Błękitno-purpurowy Matuzalem/Część trzecia/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Błękitno-purpurowy Matuzalem
Podtytuł Powieść chińska
Część trzecia
Rozdział Zwiedzenie świątyni brzemienne w skutki
Data wydania 1927
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der blaurote Methusalem
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała część trzecia jako ePub Pobierz Cała część trzecia jako PDF Pobierz Cała część trzecia jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Zwiedzenie świątyni brzemienne w skutki

Goście spali długo i smacznie. Po przebudzęniu wypili herbatę w ogrodzie. Mandaryn wyjechał był w sprawach urzędowych, zostawiwszy gości opiece swego marszałka. Towarzystwo postanowiło wykorzystać jego nieobecność, która miała potrwać do obiadu, i zwiedzić miasto. Zwrócono się do marszałka po palankiny.
Przed wyprawą na miasto Matuzalem złożył jubilerowi przyrzeczoną wizytę. Towarzyszył mu Godfryd. Przeszli przez ulicę w zwykłym ordynku — oczywiście, pies stanowił awangardę.
Hu-tsin przyjął ich z wylewną serdecznością. Zaprosił do jednego z pokojów mieszkalnych. Był to pokój obszerny; można go było dowolnie przedzielać ruchomemi parawanami. Z poza jednego z owych parawanów wyszła żona jubilera. Matuzalem widział ją już poprzedniego wieczora przy świetle lampjonów. Rysy jej twarzy, mongolskie, były jednakże bardzo subtelne i miłe. Podała gościom rękę i zaprosiła ich na herbatę.
Stół i krzesła były znacznie niższe, niż sprzęty używane w Europie. Dopiero dzięki przyzwyczajeniu można się było w tych krzesłach i za tym stołem czuć wygodnie.
Oczywiście, rozmawiano przeważnie o wczorajszej przygodzie. Degenfeld ostrzegł małżonków, aby nie ujawniali prawdziwego jej przebiegu!
Za ścianką odzywały się głosy dziecięce. Jubiler wyjaśnił, że to jego dzieci czytają książkę.
Dzieci, czytające książkę w Chinach! Matuzalem był zaciekawiony. Na jego życzenie jubiler odsunął ruchomą ściankę. Dwaj chłopcy starszy nie miał chyba więcej niż lat jedenaście — i dziewczynka siedzieli przy stoliku nad książką. Podnieśli się natychmiast i ukłonili tak głęboko, że cienkie warkocze przewróciły się i opadły na czoła. Poważne, niemal uroczyste miny nadawały ich twarzyczkom nader śmieszny wyraz.
Matuzalem poprosił o książkę i zaczął przerzucać kartki.
— Czy uwierzysz, — rzekł — Godfrydzie, to czasopismo dla dzieci!
— Co? Czasopismo dla dzieci? Czy to prawda? W chinach pismo dla dzieci?
— Tak, z obrazkami, w wierszach.
— To ciekawe! Nigdybym nie przypuszczał!
— O, widzisz. W Chinach jest mniejszy procent analfabetów, niż naprzykład w Rosji.
— Szkoda, że nie umiem tego przeczytać. Wygadać się jako tako potrafię, ale z czytaniem jest gorzej. Co tam właściwie drukują? Czego się tu ich uczy?
— Tylko dobrego. Tu naprzykład piszą:

Tscö, pu hio,
Feï so i;
Yeu pu hio
Lao ho wei?

— Cóżto znaczy?
— To znaczy:

Dziecko, które się nie uczy.
Niczemu nie podoła;
Kto się zamłodu nic nie nauczy
Cóż pocznie starcem?

Książka nosi nazwę „Santscö-king“ — „Książka trzech słów“, gdyż każda strofa składa się z trzech słów.
— Proszę o jeszcze jeden przykład!
— Chętnie:

Phi pu pian,
Sio tszu kian
phi wu szu,
zie tsz mian.

To znaczy: „Piszący sitowiem, używający kory bambusowej za papier, ludzie owi nie znali książek, a mimo to uczyli się pilnie“. — Są to opowieści z historji, podawane jako wzór, godny naśladowania. Oto jeszcze jeden wiersz z tej historji:

Iu nang ing
Iu ing siue,
Kia sui phin
Hio po tszue

Studjując przy blasku świetlików i śniegu, aczkolwiek ubodzy z domu, nie zaniedbywali nauk“. — Obrazki ilustrują tekst. Doprawdy, nie wiedziałem, że istnieją w Chinach tak świetne książki dla dzieci.
Jubilera ucieszyło bardzo zainteresowanie się cudzoziemców jego dziećmi. Z wdzięczności za wczorajszą przysługę przyniósł ze sklepu szkatułkę pełną kosztowności, i prosił, aby goście wybrali sobie coś na pamiątkę. Matuzalem chciał się wymówić, ale, przekonawszy się o nieustępliwości gospodarzy, przyjął wreszcie jakiś drobiazg.
Dostał bibelotkę, rzniętą z kości słoniowej tak precyzyjnie, że tylko cierpliwość Chińczyków mogła ją wykonać. Był to mały domek, wysokości i długości calowej i półcalowej szerokości, a jednak nad jego parterem wznosiło się pięknie zdobione piętro. Parter miał cztery okna, przez które widać było: w pierwszym pokoju jedzącego Chińczyka; w drugim czytającą kobietę; w trzecim — piszącego mandaryna; w czwartym — pykającego fajkę wieśniaka. Na piętrze były dwa pokoje: w pierwszym kobieta i mężczyzna siedzieli przy pracy; w drugim dzieci spały w czterech łóżeczkach. Wszystkie te postacie i rzeczy były mimo mikroskopijnych rozmiarów tak subtelnie i kunsztownie wypracowane, że musiały być dziełem mistrza w swoim zawodzie — owocem wieloletniej pracy.
Godfryd otrzymał fajkę w tak przedziwny sposób drążoną, że można było puszczać z niej dym rozmaicie ukształtowany.
Dostali jeszcze jeden podarunek, napozór nieznaczny, ale w gruncie rzeczy o wiele, wiele cenniejszy od tamtych. Jubiler przyniósł książeczkę, na trzy cale długą i tyleż szeroką, oprawną w skórę prasowaną. Wewnątrz tkwił tylko jeden arkusik, zapisany z obu stron dziwacznem pismem. Matuzalem nie mógł go odcyfrować, zapytał przeto o treść.
— Jest to nader cenna książeczka, mianowicie t’eu-kuan, — brzmiała odpowiedź.
T’eu-kuan, — a więc glejt króla żebraków? — Tak. glejt mego teścia. Czy nie sądzi pan, że może się panu przydać?
— Jakże mógłby się przydać? Nie jestem podwładnym t’eua.
— Ten glejt jest przeznaczony nie dla jego podwładnych, lecz dla obcych. Posiada pan jakiś dokument?
— Tak. Tong-tszi dał mi również nader pożyteczny papier.
— Bardzo pożyteczny, gdyż tong-tszi ma pieczę nad cudzoziemcami i kogo broni, temu nic złego stać się nie powinno. A jednak paszport tong-tszi jest niczem wobec paszportu króla żebraków.
— Jakto?
— Ponieważ — — no, wyjaśniłem już panu wczoraj, kim jest król żebraków i jakie wpływy posiada. Jego moc przerasta władzę najwyższego mandaryna. Kuan króla żebraków — to potęga, budząca zgrozę, podczas gdy paszport mandaryna budzi tylko szacunek. Nie zamierza pan tutaj zostać, lecz udaje się dalej, w głąb naszego kraju?
— Noszę się z takim zamiarem.
— Otóż właśnie. Spotka się pan z ludźmi, którzy śmieją się z nakazu władzy urzędowej, natomiast rozkaz mego teścia otaczają takim szacunkiem, jakgdyby spłynął z nieba.
— Czy t’eu-kuan jest kartką, którą się dostaje za pieniądze od t’eua i przylepia do szyb, aby się pozbyć natrętnych żebraków?
— O nie! Kartka, o której pan mówi, jest rozkazem, wystosowanym do żebraków, aby omijali odnośne drzwi. T’eu-kuan zaś jest listem żelaznym. Wystawia się go nader rzadko i to tylko dla osób, którym t’eu jest bardzo zobowiązany. Kto nie uszanuje tego glejtu, naraża się na wielkie niebezpieczeństwo. Donieś pan t’euowi, że jakiś wicekról nie obronił cię, mimo okazania kuanu, a teść mój naśle na prowincję krnąbrnego urzędnika hordę natrętnych żebraków, która dopóty będzie go trapić, dopóki się nie poda do dymisji. Dostałem ten glejt od t’eua dla własnego użytku, ale proszę, abyś zechciał go ode mnie przyjąć. Będę ogromnie zadowolony, jeśli cl się przyda.
— Czy wolno go panu odstępować?
— Tylko temu, kto mi wyświadczył wielkie dobrodziejstwo. Muszę też odrazu przez posłańca zameldować królowi żebraków, w czyich rękach znajduje się tak rzadki i cenny dokument. Przyśle mi wzamian drugi. Ufam więc, że nie odmówi pan mojej prośbie. W ten sposób chociaż w drobnej cząsteczce zrewanżuję się za uratowanie mi życia.
Matuzalem przyjął podarunek z wdzięcznością, poczem pożegnał grzecznych, sympatycznych Chińczyków. Wyszedłszy na ulicę, ujrzał przed domem Wing-kana oddział policjantów, oraz kulisów, wynoszących większe paki. Władze konfiskowały majątek jubilera, zawczasu wyzbyty z najcenniejszych klejnotów przez zapobiegliwego dostojnika.
Ledwo obaj Niemcy weszli do domu tong-tszi, u wylotu ulicy rozległy się ostre dźwięki gongu. Wartownik oznajmiał, że bogowie sami się wyzwolili i że dziś jeszcze wrócą do swoich świątyń. Dodał także, że przestępcy w więzieniu oczekują na sprawiedliwą karę. Tymczasem marszałek domu mandaryna dostarczył gościom palankiny. Podróżni wsiedli do pojazdów i wyruszyli, poprzedzani przez dwóch forysiów. Dwaj inni szli za nimi. Matuzalem zostawił w domu i fajkę wodną, która mogła mu w wycieczce zawadzać, i newfundlandczyka, i — ku wielkiemu niezadowoleniu Godfryda — obój.
