Sukcesya po Gozdawach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Sukcesya po Gozdawach
Pochodzenie Obrazki szare
Wydawca Salomon Lewental
Data wydania 1890
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SUKCESYA PO GOZDAWACH.


. . . . . . . . . . . . . . . .

Cóż robić, gdy ziemię, jak okiem daleko sięgnąć, ubieli śnieg, gdy grubą, łokciową warstwą ułoży się na polach, na łąkach, na zamarzniętéj powierzchni jeziora?... Wyjść z pieskiem do lasu, wziąwszy strzelbę na ramię, nie sposób, bo śnieg głęboki — i ochoty człek nie ma do łowów... Wiatr rozhulał się na dobre, a i mróz szczypie nie żartem... W stodółce roboty nie ma... wymłócono już wszystko, a koło dobytku stary Szymon z dwoma parobkami chodzi poczciwie i ani go doglądać, ani popędzać nie trzeba...
Magda naręcze drzew przyniosła, rzuciła je przed kominek aż szyby w oknach zadrżały... i po chwili już ogień błyska wesoło...
Płomyki czerwonawe uciekają w górę, za nimi drugie gonią, a za drugiemi znów inne; czasem strzeli głośno drzewo gorejące, iskrami sypnie, węgiel rozżarzony aż na pokój odrzuci i znowu płonie cicho, równo, póki nie zostanie z niego spalona głowienka... wpół spopielała, wpół czarna.
Patrzy oto człowiek w ten ogień jasny i duma, a myślom się opędzić nie może... Zarzewie wspomnień tli się w duszy, w sercu, rozpłomienia, wybiega uśmiechem na usta, rumieńcem na twarz, albo chmurką na czoło, łzą na oko... i tak całego człowieka ciepłem swojém obejmie, że ani mu się oprzéć, ani obronić nie sposób...
Ileż razy przed tym samym kominkiem siedziałem i rozpamiętywałem chwile ubiegłe, a zawsze te same obrazy snuły się przed oczami méj duszy... Zawsze stare i zawsze mimo to świéże... A gdyby... gdyby téż spisać owe krótkie dzieje długiego życia, gdyby je przenieść na papiér, duszę w nie tchnąć i myśl, a uwięzione w martwych literach dołożyć do owéj sukcesyi po niegdyś Janie Gozdawie, sukcesyi, którą tak niespodziewanie objąłem...

. . . . . . . . . . . . . . . .

O sobie samym niewiele mam do powiedzenia. Przyszedłem na świat w jakimś białym domu nad Wisłą i pamiętam go jeszcze jak przez sen... Rodzice moi nie byli ani bardzo biedni, ani bardzo bogaci i oboje pomarli wcześnie... Dzieci, prócz mnie jednego, nie mieli. Po śmierci ojca i matki dostałem się wraz z białym dworkiem i kawałkiem ziemi, który do niego należał, pod władzę opiekuna... Był to jakiś daleki krewniak ojca, człowiek niezły, ale podobno grosz go okrutnie w ręce parzył... Nie będę opisywał, jak co było i jak się stało, bo dzieje to przestarzałe i nikogo obchodzić nie mogą — dość, że dworek mój po ojcu i ziemia przeszły w inne ręce, a przedemną stanął otworem świat szeroki...
Idź gdzie chcesz i szukaj czego chcesz...
Przecież nie zginąłem.
Opiekun mająteczek mi stracił, ale naukę jaką taką dał; skończyło się szkoły u Pijarów, nawet nie źle się skończyło, a że w owych czasach kto chciał, to pracę bez trudności znajdował, więc dostałem się na aplikacyę do sądu, a po latach dwóch miałem już posadkę skromną, ale na opędzenie życia wystarczającą... I tak oto czas szedł przy pracy i przy skromnych rozrywkach; awansowałem, pensyę mi zwiększano, a nawet ludzie zaczęli mnie namawiać, żebym się żenił...
Nie byłem ja ci od tego, ale że lubiłem wszystko z rozmysłem robić, więc nie spieszyłem się, chciałem przedewszystkiem dojść do fundusiku jakiego. Pisywało się wolnym czasem to u regentów, to w hypotece i nie mogę się skarżyć, żeby mi źle było. Owszem, miałem dobrą opinię u zwierzchników, zarobek i nadzieję przyszłości. Oto wszystko, co miałem do powiedzenia o sobie, teraz wypadnie mi mówić o innych...
Miałem około trzydziestu czterech, czy może trzydziestu pięciu lat życia, gdy zaszedł wypadek, który pchnął mnie na zupełnie nowe drogi. Jacyś dalecy krewni legitymowali się do spadku po niegdy Janie Gozdawie. Gdy ogłoszenie wpadło mi w ręce, zastanowiłem się... Wiedziałem, że właśnie nieboszczka moja matka była Gozdawianka de domo i słusznie przyszło mi na myśl, ażali i ja nie mam prawa do téj sukcesyi... Udałem się po radę do doświadczonych jurystów, zaczęliśmy szperać, poszukiwać, zbierać dowody — i pokazało się, że owi dalecy krewni nie mają żadnego prawa do sukcesyi i że jedynym spadkobiercą jestem ja, jako sukcesor praw matce mojéj przysługujących.
Niegdy Jan Gozdawa był rodzonym stryjem mojéj matki, a więc moim dziadkiem; że zaś zmarł bezpotomnie za granicą, we Francyi, gdzie ostatnie lata życia swego przepędził — i rozporządzenia żadnego co do majątku nie uczynił, przeto takowy z prawa przechodzi na moją matkę, a ewentualnie na mnie, jako jedynego jéj spadkobiercę.
Strutynowawszy to wszystko, zebrawszy dowody, wylegitymowałem się z praw swoich... proces wygrałem we wszystkich instancyach, i ostatecznie spadek przy mnie pozostał. Nie wielka to była habenda, ale habenda, bądź co bądź nie do pogardzenia. Folwarczek mały, w niezłéj glebie, z łąką, wodą, z kawałkiem lasu, który do rozległych książęcych borów przytykał.
Nie przechodziło mi nawet przez myśl, aby urzędowanie opuścić i gospodarstwo objąć, ale zobaczyć Pustelnię pragnąłem koniecznie. Paliła mnie ciekawość jak téż wygląda mój własny kawałek ziemi? Czy taki jest jak inne, czy może przyjemniejszy, piękniejszy?... Od młodych lat chowałem się w mieście, wśród murów, tam spędziłem najpiękniejszy czas życia — a przecie, gdy mi przyszło na myśl, że posiadam własny kawałek ziemi — to zapachniała mi ona osobliwie; poczułem, że mnie do niéj coś ciągnie, wabi, że woła prawie ludzkim głosem. Powiadają, że niektórzy ludzie we krwi już mają takie dla ziemi kochanie, widocznie w moich żyłach nie insza też krew płynęła.
Otrzymawszy urlop, udałem się do Pustelni.
Przez trzy, czy pięć dni jechałem po drogach najszkaradniejszych i wertepach, bo zjechawszy z głównego traktu, trzeba się było bocznemi drogami, przez wielkie lasy, przez bagna dostawać. Jechałem rzemiennym dyszlem, jak to mówią... Z początku, na głównym trakcie z żydami, bo wówczas wielkie brodzkie bryki chodziły i można niemi było wygodnie, chociaż bez wielkiego pośpiechu, peregrynować, a późniéj na bocznych szlakach chłopskiemi furkami się wlokłem, od wsi do wsi, nocując po karczemkach, albo-li téż, co przyjemniejsze było, pod gołém niebem, w lesie.
Ładny był czas wtedy, a już noc piękna szczególnie, bo w dzień gorąco dokuczało, nocą zaś wietrzyk chłodził... Nad lasem niebo było czyste, bez chmur, zasiane złocistemi gwiazdami... a w boru gałęzie szumiały, jakby gwarząc, jakby spowiadając się jedna przed drugą.
Na ostatnim noclegu, przed ostatecznym kresem mojéj podróży, chłop, który mnie wiózł, rozmowę ze mną zaczął. Odzywał się bojaźliwie, nieśmiało... niby chciał mi coś powiedziéć, a nie śmiał.
— To już jutro — rzekł — zanim słonko ku południowi się podniesie, będą pan w onéj Pustelni.
— Ja nie wiem — odpowiedziałem — bom w tych stronach piérwszy raz, ale skoro powiadacie, że przed południem staniemy, to zapewne tak będzie.
— A juści, że będzie, wielmożny panie — rzekł chłop, wpatrując się w gwiazdy. — Ono już kiele północka tera; niech ta szkapiny obroku dojedzą, a pan się krzynkę prześpią, to się powleczemy pomaleńku. Tu nie pogoni, panie, bo piachy tęgie wskróś, het, pod samą Pustelnię... Znam ja tu każdy krzaczek, panie, znam. Da Bóg miłosierny doczekać, jeno gwiazdy pobieleją krzynkę, to pojedziem... O wschodzie staniem przy Michałowym młynie... tam znów szkapiny kłaczek siana zjedzą, napoję je i pojedziemy daléj, bez Lisi Majdan, bez Wisielcowy Grądzik, bez Wilczedoły, a potém wskróś lasem mała milka drogi... ta i Pustelnia!... Wielmożny pan pewnie ze słodkością serca jedzie, jako do swojaczyzny swojéj, do dziadkowego gruntu; a ktoby ta do gruntu ze słodkością serca nie szedł?... Już taki chyba z nieba samego je przykaz, że człowiek, na to mówiący, do ziemi ciągnie. Choć ona nie zawdy przychylna, o nie zawdy panie! Człek upracuje, umolestuje, umęczy się do ostatniéj kropli potu... a ona nie urodzi i głód wypadnie przymierać... i jużby chciało się pomstować i przeklinać, ale gdzieby ta kto świętą ziemię przeklął!... Niechno jeno wiosna przyjdzie... już człowiek, jak ptak na skrzydłach na pole-by leciał, już do niéj, do onéj ziemi z pługiem, już z broną, już z ziarnem... bo juści naród z téj ziemi świętéj życie ma i nie jest żadna rzecz na świecie, coby z ziemi nie była... a przecie jenszy kawałek ziemi taki będzie, że zawdy...
— Co?
— Et, tak się rzekło... oto niechcący, jako zwyczajnie chłop głupi. Dobrze to powiadają, że podobniéj chłopu cepem młócić, niżeli językiem obracać, bo młóci celne zboże, a co powié to i plewy nie warto...
— Dlaczego mój człowieku? owszem, podobno to chłopski rozum właśnie najlepszy...
— A juści, ale powiadają téż i tak: Chwalił się chłop jeden, że u niego dziedzic bardzo dobry je. A gdzie ten dziedzic? pytają ludzie. Tedy chłop powiada: a właśnie, że go nie ma. Tak to panie i z onym chłopskim rozumem, musi on bez to dobry, że go nie ma, ale co ta bajdurzyć, niech się pan położą, ta i usną. Jeśli pan nie wzgardzą, toby można sukmaninę moją pod głowę...
— Bóg zapłać, człowieku — odrzekłem — do spania nie mam jakoś ochoty, wolę oto raczéj, na gwiazdy patrzając, pogwarzyć... Wy znacie Pustelnię, byliście tam kiedy?
— A juści znam, znam panie... Oj, oj, bywało się tam nieraz, bywało... nasza wieś do książęcych dobrów należąca, to czasem wypadnie do lasu, właśnie aż pod samą Pustelnię dojeżdżać.
— Powiedzcież mi tedy co o niéj.
— Ta i co mam powiedziéć? Pustelnia i dość. Jać to i panowego dziadka znałem, co w onéj Pustelni siedział; kawalir to piękny był, a jak się w mundur ubrał, a kaśkiet na głowę włożył, to jakby go kto z malowanego obrazu wykroił... Wojna była, dziadek poszedł i jak poszedł, tak i nie przyszedł już więcéj. Takie to już snać w onéj Pustelni założenie; jak ludzka pamięć sięga, żaden tu dziedzic jeszcze głowy swojéj nie położył, jeno zmarniał wśród obcego narodu za morzami... starzy ludzie gadali, ale ja téż! Po co ta wielmożnemu panu takie rzeczy powiadać.
Lekki dreszcz uczułem w sobie, ale to nie było z przerażenia, tylko od nocy chłodnéj, a może od rosy, co się na mchach i na paprociach perliła... Słowa chłopa jednak dużo do myślenia mi dały.
— Eh, mój człowieku — rzekłem — nie takim ja bojący jak się wam widzi, skoro człowiek sumienie czyste ma, to się lada czego nie lęka.
— Dyć prawda... i księża podobnie na kazaniach powiadają... a przecie, choć i na panowym dziadku i na tamtych, znowuż niby ojcach dziadkowych, krzywdy ludzkiéj ani przekleństwa nijakiego nie było... marnieli nieboraki jak na urząd, żaden tu swoich kości nie położył, żaden na cmentarzu, na poświęconéj ziemi nie spoczywa, jeno Bóg wie nie gdzie...
— Dlaczego?
— Moc boska... kto je ta zgadnie?... Wieczne odpoczywanie daj im Boże, ale oni i po śmierci spokoju nie mają... Ja ta nie widziałem na swoje oczy, ale insze ludzie widzące są, to powiadali...
Tu chłop urwał nagle i zamilkł.
— Cóż powiadali? co powiadali? — spytałem do najwyższego stopnia zaciekawiony — powiedz-że mi człowieku, przecież to krewni moi, pradziadowie... wiedziéć więc chcę...
— Eh! wielmożny panie, strach nocą takie rzeczy gadać... złe wszędzie jest na zgubę ludzką dybiące, a najbardziéj ku północkowi moc jego... ale skoro pan tak molestuje, to i powiem... Kole Pustelni podobno, w lesie, pokazują się nocami osoby.... a naród powiada, że to dawne dziedzice...
Więcéj nad to nic z chłopa wydobyć nie mogłem, ukląkł koło wozu i pacierz półgłosem zaczął mówić, z umysłu zapewne, żebym przerywać nie śmiejąc, o więcéj nie dobadywał i nie pytał.
Położyłem się na ziemi i patrzyłem w gwiazdy. W lesie panowała zupełna cisza, przerywana tylko szeptem chłopskiego pacierza; konie jeść przestały, łby zwiesiły ku ziemi, czasem sucha gałęź przez wiatr trącona skrzypnęła... Spać nie mogłem... myślałem o tém co mi chłop powiedział i sam nie wiedziałem czy wierzyć, czy wątpić; przeszło mi tak ze dwie godzin w rozmyślaniu, w kontemplacyi głębokiéj... aż wreszcie gwiazdy bladły, bladły coraz bardziéj, co drobniejsze znikały i tylko największe walczyły z zaraniem jasności, co się niebawem miała na letnim wschodzie zapalić.
Chłop wstał, uprząż na koniach poprawił i pojechaliśmy.
O wschodzie, przy Michałowym młynie konie się wody napiły i kłaczek siana zjadły, a potém przez las ciągle, przez Lisi Majdan, przez Wisielcowy Grądzik i Wilczedoły powlekliśmy się ku Pustelni.
Ku południowi miało się już słońce, gdy wyjeżdżaliśmy z lasu i chłop biczyskiem mi sukcesyę moją pokazał.
Kilka budynków ujrzałem, otoczonych wysokim ostrokołem, poczerniałym ze starości, popsutym miejscami, wysoki żuraw studzienny, gołębnik — i uczułem, że mi jakoś dziwnie smutno na sercu...

