Strona:Klemens Junosza - Z Warszawy.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Możnaby jeszcze wykombinować w inny sposób, tak, żeby była jedna para głupia, a jedna poczciwa, to jest niechby Fredzio wziął sobie Ernestynkę, a Ludwisia Maciusia, bo Maciuś złoty chłopak... Ci dwoje dorobiliby się czegoś, bo ona jedynaczka, a on ma tylko jednego braciszka Bolcia.
Doskonaleby było, ale cóż? Fredzio z Ernestynką, a Maciuś z Ludwisia są sobie cioteczni, pokrewieństwo zablizkie. Trzebaby aż do Rzymu po dyspensę posyłać.
Głowa pęka, doprawdy, jak się naraz tyle osobliwych kombinacyj złoży.
I te grymasy, to zadzieranie nosów, pięcie się w górę też jest przyczyną zmartwienia... I kto? kto? Taka sobie Ernestynka i taki sobie Fredzio! Jest też komu świat gubić!
Tak ciotka po nocach, nie mogąc sypiać, kombinuje i na żaden sposób nie może zaspokoić swojej ciekawości i znaleźć odpowiedzi na pytanie: kto weźmie jej majątek.
Ta myśl ją męczy i spokoju nie daje, tak, że biedna kobieta dopiero nad ranem zasypia.
Ciężkie życie!


II.

Regularnie o godzinie 10-ej zrana ciotka Klotylda kończy pić kawę i zaczyna robić, stosownie do