Niebawem kulisowie zatrzymali się przed budowlą, którą nazwali „świątynią pięciuset duchów“. Cudzoziemcy opuścili palankiny, aby obejrzeć świątynię dokładnie. Wkroczyli w aleję, przykrytą dachem. Z obu stron stały kamienne potwory. Na spotkanie wyszedł dobrze utuczony bonza, witając gości przyjaznem, „tszing, tszing“. Zgodził się oprowadzić ich i wszedł z nimi do podwójnej hali. Tu pod ścianami „siedziało“ pięćset pozłacanych figur, wyobrażających najznakomitszych uczniów Buddy.
Na pierwszy rzut oka aleja robiła wrażenie przygnębiające. Po bliższej obserwacji można się było nawet oswoić z tem niemem towarzystwem, składającem się wyłącznie z dobrodusznych bóstw.
Ponieważ w Chinach pojęcie urody jest spowinowacone z pojęciem otyłości, a „wzniośli święci“ bezwarunkowo powinni byli się szczycić wybitną urodą, przeto wszystkie posągi miały kształty mniej więcej, a raczej więcej zbliżone do rozmiarów mijnheera van Aardappelenborsch. Czasem nawet prześcigały je znacznie. Twarze były bez wyjątku dobroduszne; niektóre uśmiechały się; inne znowu śmiały serdecznie; szczęki tak szeroko były rozwarte, a oczy tak głęboko ukryte w fałdach policzków, że wydawało się, iż za chwilę wybuchnie salwa ogólnego śmiechu.
Jedna tylko figura miała poważną minę; wyróżniała się także odrębnym strojem. Na zapytanie Matuzalema, bonza objaśnił:
— To największy i najsławniejszy, najpotężniejszy i najświętszy bóg naszej świątyni. Zowią go Ma-ra-ca-pa-la. Posiada zresztą szereg innych imion.
A więc to był posąg słynnego weneckiego podróżnika Marko Polo, który pierwszy przywiózł do Europy wyczerpujące i ważne wiadomości o Chinach i Wschodniej Azji i którego nazwisko, aczkolwiek przekształcone po chińsku, dochowało się do dnia dzisiejszego. Spotkał go zaszczyt zasiadania pomiędzy bogami, nawet w pierwszym ich rzędzie.
Roześmiane twarze bogów podziałały na podróżnych zaraźliwie. Godfryd de Bouillon uśmiechał się znacząco; mijnheer zagryzał wargi; Turnerstick drapał się pod fałszywym warkoczem — ledwo mógł powstrzymać się od śmiechu, a przecież nie wiedział, czy śmiech w tej świątyni jest dozwolony. Nawet sam bonza przejął się nastrojem oprowadzanych gości. Zmrużył oczy i otworzył szeroko usta, wskazując na jednego z bożków — najweselszego w wesołem gronie, śmiejącego się w milczeniu wprawdzie, ale tak serdecznie i wyraziście, iż można było sądzić, że łzy płyną mu z oczu ciurkiem. To stanowiło jakgdyby sygnał. Godfryd wybuchnął śmiechem i krzyknął:
— Nie bierzcie mi za złe, moi panowie bożkowie, ale czuję się w waszem czcigodnem towarzystwie tak wspaniale, że nie potrafię płakać. Jesteście najwspanialszymi wesołkami, jakich kiedykolwiek spotkałem. Tszing, tszing, tszing!
Mijnheer wtórował pucybutowi; Turnerstick, Matuzalem i Ryszard poszli za ich przykładem; Liang-ssi uczynił to samo, a nawet sam bonza zalewał się głośnym śmiechem.
Dookoła podwójnej hali ciągnęły się mieszkania bonzów. Przewodnik wprowadził gości do paru mieszkań. Wszędzie proponowano im trociczki i barwne kartki z modlitwami, które sprzedają chińscy kapłani. Matuzalem rozdał im garść li, przewodnikowi dał com-tsza[1], w następstwie czego cały tłum odprowadził ich głośnym „tszing tszing“ aż na ulicę, gdzie wsiedli do palankinów.
Stąd szło się przez liczne zaułki do ciemnego tunelu. Po schodach wspięli się na mur, otaczający miasto. Przeszli mimo starych zardzewiałych armat do czerwonej pagody, słynącej z osobliwego wyglądu. Jest to czworograniasta budowla o pięciu piętrach z bardzo wystającemi gzymsami, ciężka i niezgrabna. Towarzystwo wspięło się po drewnianych schodach na najwyższe piętro, skąd roztaczał się wspaniały widok na miasto.
Na południu skupiło się morze dachówek. Na każdej stał duży kubeł z wodą — na wypadek pożaru. Ponad dachami domów strzelały ku górze pagody i niezliczone świątynie, a także drewniane rusztowania dla wartowników. Na wschodzie wznosiły się góry Tian-wang-ling, a na południowo-zachodzie wyżyna Sai-chiu. Na północy rozciągała się pocentkowana wioskami równina; otaczała miasto ławicą piasku, w którym Kanton od tysiącleci zagrzebuje swoich zmarłych.
Stąd zaniesiono podróżnych do sing-gu — gmachu sprawiedliwości. Weszli przez otwartą furtkę, strzeżoną przez żołnierzy uzbrojonych w spisy, przebyli wąski dziedziniec i wkroczyli do rozległej hali o dachu podpartym słupami. Było tu sporo ludzi. Przyglądali się przybyszom z nietajonem zdziwieniem.
Przy stole siedział stary mandaryn z olbrzymiemi okularami na nosie; warkocz jego zwisał do ziemi. Nie widać było śladu aktów, ani przyborów piśmiennych. Urzędnik widocznie nie przywiązywał wagi do tego rodzaju zbytecznej formalistyki, zmiejsca rozstrzygając spory doraźnym wyrokiem.
Sześć osób otaczało jego stół: dwóch oskarżycieli i czterech oskarżonych. Nad wyraz krótkie przesłuchanie wyjaśniło, że pierwsi byli właścicielami sklepu z obuwiem, a drudzy — niewypłacalnymi klientami. Przyznali się do długu, ale tłumaczyli się bezgranicznem ubóstwem. Po krótkim namyśla sędzia uznał winę nietylko dłużników, lecz nawet oskarżycieli, za to mianowicie, iż udzielili lekkomyślnie kredytu i bezcelowo molestowali wysoki urząd. Sprawiedliwy urzędnik porozumiał się szeptem z kilkoma drabami, zaopatrzonymi w laski bambusowe, w następstwie czego otoczyli całą szóstkę, aby na miejscu wymierzyć im karę.
Bohaterowie sprawy musieli się położyć rzędem, grzbietami do góry. Trzech policjantów wykonywano wyrok. Jeden przytrzymywał głowę delikwenta, drugi klęczał mu na nogach, a trzeci wykonywał bambusem czynność, znaną z doświadczenia nietylko Chińczykom. Każdy z delikwentów otrzymał po piętnaście cięgów, zadanych z całej mocy. Żaden nie krzyczał; prawdopodobnie byli przyzwyczajeni do tego rodzaju sądowych praktyk. Niebawem podnieśli się, złożyli głęboki ukłon przed mandarynem i — — uszli czem prędzej. Matuzalem słyszał, jak jeden z ukaranych szepnął do drugiego:
Put-ko tszu-san tai, pau yit-tszi — Tylko trzy pierwsze uderzenia bolą, pozostałe znosi się lekko.
Nie znikł jeszcze, a już druga sprawa weszła na wokandę. Jakiś człowiek oskarżał swego towarzysza o pobicie, w dowód czego wskazywał sińce na twarzy. Oskarżony nie przyznawał się do winy. Okazało się wnet, że obaj lepiejby na tem wyszli, gdyby wzięli nauczkę z poprzedniej sprawy. Ten sam bowiem los — w postaci policjantów — pochwycił jednego i drugiego i wsypał im po dwadzieścia tęgich cięgów. Zaczem obaj ukłonili się głęboko i wmieszali się w tłum, przytrzymując rękami zbolałe części ciała.
— Chodźmy! — odezwał się Godfryd. — Markotno mi się robi, gdy widzę, że mandaryn wszystkich oddarza z jednego garnka. To pachnie niebezpieczeństwem. Nie chciałbym wdepnąć w jakąś sprawę. Tszing, tszing!
Oddalili się w kierunku Hing-miao, świątyni „Grozy i kary“. Jest to najbardziej zwiedzana świątynia miasta, a głośny jej bożek patronuje Kantonowi. Przez dziwne wrota wchodzi się na dziedziniec, zapełniony setkami żebraków, napierających z dzikim wyciem na pobożnych i turystów. Cała ich czereda zwaliła się formalnie na palankiny, ledwo pozwalając pasażerom wysiąść.
Matuzalemowi wpadło na myśl wypróbować moc t’eu-kuanu. Wyciągnął drobną książeczkę z kieszeni, otworzył ją i pokazał najbliższemu żebrakowi. Skutek był natychmiastowy.
Teu-kuan-kiün! — Posiadacz t’eu-kuanu! — zawołał żebrak, silny drab bez jednej ręki.
Teu-kuan-kiün! — rozległo się dookoła. Ciżba cofnęła się z szacunkiem pod mury. Po straszliwej wrzawie nastąpiła głucha cisza.
Degenfeld przekonał się o skuteczności glejtu; wszelako nie zamierzał odtrącać od siebie tej nędzy. Skinął na jednego z żebraków i zapytał, czy mają jakiegoś „zwierzchnika“. Okazało się. że był nim jednoręki żebrak. Matuzalem przywołał go, wręczył mu srebrnego dolara i kazał podzielić pomiędzy wszystkich. Zwierzchnik żebraków podziękował ze czcią, należną królowi, i oddalił się, zwrócony na znak szacunku twarzą ku Matuzalemowi.
Prócz żebraków na dziedzińcu byli zebrani kuglarze, czarownicy, wieszcze, sprzedawcy ciastek i inni domokrążni handlarze, Świątynia zawdzięcza swą groźną nazwę straszliwym obrazom, przedstawiającym surowe kary, oczekujące grzeszników po śmierci.
Oto grzesznik, rozbujany jako języczek w dzwonie; inny, wśrubowany jako korkociąg; trzeci między dwiema prasującemi go belkami. Oto dusze, gotowane w gorącej oliwie, krajane ostremi nożami, rozrywane przez zaprzęg byków. Inne, tłuczone moździerzem, wsadzone na pal, smażone na rożnach, powieszone głową nadół i miażdżone kołami. Widok był tak okropny, że goście, obdarzywszy oprowadzającego kapłana com-tszą, śpiesznie opuścili ten przybytek imaginowanych tortur.
Odprowadzeni wdzięcznem „tszing, tszing“ żebraków, wyszli na ulicę i kazali się zaprowadzić do „Domu stu władców niebios”, gdzie poprzedniego dnia dokonano świętokradztwa.
