Strona:Klemens Junosza - Z Warszawy.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

coby ze ściany wodę popuszczał i że pewnikiem tam «złe» siedzi. Nie chce pijać herbaty, bo ją «chwalić Boga, nic nie boli na wnątrzu» i prosi o «kapeckę żuru i krztę bałabonu», to już sobie sama w «garnusecku» uwarzy.
«Jednak, droga moja Ernestynko, ja ci tę Marysię odsyłam.
«Nie dla tego, żeby mi się miała nie podobać; przeciwnie, jestem nią zachwycona w najwyższym stopniu — ale, duszyczko moja, ja się źle obliczyłam z mojemi własnemi siłami i przeceniłam, jak sądzę, me pedagogiczne zdolności. Zawiodłam się sama na sobie.
«Marysia, o ile jest skromna i niewinna, o tyle nierozgarnięta.
«Nie mówię już o sprycie zręcznej subretki, o tem nawet nie marzyć, ale nie posiada ona żadnych w ogóle umysłowych zdolności i nie rozminę się z prawdą, twierdząc, że przyszłość tego miłego dziewczątka i jego karyera jest w Krzywej Woli, w oborze.
«Próbowałam ja z niej coś zrobić, droga Ernestynko, ale niestety przyszłam do wniosku, że łatwiej by mi przyszło nauczyć niedźwiedzia haftować, lub słonia robić pończochę, aniżeli Marysię zamiatać.
«Jest to niepodobieństwo.