Strona:Klemens Junosza - Z Warszawy.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

tym względem podobna jest ona do tych zagorzałych winciarzy, którzy pasyami lubią grę i tęsknią do swoich partnerów, a gdy zasiądą do stolika, to kłócą się, jak zacietrzewione indyki.
Nie sposób utrzymywać, że posiadanie kapitału, przynoszącego regularnie procenty, należy do przykrości nadzwyczajnych, których przy największym wysiłku woli znieść nie można; owszem, dla zwykłych ludzi jest to nawet niejaka przyjemność, ale każdy medal ma dwie strony!...
Jeszcze póki człowiek żyje, to tam jako tako: bierze procent, żyje z niego, ponosi wydatki, dysponuje nim według upodobania, ale gdy człowiek umrze? Kto będzie pobierał procenty, lub też kto weźmie na swoje barki ciężar roztrwonienia kapitału? Na jaki cel użyje tych pieniędzy, co z niemi zrobi?
Kto powie, że tego rodzaju pytania nie są męczące, ten nie ma o zmęczeniu najmniejszego pojęcia...
Ciotce Klotyldzie myśli tego rodzaju spędzają sen z powiek.
Nieraz w nocy przewraca się ona nieboraczka na pysznem, bogato rzeźbionem łożu, na miękkich edredonowych poduszkach, przewraca się biedaczka, a wzdycha i jęczy, jak Madej na swem piekielnem posłaniu.