Była to ostatnia owego dnia przejażdżka, albowiem zbliżyła się pora obiadu, który postanowiono zjeść w chińskiej gospodzie.
Dziedziniec był pusty. Stał tylko jeden bonza. Ukłonił się i zapytał, czy przyszli obejrzeć miejsce, wczorajszego występku.
— Świątynia była dzisiaj przepełniona ludźmi, — rzekł — ale teraz wszyscy poszli towarzyszyć uroczystemu powrotowi bóstw. Będzie to wspaniały pochód triumfalny. Obecnie w świątyni jest jedynie wielki tong-tszi, któremu zawdzięczamy odkrycie złoczyńców. Przyszedł sprawdzić, czy ład panuje w przybytku bogów.
Świątynia składała się z dwóch części, w większej z nich, w głębi, mieściła się lwia część bogów. Europejczycy weszli do przedniej hali. Stało tu osiemnaście posągów; dwa postumenty, na których spoczywali obaj wykradzeni bożkowie, były teraz puste. Wpobliżu postumentów stał tong-tszi. Na widok swych gości zbliżył się do nich szybko.
— Jesteście panowie? — rzekł na przywitanie. — Czy zwiedzacie nasze miasto?
— Zwiedziliśmy część miasta — odpowiedział Matuzalem. — Przyszliśmy tu naostatek.
— Słusznie. Niestety, nie będę mógł panom dotrzymać towarzystwa, gdyż zajęty jestem tą nieszczęsną sprawą. Wkrótce sprowadzą posągi. Możecie być panowie świadkami uroczystości. Chodźcie ze mną! Pokażę wam główną nawę świątyni.
Matuzalem, Godfryd, Ryszard i Liang-ssi poszli za mandarynem. Przyłączył się do nich także bonza.
Turnerstick i mijnheer jak zwykle zamykali orszak. Nic ich nie nagliło, więc kroczyli powoli po dziedzińcu. Rozglądali się na wszystkie strony. Kiedy weszli do przedniej części świątyni, towarzysze ich znajdowali się już w drugiej nawie. Nie zrozumieli słów bonzy, nie wiedzieli zatem nic o rychłym powrocie bożków.
Rozglądali się ciekawie. Spostrzegłszy niezajęte postumenty, Turnerstick rzekł:
— Mijnheer, tu zapewne siedziały oba skradzione bóstwa. Jak pan mniema?
Wat ik zag? Ja, daar hebben zij gestaan. — Jak mniemam? Pewnie tutaj siedziały.
Podeszli bliżej i przypatrzyli się uważnie. Na obszernej podstawie można się było swobodnie rozsiąść. Turnerstick schylił głowę nieco wbok i odezwał się:
— Nienajgorsze siedzenie. Nieraz siedziałem mniej wygodnie. To też nie jestem bogiem. Chciałbym wiedzieć, jakie to uczucie być bogiem. Chyba wcale nie jest źle słyszeć modły i wąchać dym kadzidlany. Co?
Ja, bet moet zeer heerlijk zijn. — Tak, to musi być bardzo przyjemne.
— No, można się przekonać. Sposobność nadarzyła się doskonała. Zasiądę na tym postumencie i wmówię w siebie, że jestem chińskim bałwanem. Jestem ciekaw, jak się do tego ustosunkują pozostali koledzy-bogowie.
Z tą samą szybkością, z jaką strzelił mu nieszczęsny pomysł do głowy, kapitan wprowadził go w czyn. Wlazł na postument, usiadł wygodnie, skrzyżował nogi na podobieństwo otaczających go posągów, i zapytał:
— No, mijnheer, jak ja wyglądam?
Zeer goed. — Bardzo dobrze.
— Do tego wachlarz! Szkoda wielka, żeśmy tu sami! Chciałbym, aby mnie widział jakiś Chińczyk. Ciekaw jestem, czy wziąłby mnie za Buddę, czy za Fricka Turnersticka. Jakby się przeląkł, gdybym przemówił doń swoją wspaniałą chińszczyzną! Te ich ukłony!
Ik word u cena maken — Spróbuję je naśladować!
Turnerstick rozwinął olbrzymi wachlarz, trzymając go w prawej ręce, podczas gdy lewą przebierał po sztucznym warkoczu. Na nosie siedziały okulary. Grubas zaś ukłonił się głęboko i rzekł:
— Moje uszanowanie, mijnheer Budda. Jakże pańskie szanowne zdrowie?
— Jak moje zdrowie? Doskonale, zwłaszcza od chwili, gdy wstąpiłem do grona stu władców niebios. Ale, mój panie, siedzi się tutaj doprawdy bosko wygodnie. Czy nie chciałby pan spróbować?
Grubas w zakłopotaniu potarł kilkakrotnie podbródek i odparł:
Wordt men want mogen? — Czy wolno?
— Wolno? Czemu nie? Co za pytanie! Widzi pan przecież, że ja tu siedzę! A może się pan lęka?
Neen! — Nie!
— No, więc wzoruj się na mnie! Chciałbym pana zobaczyć wreszcie jako bałwana.
— Jako bałwana? Mnie? Dobrze, spróbuję!
Obaj nie zwracali uwagi na wrzawę, coraz to głośniejszą. Wrzaski gongu mieszały się z tonami dzwonków, fletów i innych instrumentów.
Grubas usiadł na drugim postumencie i zapytał:
— Widzi mnie pan, panie Turnerstick? Czy wyglądam jak bałwan?
— Ale najzupełniej! Wywierałby pan jednak silniejsze wrażenie, gdybyś rozwinął nad sobą parasol.
— Racja. Przecież go przyniosłem.
Rozwinął potężny deszczochron i jął rozglądać się dumnie. Starał się naśladować pozycję kapitana, atoli krótkie grube nogi trudno było złożyć na krzyż.
Muzyka i wrzaski tak się wzmogły, że bożkowie-samozwańcy raczyli wreszcie zwrócić na nie uwagę.
— Co to za wrzask? — zapytał mijnheer.
— Wrzask? Hm! Zapewne ćwiczenia strzeleckie straży obywatelskiej.
— Ćwiczenia?
— Czemu nie? Zdaje się, że przeszli. Szkoda! Jakby to pięknie było, gdyby tu zajrzeli. Moglibyśmy się przekonać, czy istotnie wyglądamy jak bogowie! Posłuchaj pan.
Tymczasem pochód dotarł do wrót. Składał się z bonzów, licznych urzędników i ogromnego tłumu ciekawych. Bogowie w kwiatach spoczywali na noszach, okrytych dywanami, i dźwiganych przez kapłanów. Muzykanci, idący na czele, zatrzymali się przed bramą i przepuścili tłum, odprowadzając go dźwiękami marsza.
To właśnie sprawiło, że nieszczęsny kapitan przypuszczał, że „straż obywatelska“ poszła dalej.
Trzeba wiedzieć, że orkiestra chińska różni się wielce od europejskiej. Składa się z gongów, dzwonków, blach metalowych, trąb i trąbek, dwustrunnych skrzypek, gitar i z mnóstwa innych, dziwacznych instrumentów. Każdy z grajków obrabia swój instrument, co tchu starczy, nie zważając na kolegów, nie mając nut i nie wiedząc nic o taktach. O jakiejkolwiek harmonji mowy być nie może. Za najlepszego grajka uchodzi ten, który potrafi wyczyniać największy hałas.
Nie dziw, że „marsze“ orkiestry zagłuszyły tupot zbliżającego się orszaku. Już pochód ukazał się w świątyni, a obaj bożkowie, jakby nigdy nic, czuli się zupełnie bezpiecznie i błogo. Kapitan wciąż życzył sobie jakiegokolwiek przybysza, z którego mógłby zakpić. — —
Tong-tszi, po oprowadzeniu gości po głównej nawie, przez wewnętrzną furtkę wyprowadził ich na dziedziniec, okolony portykiem z mieszkaniami bonzów. Matuzalem zapytał mimochodem:
— A więc wnet przybędą bożkowie. Jakże się ma sprawa z przestępcami?
— Właściwie ku większej chwale bożków należałoby ich tu przyprowadzić. W tym wypadku nie uniknęliby zapewne samosądu tłumu.
— To pan ich ustrzegł przed okrutnym losem?
— Nie, nie mógłbym zresztą. Kapłani upierali się przy swojem żądaniu, a sing-kuan nie śmiał im odmówić. Lecz oto wszyscy trzej przestępcy znikli.
— Znikli? Uciekli zatem?
— Uciekli — skinął mandaryn, strojąc niedwuznaczne miny.
— Rozumiem — uśmiechnął się Matuzalem. — Poszli na wygnanie, o którem pan wczoraj im mówił?
— Tak. W nocy zdołali umknąć.
— Oczywiście, nie bez czyjejś pomocy?
— Prawdopodobnie, gdyż byli dobrze strzeżeni, Naczelnik więzienia zapłaci za tę ucieczkę świętokradców, ale nie gardłem.
— Hm. Wczoraj oglądałem pewne żetony, które dają swobodny dostęp do więźniów. Czy niewiadomo, kto pomógł zbiegom?
— Nie. Wszak żetony, o których pan wzmiankował, nawet człowiekowi nieznanemu otwierają wrota więzienia. Stało się; niema o czem mówić. Proszę tylko pana, abyś przynajmniej, póki jesteś moim gościem, nie uczynił nic beze mnie, o ile nie chcesz nas wszystkich narazić na niebezpieczeństwo! Jutro złoży panu wizytę ho-po-so, którego pan uratował. Nie wiedział dotychczas, że pan u mnie gości. Dzisiaj odbywa inspekcję rzeki, aż do wyspy Lu-tsin. Jeśli mu się uda wcześniej ją zakończyć, może dziś jeszcze pana odwiedzi. Ho-po-so może się wam przydać, jeśli zechcecie opuścić Kuang-tszéu-fu drogą wodną. Słyszy pan dźwięki orkiestry? Orszak nadchodzi!
Wrócili wszyscy razem do świątyni. Główna kaplica była jeszcze pusta, atoli w przedniej części rozbrzmiewały dzikie wielogłose wrzaski.
— Niebiosa! — krzyknął student. — Pochód już wkroczył do świątyni, a Turnersticka i mijnhesra nie widać. Zostali wtyle. Kto wie, jakie głupstwo palnęli.
Chciał pędzić naprzód. Mandaryn uchwycił go za rękę i ostrzegł:
— Stój! Jeśli popełnili jakieś głupstwo, nie powinniśmy przecież kompromitować się wraz z nimi. Nie tędy! Zajrzyjmy zboku!