. . . . . . . . . . . . . . . .

Trzy osoby na moje powitanie wyszły i to nie od razu, lecz każda z nich z innéj nadciągnęła strony... Naprzód szczekanie psów wywabiło na ganek kobietę jakąś niemłodą, wysoką, szczupłą, w wielkim białym czepcu na głowie, w czarnéj chustce zawieszonéj na wychudłych ramionach. Zacząłem jéj tłómaczyć kto jestem i po co przyjeżdżam, a tymczasem od budynków chłop nadbiegł, stary, ale rzeźki jeszcze, przysadzisty, krępy, opalony jak cygan... Dobrze przyprószone siwizną długie włosy spadały mu aż na ramiona, rozsypywały się grubemi promieniami po wytartéj szaréj siermiędze. Z drugiéj strony od wpół rozwalonego czworaka żyd się zbliżał, z brodą długą i białą, jedną ręką oczy od słońca zakrywał, drugą za pas włóczkowy zatknął i tak powoli szedł, przyglądając mi się bacznie.
Gdym ja z kobietą rozmawiał, chłop czapkę zdjął i głowę zwiesił ku ziemi, żyd zaś kłaniał się ciągle, ustami cmokał i czarnemi, bystremi oczami wpatrywał się we mnie.
— Oto, proszę pana — rzekła kobieta suchym, bezdźwięcznym głosem — oto cały dwór pański. Ja, ten oto chłop Szymon i żyd Jojna... Wszyscy jak jesteśmy z czasów nieboszczyka dziadka... Ja już od paru lat pana oczekuję...
— Pani?
— Tak, nieraz jeszcze, jak tylko Rymszowie i Sokolscy proces zaczęli i Pustelnię chcieli objąć, ja mówiłam do Szymona i do Jojny: nie, nie wskórają nic, prawowity dziedzic jest, bo nieboszczyk Jan brata miał, a po tym bracie została córka Rozalia...
— Moja matka...
— Nie wiedziałam ja, że to pańska matka, ale słyszałam, że się wychowała, że za mąż poszła za Orzechowskiego, że mieszkała gdzieś nad Wisłą, że oboje z mężem zmarli i że pozostał po nich synek. Więcéj nie wiedziałam nic, ale mówiłam do tych ludzi, mogą poświadczyć, prawy dziedzic jest, majątek po kądzieli przejdzie na niego... i tak się stało. Sokolscy i Rymszowie przyjeżdżali tu, chcieli Pustelnię obejmować, ale nie dałam. Szymon z parobkami od bramy zastąpił, Jojnę do urzędu popchnęłam po pomoc, nawymyślałam, nakrzyczałam... no i przecie zkąd przyszli tam i poszli, proces się ciągnął... aż wreszcie pan oto przyjechałeś. Wejdźże w swoje własne progi i mieszkaj w nich szczęśliwie... chociaż ty jeden przynajmniéj — dodała już szeptem.
— A jakże mam panią tytułować? — zapytałem.
— Mnie wcale tytułować nie trzeba; baba, stara baba, oto cały mój tytuł. Byłam tu niby klucznicą, niby zastępczynią, czémś takiem sobie, oto, piątem kołem u wozu... Rządziłam, gdy dziedzica nie było... dziedzic przyszedł, rządy oddaję i po wszystkiem...
— Ależ, moja pani, potrzebuję przecież wiedziéć kto pani jesteś i jak się nazywasz.
— Jestem pańska daleka krewna... Nie bój się pan, bardzo daleka, dziesiąta woda po kisielu... Na imię mi Barbara, z domu Sokolska, po mężu Wojtkiewiczowa. Oto wszystko... a teraz wejdź pan w swoje progi... posiłek jaki przyjmij, chleba własnego skosztuj... Czarny on, ale dobry.
— Oj, oj, żeby gorszy nie buł do saméj śmierci — wtrącił nieśmiało żyd.
— Posiliwszy się, może pan zechce Pustelnię obejrzéć, grunta, łąki, las, to Szymon pokaże; może się pan zechce o okolicę rozpytać, to znowuż Jojna wszystko powie, a ja sukcesyę panu oddam dopiero wieczorem.
— Jakąż sukcesyę, przecież Pustelnię już mam, jestem w niéj.
— Pustelnia swoją drogą, a sukcesya swoją.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Pokrzepiłem siły i spojrzałem w około.
Byłem w dużéj izbie dość nizkiéj, ale szerokiéj i długiéj; w rogu stał piec ogromny, staroświecki, z kafli zielonych, po ścianach wisiały obrazy religijne, starodawne, w ramach poczerniałych zupełnie, z za belek pułapu wychylały się pęki ziół poświęcanych. Umeblowanie téj izby pochodziło zapewne nie z czasów dziadka, ale chyba pradziadów dziadkowych; ławy pod ścianami, wielki stół dębowy pośrodku, tapczan łosiową skórą przykryty. Przy jednéj ścianie znajdował się sprzęt dziwaczny, niby kantorek, niby szafa. Widocznie z późniejszych już czasów ów sprzęt pochodził, bo ozdoby jakieś miał na sobie i gęsto poczerniałemi bronzami był okuty.
Gdym się po téj wielkiéj izbie rozglądał, wszedł Jojna i przy progu stanął.
— Może teraz wielmożny pan jedno słowo posłucha — rzekł.
— Owszem, słucham, co powiecie, siądźcie, proszę.
— Jest miejsce, gdzie pasuje siedziéć, jest miejsce, gdzie pasuje stoić — odrzekł żyd z powagą — w tém miejscu mnie pasuje stoić, to ja będę stojał.
— Jak wasza wola — ja proszę.
— Słucham wielmożnego pana... W tym rodzie wszystkie panowie delikatne byli i złego słowa nikt od nich nie słyszał.
— Dawno tu mieszkacie w Pustelni?
— Kto to zrachuje? wielmożny panie, ja nie potrafię. Pyta pan jak dawno ja w Pustelni mieszkam? Ha, niech pan dobrodziéj spojrzy na moją brodę... ona tu urosła i tu zrobiła się taka długa, i tu zrobiła się taka biała... na taki interes potrzeba parę kilka lat, jak panu wiadomo.
— Powiedzcież mi, proszę, czém wy tu jesteście?
— Czém ja jestem? Ja jestem proszę wielmożnego pana żydem.
— To przecież widzę, ale czém jesteście tu w folwarku?
— W folwarku? Ny, w folwarku? także jestem żydem... Pan się śmieje, a ja powiadam prawdę... Dawniéj rachowało się na dwie włóki gruntu trzy pary wołów, a na jeden folwark jeden żyd, na duży folwark dwa żydy. W Pustelni mój ojciec za żyda służył, dziadek służył, no i ja także służę... Biorę mleko od krów, potrafię trochę smoły wypalić, a zresztą tak jestem przy folwarku; każą gdzie pojechać... to jadę, każą jaki interes zrobić... to zrobię, każą zboże sprzedać... sprzedam. Nawet, jak teraz proces był, co nikt nie wiedział jak się skończy, kto Pustelnię zabierze, to pani Wojtkiewiczowa powiedziała tylko jedno słowo: „jedź Jojna i wywąchaj...” Ja zaprzęgałem moją szkapę do biedki, ja pojechałem, nie było mnie w domu ze dwa tygodnie, no... i wszystko było wywąchane dobrze, po żydowsku.
— Ciekawym coście mogli wywąchać?...
— Ha! ha! wszystko... Wywąchałem, że wielmożny pan żyje, że się o Pustelnię prawuje, że jest urzędnikiem przy sądzie, że pan kiedy jeszcze prezesem może być... że pan nie ma wielkiéj ochoty na wsi siedziéć... No, to nie dziwota, albo to kiedy który dziedzic siedział?
— Dlaczego?
— Albo ja wiém... Oni coś gonili po świecie... ale co oni gonili to ja nie wiem. Może jaki słup ognisty przed nimi świecił... może im się zdawało, że szczęście złapią. Tymczasem oni łapali kulę w głowę, albo kalectwo na nogi, albo śmierć na cudzych śmieciach. Za przeproszeniem wielmożnego pana, oni byli tak jak żydy. Oni szli po całym świecie szukać swego Mesyasza, oni szukali muru, żeby jego przebić swoją głową... ale tylko głowy sobie rozbijali, a mur stojał... Pański dziadek nieboszczyk, po którym teraz Pustelnia wielmożnemu panu się dostała, siedział tu kawałek czasu... Myślałem, że do śmierci posiedzi; on gospodarował pięknie, on chciał sobie ożenić, nawet zaręczony już był z jedną panienką... Nie wiele brakowało do wesela... Dość panu powiedziéć, że ja sam jeździłem do Kozienic po wino... dwie beczki ztamtąd przywiozłem, sprawiedliwéj miary po trzydzieści sześć garncy, od Wulfa, co miał najgłówniejszy skład na całe Kozienice, co sam dwa razy do roku jeździł na Węgry... On już dawno nie żyje ten Wulff. Aj waj! Aj waj! czy ja spodziewałem się kto to wino wypije! No nie mam wielmożnemu panu dużo co powiadać i nie potrzebuję tego powiadać, dość że wesela nie było, tylko smutek był, a pański dziadek w świat poszedł i już go moje oczy nie widziały... Teraz pan nastaje, ale mnie się widzi na moje rozumienie, że wielmożny pan téż nie posiedzi długo między nami, będzie pan wolał być przy urzędzie, w mieście, gdzie wesoło jest, gdzie można sobie zabawić...
— Nie wiém jeszcze co zrobię — odrzekłem, a potem zapytałem nagle. — Powiedzcie mi Jojno, czy to prawda, że tu w Pustelni coś straszy?!...
Żyd cofnął się ku drzwiom, splunął trzykrotnie i zawołał:
— Kto panu takie chłopskie bajki opowiadał? Na co pan się mnie o taką rzecz pyta?
— Chcę wiedziéć...
— Niech my o takim interesie nie wiemy, niech my nie słyszymy, niech nasze oczy tego nie zobaczą! kto straszy, niech nas omija. Pan Bóg jest nad nami!
— Słyszałem ja jednak coś...
— To nie żydowski interes, wielmożny panie, ja niewiem, ja nic nie wiém. Co mnie do tego? Ja nawet niemam chęci rozmawiać o takiéj rzeczy. Nie moja głowa na to, chociaż, Bogu dzięki, uczony człowiek jestem... Póki miałem zdrowie, tom się ruszał po świecie, ale teraz na starość, kiedym już wszystkie dzieci w świat puścił i sam tu tylko z żoną i z jedną dziewczyną na Pustelni został, to co mam robić? Chwalę Pana Boga i czytam nabożne książki. Czytam nabożne książki a modlę się, a wié pan, o co ja się modlę? O to, żeby Pan Bóg dał wielmożnemu panu dobre pomyślenie, żebym ja tu w Pustelni mógł zostać... Gdzie ja się teraz podzieję na starość? gdzie ja moje chore kości poniosę? Ja właśnie z tą prośbą naumyślnie przyszedłem... Tam w izbie moja żona płacze... ona także stara, także słaba, a gdzie ona pójdzie? Może ja się wielmożnemu panu i przydam, może odsłużę; ja tu żadnej pensyi nie biorę, niech sama pani Wojtkiewiczowa poświadczy, tylko co izbę mam i trochę ziemi pod kartofle; to cała parada jest, a dla mnie starego to majątek...
Pomyślałem chwilę i rzekłem.
— No, nie bójcie się, krzywdy wam nie zrobię. Nie wiém jeszcze jak się urządzę, nie postanowiłem nic dotychczas, ale w każdym razie macie moje przyrzeczenie, że na dziady was nie puszczę. Tyczy się to wszystkich starych sług w Pustelni; a teraz mój Jojno, chciałbym się was o niejedno jeszcze zapytać.
Żyd wahał się, pogładził długą brodę i rzekł:
— Wielmożny panie, może jutro...
— Dlaczego?
— Dobrą wiadomość trzeba prędko nosić... Jabym teraz chciał poleciéć do mojéj żony i jeżeli pan pozwoli, to ja zaraz polecę... ja będę leciał i będę krzyczał: „Ryfka, słuchajno Ryfka! ciesz się, ja tobie niosę perłę, ja tobie niosę brylant, ja tobie niosę pańskie słowo!“
Roześmiałem się.
— A skoro tak, to niechże Jojna leci.
Żyd ukłonił się do saméj ziemi, dziękował jeszcze i zniknął za drzwiami.
Otworzyłem okno.
Do izby nizkiéj i dusznéj wpadły czerwonawe płomienie zachodzącego słońca i wniosły z sobą orzeźwiające tchnienie ogrodu... Zapach niewykwintnych, ale miłych kwiatów: rezedy, pachnącego groszku, lewkonii, orzeźwił mnie przyjemnie. Oparłem się o futrynę i wychyliłem głowę przez okno, wtem nagle doleciał mnie dźwięczny i rzewny śpiew: „Wszystkie nasze dzienne sprawy...“
Głos był silny, metaliczny, młody i pełnemi tonami rozbrzmiewał w powietrzu. Zkąd, pomyślałem sobie on się tutaj, w téj prawdziwéj Pustelni, w tém schronisku ludzi starych, w tém jakimś miejscu zaklętem, nad którem jak chłop powiadał, założenie jakieś ciąży? Zkąd tu, w tym przybytku starości i smutku, mogła zabrzmiéć nuta tak dźwięczna i miła?
Wysilałem wzrok, ale oczy moje nie mogły przebić gęstéj ściany zieleni, poza którą znajdowała się tajemnicza śpiewaczka.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Do zmroku chodziłem koło domu, sądząc że ją spotkam, ale napróżno... postanowiłem więc nazajutrz poszukiwania rozpocząć i prowadzić je dotąd, póki nie zostaną uwieńczone dobrym skutkiem.
Wrażenia, których w ciągu dnia doznałem, zmęczyły mnie i wyczerpały z sił zupełnie; chciałem odpocząć, odpocząć, i odpocząć, zasnąć na świeżem sianie, zapomniéć o wszystkiem, dotąd przynajmniéj, dopóki ten sam rzewny i dźwięczny głos, przodując chórom ptasząt leśnych, nie obudzi mnie pieśnią: „Kiedy ranne w stają zorze“.
Przeczucie mi mówiło, że pieśń usłyszę.
I téj nocy jeszcze i wielu następnych nie był mi przeznaczony odpoczynek. Z uderzeniem godziny dziesiątéj weszła do stancyi Wojtkiewiczowa, z dziwnie poważnym wyrazem twarzy, uroczysta jakaś, straszna prawie... Biały czepek żałobnie odbijał od chustki czarnéj, narzuconéj na kościste ramiona, a wysoki wzrost, ostre rysy twarzy, nadawały téj kobiecie postać widma raczéj, aniżeli żyjącéj istoty. Wydobyła z pod chustki plik papierów i skrzyneczkę z pieniędzmi, położyła na stole i rzekła:
— Oto depozyt który zwracam. Tu są pieniądze i rachunki, niech pan sprawdzi i przeliczy. Może panu trudno będzie dojść ładu z babskim rachunkiem, w takim razie proszę mnie zawołać, objaśnię ustnie.
— O, pani! — rzekłem — kuzynko, jestem dziś tak znużony, że doprawdy siły na to nie mam, a zresztą nic pilnego... uwolniłem się z biura na cały miesiąc, więc mam czas na rachunki i sprawdzania. Można będzie zrobić to jutro, pojutrze, za tydzień.
— Jak wola pańska. Niech pan liczy jutro, pojutrze, ale ja całą sukcesyę dziś oddam... Alboż wiem czy jutra doczekam! stara jestem, a wiesz pan że życie ludzkie to nitka, którą wola Boża lada moment przerwać może.... Przyjechałeś pan do Pustelni, więc bierz co swoje.
— Czyż jest jeszcze co oprócz tych pieniędzy?
— Chodź pan — rzekła brzęknąwszy kluczami.
Podniosłem się niechętnie. Wysoka kobieta szła przedemną szybko, przyświecając sobie żółtą woskową świecą roboty domowéj, wydającą szczególny jakiś zapach.
Przeszliśmy przez duże puste izby i zatrzymaliśmy się przed dębowemi drzwiami silnie okutemi żelazem. Otworzyła drzwi wielkim staroświeckim kluczem i zaprowadziła mnie do jakiegoś spichlerzyka przybudowanego do ściany domu. Spichlerzyk nie był widać nigdy otwierany, bo czuć w nim było stęchliznę i wilgoć.
— Oto jest pańska sukcesya — rzekła podnosząc światło do góry.
O mało nie krzyknąłem z przerażenia... Przedemną na dwóch ławeczkach stała wielka trumna dębowa, prawie czarna, z posrebrzanym krzyżem na wieku.
— Nie lękaj się pan — rzekła Wojtkiewiczowa — w téj trumnie umarły nie leży... Wieko zamyka się na klucz... proszę, oto jest... Chciéj otworzyć, tam znajdziesz swoją sukcesyę.
— Pani — zawołałem — na miłość Boską, nie dziś! Nie jestem w stanie, nie mogę, zostawmy to do jutra...
— Dobrze, niech i tak będzie — rzekła — ja zrobiłam co do mnie należało, oddałam depozyt a jutro z czystem sumieniem mogę ztąd odejść.
— Nie odejdziesz pani! — zawołałem — przynajmniéj dopóki...
— Dopóki nie otworzysz pan trumny. Zgoda i na to, a teraz spocznij; w piérwszéj izbie znajdziesz pan łóżko posłane... Światło się tam pali... Dobranoc.
Zamknęła lamus, wielki ciężki klucz oddała mi do ręki i zanim zdążyłem się opamiętać, zniknęła jak cień z przed moich oczu.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Piérwsze dni pobytu w Pustelni będą mi na całe życie pamiętne. Owego wieczoru a raczéj nocy owéj gdy Wojtkiewiczowa w swoim czepcu wielkim zniknęła już za drzwiami, pozostawiwszy w mem ręku ciężki klucz od lamusa, przez długi czas nie mogłem myśli zebrać, ani się uspokoić. Przejmowały mnie dreszcze, a jednocześnie żar szczególny palił moje skronie, w których krew uderzała jak młotem. Ledwie dowlokłem się do izby gdzie przygotowane było dla mnie posłanie i, nie gasząc światła, rzuciłem się na łóżko. Na stoliku paliły się dwie świece woskowe żółte, takie same jak te, które w ręku Wojtkiewiczowéj widziałem. Widocznie musieli tu miéć dużą pasiekę blisko domu. Obok świec dostrzegłem bukiecik wdzięcznie ułożony z rezedy i lewkonij. Kto go tu przyniósł? kto miał tak dobre serce, że widokiem kwiatów pragnął rozweselić moje smutki?... Pytanie to zajmowało mnie bardzo, ale nie mogło wypędzić z pamięci obrazu wielkiéj tajemniczéj trumny, którą widziałem przed chwilą. Co w niéj jest? Komu przyszła myśl przekazywać spadkobiercom taki sprzęt żałobny? Może to przestroga, może głos wołający: „uciekaj ztąd, uciekaj!“
Chciałem usnąć, zapomniéć o wszystkiem, dać sobie wypoczynek po wrażeniach doznanych, lecz sen uciekał od mych powiek. Silny wiatr zerwał się i szamotał gałęziami w ogrodzie, czyniąc szum nieznośny, trącał skrzypiące okiennice, do komina z żałosnem wyciem się wdzierał... Nad płomykami świec unosił się dymek sznureczkiem wązkim, czarnym... wił się jak żmijka i ginął gdzieś aż pod pułapem, z poza belek którego wychylały się pęki ziół poświęcanych. Przeleżałem do samego świtu bezsennie i dopiero gdy światło jutrzenki zaczęło wpływać do izby, zgasiłem wielkie świece i zasnąłem. Spałem snem przerywanym i nierównym, budziłem się niemal co chwila. W jednem z takich przebudzeń zdawało mi się, że słyszę śpiew „Kiedy ranne...“ — Ten sam dźwięczny srebrzysty głos co wczoraj!... Ten śpiew uspokoił mnie i już słońce wysoko wzbiło się na niebie gdy wstałem, zmęczony wprawdzie fizycznie, ale za to spokojniejszy na duchu.
Dostrzegłem przy łóżku na prostym stołku drewnianym ogromną misę pełną wody zimnéj, zdrojowéj i ręcznik domowéj roboty. Woda orzeźwiła mnie. Wyszedłem na ganek i siadłszy na ławce zapaliłem fajeczkę. Po chwili powróciwszy do izby zastałem stół nakryty, na nim dzbanek mleka świeżego, szklankę, kawał czarnego chleba i sól.
Niewidzialna ręka usługiwała mi ciągle.
Wyjrzałem przez okno ku zabudowaniom, ale nie dostrzegłem nikogo. Była pora letnia, czas najpilniejszy do roboty; widocznie więc ludzie w pole wyszli. Myślałem, że Wojtkiewiczową dostrzegę, ale i ona gdzieś się schowała, czy wyszła... Postanowiłem pójść do owego lamusa i otworzyć trumnę, niech się raz już skończy ta niepewność, ten niepokój — niech wiém nareszcie czego się trzymać. Wziąłem ów wielki klucz oddany mi przez Wojtkiewiczową, otworzyłem nim drzwi żelazne i znalazłem się w lamusie, półciemnym, pełnym stęchlizny. Przedewszystkiem postanowiłem wpuścić tu trochę światła i powietrza, pchnąłem więc okiennicę jedną i drugą. Otwarły się z łatwością. Szyb w oknach nie było, tylko kraty żelazne, grube, rdzą pokryte.
Cały lamus napełnił się dzienną jasnością.
Nie było w nim nic, prócz starego żelaztwa, łańcuchów, rzemieni... Na kołkach w ściany wbitych wisiało kilka staroświeckich siodeł, w kącie leżała baryłka grubemi żelaznemi obręczami okuta. Nie zwracałem uwagi na tę starzyznę, gdyż głównie zajmowała mnie trumna. Stała na samym środku lamusa, na dwóch stołkach drewnianych, długa, szeroka, widocznie na mężczyznę wysokiego wzrostu robiona. Przypatrzyłem się bliżéj, na wieku oprócz krzyża były jakieś napisy, a właściwie jeden napis zmieniany i poprawiany kilkakrotnie. Poprawki dotyczyły tylko imienia właściciela trumny, nazwisko i wyrazy łacińskie „obiit A. D...“ pozostały bez zmiany. Pierwiastkowy napis brzmiał: „Laurentius Gozdawa obiit A. D“... Widocznie więc trumna sporządzona była i przeznaczona dla niego. Następnie, inną już ręką wyraz Laurentius przekreślony był, a nad nim napisano Petrus, i znowu inna jakaś ręka przekreśliła Petrus, a natomiast napisała Joannes... To ostatnie imię pozostało nietknięte.
Laurentius, Petrus, Joannes... Domyślałem się, że Joannes był to Jan po którym odziedziczyłem Pustelnię, ale co zacz byli tamci, którzy się do owéj trumny cisnęli i docisnąć się nie mogli?
Może mi na to wnętrze trumny odpowie.
Z poszanowaniem, a nawet nie bez pewnéj bojaźni, podniosłem wieko. Wewnątrz trumna była pusta, gładko wyheblowana, bez obicia i bez poduszek. Na samym środku na dnie leżała ogromna koperta z szarego grubego papieru, otwierana widać kilkakrotnie, gdyż nosiła na sobie ślady dawniejszych rozłamanych pieczęci. Ostatnia pieczęć była nienaruszona.
Wziąłem papiery do ręki zamknąłem wieko trumienne, drzwi od lamusa — i udałem się do izby wielkiéj, w któréj poprzedniego dnia z Jojną rozmawiałem. Tam znalazłem pewne zmiany, niewiadomo kiedy i przez kogo zrobione. Przy samem oknie ustawiony był stół pokryty grubem suknem zielonem, a na stole znajdował się staroświecki kałamarz drewniany z piaseczniczką, pęk piór, oraz zwój papierów i ta skrzyneczka z pieniędzmi, którą mi Wojtkiewiczowa wczoraj doręczyła. Obok kałamarza znowuż bukiecik lewkonij, tak jak w tamtéj izbie przy łóżku...
Któż tutaj ciągle językiem kwiatów przemawia, kto daje poznać, że oprócz zbutwiałych szpargałów i trumny jest młodość i życie w téj Pustelni nieszczęsnéj!?...

. . . . . . . . . . . . . . . .

