Strona:Klemens Junosza - Z Warszawy.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

I biedna ciotka ma także i z tego powodu ciężkie życie, bo wszystkich prowiantów skonsumować, nawet przy pomocy gości, nie może, a chować już nie ma gdzie, bo wszystkie szafy i komody są pełne.
Ciotka jest wzruszona, radaby z całego serca jakoś się krewnym za tyle dowodów pamięci odwdzięczyć; nie sypia więc po nocach, myśli, kombinuje...
Przychodzi jej nieraz do głowy, żeby siostrzenicę swoją, pannę Ernestynę z Krzywej Woli, wydać za Maciusia z Bajorków, albo Fredzia z Wądołków ożenić z Ludwisią z Górek... ale się to jakoś nie klei, bo ta młodzież dziwnie jest grymaśna i ma wielkie o sobie rozumienie.
Ernestynka wysoko patrzy, gdyż skończyła pensyę w Warszawie, i jak mówi matka jej, poczciwa pani Marcinowa, jest panienka oczytana na wszystkie cztery boki i posiada, oprócz fortepianu, cztery języki, nie licząc własnego; to też Ernestynka wprost powiada, że Maciuś dla niej za głupi (jak gdyby na męża filozof koniecznie był potrzebny).
Przewrócone w głowie ma dziewczyna i tyle...
Fredzio znów, dla tego, że nosi ubranie imponującej szerokości i marynarkę krojem workowatym, Bóg wie co sobie wyobraża i na Ludwisię patrzeć nie chce, bo mówi, że w Górkach bieda aż piszczy, a żydzi siedzą tam na hypotece, jak koty na piecu.