Degenfeld musiał przyznać słuszność Chińczykowi. Z prawej i lewej strony przez bambusowe kraty można było ukradkiem zaglądać do przedniej części świątyni. Towarzystwo podeszło do krat. Matuzalemowi omal włosy dębem nie stanęły...
Na widok wkraczającego pochodu, Turnerstick szepnął do mijnhera:
Halloo! Otóż nadchodzą jacyś!
— Tak, nadchodzą, — potwierdził grubas.
— Cicho! Ani słowa więcej! Zachowaj pan spokój i sztywność posągu! Zobaczymy, czy są o tyle sprytni, aby w nas rozpoznać żywych ludzi.
Siedział więc nieruchomo, trzymając w ręku olbrzymi wachlarz, z oczami wlepionemi przed siebie, w przestrzeń. Grubas naśladował go, nie zdając sobie również sprawy z niebezpieczeństwa, które ściągnęli na swoje głowy.
Naprzód weszło ośmiu policjantów; za nimi ukazał się arcykapłan i nosze z posążkami. Teraz dopiero Turnerstick zorjentował się w sytuacji. Gorąco mu się zrobiło pod czapką mandaryńską.
— Do licha! — szepnął w kierunku współbożka. — Przyprowadzono posągi, aby umieścić je zpowrotem na postumentach, które zajęliśmy. Co począć?
Wachlarz zasłaniał przed spojrzeniem przybyszów ruch warg kapitana.
Grubasa mrowie przeszło. Doświadczył, że nawet bogowie wolą chwilami znaleźć się w zwyczajnej ludzkiej skórze.
— Tak — wyseplenił. — Co począć?
— Zostańmy na stanowiskach, i trwajmy w bezruchu! Może obrali inne postumenty...
Czekali więc na bliskie rozstrzygnięcie, napozór sztywni jak posągi, ale w istocie wstrząsani drżeniem wewnętrznem.
Policjanci szli naprzód, nie spostrzegając nadmiernej liczby bożków. Nie znali miejsc, gdzie zazwyczaj stały skradzione posągi. Lecz kapłani odrazu skierowali spojrzenia ku właściwym postumentom. Ujrzawszy miejsca zajęte, stanęli jak wryci. Kazali opuścić nosze i wrazili wzrok w nowych bogów.
Czy to być może! Czyż niebianie zstąpili na ziemię, aby pod nieobecność swych posągów nie pozbawiać świątyni swojej opieki?
Zimny dreszcz przebiegł po nabożnych buddystach. Nie śmieli iść naprzód, ale parł ich tłum, nieustannie napływający.
Przez tych, którzy znajdowali się we wnętrzu świątyni, rozeszła się na dziedzińcu wiadomość o cudzie. Każdy chciał być naocznym świadkiem. Zaczęto się pchać i przebijać, w następstwie czego bonzowie byli zmuszeni zamknąć wrota.
W świątyni znajdowali się policjanci, arcykapłani, bonzowie i szereg mandarynów. Przed wrotami muzyka umilkła. Słabo docierał szmer wzburzonych głosów, nie mącąc uroczystej ciszy, zalegającej halę.
Lecz kapłani wnet jęli się dzielić myślami. Naradzili się, jak wypada postąpić. Ta-sse, przełożony świątyni, złożył obu nowym bogom głęboki ukłon i zapytał:
Szui-ni-men, thian-tse? — Kto wy jesteście, synowie niebios?
Nie było odpowiedzi.
Hi-wei-lü-tsi? — Czemu tu przybyliście?
Bogowie nie odpowiadali. Ani jeden odruch nie zdradzał ich ziemskiego życia. Tylko ze skroni grubasa stoczyła się ciężka kropla potu, na szczęście nie dostrzeżona przez nikogo z obecnych.
Ta-sse odwrócił się ku kapłanom:
Szu-tszi-ho, szok-tszi-ho? — Co o tem myśleć, jak się wobec tego zachować?
Turnerstick umiał panować nad sobą. Ale mijnheerowi przychodziło to z większym trudem. Odczuwał żar w całem ciele. Na jego łysej czaszce, niezupełnie przykrytej czapeczką, skraplał się pot, który zaczął powoli ściekać na twarz. Ręka, trzymająca parasol, drżała, co nie uszło uwagi jednego z Chińczyków. Był to młody, dwudziesto czy dwudziestojednoetni urzędnik, najmłodszy śród obecnych. Stał dotychczas w grupie mandarynów. Ale teraz wystąpił o kilka kroków naprzód, odsunął ta-ssego i oświadczył:
Ngo yen huo t’a-men. — Będę z nimi rozmawiał.
Podszedł do nieszczęsnych żywych posągów zaczął im się bacznie przypatrywać. Potem przystanął przed bocznym ołtarzykiem, zdjął jedną z żarzących się trociczek kadzidlanych i wróciwszy do bożków, podsunął ją grubasowi pod nos.
Grubas z całej mocy usiłował oprzeć się ostremu. aczkolwiek dosyć przyjemnemu zapachowi trociczki, — bez powodzenia.
Dym napełnił mu nozdrza i...
A — a — a — a — psik! — wyrwało mu się gwałtownie, niczem z wulkanu.
Thian-na, nguot-tik! — O niebiosa, o cudzie! — rozległo się wokoło.
Młody urzędnik powtórzył swe doświadczenie na Turnersticku. Dzielny kapitan ścisnął zęby i postanowił w żadnym wypadku nie kichać. Atoli niedługo mógł się opierać. Wybuch był tem gwałtowniejszy.
Thian-na! Nguot-tik! — zawołali Chińczycy.
Turnerstick nosił ubiór mandaryna, więc przyjęto go za boga-wojownika. Mijnheer natomiast uszedł za boga z obcego, dotychczas nieznanego nieba. Kichanie ich było cudem, ale także dowodem, że kadzidło przypada im do gustu. Ta-sse myślał już o sławie, jaka stanie się udziałem świątyni, i w duchu obliczał zyski, które przyniesie mu świeży cud. Aliści młody mandaryn rozwiał jego nadzieje:
T’a-men put thian-tse, t’a-men ti-jin! — To nie są niebianie, lecz zwykli ludzie!
Mówiąc to, wyjął grubasowi parasol i zaczął kłuć nim tłuste ciało Holendra.
Oei, seldrement! — Ojej, sakramencie! — zawołał mijnheer, obłapując dotknięte miejsca.
Kapitanowi dostał się również tęgi cios.
— Do piorunów! — krzyknął w odpowiedzi. — Miej się na baczności, hultaju!
Teraz dopiero powstała wrzawa. Zdemaskowano fałszywych bogów, wykryto straszne bluźnierstwo. — Otoczono nieszczęsnych ciasnem kołem.
Rechtvaardige Hemel! Dat God verhoede! — Sprawiedliwe niebiosa! Chroń nas, Boże! — krzyczał mijnheer, staczając się z postumentu, aby się schronić za plecami kapitana.
Ten zaś w obliczu niebezpieczeństwa zapomniał o strachu. Skoczył na nogi, wyciągnął ściśnięte pięści i krzyczał:
— Cofnijcieng sięg Chińczyking! Nieng pozwolęg sięg dotknącing! Czyng znacieng boksang? Czyng chcecieng poczucing siłęg pięścing kapitanang Turnerstickang?
Chińczycy cofnęli się o kilka kroków. W tej oto dramatycznej chwili Matuzalem przywarł okiem do kraty. Na postumencie stał kapitan w groźnej postawie, otoczony licznymi napastnikami. Matuzalem trafnie ocenił niebezpieczeństwo.
Turnerstick skorzystał z cofnięcia się Chińczyków i palnął mówkę, w której ostrzegał ich przed następstwami ich wrogich zamiarów.
— Co za nieostrożność! — szepnął Matuzalem. Nie wiem, czy będzie ich można uratować. Muszę jednak śpieszyć im z wyręką!
— Nie, nie! — ostrzegał tong-tszi. — Lekkomyślnie zajęli miejsce bogów i zostali na tem przyłapani. Jeśli pan pośpieszy im z pomocą, i oni, i pan, i my wszyscy będziemy zgubieni. Jedynie z odległości można będzie coś dla nich zdziałać.
— Ja ich uratuję! — oświadczył Liang-ssi. — W każdym razie uchronię ich przed doraźnem niebezpieczeństwem. Zamkną ich w więzieniu, z którego, spodziewam się, zdołamy ich wyzwolić.
Chciał się oddalić. Matuzalem powstrzymał go i zapytał:
— Co pan zamierza zrobić?
— Puść mnie pan! Oni są lamami z Lhassy.
— Nikt w to nie uwierzy!
— Niechaj wątpią! Jednak będą musieli chwilowo oszczędzać naszych przyjaciół.
Wyrwał się i wszedł do przedniej hali krokiem człowieka, który zainteresował się wrzawą.
Młody mandaryn zobaczył przybysza; podszedł doń, pociągnął go za odzież i zapytał:
— Czego tu szukasz?
— Chcę zwiedzić świątynię.
— Nie wolno teraz! Obcym chwilowo wstęp wzbroniony!
— Ale ci dwaj są też obcy!
— Znasz ich?
— Znam ich mowę i słyszałem przed chwilą, co ten lama mówił.
— Jakaż to mowa?
— Tybetańska.
— Rozumiesz ją?
— Tak. Byłem dwukrotnie w Tybecie.
— Zostań więc. Będziesz tłumaczem.
Tymczasem Turnerstick zakończył mowę, nie spostrzegając obecności Liang-ssi. Ten zaś przemówił doń po niemiecku:
— Jeśli chcecie wyjść cało z tej przeprawy, to udawajcie, że mnie nie znacie, inaczej będziemy zgubieni.
Kapitan spojrzał nań i odpowiedział:
— Nie lękam się tych kanalij. Mam przy sobie pistolety.
— Myli się pan. Dopuścił się pan wielkiego występku. Jeśli się nawet uda panu stąd wydostać, nie omieszkają pana ścigać, aż do skutku, nie mówiąc już o tem, że skrupi się to na nas wszystkich.
— Do pioruna, co za farsa!
— Postaram się pana uratować. Podaję pana za świątobliwego lamę z Lhassy. Siadaj pan spokojnie, jakbyś się czuł uprawniony do zasiadania na postumentach. To samo stosuje się do pana, mijnheer.
— Dobrze — odparł kapitan. — Ale jeśli mi taki smarkacz znów będzie pchał pod nos dymiące trociczki, tak go wypoliczkuję, że popamięta ruski miesiąc. Właź pan na swój tron, mijnheer!