Kto się w stare szpargały wczytuje, ten jakoby do krainy zmarłych zstępował i z duchami ojców rozmawiał. Źle mówię rozmawiał... jakoby opowiadania ich słuchał. Silne ongi ramiona rozsypały się dawno w proch, duchy ofiarne i mężne rozpłynęły się w nieskończoności niepojętéj i tylko myśl zaklęta w marny wiotki papier, przeżyła o wiele głowę, z któréj wyszła i rękę co ją drobnemi wyraziła znaczkami.
Otworzyłem wielką kopertę i zdawało mi się, żem do mogił katakumb zeszedł, że z wielkiego cmentarzyska wychodzą postacie krwią mi i duchem pokrewne, że pousiadały na cmentarnych głazach, na zwaliskach i rozpoczęły spowiedź swego dawno zapomnianego życia...
Piérwszy zeszyt opowiada: „Dzieje zacnego rodu Gozdawów“. Opowiada je drobiazgowo ze szczegółami i szczególikami takiemi, które ani z rodem, ani z domu zacnością żadnego związku nie mają. Bohaterskie czyny obok gospodarskich notatek, historya rzędzików i koni obok historyi ludzi... koligacye, małżeństwa, sprawy, procesa, zajazdy, wyprawy, sejmiki... Powtarzać tego ani przepisywać nie będę, boć foliant nie zawierał nic więcéj, prócz historyi rodu jakich było tysiące. Ród ten z prądem czasu szedł i prądowi temu łatwo unosić się dawał — zapalny, ofiarny aż do poświęceń, to znowu samolubny i drobiazgowy; ot ród zwyczajnie, z cnotami i wadami, z niepokalaną jasnością... ale nie bez plamek także.
Przeczytałem foliant cały, westchnąłem za spokój umarłych i wziąłem się do dalszego przeglądania papierów. Plik, który wpadł mi z kolei do ręki wyłącznie spraw majątkowych dotyczył. Przerzuciłem szybko różne akta, nadania, umowy, wyroki — nie wczytywałem się w szczegóły, bo i cóż mi z nich?... Prócz Pustelni, z majątku znacznie większego niegdyś nic nie zostało, a do posiadania Pustelni tytuł mam jasny, niezaprzeczony i nie spodziewam się, żeby mi kiedy zakwestyonował go ktokolwiek. Pozostawiłem tedy wszelkie dowody majątkowe na czas dalszy, związałem je starannie; niech tamci, którzy po mnie do Pustelni przyjdą oglądają je jeżeli zechcą.
Oparłem głowę na dłoniach i zamyśliłem się; — ani dzieje rodu zacnego, ani dowody odnoszące się do spraw majątkowych nie nauczyły mnie nic o tajemniczéj trumnie, nie powiedziały po co ona stoi w lamusie, dlaczego napisane było na niéj pierwiastkowo Laurentius, później Petrus, wreszcie Joannes... Któż mi rozwikła tę zagadkę?... Chyba Wojtkiewiczowéj zapytam, albo starego Szymona, albo wreszcie żyda Jojny... Przecież choć jedno z tych trojga ludzi — dziada mojego pamiętających — musi o tém coś wiedziéć...
Zebrałem owe szpargały i chciałem je włożyć w kopertę napowrót, gdy spostrzegłem, że w téjże kopercie złożony we czworo znajduje się jeszcze arkusz pożółkłego papieru.
W nim znalazłem rozwiązanie zagadki.
U góry arkusza, dużemi bardzo kształtnemi literami napisane były te słowa: „Ja Wawrzyniec Gozdawa z Pustelni, na potrzebę pospolitę wychodząc, zkąd moc Boska i wola może mnie zdrowym powrócić, albo i nie powrócić, to synowi memu przykazuję: że jeżeli wyroki Przedwiecznego dadzą mi kiedy żywym i zdrowym pod strzechę własną się dostać i pod nią żywota dokonać — iżby tedy przerzeczony syn Piotr, grzeszne ciało moje w trumnie dębowéj, w lamusie stojącéj, pogrzebać kazał. Gdybym zaś gdzieindziéj głowę złożył, niech syn mój Piotr trumnę takową dla siebie zachowa“. Pod temi kilkoma wierszami był krótki dopisek Piotra, skreślony jakby w pośpiechu, literami drobnemi, nieczytelnie.
„P. S. Podobało się Najwyższemu, że rodzic mój Wawrzyniec chwalebną śmiercią zginął. Opuszczając progi domowe, a nie wiedząc ażali je kiedykolwiek obaczę, synowi memu Janowi trumnę ojcowską przekazuję, i albo ja w niéj legnę za powrotem, albo-li gdy nie powrócę, syn mój Jan“.
Ostatni przypisek zrobił Jan.
Ten z rezygnacyą jak widać, ale i z żalem opuszczał domowe progi. Ciągnęła go do nich nadzieja szczęścia, które się nigdy ziścić nie miało.
Widocznie długo się nad zredagowaniem przypiska namyślał, bo kilka wierszy przekreślił i znów zaczynał, i znów mazał, aż dał folgę uczuciom swoim w niezbyt zgrabnym, lecz rzewnym wierszyku:

Już rżą konie osiodłane, już pobudkę grają.
Matki synów, a kochanki kochanków żegnają...
Czy polegnę w téj wyprawie, czy mnie miną kule,
Imię moje, Andziu droga, zawsze wspomnij czule!
A gdy przyjdzie kto i powie: „zginął Jaś serdeczny”,
Zmów za niego, Andziu droga: „odpoczynek wieczny”.

Pod tą strofką było znowuż kilka wierszy przekreślonych, a po nich następowały te słowa:
„Kto weźmie po mnie ojcowskie dziedzictwo nie wiem — ale błogosławię mu i życzę niech będzie szczęśliwy i niech dożyje lat późnych, a po najdłuższém życiu niech zabierze ze sobą tę nieszczęsną trumnę na cmentarz“.
Oto i cały dokument.
Boże! toż przez trzy pokolenia trumna czekała i czekała i doczekać się mieszkańca swego nie mogła... Nieszczęsna trumna!... biedne pokolenia!... Wstałem od stołu, przeszedłem się kilkakrotnie po wielkiéj izbie, myśląc nad owem fatum szególném, które nad rodem Gozdawów zawisło... a czyż nad tym jednym tylko?!... Gdym tak dumał, drzwi otworzyły się cicho i stanęła przedemną Wojtkiewiczowa, ubrana jak wczoraj w białym czepcu i czarnéj chustce na ramionach. Nie przywitała mnie ani słowem, nie rzekła „dzień dobry“, nie spytała jak piérwszą noc pod własnym przepędziłem dachem, tylko utkwiła we mnie wzrok pytający, badawczy, surowy i zapytała:
— No cóż?
Jednéj chwili powziąłem postanowienie i, podniósłszy rękę do góry, rzekłem:
— Sukcesyę po Janie Gozdawie biorę dla siebie...
W oczach staréj kobiety błysnęły łzy rozrzewnienia, objęła kościstemi rękami moją głowę, pocałowała w czoło i rzekła na wpół z płaczem.
— Nareszcie!!

. . . . . . . . . . . . . . . .

Po południu wyszedłem w pole z Szymonem. Nie wiem z jakiéj przyczyny ponury i mrukowaty ten chłop rozjaśnił czoło i stał się rozmownym... Szliśmy miedzami; żyto już żęli, pszenica złociła się, a jęczmieniowi, gdzie wcześniéj siany, płowieć zaczynały wąsiska. Chłop pokazywał mi pola do mnie należące i dogadywał wciąż:
— Tu panie grunt dobry, a tu krzynkę gorszy, tu woziliśmy gnój przed dwoma laty, tu zaś po pszeniczysku kartofle posadziłem.
— Więc to wy, mój Szymonie — spytałem — gospodarstwo tu prowadzicie?
— A dyć.
— Sami?
— Głowa moja jedna starczy, ale ręców dwie za mało; parobków nie ma... ani czeladzi... a choć Pustelnia sama w sobie Pustelnia...
— Jak to rozumiéć, sama w sobie?
— Ano, tak rozumiéć, jak się powiada: folwark jest sam w sobie, przeze wsi, chłopów nie ma, dla tego o ludzi bajki. Przyjdą z życzliwością, za niewielką zapłatę, a robią dobrze i przypędzać nie trzeba... Ja tu panie od maleńkości; chciałem było za panowym dziadkiem w świat iść, ale przykazował, żebym przy ojcu ostał, bo ojciec letni już był i na księżą oborę patrzał... Tedy panowy dziadek to słowo rzekł: „Szymonie, ty tu siedzić masz, a jak ojciec twój oczy zamknie, to już cała Pustelnia na twojéj głowie będzie“... Jako téż z woli Boga miłosiernego do téj pory i była... Orało się, zbierało, młóciło, jak Bóg przykazał... Cztery lata siedziałem tu sam i żyd siedział w drugim czworaku... niby Jojna, setnie stare żydzisko; on i sam zrachować nie potrafi siła ma lat...
— A cóż się po czterech latach stało?
— Po czterech latach przyjechała pani Wojtkiewiczowa i zabrała wszystko w swoje ręce.
— A wy?
— Ja jaki byłem taki jestem. Miała pisanie od pana, żeby jéj wszystko do ręki oddawać, tom wzion kużdą rzec i oddał... I lepiéj, ona kobieta mądra, piśmienna, a ja chłop, mnie do sochy podobniéj, niż do tych ta rachunków, com zawdy po kilka kijów od końca do końca niemi nakarbował; i to przez Jojny pomocy nie mógłbym się dorachować... Podobno pani dosyłała panu dziedzicowi za granicę pieniędzy, bo tam między obcym narodem o chleb trudno, a powiadają, że jenszy miemiec to jeno same kartofliska z osypką jada...
— Kto wam to powiedział?
— A juści, niby ja niewiem? Przyjeżdżały tu łońskiego roku dwa miemce, co chcieli młyn po Michale kupować, to właśnie takie były spaśne, rozbuchane, brzuchate, że inszy karmnik po grochu taki nie jest... Im kużda rzecz podobna, bo nawet mowy ludzkiéj nie znają, jeno tak rzechotali między sobą paskudnie, że i nie każdy żyd rozumiał... A może teraz łąkę pan obaczy, pastwisko...
Poszliśmy daléj.
Na łąkach kilka stogów siana stało, a daléj na pastwisku bydełko utrzymane ładnie, skubało gęstą trawę.
— Oto dobytek pański — mówił Szymon — krowy niczego i jałowizna téż. Woliska i konie w robocie, jako wielmożny pan widział, a źrebaków jest ćtyry całéj obrady, to mają zagrodzony okólnik za stodołą, tam się pasą...
Rozmawiając z Szymonem doszliśmy do lasu.
— Może zechce pan obaczyć? — spytał chłop — niewiele lasu jest ale ładny, a jeżeli pan do strzelby nauczny, to tu zwierzyny jakiéj chcąc zdybie. On nasz las do książęcych borów ma przytknięcie, zwierz przychodzi, a że tak tu jak i tu nie ma go komu straszyć, to się i chowa.
— Podobno tu są jakieś straszne miejsca w lesie? — spytałem.
Chłop się rozśmiał.
— Et podobno są; ludzie coś plotą, ale ja nie widziałem na swoje oczy ni razu... a zreśtą, choćby co i przeszkadzało, to już tera prawa nie ma.
— Dlaczego?
— Bo założenie takie podobnoć je, że dopóki w Pustelni gospodarza nie będzie, dopóty ono ma przeszkadzać.
— Któż wam to mówił?
— Ot kto mówił! Zaś gadali, powiadali i tylo... ale skoro Bogu dziękować gospodarz się zdybał, to nie będą mieli co powiadać i przestaną...
Szymon wcale nie zapytywał mnie o swoje losy, nie ciekawy był wiedziéć, czy go zatrzymam, czy nie... Gdy wspomniałem mu, że go z chęcią wielką i nadal przy gospodarstwie widziéć będę, a pracę jego wynagrodzę odpowiednio, spojrzał na mnie z podziwieniem najwyższém i rzekł:
— Nie była Pustelnia przez Szymona i Szymon przez Pustelni téż nie będzie...

. . . . . . . . . . . . . . . .

