemno-wiśniowej i dekoltowana... Cudowna. Ja miałam suknię pod samą szyję i z rękawami, bo wiem, jakie są przekonania mamy pod tym względem. Zawsze mama mówi, że panienka w moim wieku dekoltować się nie powinna, zwłaszcza gdy jest cokolwieczek w stylu «danse macabre».
«Wszyscy mówili, że ciotka wygląda jak Marya Stuart, przed ścięciem. Doktor rozmawiał z nią w mazurze, a potem, jak ją odprowadził, stał jeszcze chwilę za jej krzesłem. O czem mówili, nie słyszałam, ale domyślam się, że o mnie, widocznie kochana cioteczka, zgodnie z życzeniem mamy, dodawała pieprzu.
«Bardzo to jest miły człowiek, ach mamo, jaki miły! W Krzywej Woli nie miałam pojęcia, że istnieją tacy ludzie na świecie... Nie, mameczko, w okolicach naszych widzimy tylko Maciusiów — dopiero na wodach poznaje się ludzi...»
List ten pani Marcinowa dała do przeczytania mężowi. Włożył okulary, przeczytał raz, drugi i trzeci, pomyślał, westchnął i rzekł:
— Szczęśliwa kuropatwa, ta nasza Ernestynka, ktoby się spodziewał?!
Wiedzieć trzeba, że pan Marcin, gospodarz zawołany i myśliwy wielki, miał swój specyalny język. Każdą kobietę nazywał kuropatwą, a małe dziewczynki przepiórkami. Kawaler zwyczajny, według jego słownika, zwał się bekas, taki jak doktor, to był dubelt dobrze oblany, ludzi starszych i żonatych nazywał cietrzewiami, a własnej żonie dawał tytuł sowy.
— Szczęśliwa, szczęśliwa kuropatwa! — powtórzył kilkakrotnie. — Bo ja zawsze powiadam...
Ale nie powiedział, gdyż zrobił się krzyk na folwarku, więc wybiegł zobaczyć, co się stało.
W jednym z następnych listów pisała Ernestynka:
«Zapytuje mameczka, czy mi serce bije i czy pamiętam zalecenia mamy, aby wszystkie landszturmy rozwinąć. Cóż odpowiem? Biję, rozwijam, marzę, bawię się, przechodzę istny sen na kwiatach!
«Są takie chwile, że pisywałabym wiersze.
«Doktor bywa u nas bardzo często, naradzają się z ciotką, zapewne nad przyszłością naszą.
«On jest bardzo grzeczny, kilkakrotnie dawał mi do zrozumienia, że ładnie wyglądam i że mi w różowym kolorze do twarzy. Jednego dnia przysłał dwa prześliczne bukiety. Było to bardzo pięknie z jego strony...
«Jedna pani, jak się dowiedziała o tem, rzekła z westchnieniem do ciotki: «Są jednak jeszcze mężczyźni.» Zapewne musiała w tem być alegorya, ale wie mameczka, że ja nic nie rozumiem i jak czego nie wypada słuchać, to nie słucham. Jednak musiało w tem coś być, bo ciocia uśmiechnęła się dziwnie, a tamta pani westchnęła. Ona widocznie miała kiedyś duże zmartwienie z powodu mężczyzny.
«Pisze mama, że mi samo szczęście idzie do rąk, i że jeżeli nie zdołam go pochwycić, to będę skończona gąska.
«Cóż ja tu mam chwytać, droga mameczko? Ubieram się najstaranniej i zawsze do twarzy, uczę się przed lustrem, jak spuszczać oczy, jak je podnosić, jaki nadawać wyraz twarzy. Pracuję, jak umiem i mogę. Może w przyszłym liście będę miała co więcej do powiedzenia.»
Ów przyszły list brzmiał tak:
«Jestem trochę niewyspana po wielkim balu wczorajszym; na promenadzie rano nie byłam, bo spałyśmy do jedenastej. Ciotka jest widocznie zmęczona, zapewne głowa ją boli, gdyż mało mówi i ciągle się zamyśla. Poczciwa kobieta, ona mnie bardzo kocha!
«Wczoraj przed balem powiedziała do mnie wyraźnie: «moja Ernestynko, ja pragnę, żebyś ty była szczęśliwa.» To są własne jej słowa, proszę mamy.
«Czas nam tu schodzi bardzo mile, zrobiłam dużo znajomości, poznałam kilkanaście rodzin i wielu młodych ludzi. Są między nimi przystojni, układni, dobrze wychowani, ale wszystko to nie wytrzymuje porównania z moim doktorem.
«Pomimowoli, droga mamo, wymknął mi się ten wyraz z «moim doktorem» i czuję, żem się zarumieniła, jak wiśnia, ale, droga mamo, mnie się zdaje, że już do tego niedaleko. Ja go zaczynam lubić i niech tylko słówko powie, nie będzie miał wielkich z mojej strony trudności... Chyba dla ceremonii...
«A on już, już zaczyna potrochu.
«Dziś przyszedł o czwartej, ciocia nie mogła zaraz wyjść do niego, gdyż nie była odpowiednio ubrana, więc blizko przez kwadrans rozmawiałam z nim sam na sam.
«Co prawda, mógł był powiedzieć wszystko, co tylko chciał, ale widocznie jest on jeszcze nieśmiały, a może się boi odpowiedzi odmownej.
«Starałam się tak postępować, żeby obawy jego rozproszyć, bo przecież mam serce nie z kamienia, i widok cierpień zawsze mnie wzrusza.
«Rozmawiał ze mną dużo, dopytywał się o rodziców moich, o rodzeństwo, o Krzywą Wolę. To mi, jeżeli mam szczerze powiedzieć, było trochę przykro, bo widać, że i on jest w gruncie materyalistą, jak wszyscy panowie.
«Nie wiem, mateczko, czym dobrze zrobiła, ale zdawało mi się poniekąd koniecznem, żeby dodać rodzicom pewną ilość włók gruntu, potroić inwentarz i oczyścić zupełnie hypotekę.
«On udał, że go te moje zwierzenia trochę dziwią, i powinszował mi, że znam się na interesach, jak adwokat...
«Kto wie, czy nie przyszłoby do dalszych zwierzeń i bliższej znajomości, ale ciotka prędko się ubrała, przyszła do saloniku i ma się rozumieć...
«Wyszliśmy potem na spacer, on nas odprowadził i został na herbacie. Jaki to miły człowiek! jaki miły! a gdy w dobry humor wpadnie i zacznie opowiadać, jest niezrównany. Zaśmiewałyśmy się obie.
«Wychodząc, uścisnął mi dłoń serdecznie, a ciotkę Klotyldę pocałował w rękę.
«Rzecz widoczna, że uznaje ją za zastępczynię mamy.