Weder opstijgen? — Znowu włazić? — zapytał półgłosem Holender.
— Tak. Słyszy pan przecież, że inaczej źle z nami będzie.
Rozparł się ponownie na postumencie i rozwinął wachlarz. Mijnheer poszedł za jego przykładem. Liang-ssi wyjął parasol z rąk mandaryna i zwrócił go Holendrowi, mówiąc:
— Nie poruszajcie się. Spoglądajcie nieruchomo przed siebie.
Chińczycy przyglądali się ruchom Liang-ssi bez sprzeciwu. Na twarzach malowało się bezgraniczne zdumienie. Stali tu śród nich mandaryni, zarówna wiekiem jak i urzędem poważniejsi od młodego urzędnika, który zdemaskował fałszywych bogów. Zdawali się go znać dobrze i cenić. On zaś nie stropił się interwencją przybysza. Ofuknął go:
— Jak śmiesz wyrywać mi z rąk parasol?
— Ponieważ nie jest twój.
— I — dodał mandaryn w bardziej ostrym tonie — jakże się ważysz tykać mnie?
— Odpłacam ci równą miarką.
— Jestem kuan-fu i moa-sse[2].
— Skąd wiesz, że i ja nim nie jestem?
— Jakże chcesz uchodzić za kuan-fu, skoro nie nosisz odpowiedniego ubioru?
— Kto składał ślub, musi zdjąć z siebie wszystkie odznaki, dopóki go nie wykona.
Liang-ssi podjął ryzykowną grę; ale musiał odegrać rolę do końca. Mandaryn przyglądał mu się z nieufnością.
— Ślub? — rzekł już tonem łagodniejszym. — Ale jaki?
— Czyż jesteś kapłanem, że o to pytasz?
— Nie. Uszanuję świętość ślubu. Skąd przybywasz?
— Z Tszing-tu w prowincji Sce-tszuen.
— To bardzo daleko!
— Ślubowałem iść do Kuang-tszéu-fu i trzy razy dziennie zwiedzać ten dom Stu Władców Niebios. Ojczyzna moja leży na pograniczu pustyni. Zwiedziłem więc Tybet i nauczyłem się tamtejszej mowy. Znalazłszy się w świątyni, usłyszałem wrzawę i dźwięki tybetańskiego języka. Przyszedłem zobaczyć, co się tu dzieje. Nic złego nie zrobiłem, a jednak przemawiasz do mnie, jak do przestępcy.
— Czy wiesz, co tu się stało wczoraj wieczorem?
— Dowiedziałem się na ulicy.
— Skradziono bogów. Kiedyśmy ich wreszcie przynieśli, świątynia znów została skalana.
— Skalana? — zapytał Liang-ssi tonem najwyższego zdziwienia. — Któż ją skalał?
— Ci dwaj obcy ludzie.
— Ci? Muszę się zapytać, czy wiesz, kto to są lamowie?
— Lamowie są mnichami i mieszkają w klasztorze.
— Tak powiadasz ty, który mienisz się doktorem pióra? Czyż nic nie słyszałeś o dalaj-lamie, o tsong kabie, o hobilganie, o pantszam vamputszi? Czyż nie są to bogowie, których dusze zstępują na wybrańców? Czyż Lhassa nie stanie za sto tysięcy świętych? Czy w wielkim Ku-ren nie mieszka trzysta tysięcy lamów, którzy nigdy nie wymrą, albowiem dusza ich przechodzi z jednego ciała do drugiego?
Mówił to tonem nieco urażonym. Matuzalem stał za kratą i podziwiał go szczerze. Nie podejrzewał w tym młodym kupcu chińskim tyle wiedzy i męstwa. Liang-ssi przeobraził się nie do poznania.
Całe szczęście, że Chińczycy mało się znają na geografji. Duma narodowa nie pozwala im dociekać ani obyczaju ani wiedzy innych krain.
Młody mandaryn był szczerze zakłopotany. Odpowiedział uprzejmie.
— Dawno znam wszystkie te imiona i nazwy.
— Nazwy — może; ale stosunki, jak wnoszę, nie są ci znane. Dalaj-lama nie jest poddanym bogdy-chana, skoro ten przesyła mu corocznie cenne podarunki w dowód swego szacunku. Każdy lama jest bogiem i przysługują mu wszystkie prawa bogów. Lama może wznieść dla siebie świątynię, w której będą się doń modlić. Za murem chińskim jest wielu lamów tak świętych, że stutysięczne tłumy odbywają do nich pielgrzymki, aby błagać o odpuszczenie grzechów i o nieśmiertelność. Do takich słynnych lamów zaliczają się ci dwaj, których macie przed sobą. Jeden z nich jest nawet lamą wojny, i to on właśnie pokonał wrogów Chińczyków, Orosów[3], we wielu bitwach. Przybyli do Kuang-tszéu-fu; w jakim celu — nie wiem, gdyż jeszcze nie spytałem ich o to. Przypuszczam, że nie zatrzymają się tutaj, skoro nie doznali godnego przyjęcia.
— Usiedli na tronach naszych bóstw!
— Któż śmie im zabronić, jeśli sami są bogami? Spytaj, a przekonasz się, że mam słuszność! Lama nie może posilać się w towarzystwie innych ludzi; nikt nie może widzieć, jak lama się myje. Kogo dotknie ręką, ten jest oczyszczony na całe życie. Nawet wicekról, przyjmując u siebie lamę, musi mu ustąpić swego miejsca.
— O tem wszystkiem niema wzmianki w księdze ceremonij.
— Ponieważ tu u nas niema lamów. Ale otwórz księgę zwyczajów narodów, mieszkających po tamtej stronie murów!
— Sprawdzę to. Ale dlaczego ci lamowie nie są jednakowo ubrani?
— Klasztorów jest bardzo wiele; mieszkańcy ich różnią się strojem. A jeśli jeszcze masz jakieś wątpliwości, przyjrzyj się im uważnie! Nie są, powiesz zatopieni w błogiej nirwanie? Przypatrz się lamie wojny! Czy nieśmiertelność nie jaśnieje na jego czole?
Turnerstick istotnie siedział tak, jakgdy losy ziemi nic a nic go nie obchodziły.
— Tak — przyznał mandaryn. — Jego dusza zda się przebywać w innych sferach.
— Stopiła się z wszechistnieniem. A teraz przyjrzyj się drugiemu. Czy nie należy nazywać go bogiem piękności i szczęścia?
Mijnheer nie czuł się bynajmniej bosko; od szczęścia był bardzo daleki. Wszakże zmusił się do błogiego wyrazu twarzy. Jego rozmiary czyniły zadość wymaganiom urody w pojęciu Chińczyków.
— Tak, piękny jest, — odparł mandaryn. — Ale zapytaj ich, w jakim celu przybyli do Kuang-tszéu-fu!
— Zmuszacie mnie do uchybienia grzeczności, należnej bogom. Gdy bogowie zatapiają się w głębie kontemplacji, grzechem jest przeszkadzać im — mącić ich spokój. Narażę się na ich gniew, który wy poprzednio już wywołaliście.
— Lama wojny był rozwścieczony, ale drugi nie gniewał się wcale. Zeskoczył z postumentu, aby się schować.
— Skoro zechce, może nas wszystkich zmiażdżyć. Ale, rozumie się, że lama pokoju, gdy gniew w nim wzbiera, zwraca się do lamy wojny.
— Więc nie chcesz ich zapytać? W takim razie my zapytamy!
— Nie, nie! Nie oddacie im należnych honorów. Odważę się. Może zechcą udzielić mi odpowiedzi.
Zbliżył się do bożków, ukłonił się nisko i rzekł po niemiecku:
— Nie odpowiadajcie odrazu, lecz wpatrujcie się w kąt. Dopiero po dłuższej chwili udajcie, że się budzicie z głębokiej zadumy. Wówczas przemówicie, ale gniewnym głosem.
Nie ruszali się więc. Liang-ssi zwrócił się do mandaryna:
— Widzisz, jak są od nas dalecy. Nie słyszą mego głosu. Muszę powtórzyć przemowę.
Zakomunikował teraz swoim przyjaciołom fortel i wyraził nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Poczem zapalił świeczkę i oświadczył Chińczykom:
— Jeszcze mi nie odpowiedzieli. Może zdołam przywołać ich kadzidłami.
Podniósł trociczkę i wymachiwał nią w powietrzu. Turnerstick ocknął się, zamknął wachlarz i zapytał, rozgniewany:
— Czy ta komedja prędko się skończy? Nie zamierzam tu dłużej siedzieć. Jestem wściekle głodny! A pan, mijnheer?
Grubas udawał, że się budzi, obracał oczami i odpowiedział:
Ja, bet is tijd, dat wij an tafel gaan. — Tak, czas już zasiąść do stołu.
— Słyszy pan? A więc postaraj się, abyśmy mogli odejść! Gdzie jest nasz Matuzalem?
— Stoi niedaleko za kratą. Nie może się teraz pokazać, ale później pośpieszy wam z pomocą.
— Z pomocą? Aż tak źle z nami?
— Miejmy nadzieję, że nie. Jednakże niewiadomo, co postanowią kapłani i mandaryni.
— O czem pan teraz mówił z nimi?
— Powinienem się was zapytać, pocoście tu przybyli?
— Czy ja wiem? Pan wie lepiej, skoro z nas zrobiłeś lamów.
— Nie wiem, doprawdy, co im powiedzieć.
— Cóż? Niech pan im powie, że przybyliśmy szukać hipopotamów, których chcemy nauczyć modnych tańców. Prawda, mijnheer?
— Tak. Nieszczęsnych hipopotamów.
— Albo powiedz, że jesteśmy tak niesłychanie bogaci, że nie wiemy, co z tym bogactwem zrobić, i że postanowiliśmy zbudować tu pagodę, w której starczy stryczków dla całej ich gromady.
— O stryczkach nic im nie powiem, ale o pagodzie?... Pomysł jest niezły. Poczekaj pan!
Zwracając się do mandarynów, oznajmił:
— Świątobliwi lamowie byli bardzo rozgniewani, że znów wyrwano ich z błogostanu. Mimo to raczyli udzielić mi wiadomości. Przybyli tutaj, aby wznieść wielką świątynię dobroczynności, w której znajdą przytułek tysiące ubogich.
Thian! Są zatem bardzo bogaci. Czy mogą dowieść, że chcą istotnie zbudować świątynię?
— Czem można dowieść swych chęci, jeśli nie czynem? Chwilowo, ponieważ im tutaj dwukrotnie przeszkodzono, opuszczą tę świątynię, aby gdzie indziej znaleźć spokój niezmącony.
