Strona:Klemens Junosza - Z Warszawy.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

zapowiedzi, że zbrakło już miejsca na szumowiny i skutkiem tego rosół był tak mętny, jak amatorski traktat o spirytyzmie.
Skończyło się na tem, że musiała pani Klotylda oddalić i lokaja i kucharkę i poradzić im, aby się pobrali w innej parafji.
Były tego dnia nie dwie zwykłe burze, ale dwa huragany, dwie trąby powietrzne, dwa cyklony, a potem cisza, dwa obrachunki, dwie wypłaty, dwa świadectwa i listy do dwóch kantorów...
Doprawdy! nawet przy najdogodniejszych warunkach bytu, przy niezależności zupełnej, przy majątku życie kobiety jest straszliwie ciężkie, a nadewszystko przez te niegodziwe sługi!


III.

Teraz nieco historyi.
Każdy człowiek ma swoje dzieje, ma je też i ciotka Klotylda.
Urodziła się ta niewiasta, jak powiedziano wyżej, przed trzydziestoma siedmioma laty, z czego zresztą nie czyni sekretu. Nie dla tego żeby miała odstępować od ogólnej zasady, ale z powodu, że wygląda jeszcze tak dobrze, że nikt w jej szczerość pod względem lat nie wierzy.