Ernestyna.»

«P. S. Niech też mama powie Maciusiowi, żeby mi się w mamy listach nie kłaniał; ja mam tu coś ważniejszego do roboty, aniżeli myśleć o odsyłaniu ukłonów jakiemuś tam niedźwiadkowi z Bajorków, który, jak mamie wiadomo, nie umie się nawet zgrabnie i po ludzku ukłonić.»
Po otrzymaniu tego listu, pani Marcinowa zdwoiła normalną ilość obrotów piły na sekundę i wprawiła ją w ruch tak szalony, że pan Marcin, piorunując na wszystkie kuropatwy tego świata, wpadł na folwark, zwymyślał dwóch parobków, potrącił pastucha, kazał sobie osiodłać konia i, wskoczywszy na siodło, jak młodzieniec, pomknął cwałem do Piszczykowskiego, aby ten nieszczęśliwy powozik obejrzeć.
Ernestynka pisała znowuż:
«Mama się tak dopomina o konkretne rzeczy, jakby konkretność zależała ode mnie.
«Niechnoby mama przyjechała i sama spróbowała, jak to łatwo... Ja robię, co mogę, uśmiecham się, jak umiem najładniej; cztery razy byłam w teatrze, żeby się nauczyć, jak trzeba manewrować z trenem, i przyznam się mamie, że już coś zrobiłam; nie były to formalne oświadczyny, ale jakby wstęp, rodzaj preludium...
«Zresztą niech mameczka sama osądzi, ja wypisuję naszą rozmowę najdokładniej, gdyż znowuż byliśmy przez chwilę sam na sam...
«On. Dzień dobry pani!
«Ja. Dzień dobry, panie doktorze, cioteczka za chwilę nadejdzie.
«On. Dlaczego «panie doktorze», dlaczego daje mi pani ten tytuł, który przypomina zaraz moje obowiązki, szpital i pacyentów! Ja nie chcę bywać w tym domu w charakterze lekarza. Skoro panie witam, przyszedłszy tu, radbym podać wam rękę po ludzku, a pani wywołuje zaraz widmo «doktora». To tak wygląda, jakbyś pani chciała powiedzieć: pamiętaj jegomość o tem, że niema tu dla ciebie naszych ładnych rączek, tylko jest... puls...
«Ja. Więc jak mam pana nazywać?
«On. Trzeba mówić do mnie po przyjacielsku: panie Henryku...
«Ja (myślę sobie: tu cię właśnie czekałam! Zdobędę się na krok stanowczy!) Dobrze, panie doktorze, odtąd mówić będę do pana: kochany panie Henryku! (Rumienię się, jak piwonia, spuszczam oczy i mówię, szeptem niby sama do siebie). Boże! co ja też powiedziałam!...
«On roześmiał się szczerze, wziął mnie za rękę i rzekł:
«— O nie cofaj pani tego, może nie zadługo nadejdzie chwila, w której stosunek nasz będzie bliższy i da mi prawo nazywać panią «kochaną panną Erne...»
«Nie dopowiedział «styną», gdyż w tej chwili weszła ciotka:
«Wie mama, jak serdecznie kocham ciotkę, jak jestem jej wdzięczna, i jakie mam dla niej obowiązki, ale w tym razie wyjątkowo wolałabym jej nie widzieć. Stało się wszakże, matuchno moja, i ponieważ nie miałam innej drogi wyjścia, postanowiłam czekać na dokończenie początku tak bardzo ciekawego i zajmującego.