— Chcą odejść? — zapytał mandaryn, uśmiechając się złośliwie. — Jeśli naprawdę są tak znakomitymi i świętymi lamami, jak rzekłeś, to bardzo nam przykro, że chcą nas opuścić. Możebyś ich zapytał, czy ich spotkamy jeszcze raz, i gdzie, i jak to się stanie?
Słowa te wypowiedział tonem przyjaznym. Liang-ssi zdawało się, że wygrał partję. Natomiast był tu ktoś, któremu się słowa urzędnika nie spodobały. Tym kimś — był Matuzalem.
Ze skupieniem przysłuchiwał się rozmowie i przyglądał się twarzom głównych aktorów sceny. Uderzyło go niezwykłe podobieństwo młodego mandaryna do Liang-ssi; dziwny zbieg okoliczności! Student był ciekaw, jak sobie pocznie mandaryn, który, mimo swój wiek młody, posiadał tytuł moa-sse.
Nie wyglądał na człowieka łatwowiernego. Pod powłoką uprzejmości można było wyczuć rezerwę, nawet nieufność. Degenfeldowi zdawało się, że ten młody człowiek przygotowuje na Liang-ssi pułapkę. Domyślał się nawet, jaką.
Sprytny i zręczny Liang-ssi dopuścił się przecież nieostrożności. Zwracając się do grubasa, nazywał go „mijnheer“. To samo Turnerstick. Otóż w Macao, w Hong-Kongu i Kantonie mieszkało sporo Holendrów. Chińczycy stykali się z nimi i, oczywiście, rozumieli niektóre wyrażenia, zwłaszcza najpospolitsze. Podobnie, naprzykład, ktokolwiek usłyszy słowo „monsieur“, choćby nie znał francuskiego, pozna, że ma przed sobą Galijczyka, słysząc zaś słowo „lady“, czy „miss“, — Anglika lub Amerykanina. Należało się przeto spodziewać, że słowo „mijnheer“ było w Kantonie dosyć znane. Można też było przypuszczać, że mandaryn zna kilka słów holenderskich. A w takim razie mógł się domyślić, że nieznajomy, do którego się zwracano przez „mijnheer“, w żadnym razie nie był lamą z Lhassy.
Liang-ssi wykonał polecenie urzędnika. Odwrócił się do Turnersticka i rzekł:
— Powiedziałem im, że chcecie wybudować dla ubogich świątynię, i to pozyskało wam respekt.
— Przeciwko respektowi nic nie mam, — oświadczył Turnerstick — ale jeśli chodzi o świątynię, to czekaj, tatku, latka. Nie wygrałem na loterji, aby trwonić swoje grosze na Chińczyków. A pan, mijnheer?
— Ani mi w głowie nie postało!
— Na szczęście, moi rodacy uwierzyli — dodał Liang-ssi — i pozwolą wam odejść. Pragną uprzednio się dowiedzieć, gdzie i kiedy was moga spotkać.
— Na księżycu, niech im pan to powie, — odpowiedział kapitan. — Nieprawdaż, mijnheer?
Ja, in den maan, en indien wij buiten zijn, in der maansverduistering. — Tak, jeśli nie we wnętrzu księżyca, to w mroku księżycowym, — potwierdził grubas, zadowolony z własnego konceptu.
Ma pan słuszność, mijnheer, — rzekł Liang-ssi. — Lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli się ulotnimy, — skoro tylko was stąd wypuszczą. Kiedy panom dam znać, zestąpcie majesta- czem prędzej 128 tycznie z piedestałów i wyjdźcie, nie uraczywszy zebranych ani jednem spojrzeniem.
— A na ulicy wsiądziemy do palankinów? — zapytał Turnerstick.
— Nie, w żadnym wypadku! Będą was obserwować i mogą dowiedzieć się, że stanowimy jedną kompanję. Po wyjściu ze świątyni pójdziecie na prawo, aby was stąd nie można było zobaczyć. Tam poczekacie na nas. Poślemy za wami dwa palankiny; kulisi pomkną kłusem do domu.
Mao-sse ze skupioną uwagą przysłuchiwał się rozmowie. Z niedostrzegalnym uśmiechem na twarzy przemówił do Liang-ssi:
— No, czyż lamowie odpowiedzieli na moje pytanie?
— Tak. Nie wiedzą jeszcze chwilowo, dokąd się teraz skierują. Ale będą tu codziennie przychodzić.
Mandaryn skinął głową i rzekł:
— Świątobliwi mężowie pozwolą mi wskazać im mieszkanie, odpowiadające ich wysokiej godności?
— Nie zechcą nikogo trudzić.
— O tem nie może być mowy. Mój dom jest nader gościnny i miejsca w nim starczy dla wielu. Czasem mieszka w nim przeszło sto osób rozmaitych stanów. A jeśli lamowie sądzą, że piastuję zbyt niskie stanowisko, aby mogli u mnie zamieszkać, to mogę powiedzieć, jak się nazywam i czem jestem. Mój tytuł brzmi ling[4], mój dom nosi nazwę 129 huok-tszu-fang[5]. ja zaś jestem jego peng-tszok-kuan[6].
Liang-ssi cofnął się o krok i niepewnem spojrzeniem zmierzył urzędnika. Widząc jednak jego niezmiernie przyjazny wyraz twarzy, uspokoił się i odpowiedział:
— Zatem sprawujesz urząd nader poważny, który pochłania chyba tyle czasu, że obecność prywatnych gości będzie cię zbyt obciążać.
— O, mój dom stoi otworem przed każdym, komu gdzie indziej się nie podoba. Jeśli lamowie nie zechcą mi towarzyszyć, będę zmuszony prosić, aby się stosowali do zwyczajów naszego kraju. Kto przybywa aż z Tybetu do Kuang-tszéu-fu, ma chyba paszport, wystawiony przez chińskiego wanga w Lhassie. Chciałbym te paszporty obejrzeć.
— Co sobie myślisz! Śmiałżebym pytać o paszport lamów, których należy czcić jak bogów? Nie może to być, przenigdy!
— Byłeś w Lhassie i chyba się lepiej na tem rozumiesz, niż ja. Nie mówmy więc o tem, czy lamowie mają paszport, czy nie, bo nie chciałbym ich urazić. Ty jednak, ty chyba nie jesteś lamą?
— Nie.
— Powiedziałeś, że Sze-tszuen jest twoją ojczyzną. Czy przybyłeś wprost stamtąd?
— Tak.
— Jest to bardzo oddalona prowincja. Kto wyrusza w tak daleką podróż, ten nie zapomina się odpowiednio zaopatrzeć. Godzisz się z tem?
— Tak.
— Najbardziej potrzebny, a nawet konieczny jest paszport. Przepisy głoszą, że każdy, kto wyjeżdża z jednej prowincji do drugiej, musi posiadać paszport, aby można było ustalić, kim jest. Znasz przecież te przepisy, będąc sam mandarynem i posiadając tytuł literacki. Sądzę zatem, że przed wyjazdem byłeś albo u tsung-tu[7], albo u fu-juen[8] w Sze-tszuen, i otrzymałeś dowód osobisty. Czy tak?
— Nie. Ślub mi zabraniał.
— Bardzo niebezpieczny ślub! Szkoda mi ciebie ponieważ pragnę twego dobra. Uznaję twoją rangę, aczkolwiek nie możesz mi jej dowieść. Jestem ci takze wdzięczny za to, żeś zechciał być naszym tłumaczem. Nie będę cię dalej trudził. Teraz możesz odejść; powiedz jednak uprzednio tym świętym z Lhassy, że pozwalam im opuścić świątynię!
Ledwo to powiedział, rozległ się w tłumie bonzów, kapłanów i mandarynów głośny szmer niezadowolenia. Nie godzono się na wypuszczenie intruzów. Ta-sse odezwał się na głos:
— Wasza młoda godność zapomina, że ja także, lako przełożony świątyni, powinienem się porozumieć z tymi ludźmi. Muszę się istotnie przekonać, czy są świątobliwymi lamami. W przeciwnym bowiem razie miejsca bogów byłyby skalane i, co za tem idzie, cudownie odnalezione bóstwa nie mogłyby chwilowo miejsc swoich zająć. Żądam więc, aby ci lamowie, prawdziwi, czy wrzekomi, zostali tu jeszcze.
Mandaryn mrugnął doń ukradkiem a znacząco.
— Jednakże proszę waszą pobożną mość, odpowiedział — abyś kazał otworzyć wrota! Nie możemy im dowieść, że nie są lamami, a zatem nie powinniśmy ich niepokoić. Zresztą, będą tu przychodzili codziennie. Sporo okazyj do rozmówienia się z nimi.
Liang-ssi z przestrachem słuchał przemowy bonzy. ale odpowiedź mandaryna znów go uspokoiła. Zwrócił się do Turnersticka:
— Możecie iść. Otworzą wam zaraz bramę. Ale odejdźcie z jak największą godnością!
— Nie brak nam przyrodzonego majestatu. Pokażę im wreszcie swoją najdumniejszą minę! Mam dosyć tej szopki!
Ik ook. Ik wil ook met opataan en voortgaan; ik heb honger! — Ja też chcę już wyjść; jestem głodny! — rzekł grubas i ześlizgnął się z postumentu, aby podążyć za Turnerstickem ku wrotom świątyni.
Powoli odmierzonym krokiem, z podniesionemi głowami kroczyli obaj przed siebie, nie patrząc na nikogo z obecnych. Młody mandaryn, przepuściwszy Turnersticka. położył rękę na ramieniu grubasa i zapytał.
Mijnheer, gij zijt en Nederlander, niet? — Mój panie, jest pan Niderlandczykiem, nieprawdaż?
Grubas był zaskoczony. Zatrzymał się i odpowiedział, grzecznie kiwając głową:
Gewisseglijk, ik ben een Hollander. — No tak, jestem Holendrem.
Mandaryn odepchnął go, szybko uchwycił Turnersticka za warkocz i zawołał do policjantów:
— Nie przepuszczajcie nikogo — to oszuści! to są Fu-len[9]. Skalali święte miejsce! Aresztuję was!
Turnerstick nie rozumiał wprawdzie po chińsku, ale zdawał sobie sprawę ze znaczenia tych słów. Skoczył ku wrotom; stracił czapkę mandaryńską, zarówno jak i warkocz, który został w ręku urzędnika. Bonzowie rzucili się nań hurmem; odtrącił, ich potężnemi razami pięści, przewrócił kilku, ale nie mógł się przedostać, ponieważ było ich zbyt wielu. Dziesięć, dwanaście, szesnaście rak już go trzymało mocno.