Głód mi dokuczał.
Powróciwszy z obchodu gospodarstwa, przedeptawszy co najmniéj ze dwie mile drogi, po polach i łąkach, czułem, że mam wilczy apetyt. Na progu dworku spotkałem jakąś krępą dziewczynę.
— Moje dziecko — rzekłem — czyś tutejsza?
Rozśmiała się, wyszczerzywszy przytém dwa rzędy, dużych białych zębów. Wzruszyła ramionami i rzekła:
— A dyć wielmożny pan téż... niby dziedzic, a Magdy nie zna...
— Teraz, gdy mi powiedziałaś kto jesteś, już cię znam i wiém żeś Magdusia.
— Juści, że nie pies...
— Co téż mówisz!... mam do ciebie prośbę.
— Nie wójt ja, żeby do mnie z prośbami chodzili. Co pan chcą, to powiedziéć — i skutek.
— Pójdźże do pani Wojtkiewiczowéj i poproś jéj grzecznie odemnie, żeby była łaskawa tu pofatygować się do mnie.
— Ii, ja ta nie potrafię tak gadać, powiem jeno: niech pani leci duchém do dziedzica i ju!
Chciałem jéj wytłómaczyć, że ja pani Wojtkiewiczowéj rozkazywać nie śmiem i nie mam prawa, ale zanim się zdobyłem na słowo, Magda była już w ogrodzie.
Po chwili do owéj wielkiéj izby, w któréj odczytywałem papiery po dziadku, weszła pani Barbara, ale ubrana jakoś inaczéj, weselsza i uśmiechnięta. Miała znacznie mniejszy czepiec na głowie, zamiast czarnéj chustki popielaty kaftanik. Spojrzałem na nią i spostrzegłem, że nie jest tak stara, jak mi się na piérwszy rzut oka zdawało. Wprawdzie czoło jéj było zmarszczkami pokryte, włosy popruszone gęsto szronem siwizny, ale w oczach było tyle życia, energii i siły, że trudno było przypuszczać, aby ta kobieta więcéj nad jakie pięćdziesiąt lat życia liczyć mogła.
— Pani dobrodziejko — zawołałem bez żadnych wstępów — kuzynko, czy jak się pani nazwać rozkażesz, jestem tak głodny, że gotówbym gryźć kamienie.
Rozśmiała się.
— Znajdziemy coś lepszego i nie tak szkodliwego na zęby, bo ja przewidziałam pański apetyt, widząc że wychodzisz w pole z Szymonem. Nie braknie w Pustelni kurcząt, ani śmietany, a do wypicia znajdzie się coś także... jest starka i miód dobry ze swojéj pasieczki. Nie gospodarowaliśmy tu źle... W ogrodzie jest altanka chmielowa, w niéj stół nakryty oczekuje na pana.
— Biegnę tam natychmiast...
— Poczekaj pan, nie znudzę... jedno tylko słówko.
— Słucham pani.
— Uregulujmy nasz stosunek, wiedzmy kim odtąd mamy być dla siebie.
— Ależ to moje pragnienie.
— Tém lepiéj... Wczoraj, gdym panu oddała to czego przez długie lata strzegłam, powiedziałam, że od dziś Pustelnię opuszczę.
— Dla czego?
— Czekaj pan... Musiałam tak powiedziéć... Nie wiedziałam jak postąpisz... Gdybyś postanowił nie mieszkać tu, odjechać napowrót do Warszawy, nie zostałabym dłużéj ani jednéj godziny... teraz wszelako myślę inaczéj, a kwestya wyjazdu mego, lub pozostania tutaj, wyłącznie już od pana zależy.
— Czyż może się pani o to pytać!
— A więc pozostaję... ale jeszcze słowo, a raczéj dwa słowa: pierwsze, jestem pańską cioteczną ciotką, zechcesz mnie nazywać ciotką Barbarą.
— Z całą przyjemnością, droga ciociu.
— To dobrze... a ja będę ci mówiła odtąd: Leonardzie.
— Prześlicznie.
— Jeszcze jedno... Zatrzymując mnie, zatrzymujesz w Pustelni jeszcze jedną osobę, dla któréj opiekunką jestem. Nie jada ona wiele, a pracuje chętnie i dużo. Jest to moja kuzynka, młoda dziewczyna, sierota.
— Ach! ta co tak ślicznie śpiewa! — zawołałem.
— Jużeś ją wypatrzył?!
— Wysłuchałem ją raczéj. Usłyszawszy śpiew, pomyślałem, że taki głos piękny może miéć tylko młoda i bardzo ładna osoba.
— Młoda jest... a co do ładności... zobaczysz ją zaraz. Chodźmy, bo nie chcę cię morzyć dłużéj głodem, mój kochany dziedzicu.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Altana była duża, niezdarnie sklecona z łat sosnowych, ukośnie między słupami przybitych. Arcydzieło to skleił własnoręcznie Szymon, dla uciechy panienki, a panienka znów dla uciechy całego domu obsadziła ją chmielem; że zaś grunt w tém miejscu był bardzo żyzny, a panienka miała do sadzenia szczęśliwą rękę, więc chmiel się przyjął doskonale i porozkładał się na łatach, festonami zieleni przykrywając ich chropowatość i krzywość. Pod zieloném chłodném sklepieniem altany mogło się pomieścić wygodnie z piętnaście osób. Gdyśmy tam z ciotką Barbarą weszli, zastaliśmy tylko jedną... na widok któréj stanąłem jak wryty. Nieopisany wdzięk prostoty i urok młodości łączyły się w téj dziewczynie. Mogła miéć może szesnaście, może siedemnaście lat dopiero; średniego wzrostu, szczupła, kształtna, z oczami pełnemi blasków i życia, z brzoskwiniowym puszkiem młodości na rumianéj twarzyczce, z grubemi warkoczami, czarnemi, które wolno puszczone spadały na jéj ramiona, wydała mi się niezwykle piękną. Skłoniłem się jéj z pewnego rodzaju zakłopotaniem, nie wiedząc jak ją przywitać, jak nazwać — a i jéj twarzyczka, opalona trochę od słońca, pokryła się żywym rumieńcem. Ciotka Barbara pośpieszyła, aby nas wyprowadzić z kłopotu.
— Leonardzie — rzekła — przedstawiam ci wychowanicę moją i kuzynkę Helenę Zakrzewską. Jest to sierota; od dziecka chowa się przy mnie... Dużoby trzeba opowiadać o stosunku familijnym jaki mnie z nią łączy. Powiem ci to przy sposobności... a teraz proszę do stołu. Skarżyłeś się, że jesteś głodny... Helenko pamiętaj o swoim sąsiedzie.
— Skoro panna Helena — rzekłem — jest skuzynowana z ciocią, a zatem i ze mną.
— No, nie bardzo... Jest wprawdzie powinowactwo, ale dalekie.
— Szkoda — odezwałem się — jako jedynak nie miałem rodzeństwa, byłbym więc bardzo szczęśliwy, gdybym znalazł siostrzyczkę.
Dziewczę zarumieniło się jeszcze bardziéj, a ja oczu od niéj oderwać nie mogłem. Ów apetyt wilczy, który przed chwilą tak mi się dawał we znaki, zniknął; ledwie dotykałem potraw, któremi ciotka Barbara częstowała mnie ciągle. Byłem milczący i onieśmielony. Ciotka, jak się późniéj dowiedziałem od niéj saméj, przypisywała to doznanym w ciągu ubiegłéj nocy i dnia dzisiejszego wrażeniom. Zdawało jéj się, że żałować zacząłem powziętego postanowienia, że przerażała mnie myśl pozostania na zawsze w téj Pustelni, w sąsiedztwie owéj smutnéj sukcesyi po Gozdawach, owéj wielkiéj trumny, co przez trzy pokolenia mieszkańca się nie mogła doczekać.
— Proszę cię Leonardzie, jedz — zachęcała ciotka — bądź łaskaw; jeszcze nie odpocząłeś dobrze po podróży, a dziś obszedłeś całe gospodarstwo, sfatygowałeś się, zmęczyłeś, więc potrzebujesz posiłku.
— Jużem głód zaspokoił — rzekłem.
— No, jeżeli zawsze tak jadasz, to dziw doprawdy jakim sposobem wychowałeś się i wyrosłeś na takiego mężczyznę... A może tak z tęsknoty za wielkiém miastem straciłeś apetyt.
— Czy panu bardzo żal Warszawy? — spytała Helenka, zwracając na mnie swoje piękne oczy.
— Nie...
— Ale nieraz będzie pan o niéj myślał.
— Myśléć, to nie znaczy żałować. Naturalnie, że wspomnę ją i często, pozostawiłem tam bowiem dużo znajomych, kolegów, przyjaciół. Spędziłem tyle lat...
— Czy szczęśliwych?
— To względne... ale w każdym razie spokojnych; dzień schodził zwykle szybko przy zajęciu, a wieczorem do teatru się szło, lub znajomych. W święto, jak latem, wyjeżdżało się czasem za miasto na spacer, w ogóle czas się nie dłużył, dnie za dniami mijały, że ani się obejrzéć jak rok przeszedł, a za nim drugi, trzeci, dziesiąty.
— Mówią, że Warszawa bardzo duże miasto?
— Pani nie zna? — spytałem.
— Nie, nie byłam tam nigdy, ale zdaje mi się, że zawsze na wsi chyba piękniéj i lepiéj.
— Dla czego?
— Nie wiem, ale tak przypuszczam... Na wsi wszyscy znajomi, wszyscy swoi, a tam obcy; na wsi przestrono i swobodnie, tam ciasno; tu mamy las, łąkę, pola, ogród, rzekę, jezioro, a tam tylko zimne mury. Jabym się bała tam mieszkać, wolę w Pustelni.
— Tu pani dobrze?
— Bardzo dobrze, nie umiem nawet opowiedziéć jak dobrze. Ciocia poczciwa kocha mnie, a choć się czasem rozgniewa, to jednak nie jest zawzięta, da się przebłagać.
To mówiąc ujęła pomarszczoną rękę ciotki Barbary i ucałowała ją serdecznie.
— Zapomniałam ci powiedziéć Leonardzie — rzekła pani Barbara — że Helenka jest tu ogrodnikiem.
— Nie mam się z czém pochwalić, ciociu...
— Jednak ogród utrzymany czyściutko, są w nim kwiaty, owoce, warzywa. Ja się w to nie wdaję, pomoc dam do roboty, a reszta na głowie Helenki. Może zechcesz zobaczyć ogród Leonardzie, pójdź z Helenką.
— Doprawdy, nie ma tam nic godnego widzenia — tłómaczyła się piękna ogrodniczka.
— Proszę pani — odezwałem się — odkąd mnie losy rzuciły do Pustelni, to wszystko co w niéj jest musi być dla mnie godném widzenia, jeżeli zatém zechce pani być moją przewodniczką...
— Służę panu — rzekła — ale uprzedzam, że się pan rozczaruje.
— To zobaczymy.
— Idźcie już idźcie — rzekła ciotka Barbara głosem widocznie do rozkazywania przywykłym — bo jak się zaczniecie ceremoniować i certować, słońce tymczasem zajdzie i Leonard ogrodu nie zobaczy.
Poszliśmy.
Nie był to wcale osobliwy ogród, a i dziś nic szczególnego w nim nie ma, chociaż i ja dużo w niego pracy włożyłem, — ot, zwyczajny ogródek wioskowy. Drzew dużo, szkółka, gęste krzaki agrestu, porzeczek, malin mnóztwo pod parkanami, a daléj grządki warzywa. Kilkanaście krzaczków róż, rabatki rezedy i mnóztwo pospolitych kwiatów: lewkonij, goździków, żółtéj i czerwonéj nasturcyi, kilkanaście georgiń przy palikach, piwonij czerwonych, astrów moc — słowem najpospolitszy w świecie ogródek. Dla mnie wszelako wydał mi się wtedy niezwykle pięknym i uroczym... Słuchałem opowiadania Helenki o zającach, które w zimie w szkółce spustoszenia wielkie pomiędzy szczepami zrobiły, o chrabąszczach niezwykle licznych na wiosnę, o wilgach żółtych, ładnie śpiewających ptaszkach, które wciąż przylatują z lasu i objadają najpiękniejsze wiśnie... Biedna ogrodniczka tyle miała kłopotów, tylu nieprzyjaciół i szkodników! Dowiedziałem się przy téj sposobności, że w Pustelni są bezczelne wróble, które wcale nic sobie nie robią ze strachów; że w parkanie brakuje kilka desek, a Szymon, chociaż ciągle obiecuje temu zaradzić, jednak ani myśli słowa dotrzymać. Dowiedziałem się także, że kapuście grozi poważne niebezpieczeństwo, gdyż z powodu suchego lata liszek jest bardzo dużo i trudno z niemi wojować. Dowiedziałem się wreszcie, że w nocy ogród jest strzeżony przez dwa bardzo porządne i mądre psiska, które przy téj sposobności zostały mi zaraz przedstawione. Wreszcie musiałem skosztować malin, które nie były zwyczajne, takie jak wszystkie maliny na świecie, ale nabyte od ogrodnika z dóbr książęcych i przyjęły się ślicznie.