«Niech mama się spodziewa lada dzień depeszy, gdyż nie będę trzymała ciekawości mamy w takim stopniu natężenia w jakim znajduje się ciekawość moja w tej chwili. Wiem, jak to jest bardzo i okropnie męczące.»
Ten list panny Ernestyny przepiłował ostatecznie zacnego pana Marcina. Koło zrobiło ostatni obrót, a powozik na drugi dzień już był w Krzywej Woli, aby wozić uspokojoną duszę i zięcia.
W kilka dni później nadszedł oczekiwany telegram.
«Dziś doktor oświadczył się ciotce. Proszę na wesele.

Ernestyna.»

Ta depesza wydała się pani Marcinowej nie dość jasną; bo, że doktor oświadczył się ciotce, to bardzo naturalne; trzeba zrozumieć, że oświadczył się o rękę Ernestynki Klotyldzie, jako mojej zastępczyni, ale zaproszenie na wesele jest dość dziwne. Kto kogo zaprasza? skoro to przedewszystkiem do rodziców panny młodej należy.
Zaproszenia wyjść powinny z Krzywej Woli i tak też będzie, a niejasność depeszy wyniknęła zapewne z pośpiechu.
Biedne dziecko pod wrażeniem tak silnem nie mogło zebrać myśli i ułożyć depeszy jak adwokat.
Ostatni list Ernestynki brzmiał tak:
«Najdroższa mamo! Czy ja jestem gąska, nie wiem, ale stało się tu coś nadzwyczajnego, czego ani przypuszczać nie śmiałam, ani dotąd zrozumieć nie mogę.
«Doktor dokończył przerwanej rozmowy przy ciotce. W jej obecności pocałował mnie dwa razy w rękę i rzekł: teraz mogę nazywać panią kochaną panną Ernestyną, gdyż za miesiąc zostanę pani... wujaszkiem.
«Sądziłam, że stracę przytomność, ale nie, chciałam wiedzieć, jaką też minę ma kochana cioteczka...
«Ach, mamo! to nie do uwierzenia, to już przechodzi wszelkie granice, to jest szczyt...
«Kochana cioteczka siedzi na fotelu, uśmiecha się, jak gdyby nic ważnego nie zaszło, i najspokojniejszym głosem powiada: Tak, kochaj, Ernestynko, pana Henryka, bo to mój przyszły mąż, a twój wujaszek...
«Myślę, droga mamo, że tak wygląda kotka, gdy schrupie nieswoją mysz i oblizuje się po tej uczcie.
«Cóż miałam robić, mamo, powiedzieć ciotce wprost, że to niegodziwość, nie wypadało, tem więcej, że dawała mi parokrotnie do zrozumienia, że o moim losie pomyśli.
«Udałam więc bardzo uradowaną i życzyłam tym państwu szczęścia mową, piekła myślą, a uczynkiem, gdybym tylko mogła, byłabym wydrapała im oczy...
«Doktor dziś wyjechał, aby urządzić mieszkanie i załatwić różne formalności; my wyjeżdżamy za tydzień.
«Wie mama, że teraz, kiedym już to wszystko przebolała i przeszła, żałuję, żem opuściła Krzywą Wolę. Po co było jechać do Szczawnicy? czy dlatego, żeby wydać za mąż ciotkę? Mogła to przecież i bez mojej pomocy urządzić...
«Jestem jeszcze panna zamłoda na to, abym miała wydawać za mąż wdowy w średnim wieku.