Co się tyczy mijnheera, to i on nie okazał się tchórzem. Nie z braku odwagi schował się był uprzednio za plecami kapitana. Był wówczas poprostu zaskoczony i zdezorjentowany osobliwą sytuacją. Obecnie, widząc, jak bonzowie rzucili się na jego towarzysza, wpadł w zapał wojowniczy. Wypuścił z rąk parasol i ściśniętemi mocno pięściami uderzył najbliżej stojącego arcykapłana w dołek z taką siłą, że ten przewrócił się na nosze z bożkiem i, pociągając za sobą posążek, fiknął koziołka. Mężny Holender nie poprzestał na tem. Wpadł w tłum mandarynów i kapłanów, i silnemi razami zmusił ich do rozstąpienia się w obie strony.
Tapper, maar gedurig tapper, mijnheer Turnerstick! — wołał do kapitana. — Wij willen dezen Heidenhoofden onze vuisten an de neusen wrijven. — Odważnie, byle odważnie, panie Turnerstick! Natrzemy tym łbom pogańskim nosów naszemi pięściami!
Liang-ssi przeraził się, skoro usłyszał pytania mandaryna i nierozsądną odpowiedź mijnheera. Musiał teraz zrezygnować z niebezpiecznej gry i pomyśleć o własnem bezpieczeństwie. Podążył więc ku wejściu do obszernej hali, aby stąd, przez dziedziniec, wydostać się na ulicę.
Atoli młody mandaryn wydał już rozkaz. Trzech policjantów rzuciło się za Liang-ssi; pięciu pośpieszyło ku mijnheerowi, który wciąż jeszcze z wściekłością wywijał pięściami. Napadli nań ztyłu i powalili go na ziemię.
Brand, brand! — krzyknął. — Zij hebben mij! Help, help, mijnheer Turnerstick! — Ogień, ogień! Złapali mnie! Na pomoc, na pomoc, panie Turnerstick!
— Nie mogę — i mnie złapali — odparł kapitan. — Oto skutki małpowania bogów!
Parasol i szkocka czapka grubasa, wachlarz, pantofle, peruka z warkoczem i nakrycie głowy Turnersticka — wszystko to leżało na ziemi. Na szczęście, kapitanowi nie wpadło na myśl chwycić za broń. — —
Matuzalem nie mógł wyjść poza rolę biernego świadka. Tong-tszi uchwycił go za rękę i szepnął:
— Szybko idźmy stąd! Zaraz tu nadejdą!
Wraz z Godfrydem i Ryszardem wyszli na pusty dziedziniec. Między celami bonzów korytarz prowadził do małego warzywnego ogrodu, który przylegał do podobnego ogródka sprzedawcy trociczek. Dzieliła je furtka. Domek sprzedawcy wychodził na wąski zaułek, biegnący równolegle do ulicy, przy której mieściła się świątynia. Przebywszy tę drogę, zbiegowie znaleźli się w zaułku.
Narazie nie groziło im żadne niebezpieczeństwo. Teraz trzeba było, nie budząc podejrzeń, przedostać się do palankinów. Tong-tszi poprowadził swoich towarzyszów przez ulicę poprzeczną. Z rogu już zobaczyli muzykantów i tłum, zgromadzony przed świątynią. Kulisowie stali po drugiej stronie ulicy. Jeden z nich spojrzał przypadkowo w kierunku rogu. Zobaczył swego pana i, na jego znak, podbiegł wraz z kolegami.
— Jedziemy do domu? — zapytał Matuzalem.
— Pan — tak, ale ja — nie, — odpowiedział mandaryn. Wsiądę do palankinu. ale niedaleko stąd zatrzymam się, aby iść za policjantami, którzy odprowadzą pańskich przyjaciół do więzienia. Chcę się dowiedzieć, co z nimi zrobią. Przyniosę wiadomości. Prosiłem was kilkakrotnie, abyście odważali każdy swój postępek. To, co się teraz zdarzyło, jest o wiele gorsze i niebezpieczniejsze, niż wczorajsza przygoda. Pańscy przyjaciele wykroczyli nietylko przeciw prawu, ale i przeciw ustawom religijnym. Ostrożność zaleca mi wymówić wam dom. Szanuję jednak prawa gościnności i zbyt wiele wam zawdzięczam, aby opuścić was w niebezpieczeństwie.
— Czy niebezpieczeństwo naprawdę jest tak wielkie?
— Bardzo nawet. Pańscy przyjaciele mają przeciwko sobie nietylko prawo, ale także gniew kapłanów i ludu. Oby przynajmniej doszli do więzienia!
— W takim razie tchórzostwem jest wydawać ich teraz na sztych. Muszę do nich pośpieszyć!
— Nie. Zgubi pan i siebie I mnie. Aby ich uratować, musimy się zaprzeć jakichkolwiek łączności z nimi. Przez wdzięczność dla pana — wrócę do świątyni. Nikogo to nie zdziwi, mam bowiem prawo uczestniczyć w orszaku, gdyż ja odkryłem świętokradców. Spodziewam się, że pańscy towarzysze będą rozsądni i nie skompromitują mnie wobec orszaku.
— Przypuszczam. Liang-ssi uprzedził ich, aby nie przyznawali się, że są z nami w komitywie.
— Pozwól pan spokojnie zanieść się do domu! Postaram się w każdym razie ustrzec ich przed gniewem ludu. Przypuszczam, że później uda nam się ich wyzwolić.
Student musiał mu przyznać rację. Wsiadł wraz z Godfrydem i Ryszardem do palankinów. Kulisowie pomknęli naprzód. Tong-tszi zaś kazał się zawieść zpowrotem do świątyni. Muzykanci i tłum przepuścili go wśród służalczych pokłonów.
Z zadowoleniem przekonał się, że wrota świątyni są jeszcze zamknięte. Widział w tem nieomylne świadectwo, że tłum o niczem jeszcze nie wie. Dla pewności, zapytał stojących w pierwszym rzędzie:
— Dlaczego wrota są zamknięte? Dlaczego nie wpuszczają was?
Z głębokim ukłonem odpowiedziano:
— Wasza wspaniałomyślność może się dowiedzieć, że przybyli jacyś obcy wielcy bogowie.
— Skąd?
— Nie wiemy. Zdaje się, że nie chcą puścić skradzionych bóstw na ich dotychczasowe miejsca, albowiem słyszeliśmy wielką wrzawę i wrogie okrzyki.
Mandaryn natężył słuch. Usłyszał donośny głos młodego urzędnika. Zastukał do wrót. Długo jednak musiał do nich kołatać, zanim rozległo się zapytanie:
Szui kin? — Kto tam?
Kuan-fu tong-tszi — Mandaryn tong-tszi — odpowiedział.
Natychmiast otworzono wrota, wpuszczono mandaryna i zatrzaśnięto je zpowrotem. Szybkiem spojrzeniem ogarnął sytuację. Aresztanci stali razem, otoczeni przez policjantów; przed nimi zaś — ling.
Poniewaz tong-tszi był rangą najwyższy z pośród obecnych urzędników, przywitano go głębokim ukłonem. Młody mandaryn cofnął się, ustępując mu swego miejsca.
Ujrzawszy chińskiego protektora, Turnerstick szepnął do towarzyszów niedoli:
— Bogu dzięki, oto i tong-tszi! Powinniśmy być ostrożni i udawać, że go nie znamy.
Tong-tszi oglądał dziwną grupę z dobrze odgrywanem zdziwieniem. Zapytał:
— Dlaczego zamknięto świątynię? Co się tu stało? Słyszałem, że przybyli jacyś obcy bogowie.
— Podawali się za bogów — objaśnił go młody mandaryn. — Z początku wierzyliśmy. Wasza dostojność przekona się łatwo, że to są zwykli oszuści.
Zdał mu sprawę z incydentu. Tong-tszi wysłuchał go, zmierzył jeńców surowem spojrzeniem i rzekł:
— A zatem ci ludzie podają się za świątobliwych lamów, a jednak rozmawiają językiem Fu-len! Czy mój kolega się nie myli?
— Nie. Obowiązki mego urzędu wymagają częstego stykania się z Fu-lenami, dzięki czemu znam wiele słów ich mowy. Nadomiar, ten oszust zasługuje podwójnie na karę, gdyż bezprawnie nosi strój mandaryna.
— A nie jest mandarynem?
— Nie.
Urzędnik podniósł z ziemi czapkę wraz z warkoczem, potrząsnął nim i rzekł:
— Czy te włosy są jego własne? Czy ma głowę strzyżoną, jak to przystoi każdemu Chińczykowi, a tem bardziej mandarynowi? Bynajmiej, nosi na sobie hańbę niestrzyżonych włosów, niczem barbarzyńca, warkocz zaś nie wyrósł z jego własnej głowy. Nie jest zatem Chińczykiem, nie jest żadnym niebianinem, uprawnionym do zasiadania między bóstwami tej świątyni.
— Ale, — twierdził dyplomatycznie tong-tszi — słyszałem często, że lamowie noszą fałszywe warkocze. A może jednak są to lamowie!
Turnersticka bardzo gniewała bezceremonjalność, z jaką młody mandaryn obchodził się z jego warkoczem. Zapytał półgłosem Liang-ssi:
Czego on tu chce? Co ma do mojej peruki? Co mówi?
Liang-ssi wyjaśnił szeptem.
— Do kaduka! Powiem mu, że moja głowa jest moją głową, a niczyją inną, że mogę robić z nią, co mi się żywnie podoba. Ten warkocz kosztował dwa dolary; zapłaciłem je rzetelnie i nie pozwolę obchodzić się z nim jak z ogonem oślim!
Wystąpiwszy naprzód o dwa kroki, ze złością zgromił młodego mandaryna:
— Preczyng z perukąg! Preczyng! — i, wyrwawszy mu ją z ręki, dodał: — Tong mojang własnościng prawnang! Warang tobieng od tegong! Mogeg nosing, cong ming sięg podobang, — fałszyweng peruking, ang naweting fałszyweng oczyng. Nong, patrzyng, młodang ropuchong! Cong na tong powieszing? Możeng ming ing tegong zabroniszing?
Jak wiadomo, miał jedno oko sztuczne. Teraz wyciągnął je z oczodołu, ujął między dwa palce i pokazał wszystkim, strojąc dziko-szydercze miny.
Chińczycy mimowoli cofnęli się ze zgrozą. Obaj policjanci, którzy trzymali kapitana, puścili go i odstąpili o parę kroków.
— Nong? — zapytał ze śmiechem. — Ktong możeng tong powtórzycing? Ktong możeng wyjącing własneng okong z oczodołung?