Słuchając szczebiotania mojéj towarzyszki, doznawałem dziwnie przyjemnego wrażenia; zdawało mi się, że zostałem przeniesiony do świata innego, w jakieś czasy patryarchalne, pełne naiwnéj prostoty. Gdyśmy powracali do domu, byliśmy już z sobą na stopie przyjaźni, tak jakbyśmy się znali od dzieciństwa. Powiedziałem jéj, że ma głos prześliczny, że wczoraj słyszałem jéj śpiew; powiedziałem, że bardzo lubię lewkonię i goździki — i wreszcie ułożyliśmy, że nazajutrz pójdziemy zwiedzić pasiekę, na co Helenka miała wyjednać dla siebie specyalne zezwolenie cioci... Gdy wieczorem znalazłem się w izbie, która odtąd miała sypialnię moją stanowić, pomimo znużenia, nie udałem się na spoczynek, lecz zasiadłem do pisania i do godziny bardzo późnéj nie wypuszczałem pióra z ręki. O spaniu pomyślałem wówczas dopiéro, gdy już na stole leżał gotowy i zapieczętowany pakiet, zawierający w sobie podanie do mojéj władzy o uwolnienie mnie ze służby, z powodu interesów familijnych, oraz listy do kolegów i przyjaciół z którymi bliżéj żyłem, donosząc im o mojém niezłomném postanowieniu pozostania aż do śmierci w Pustelni. Pilno mi było zerwać wszystkie więzy łączące mnie z dotychczasowém otoczeniem i rozpocząć zupełnie nowe życie.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Nazajutrz, koło południa, kazałem przywołać starego Jojnę. Przyszedł niebawem, stanął przy drzwiach i swoim zwyczajem, w milczeniu gładził siwą brodę, oczekując czego od niego zażądam.
— Pojedziecie Jojna — rzekłem — do miasteczka, w którém jest poczta.
— Wiem...
— I wyprawicie te papiery. Duży pakiet oddacie za kwitem, mniejsze listy bez.
Jojna wziął pakiet do ręki, przytknął do samych oczu prawie, przeczytał adres i uśmiechnął się.
— Ja wiem co tu jest w środku — rzekł — miarkuję...
— Naprzykład?
— Tu jest pisanie do wysokiego urzędu... a w tém pisaniu stoi, jako wielmożny pan, przyjechawszy do swoich majętnościów, zobaczył, że tu Bogu dziękować, aby zdrowie było, chleb jest, że pan sobie upodobał Pustelnię i bez to dziękuje za swój urząd i tu z nami zostanie.
— Bardzo z was domyślny człowiek.
— Ja nic więcéj nie robię, tylko myślę, a przez to, że ciągle myślę, to się czasem czego domyślę... Powinszować wielmożnemu panu...
— Czego?
— Szczęścia. Pan teraz jest na nowém miejscu, a u nas powiadają: że nowe miejsce, nowe szczęście. Tyle lat Pustelnia była bez dziedzica, teraz będzie z dziedzicem. Tu się wszystko robiło na wywrót. U nas stoi, że żydzi czterdzieści lat czekali na ziemię... tu się stało, że ziemia dłużéj musiała czekać na dziedzica. Teraz gospodarz jest już, więc aby siedział i cierpliwy był, to się wszystko na lepsze obróci...
— Dla czego cierpliwy?
— Bo cierpliwość, to jest wielka rzecz... Nasze mądre rabiny oszacowali, że cierpliwość jest warta czterysta „zuzów“, czterysta pieniędzy... i oni powiedzieli prawdę, bo oni zawsze prawdę mówią... Cierpliwość jest warta dużą sumę... Przez co żydzi wyszli z Babylonu? przez to, że mieli cierpliwość. Mógłbym wielmożnemu panu dużo powiedziéć o takich interesach, ale nie powiem, bo naprzód pan sam dobrze rozumie o co chodzi, a powtóre u nas stoi w megile, że gadanie jest szacowane na jeden złoty, a niegadanie na dwa złote.
— Dla czegóż to tak?
— To jest bardzo prosty interes. Skoro kto gada, to może powiedziéć albo co dobrego, albo co złego; a skoro kto nic nie gada, to wiadomo, że ani dobrze, ani źle nie powie, nie powie takie słowo co jest mądre, ani takie co jest w niem feler; a takie znowu słowo co ma feler to jest podobne do ptaka... Ono wyleci bardzo łatwo, ale złapać je i napowrót włożyć tam zkąd wyszło, wcale nie ma sposobu.
— Powiedzcież mi mój Jojno co o tutejszéj okolicy.
— Co pan chce wiedziéć o niéj?
— Wszystko... Skoro postanowiłem tu zostać, chciałbym wiedziéć przedewszystkiém jakich mam sąsiadów?
— Gdzie pan dobrodziéj widział, żeby Pustelnia miała sąsiadów?
— Przecież ktoś musi być.
— Proszę pana — rzekł Jojna brodę gładząc — ja tu siedzę tyle lat co sam zrachować nie mogę i jeszcze nie widziałem, żeby kto z blizkości do Pustelni przyjechał. Kto ma przyjechać, kiedy nikogo nie ma!... Pustelnia jest kawałek majątku sam w sobie, a dokoła jak pan spojrzy, wszystko wielkie dobra, pańskie dobra... Książęce majątki na parę mil się ciągną, hrabiowskie dobra téż ogromne, a Pustelnia między niémi w środku... jak Pustelnia. Ja miarkuję, że ona się przez to tak nazywa... ale niech się wielmożny pan nie martwi...
— Czegóż mam się martwić?
— Niech wielmożny pan nie bierze sobie do serca tego, że tu może być smutno, bo tu wcale smutno nie będzie, aby zdrowie było... Ładny kawałek gruntu, ładne gospodarstwo, chleb, Bogu dziękować był, jest i będzie... Tu się zawsze śliczne zboże rodzi, jak złoto zboże, a po miasteczkach żydków nie braknie. Przyjdą sami, dobre pieniądze dadzą i jeszcze się nizko pokłonią. Jabym życzył, żeby wielmożny pan pojechał sam trochę do miasteczka.
— Po co?
— Naszych kupców poznać. Co to panu szkodzi?
— Na to mam przecie dość czasu.
— I to jest prawda. Jak kto ma majątek obdłużony, jak potrzebuje sprzedać co, albo pieniędzy pożyczyć, to musi zaraz kupców poznać. Pan dobrodziéj, Bogu dziękować może czekać, aż oni sami przyjdą z pokłonem.
— Czy Jojna uważa, że Pustelnia tak dobrze stoi?...
— Żebym ja tak szczęśliwy był! Ja przecież najlepiéj tutejsze interesa znam... Długu nie ma ani grosza, pewnie i gotówki trochę pani Wojtkiewiczowa zebrała, a w folwarku Bogu dzięki nie brak nic. I w spichrzu jeszcze zboże jest i na łąkach zeszłoroczne stogi. Czego tu brak? Dziedzica tylko było brak, ale teraz kiedy dziedzic jest, to już nic nie brak. Pan nie pożałuje tego, że się między nami pozostał.
— Więc sąsiedztw żadnych nie ma?
— Nie ma, nie ma, wielmożny panie... Po prawdzie w tych wielkich dobrach, co z Pustelnią graniczą ludzi nie brak, są plenipotenty, rządcy, kasyery, ale oni swoim dworem żyją, między sobą kompanię trzymają.
— Dla czego?
— Jakto dla czego?... oni wszyscy Niemcy są. Poprzyjeżdżali z daleka, bardzo z daleka, z zagranicy, albo ja wiem zkąd?...
— To nie dobrze...
— Wiadomo że nie dobrze... Wielmożny pan lubiłby z kim kompanię trzymać, a tu nie ma z kim... ale co ja gadam! Jest, jest! no, że mi to od razu do głowy nie przyszło, ale ja myślałem, że pan pyta o obywateli, o szlachtę.
— Niekoniecznie.
— No, to tu w miasteczku, niedaleko, jest jeden człowiek co się wielmożnemu panu bardzo spodoba.
— Któż to?
— Nie duża osoba... całkiem doktór... ale jaki doktór! aj, waj! jaki on doktór! Nie potrzeba i w Warszawie lepszego szukać.
— Młody człowiek?
— Nie młody, wielmożny panie, i nie stary téż. Tak sobie, trochę szpakowaty... nazywa się Kaliński, wielki doktór, uczony człowiek! Jak raz, w lecie, był w swoim majątku sam książę i zachorował, to chcieli aż do Warszawy rozstawne konie po doktorów posyłać, ale że tymczasem był wielki gwałt, więc poprosili Kalińskiego... Nu, co wielmożny pan powié? On przyszedł, tego księcia obejrzał i powiedział, że nie potrzeba rozstawnych koni posyłać, ani doktorów zwozić, że za trzy dni to książę będzie całkiem zdrów... I tak się stało... On wtenczas duże pieniądze za to dostał... ale myśli pan, że on o pieniądze dba! wcale nie dba! Taki dziwny człowiek jest... On powiada, że człowiekowi pieniądze wcale niepotrzebne.
— A ma żonę? dzieci?
— Także nie ma. Powiada, że doktór z żoną nie wart pół tego co doktór bez żony. Ma taką swoją kombinacyę w głowie!
— Może to i racya.
— Hm, proszę pana, po doktorsku to jest trochę racya, bo doktór ma do czynienia z różnemi słabościami, może téż sam zachorować, może broń Boże umrzéć... no i co wtenczas z jego żoną? co z dziećmi? ale po naszemu, według naszéj kombinacyi, wcale nie jest racya. Naprzód, człowiek bez żony i bez dzieci to nie może być rachowany za całego człowieka... po drugie, takim ludziom Pan Bóg nie błogosławi, po trzecie, każdy człowiek ma swoje szczęście, a taki wcale nie ma szczęścia... Nie potrzebuję panu dużo opowiadać, ale dość, że ten doktór jest dziwny człowiek, a podobno i bardzo uczony człowiek... Pan dobrodziéj może miéć z niego kompanię.
— Postaram się go poznać.. ale skoro w miasteczku doktór jest, to musi być i aptekarz i ksiądz.
— Księdzów jest dwa nawet. Jeden stary, drugi młody... ale ja tu bałamucę, a mnie czas jechać... Oj, oj, dawniéj, dawniéj, jeszcze jak pański dziadek żył, to on téż lubił czasem ze mną gadać... On miał odemnie każdą nowinę, ale wtenczas ja byłem młody, ciekawy, jeździłem dużo po miastach, po jarmarkach, kręciłem się pomiędzy ludźmi, zawsze miałem co do powiedzenia... Teraz zestarzałem się, siedzę na miejscu, a powtóre, przez te lata co dziedzica nie było, komu miałem nowiny przynosić? Pani Wojtkiewiczowa nie bardzo ciekawa co się na świecie dzieje, a Szymon... wiadomo, Szymon chłop jest, prosty człowiek, nie rozumie się na delikatniejszych interesach.. No, teraz Bogu dzięki, pan jest, to ja jeszcze puszczę swoje stare kości w ruch, jeszcze będę tu różne nowiny przynosił.. Aj, aj, pan dobrodziéj się śmieje! Ja wiem, u państwa to się nazywa pantoflowa poczta. No, ale co to szkodzi? Czy ona jest pantoflowa, czy wozowa, to wszystko jedno, aby pan tylko wiedział co się na świecie dzieje.
Podziękowałem staremu żydowi za obietnicę i zapewniwszy go, że pantoflową pocztą nie pogardzam i wiadomości ze świata jestem bardzo ciekawy zaleciłem mu pośpiech.
Gdym wyjrzawszy przez okno, zobaczył Jojnę wyjeżdżającego za bramę, dziwnie mi się jakoś na sercu zrobiło, ale stało się... zerwałem zupełnie i stanowczo z dotychczasowym moim światem, wyrzekłem się go dobrowolnie, bez przymusu — i miałem rozpocząć nowe życie.
Czy lepsze ono będzie, weselsze?...