E.»

«P. S. Śnił mi się dziś Maciuś; był ubrany bardzo elegancko, we fraku, i miał szczególnie miły wyraz twarzy. Niech mu się mateczka kłania odemnie i da mu od niechcenia poznać... że gdybym go ujrzała na dworcu w dniu mojego przyjazdu do Warszawy, to pomyślałabym sobie, że jest galant.

E.»

P. S. P. S.
«Śpieszę mateczce donieść, że przed kilkoma minutami ciotka bardzo chwaliła Maciusia, obiecała mi też dać wyprawę i pięć tysięcy. Ostatecznie niezła kobieta jest ciotka, ale bardzo tani z niej kupiec... Przyzna mameczka, że doktor trochę więcej był wart.

E.»

Na tem kończę wyjątki z literatury familijnej, a i to opowiadanie też kończę...
Maciuś jest bardzo szczęśliwy, Ernestynka trochę noskiem kręci, ale pierścionek wzięła, szyje na gwałt wyprawę i słucha pilnie wykładów o teoryi pił drewnianych.
Że jest to dziecko zdolne z natury, pilne z charakteru, a pracowite z wychowania, że posiada przytem temperament, przeto można być pewnym, iż ziarna wiedzy nie padną na opokę i że wydadzą plon obfity a skuteczny, gdyż Maciuś jest chłopiec nie z czarnej dębiny, jak pan Marcin, ale ze zwykłej sośniny, która, na świeżo zwłaszcza, da się bardzo łatwo połamać.
W Wądołkach i Górkach oburzenie powszechne. Jak niegodziwa ciotka śmiała wyjść za mąż, mając krewnych, którzy ją tak kochali, tak starali się zasługiwać na jej względy, tyle jej przysyłali prezentów.
Od tej pory nie dostanie nic.
Biedna ciotka!
Pani Klotylda wyszła za mąż, jest zakochana w swoim Henryku i bardzo, bardzo szczęśliwa... ale swoją drogą życie ma ciężkie.
Wprawdzie już jej nie męczy pytanie, komu się dostanie jej kapitał, bo go z całem zaufaniem mężowi oddała, lecz ma znów trzy służące i lokaja... i wiekuiste z tego powodu piekło.
Państwo Henrykostwo byli na weselu Ernestynki w Krzywej-Woli. Maciuś zachwycał się swoją żoną, swojem szczęściem i... ciotką Klotyldą.
Uwielbienie swoje wyraził, rzekłszy do pana Marcina:
— Bezstronnie mówiąc, kochany ojcze, moja Ernestynka jest ósmy cud świata, ale ciotka chyba dziewiąty, tak jeszcze ładnie wygląda.
Panu Marcinowi przypomniała się historya z doktorem w Szczawnicy i zawód Ernestynki. Pokiwał tylko głową i rzekł sentencyonalnie:
— Zapewne... piękna to jest kuropatwa, ale... bardzo fałszywa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.