Nikt z obecnych nie widział jeszcze podobnego zjawiska. Stali w przerażeniu, nie wydając dźwięku. Pierwszy odzyskał mowę arcykapłan:
T’ien-ti-jin! — zawołał. — O niebiosa, ziemio i ludzie! Miao-ya, miao-ya! — Cud nad cudami! On może wyjmować oczy!
Miao-ya mu, miao-ya mu! Dziwne oczy, dziwne oczy! — wołano dookoła.
Jip-mo t’a yuat, jip-mo t’a yuet? — Cóż on powiedział, cóż on powiedział? — zapytał wrzekomego tłumacza młody mandaryn, również przerażony.
Liang-ssi zaś, cztery lata pracując u Europejczyka, nauczył się wielu rzeczy. Wiedział cośniecoś o sztucznych oczach, któremi Europejczycy potrafią maskować puste oczodoły. Zrozumiał wlot, że można wykorzystać powszechny przestrach, i rzekł:
— Chce dowieść, że istotnie jest świętym i cudotwórczym lamą. Pododnie, jak wyjął oko z własnych oczodołów, chce wszystkim obecnym wyjmować oczy i zrywać nosy. Gotów jest nawet powyrywać im ręce i nogi z ciał. Kto pragnie przekonać się osobiście o jego cudotwórczej mocy?
Ngo put, ngo put! — Ja nie, ja nie! — wołano cofając się dalej.
— Nikt? Nie powinniście się lękać, gdyż potrafi on osadzić każdy wyrwany członek zpowrotem na swojem miejscu.
Dodał po niemiecku do Turnersticka:
— Wsadź pan oko zpowrotem i udawaj, że zamierzasz arcykapłanowi wyrwać nogę.
Turnerstick wsadził protezę w oczodół. Potem zbliżył się do arcykapłana i schylił się, jakgdyby zamierzając uchwycić go za nogę. Przestraszony Chińczyk cofnął się i zapytał:
— Czego on chce?
— Chce dowieść waszej świątobliwośoi, że posiada tę umiejętność, o której mówiłem. Pragnie wyrwać panu obie nogi.
Zagrożony kapłan uciekł czem prędzej, ukrył się za posągami bóstw i zaczął biadać:
Vu, vu! Ngo put yuk ngo; put kam; ngo kiao! — Nie, nie! Nie chcę tego; nie mogę: krzyczę!
Nawet tong-tszi nie wiedział, co sądzić o cudzie. Nie mogąc sobie wytłumaczyć, nie wątpił jednak o zgodności cudu z naturalnym porządkiem rzeczy. Był rad z paniki, która ogarnęła urzędników i kapłanów. Poprosił Liang-ssi:
Powiedz mu, że nie chcemy doświadczyć jego cudownej mocy. Wierzymy, ponieważ przekonał nas naocznie.
Liang-ssi pomówił z kapitanem, poczem rzekł:
— Szczęście dla t’a, że uciekł! Lama został przez niego ciężko obrażony. Zamierzał go ukarać i wstawić mu nogi odwrotnie, prawą w lewo, a lewą w prawo, nadto piętami naprzód.
Vu, vu! — krzyczał z za posągu arcykapłan. — Ngo put yuk, ngo put yuk! — Nie, nie! Nie chcę, nie mogę!
Tong-tszi zwrócił się z wyrzutem do urzędnika więziennego:
— Mój młody krewny działał zbyt porywczo. Czy był pan kiedyś w Tybecie?
— Nie — odpowiedział zapytany.
— A czy widział pan kiedyś lamę?
— Nie.
— A może pan zna ich prawa i zwyczaje?
— Nie czytałem jeszcze odnośnych ksiąg. Lecz wasza wzniosła i słynna mądrość powinna wziąć pod uwagę, że musiałem uznać tych dwóch obcych ludzi za Fu-lenów, skoro jeden posługiwał się ich mową!
— To da się łatwo wytłumaczyć. Pogrążony w kontemplacji wszechbytu, duch jego wędrował po obcych krajach i w pewnej chwili usłyszał mowę Fu-lenów. W tej właśnie chwili zmusił pan tę świątobliwą duszę do powrotu, i oto, mając jeszcze uszy pełne słów Fu-lenów, przemówiła ich językiem. Ale przypuśćmy nawet, że mamy przed sobą Fu-lenów, to czy mój młody brat posiada prawo przesłuchiwania przestępców?
Młody urzędnik, stropiony, milczał.
— Jesteś jeszcze młody, ale jako kuan-fu i moa-sse powinieneś znać zakres każdego urzędu. Każdy Fu-len jest dla nas y-jin, obcokrajowcem. Mam nadzieję, iż wie pan, czyjej władzy podlegają obcokrajowcy?
— Władzy Waszej Wysokości.
— Czemu więc nie posłał pan odrazu po mnie?
Mówił teraz tonem surowym. Zaległa głęboka cisza zakłopotania, Pang-tszok-kuan był zmiażdżony naganą. Pozostali mandaryni nie śmieli podnieść oczu. Młody urzędnik po chwili zaczął się tłumaczyć:
— Właśnie kiedy Wasza Wysokość nadeszła, byłem zdecydowany posłać gońca do Waszej Wielebności, aby zechciała oświecić nas swojem doświadczeniem. Przesłuchałem zaś obcokrajowców jedynie w tym celu, aby móc Waszą Wysokość dokładnie poinformować.
— Ale zaaresztował ich pan; to było bezprawie! Wiadomo panu, że nie wolno nam karać bezpośrednio cudzoziemców. Nawet kiedy popełnili przestępstwo, musimy odsyłać ich do odnośnych konsulów, aby ci wymierzyli odpowiednią karę. Jeśli nawet ci dwaj ludzie są tylko Fu-lenami, to mogą się poskarżyć na pana swemu posłowi, a wówczas straci pan nietylko urząd, ale i tytuł doktorski. Przez wzgląd na młodość pana, poproszę tych panów, aby ci wybaczyli. Spodziewam się, że odtąd będzie pan wobec nich uprzejmy, gdyż chwilowo zależysz od ich wspaniałomyślności.
Skarcony, spojrzał na tong-tszi ze zdziwieniem. Ten zaś kontynuował:
— Mój młody kolega przesadnie ocenił winę tych obcych. Jeśli są lamami, to wogóle żadna wina ich nie obciąża, albowiem świątobliwość uprawnia ich do boskich honorów. Jeśli zaś są Fu-lenami, to wina ich jest niewielka, gdyż nie mogli wiedzieć, że czyn ich jest u nas zabroniony i surowo karany. Osobiście zajmę się tem zdarzeniem, powierzając chwilowo tych panów pańskiej troskliwej opiece. Daj im pan dobre mieszkanie w więzieniu, i niechaj im nic nie zbraknie. Zanim nie dowiemy się prawdy, nie możemy ich uważać za winnych i grzesznych. Każ pan sprowadzić palankiny dla nich i dla tego młodego człowieka, który nam się przyda jako tłumacz. Uczyń pan to w tajemnicy przed wzburzonym tłumem. Ja zaś wyprzedzę was i będę oczekiwał w huo-tszu-fang. aby się przekonać, czy zaleceniom moim stało się zadość.
Oddalił się pośród głębokich ukłonów obecnych. Zamknięto za nim szybko wrota.
Turnerstick stał nieskrępowany, żaden bowiem policjant nie śmiał się go imać. Arcykapłan nie opuszczał swej kryjówki. Mamrotał, ze strachem spoglądając na kapitana:
— Czy słyszeliście? Zabierzcie ich stąd, wyprowadźcie ich na dziedziniec i każcie przynieść palankiny! Będziecie mogli wyjść tylną bramą na zaułek. Co się zaś tyczy świątyni, będzie zamknięta, dopóki się nie dowiemy, co to za ludzie. Jeśli to są Fu-lenowie, trzeba będzie świątynię na nowo konsakrować. Wyprowadźcie ich! Fora z nimi!
Chciał się jak najprędzej pozbyć groźnego cudotwórcy. Ze zgrozą myślał o przestawionych i piętami do przodu zwróconych nogach.
Młody mandaryn podszedł do jeńców, złożył ukłon i rzekł:
— Wysocy panowie słyszeli, co rozkazał potężny tong-tszi. Czy zechcą łaskawie iść ze mną?
— Co on ma na myśli? — zapytał kapitan.
— Chce nas wyprowadzić — objaśnił Liang-ssi.
— Dokąd?.
— Do więzienia.
— Ani mi się śni! Jeśli się chce wam iść pod kłódkę, to proszę, ale ode mnie wara! Nieprawdaż, mijnheer?
Ja. Ik beb honger, ik wil eten! — Tak. Jestem głodny; chcę jeść!
— Dostanie pan — nalegał Liang-ssi. — Nie będzie nam źle w więzieniu. Dostaniemy dobre cele i niezgorszy wikt.
— Ale jaki?
— Smaczny! Tong-tszi kazał się nami troskliwie opiekować. Próżno byłoby stawiać opór. Dla własnego dobra powinniśmy ulec. Może pan być pewny, że pan Degenfeld nie opuści nas w biedzie.
— Tak, to pewne. Pójdziemy, mijnheer?
— Tak — powiedział grubas, który zawsze stosował się do pragnień swoich przyjaciół — Wij willen met gaan. — Pójdziemy.
— Dobrze. Ale urządzę temu arcykapłanowi porządnego pietra. Patrzy na mnie jak na stracha. Jak się mówi w tutejszej wulgarnej chińszczyźnie „żądam pańskich oczu“?
Ngo yao ling-yen. — odpowiedział Liangssi szeptem.
„Ngo yao ling-yen.“. Dobrze, zapamiętam to sobie.
Powoli podszedł do arcykapłana, wyjął ponownie oko, włożył je zaraz zpowrotem i rzekł, wyciągnąwszy ręce w kierunku bonzy:
Ngo yao ling-yen!
Pen yen! Tien-na, tieu szin! — Moje oczy! O niebiosa, ratunku! — krzyczał przerażony Chińczyk, zmykając co sił.
Tak tedy opuścił kapitan pobojowisko jako zwycięzca i wraz z przyjaciółmi wsiadł do palankinów, w których niebawem zaniesiono ich do więzienia. — — —



Przypisy

  1. Napiwek.
  2. Dosłownie: doktór pióra.
  3. Rosjanie.
  4. Rozkazujący.
  5. Więzienie.
  6. Najwyższy przełożony więzienia.
  7. Zarządca prowincji.
  8. Wicezarządca prowincji.
  9. Holendrzy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.