. . . . . . . . . . . . . . . .

Idziemy z Helenką do pasieki.
Dzień prześliczny, jasny, na niebie ani jednéj chmurki. Słońce obniża się już ku zachodowi, ale jeszcze dnia kawał przed nami. Wybraliśmy się wcześniéj, bo do pasieki kawałek drogi i ciotka Wojtkiewiczowa prosiła, żebyśmy przed zachodem słońca wrócili, bo z kolacyą oczekiwać nas będzie... A my słuchamy zawsze ciotki — my, to jest ja i Helenka, słuchamy jak dobre dzieci. Ciotka względem mnie przybrała ton macierzyński, daje mi różne rady i traktuje zupełnie jakby swego syna... Nie gniewam się o to, kobieta zacna, ze złotém sercem, otacza mnie taką troskliwością i opieką, jakiéj nigdy w życiu nie zaznałem... Mówi mi po imieniu, jakby od dziecka nie nazywała mnie inaczéj.
Idziemy do pasieki.
Dróżka, a raczéj ścieżka do niéj prowadzi, między dojrzewającemi ścianami żyta, potém ciągnie się, jak szare pasemko wśród łąk, a wreszcie ginie nad rzeką, w gaju, wśród którego dostrzedz można jakiś budynek.
Dziwnie pachnie i zboże i łąka i ów gaj, co się zdaleka przed nami rysuje.
— Dalekoż to jeszcze? — pytam.
— Czy się pan już zmęczył?
— Nie, alem ciekawy.
— Gdyby można było pójść prosto, byłoby bardzo bliziutko, ale rzeka ma takie skręty szczególne, a po łące mnóztwo rowów, które nie wiem po co Szymon kazał pokopać. Niektóre z nich są tak szerokie, że ja nie mogę przeskoczyć. Musimy trzymać się ścieżki, a na rowach znajdziemy kładki... Przejść można bardzo wygodnie, bez zamoczenia się... Ja tu w lecie jestem codzień.
— Codzień?!
— Czasami nawet bywam po dwa razy... bo w lecie największa robota przy pszczołach, trzeba ogromnie pilnować... chodzę więc, a wracam najczęściéj inną drogą.
— Dlaczego? kiedy są takie duże rowy?
— Właśnie dla tych rowów... mają one jedną dużą zaletę.
— Rowy! jakąż zaletę miéć mogą?... chyba tę, że odprowadzą z łąk zbyteczną wodę.
— Podobno, tak przynajmniéj dowodzi Szymon, ale ja się w to nie mieszam, a nad rowy chodzę, po niezapominajki... Zna pan zapewne... takie kwiatki niebieskie...
— Znam doskonale.
— Tu są prześliczne, a rośnie ich tak dużo, że można rwać pełnemi garściami. Ciocia bardzo lubi te kwiaty, dla tego téż pamiętam, aby przez całe lato miała je w swoim pokoju... Ach! otóż piérwsza kładka.
— Podam pani rękę...
— Nie, nie trzeba... raczéj ja panu podam.
W jednéj chwili była już na drugiéj stronie rowu i wyciągnęła do mnie rączkę, trochę opaloną, ale maleńką i zgrabną.
Późniéj przeprawiliśmy się przez drugą i trzecią kładkę i znaleźliśmy się w gaju.
— Któż budował te mosty? — spytałem, gdyśmy przez ostatnią kładkę przeszli.
— Któżby, jak nie Szymon... to jego wydział, a to mój — rzekła wskazując na dość wysoki parkan, z poza którego widziéć było można słomą pokrytą chatkę. Helenka otworzyła furtkę.
— Niech pan wejdzie, proszę...
— To więc jest pasieka? — spytałem.
— Tak... Szymon powiada, że istnieje tu ona od bardzo dawnych czasów i zapewne musi tak być, bo widzi pan jakie te kłody stare.
— Są i nowe jednak...
— Są; tego roku Szymon mi dwie dostarczył.
— Widzę, że pani z tym Szymonem ciągle ma do czynienia.
— Bo muszę. Prawie ciągle potrzebuję jego grzeczności; palików do drzew w ogrodzie, tyczek do grochu, ulów... Ciocia mi tego nie da, więc muszę Szymona prosić.
— Ale parkan w ogrodzie już naprawił.
— To nie jego zasługa, pan mu kazał, więc naprawił zaraz, a ja go prosiłam od dwóch tygodni napróżno. Chodźmy do pszczółek... Ale muszę pana przedtém zabezpieczyć, bo moje pszczółki nie są bardzo gościnne, nieznajomych kąsają... Wejdźmy do téj chatki...
Weszliśmy; była to nieduża stancya z kominem. Na ścianach wisiały siatki i różne narzędzia pszczolarskie, w kącie zaś stał tapczan, na nim garść słomy zmiętéj.
— Czy tu kto mieszka? — spytałem.
— Mieszka, ale tylko podczas zimy.
— Któż taki?
— Długa to historya... może ją panu ciocia lepiéj opowie...
— Ale pani zna tego mieszkańca?
— Miałabym nie znać?!... Jest to Bartłomiéj.
— To jeszcze nie wiele mnie nauczyło.
Helenka rozśmiała się.
— Wszyscy go Bartłomiejem tylko nazywają... Na jesieni późniéj przychodzi, mieszka w téj chacie i pasieki pilnuje, sieci nowe robi, albo stare naprawia, a na wiosnę bierze wielki kij w rękę, torbę płócienną na plecy i idzie znów w świat.
— Więc to żebrak?
— I tak, i nie. Tak, bo chodząc po świecie, żyje z jałmużny, a nie, bo nie chodzi umyślnie po to, żeby jałmużnę zbierać, tylko więcéj z nabożności... Wędruję do Częstochowy co roku i przynosi ztamtąd mnóztwo krzyżyków, medalików, różańców, które po największéj części darmo ludziom rozdaje. Chłopi go szanują, uważają go za pielgrzyma, pustelnika, prawie za świętego. Jak się tylko pokaże, wnet schodzą się do niego po radę, po różne pamiątki, które ze świętych miejsc poprzynosił... My mamy z niego wielką wygodę, szczególniéj ja, gdyż trudnoby mi było zaglądać do pasieki w zimie, gdy duże śniegi spadną... a tak, poczciwy Bartłomiéj mnie wyręczy. Ciocia mu daje zawsze trochę kartofli, kaszy i co tam potrzeba do jedzenia, a dziadowina sam sobie gotuje, tylko po chleb do dworu przychodzi... A prócz tego, żeby pan wiedział, jaki z niego rybak zawołany... Co on przed świętami ryb nałapie! Co roku żydzi przyjeżdżają i kupują. On wszystko umié ten Bartłomiéj; potrafi łapać wilki i lisy. Niech pan zobaczy ile skórek wisi w lamusie!
— Bardzo jestem ciekawy poznać tego Bartłomieja.
— Cóż łatwiejszego... pozna go pan niezadługo... Jaskółki odlecą, bociany w świat powędrują, żórawie... a po ich odlocie przyjdzie stary Bartłomiéj, przyjdzie, śpiewając jaką pieśń nabożną... Oto jest sitko, niech je pan włoży na twarz... Ach! jaki pan śmieszny w tém przebraniu! Trzeba jeszcze włożyć rękawiczki. Teraz możemy już iść śmiało między ule.
— A pani sitka nie bierze?
— Nie trzeba, pszczółki moje dobre znajome, nie ukąsi mnie żadna.
Poszliśmy, a Helenka szczebiotała ciągle.
Lata od téj pory przeszły — a jeszcze każdy jéj wyraz mam żywo w pamięci!
— To miejsce — mówiła — doskonale na pasiekę wybrane... Zaciszne, spokojne, tuż woda, łąki, las... a nad rzeką tyle malin, jeżyn, porzeczek, że pojęcie przechodzi! Mnie się téż zdaje, że Bartłomiej ma racyę.
— W czém?
— Ach prawda! pan nie wié. Bartłomiéj powiedział, że chyba przy stworzeniu świata ten zakątek na pasiekę przeznaczony został, bo lepszego nigdzie nie znajdzie, a przecież Bartłomiej dużo ziemi widział.
Zwiedziliśmy szczegółowo pasiekę — zdjąłem sitko z twarzy i zabraliśmy się do powrotu.
— Pan nie zgani mnie przed ciocią za moje gospodarstwo? — spytała.
— Lęka się pani?
— Naturalnie. Ciocia mi zawsze powtarza, że trzeba pracować, że grzech być próżniakiem, że nikomu na świecie chleba darmo nie dają, więc i ja téż robię co mogę i staram się, żeby było zrobione najlepiéj, a jeżeli pomimo woli mojéj jest co złego...
— To?
— To... proszę mi wybaczyć, panie — rzekła, podnosząc na mnie duże, prześliczne oczy.
Uchwyciłem drobną jéj rączkę i przycisnąłem do ust... Zażenowało ją to i onieśmieliło bardzo. Pokraśniała na twarzy jak róża i przez chwilę nie odzywała się do mnie wcale.
Szliśmy tą samą ścieżką przez łąki — i droga, dość długa w rzeczywistości, wydała mi się bardzo krótką... Z prawdziwą przykrością zobaczyłem, że już jesteśmy przy życie, poza którém ogród i folwark się znajdował. Na szczęście spostrzegłem dąb powalony przez piorun. Udałem zmęczonego, choć było to kłamstwo, bo wcale zmęczenia nie czułem.
— Panno Heleno — rzekłem — przyznam się, że już ledwie idę... zatrzymajmy się cokolwiek, spocznijmy...
— A dobrze — odpowiedziała — siądźmy na tém drzewie; nie wiedziałam, że pan taki niewytrzymały. Ja mogłabym jeszcze iść Bóg wié dokąd.
— Nieprzyzwyczajony jestem do chodzenia po polach, ale po niejakim czasie wprawię się i będę chodził tak jak pani.
— Czy w mieście ludzie mało chodzą? — spytała.
— Owszem, chodzą nawet bardzo dużo, ale tam, widzi pani, co innego, tam są wygodne, różne chodniki kamienne.
— O, dziękuję bardzo! Chyba żaden na świecie chodnik nie zastąpi zielonéj murawy, która jest miękka jak dywan.
Usiedliśmy na zwalonym dębie.
Słońce nachyliło się ku zachodowi; przyjemny, orzeźwiający wietrzyk muskał skronie.
Rzecz dziwna, rozmowa, która nam tak łatwo szła z początku, rwała się co chwila jak nitka i nawiązać jéj nie było można. Nie kusiliśmy się téż o to.... Helenka patrzyła na łąkę, po któréj bocian przechadzał się poważnie — ja ścigałem wzrokiem hyże jaskółki, uganiające się za muszkami w powietrzu. Drobne te szczegóły wyrzeźbiły się głęboko w mojéj pamięci i nie zatarły się, pomimo lat, aż po dzień dzisiejszy.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Przyzwyczajony od wczesnéj młodości do systematycznéj pracy, nie mogłem siedziéć w Pustelni z założonemi rękami. Los niespodziewanie obdarzył mnie ziemią, a na gospodarstwie nie znałem się ani trochę. Postanowiłem więc praktykować przy Szymonie, a wiadomości teoretycznych szukać w książkach. Zaledwie dzień się zrobił, byłem już zwykle na nogach. Poczciwy Szymon budził mnie i chodziliśmy razem do zabudowań folwarcznych, do dobytku, a potem w pole, na łąki. Gdy robota odbywała się jednocześnie w dwóch punktach, Szymon dozorował na jednym, ja na drugim. Bardzo szybko przyzwyczaiłem się do tego zajęcia, polubiłem je nawet i dziś nie chciałbym go już na żadne inne zamienić. Szymon, małomówny z natury, o gospodarstwie jednak bardzo chętnie rozmawiał. Opowiadał mi, jak się tu od najdawniejszych czasów rolę uprawiało, według starego obyczaju, jak ongi jeszcze za dziadów — i wyszydzał różne nowości, które w sąsiednich magnackich gospodarstwach zaprowadzono. Z ciekawością wielką słuchałem tego chłopskiego wykładu, a wieczorami czytywałem książki rolnicze, i tak po troszę praktyką dopełniałem teoryę... teoryą znów praktykę — i ostatecznie z czasem nauczyłem się chodzić koło roli, téj nigdy niewyczerpanéj w swém bogactwie żywicielki naszéj.
Dnie ubiegały szybko jeden za drugim i na myśl mi nawet nie przyszło, żeby szukać nowych znajomości, towarzystwa. Na cóż? Miałem zatrudnienie, które wypełniało mi dzień cały, a kiedy po pracy zasiedliśmy do posiłku, ciotka Wojtkiewiczowa opowiadała różne epizody z dziejów rodziny naszéj, a Helenka szczebiotała jak ptaszek. Ze świata miałem także relacye, bo dwa razy na tydzień przywożono z poczty gazetę, którą moim paniom czytywałem głośno — z bliższych zaś okolic stary Jojna wieści przynosił.
Przeszło lato, pierwsze lato we własnym kącie, na własnym kawałku ziemi! Sprzątnęliśmy zboże, pozwozili do stodół, ułożyli w sterty to, co się pod dachy zabudowań zmieścić nie mogło. Szymon dumny był ze zbiorów i chwalił się niemi, wymieniając z tryumfem, ile mamy kóp zboża i stogów siana na łąkach.
Po lecie przyszła pogodna, złota jesień. Załatwiliśmy się z siewem ozimin i z orką — a Helenka ogołociła swój ogród z dorodnych jabłek i gruszek. Nad polami unosiły się srebrne nici babiego lata, bociany powędrowały za morze, odleciały zwinne jaskółki, żórawie krzykiem donośnym pożegnały nasze strony... Już się téż rankami i biały mrozik pokazywał, a dnie były coraz krótsze i krótsze. Helenka dziwiła się, że Bartłomiej z wędrówki nie wraca, wspominała o nim codzień prawie, wyglądała przez okno, czy go na drodze nie dojrzy. Przywlókł się dziad przecież!
Przyszedł, jak co rok, z zapasem krzyżyków i obrazków, z pieśnią nabożną na ustach. Był to człowiek wysoki i przygarbiony nieco, z długą białą brodą i takiemiż włosami, które mu na ramiona spadały. Ubrany ubogo ale schludnie, nie miał powierzchowności żebraka. Za pasem różaniec nosił, sakwę płócienną miał na sobie, a w ręku kosztur osobliwy, długi i sękaty. Gdy przyszedł, Helenka i ciotka Wojtkiewiczowa na spotkanie jego wybiegły, wprowadziły go do pokoju i dopytywały się gdzie bywał.
I ja zapragnąłem także owego gościa zobaczyć...
Gdym wszedł, skłonił mi się nizko, życzył szczęścia, krzyżyk z Częstochowy mi ofiarował i prosił, abym mu pozwolił przezimować w owéj budzie w pasiece. Proponowałem żeby na folwarku został, gdzieby miał większą wygodę — ale nie chciał.
— Wielmożny panie — odrzekł — mnie tam dobrze... a zresztą staremu niewiele potrzeba, byle dach nad głową, siaki taki komin i garstka słomy na posłanie... Podziękuję pokornie i odsłużę jak mogąc. Trochę to ja i rybak, trochę myśliwy. Siatki ponaprawiam, zwierzyny dostarczę... kłodę na ul wyżłobię...
Popatrzył na mnie uważnie — a potém dodał ciszéj:
— Gdym się teraz po świecie włóczył, ku miejscom świętym ciągnąc, precz mi się zdawało, że za powrotem do Pustelni, odmianę jakąś znajdę... Prosiłem téż Boga, żeby choć dobrą i Bóg miłosierny wysłuchał. Zastałem panią oto i panienkę we zdrowiu... a Pustelnia doczekała się dziedzica...
Znowu przerwał, spojrzał na Helenkę, potém na mnie, kiwnął głową, uśmiechnął się nieznacznie i rzekł:
— Niech-że Bóg błogosławi, niech będzie w tym domu radość i wesele...
Ten ostatni wyraz wymówił z naciskiem. Helenka zarumieniła się jak wiśnia i tak pilnie patrzyła w podłogę, jakby na jéj gładkich deskach coś bardzo ciekawego spostrzegła.
Polubiłem starego Bartłomieja. Namówił mnie, abym na polowanie z nim chodził, więc téż bobrowaliśmy prawie codzień po lesie, i ja nowicyusz, nauczyłem się przy nim różnych sekretów myśliwskich. Zaopatrywaliśmy śpiżarkę ciotki Barbary w zwierzynę, a skór lisich i wilczych coraz więcéj przybywało w lamusie. Robiliśmy téż wycieczki na jezioro, bo Bartłomiéj był rybak zawołany i jak chłopi twierdzili, miał takie sieci osobliwsze, do których ryby same się cisnęły gromadą. Tak przechodziły dnie zimowe — a wieczory były jeszcze milsze. Już ta smutna Pustelnia, to ustronie, o którém ludzie opowiadali straszne rzeczy, wydawała mi się istnym rajem — i nieraz zadawałem sobie w duchu pytanie, czém zasłużyłem na takie szczęście? Bo istotnie byłem zupełnie szczęśliwy — szczęśliwy bez miary, bez końca, bez granic... Jednego wieczoru, o szaréj godzinie, nim światło przynieśli, zacząłem rozmawiać z Helenką, to o tém, to o owém, aż wreszcie wypowiedziałem jéj to, co oddawna nosiłem już w sercu. W jakie wyrazy ubrałem to moje wyznanie, nie wiem, nie pamiętam — to mi jednak z pamięci nie wyjdzie, żem ją wziął za rączkę, że ona téj rączki z mojéj dłoni nie starała się wyswobodzić, że słuchała wyznania, nie przerywając ani jednem słowem — i że przyrzekła mi być moją, moją na zawsze...
Gdy ciotka Barbara weszła do pokoju ze światłem, spojrzała na nas uważnie i badawczo... Widocznie spostrzegła moje wzruszenie i prześliczne rumieńce Helenki. Zdaje mi się, że się chciała zapytać co się stało — ale nie dałem jéj przyjść do słowa, powiedziałem wszystko i prosiłem o błogosławieństwo.
— Ona sierota, ja sierota, niech więc ciotka matką naszą będzie...
Nie zgodziła się odrazu. Oponowała.
— Zastanów się Leonardzie — mówiła — pomyśl... tyś bogaty, ona biedna, sierota, a przytém prawie jeszcze dziecko. Pomyśl, że możesz znaleźć partyę lepszą.
— Nie! — zawołałem — nigdy nie znajdę, bo szukać nie będę, bo tylko tę jednę kocham, w téj szczęście widzę...
Zacząłem całować ciotkę po rękach, prosić, błagać... aż rozpłakała się i wyciągnęła nad nami ręce.
— Niechże was Bóg błogosławi — rzekła.
Szybko łzy otarła — i wnet na realniejsze sprawy myśl zwróciła.
— Narobiłeś mi kłopotu — rzekła z udanym gniewem — roboty na całą zimę...
— Roboty?!
— Naturalnie. Tobie się zdaje, że wziąć pannę z domu, to tak samo, jak zdjąć strzelbę z kołka...
— Ciociu, jestem w tém szczęśliwém położeniu, że panny z domu brać nie potrzebuję, przecież ona jest już w nim.
— To prawda, ale wyprawa! Nie wyobrażam sobie jak można wyjść za mąż bez wyprawy... Musicie poczekać z pół roku, zanim się wszystko przysposobi, uszyje...
— Na co?
— A nie, mój kochany. Trzeba ci wiedziéć, że ja mam także maleńki fundusik, mój własny i ten oddawna na wyprawę dla Helenki przeznaczyłam.
— Ależ ciociu — przerwałem — cóż to jedno drugiemu przeszkadza? Przecież panna Helena nie odjeżdża, zostanie tu z nami na zawsze, więc wyprawę szyć można choćby przez lat dziesięć.
— Rozumiem. Niech i tak będzie. W téj kochanéj Pustelni wszystko na opak się dzieje. Bierzcie więc ślub, a wyprawę będę przygotowywała powoli... Ktoby się spodziewał? ale co ja się dziwię?... po co było wilka do owczarni wpuszczać? Powiedzże mi przynajmniéj, ty mała psotnico, czy go bardzo kochasz?
— Bardzo — szepnęła, spuszczając powieki.
— I zkąd się wzięło to kochanie? Zkąd?
— Nie wiem, ciociu...
— Niewiniątko! No, no, moja droga, ja ci tego za złe nie mam. Człowiek na to ma serce, żeby kochał... a skoroś pokochała, to kochaj zawsze jednakowo, szczerze, serdecznie, aż do śmierci. Kochaj go w dobréj i w złéj doli, w szczęściu i w nieszczęściu... w radości i w smutku... zawsze, zawsze, pamiętaj o tém Helenko.
— Pamiętaj Helenko — szepnąłem.
Podała mi obie rączki, które pochwyciłem i pocałunkami pokryłem.
Ciotka wyszła, ocierając łzy nieznacznie. Przy kolacyi zjawiła się butelka starego miodu; — zamieniliśmy z Helenką pierścionki. Takie były nasze zaręczyny.
Na drugi dzień pojechałem do naszego proboszcza. Prosiłem go, żeby zapowiedzi ogłosił, a zarazem złożyłem na jego ręce spory fundusik na gruntowne odrestaurowanie kaplicy na cmentarzu.
— A cóż cię, mój dobrodzieju — rzekł ksiądz — obchodzi biedna cmentarna kapliczka? Jeżeli uczyniłeś sobie chwalebne votum, aby coś na chwałę Bożą ofiarować, to raczéj kościół wesprzyj, bo oto sam widzisz, że ubogi, stary, odnowienia potrzebuje...
— I na to chętnie ofiaruję, ale widzi ksiądz dobrodziéj o kapliczkę osobliwie mi chodzi... O ile wiem, ma ona i podziemia.
— A tak, tak, ma sklepione, bardzo porządne nawet.
— I nie zajęte zapewne?
— Ot zachciałeś także, mój łaskawco! Ciekawym ktoby tu podziemia zajmował. Chłop każe się grzebać w ziemi, a nasi wielcy panowie, których tu kilku mam w parafii, mają swoje groby rodzinne w innych majętnościach... Ale na cóż się dobrodziéj pytasz o te szczegóły?...
Opowiedziałem mu całą historyę méj sukcesyi i dodałem:
— Rozumie ksiądz dobrodziéj, że nie chciałbym takiego smutnego sprzętu w domu trzymać. Niechby tedy owa nieszczęsna trumna, pod kaplicą na poświęconém miejscu spoczywała, dopóki nie przyjdzie czas, w którym ją na wieki, jako sukcesyę obejmę.
Ksiądz zamyślił się.
— Ha — rzekł po chwili — dobrze... Juścić tak będzie lepiéj, niech wam to nieustanne „memento mori“, nie psuje chwil szczęścia. Przyślijże jegomość tę nieszczęsną sukcesyę, niechże sobie stoi pod kaplicą.
W trzy dni późniéj, wczesnym rankiem, wywieziono trumnę z lamusa. Eskortowałem ją z Szymonem — i po nabożeństwie za spokój duszy dziadka odprawionem, umieściliśmy smutny depozyt pod kaplicą.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Do ślubu pojechaliśmy sankami, a orszak był bardzo niewielki... Bartłomiéj, Szymon i służba z Pustelni. Ciotka w domu została, aby nas powracających w progu chlebem i solą, obyczajem dawnym powitać. Nie miała Helenka drużbów, ani mnie piękne druchny do ołtarza nie wiodły, nie było gości wystrojonych, tylko mała gromadka prostych ludzi w siermięgach słyszała jakeśmy sobie dozgonną miłość przysięgali. Poczciwy proboszcz serdecznie do nas przemówił, pobłogosławił, a po skończonym obrządku, zabrał się z nami i do Pustelni pojechał. We drzwiach oczekiwała nas ciotka, wystrojona odświętnie i ofiarowała nam chleb świeży i sól. Ucałowała nas z płaczem.
Gdyśmy do pokoju weszli, wsunął się nieśmiało Jojna; ubrany był w atłasowy żupan, przepasany pasem jedwabnym, pod pachą trzymał czapkę z kuny z aksamitnym kołpakiem, a w prawéj ręce tackę, na któréj leżał jakiś biały piernik... Prosił o przyjęcie, — do saméj ziemi się kłaniał, życzył nam obojgu lat setnych i szczęścia.
I Bartłomiéj i Szymon i kilkunastu chłopów gospodarzy ze wsi i wszyscy parobcy, służba cała do pokoju wtargnęła z życzeniami, w których tyle było serca, tyle szczerości, żem się z trudnością mógł od łez powstrzymać. Dla tych dobrych ludzi, ciotka w dużéj izbie czeladnéj ucztę wyprawiła. Sprowadzili sobie muzykanta ze wsi i po chwili do uszu naszych dolatywał gwar rozmowy, odgłos skrzypiec i głośne przytupywanie tańczących.
— Niech się bawią — rzekła ciotka — niech tańczą do samego rana. Pustelnia już dawno, dawno nie słyszała muzyki.
Helenka w białéj sukni, w mirtowym wianku na skroni, wyglądała jak urocze, nadziemskie zjawisko. Patrzyłem na nią w zachwyceniu, tak mi się piękną wydawała...
Czém zasłużyłem sobie na takie szczęście?
Wziąłem ją za rączkę, poszliśmy na chwilę do izby czeladnéj, do tańczących. Za nami wsunęła się ciotka i ksiądz. Przywitano nas okrzykiem radości, a Bartłomiéj miał do nas mówkę, za którą ksiądz go pochwalił, a to uznanie napełniło dziada szczególną dumą i radością.
Chłop jeden zbliżył się do Helenki i rzekł:
— Panieneczko kochano, już grzech byłby to wielki, żeby panienka na swojem weselu nie tańczyła... Jeśli pani nie wzgardzi, to proszę...
Tańczyła Helenka i ja tańczyłem także — a potém powróciliśmy do pokoju, poprosiwszy wpierw Szymona, aby ludzi do tańca, do wesołości zachęcał. Do samego rana prawie hasali. Ciotce przykro było, że w téj uroczystéj chwili nie przybył nikt z krewnych, ani że nie było gości z naszéj sfery — ale ja nie brałem tego do serca. Co obchodził mnie cały świat? wówczas kiedy miałem swój własny, a taki piękny światek szczęścia i miłości!..

. . . . . . . . . . . . . . . .

Przeszły dwa lata, jak jedna godzina. Dwa lata niczém nie zamąconego spokoju i rozkoszy. Nie zaznaliśmy przez ten czas ani niepowodzenia, ani klęski w gospodarstwie, ani żadnéj choćby małéj przykrości. Mijał nas grad, oszczędzał ogień, dobrze uprawiona ziemia rodziła na podziw, plony były bajeczne, dobytek się pomnażał — aż lękałem się czy to powodzenie nie było zapowiedzią jakiéj wielkiéj, niepraktykowanéj klęski.
Helenka moja była gospodynią zawołaną, pracowała od świtu do nocy, wyręczała ciotkę, a prócz tego nie opuściła i swoich dawnych zatrudnień. W ogrodzie i pasiece była panią wszechwładną. Zacna, dobra, nieoceniona kobieta! Pomimo, że nie kończyła pensyi żadnych i nie bywała nigdy w wielkich miastach — nie ograniczała się jednak na zatrudnieniach pospolitych tylko — owszem pamiętała i o swoim umyśle, czytywała książki, umiała odczuwać piękności w pieśniach naszych poetów zaklęte. Czytywała nam nieraz wieczorami te poezye, a słowa wieszczych, natchnionych pieśni, brzmiały w jéj drobnych usteczkach jak najpiękniejsza melodya. Dziękowałem, całowałem po rączkach i prosiłem: „jeszcze czytaj, jeszcze” — ona odpowiadała skinieniem głowy, łagodnym uśmiechem i czytała daléj karta za kartą, a my z ciotką słuchaliśmy, coraz to nowe piękności odkrywając w tém czytaniu.
Nie zawsze mogła dokończyć — bo czasem w najciekawszym miejscu przerywał to czytanie despota nasz, tyran, a zarazem przedmiot miłości i uwielbienia całego domu naszego — Jaś...
Prawda, wy nie wiecie kto jest Jaś, co to za jeden. To nasza duma, nasza rozkosz, nadzieja, świat, szczęście, wszystko — nasz syn! Rok już miał wtedy, był biały, rumiany, pulchniutki jak aniołek, co go na obrazach malują. Ja mówiłem, że do Helenki podobny; Helenka wmawiała, że oczy ma moje; ciotka śmiała się, dowodząc że w takiem maleństwie nie sposób dopatrywać podobieństwa do kogokolwiek z dorosłych. Śmieliśmy się z tego, bo jakżeż?! Ciotce się zdawało, że Jaś to takie sobie, ot, zwyczajne dziecko, jak tysiące innych na świecie — ale my z Helenką wiedzieliśmy, że tak nie jest. Wiedzieliśmy, że w Jasiu zwyczajnego, ani pospolitego nic nie ma, że to sama dobroć, mądrość, inteligencya, dowcip... wszystko! wszystko!
Ciotka śmiała się z nas, a przecież my widzieliśmy to najwyraźniéj, że Jaś każde nasze słówko rozumie, że kocha nas, że wié o tém że jesteśmy jego rodzice — że on jest jedynym celem naszego życia... Mądry był chłopak. Nie mówił, bo jeszcze nie umiał, ale jak się uśmiechnął, jak spojrzał czarnemi ślepkami, jak pulchne rączki do klaskania złożył — my z Helenką wiedzieliśmy dobrze co to znaczy... A czy my tylko? Sam Szymon twierdził, że takiego „przyścipnego dzieciaka” nie widział jeszcze w swojem życiu; Bartłomiéj mówił, że takiego samego na obrazie widział w jednym znacznym kościele.
— Pan Jezus — powiada — namalowany był we światłości i chwale, a do niego garnęła się gromada dziatek i piérwszy najmniejszy rączki do Zbawiciela wyciągając biegnął; ten właśnie był akuratnie taki jako nasz Jaś... A nad obrazem, nad ramą złocistą, była taka, jakoby wstęga bieluchna, a na niéj literami wielkiemi napisano: „pozwólcie maluczkim przyjść do mnie”. I szły maluczkie — mówił Bartłomiéj — i chłopaczki i dziewczynki i większe i mniejsze i maluteczkie, a przodem właśnie takuteńki jako nasz Jaś...
Nasz Jaś!
Wszyscy go tak nazywali w Pustelni, nawet stary Jojna; i on mówił że „nasz Jaś” jest taki delikatny, jak mało dzieci na świecie... Nie wiém z jakiéj racyi w nim żyd tę delikatność dopatrzył, bo chłopak był tęgi na podziw i ciotka nie bez racyi małym niedźwiadkiem go zwała... Naturalnie przez żarty — bo chociaż gniewała się na nas, że zanadto dziecko pieścimy, jednak sama pieściła je więcéj jeszcze niż my — a kiedy Jaś piérwszy raz wymówił „ba-ba”, to się o mało nie rozpłakała z radości... Ten Jaś odbierał mi ciągle Helenkę. Bywało w pole pójdziemy, lub do pasieki, a ja chciałbym z ukochaną moją zatrzymać się tam dłużéj — nie można, bo może tam Jaś płacze, trzeba iść do niego. Zimową znów porą, w trakcie najbardziéj zajmującéj rozmowy, albo wśród czytania, Jaś przebudził się, krzyknął — i już rozmowa przerwana, czytanie skończone. Helenka zrywa się, biegnie do niego... tuli, całuje, kołysze, śpiewa mu, dopóki malec nie uśnie. Nieraz zazdrościłem temu bębnowi... On właściwie był panem Pustelni, my wszyscy jego sługami... Ależ téż i warto było takiemu panu służyć, bo uśmiechem, figlami, szczebiotaniem hojnie nas wynagradzał. Lubił się bawić ślicznemi warkoczami Helenki, mnie nieraz mało wąsów nie poobrywał, a jak tylko ciotkę zobaczył, to póty manewrował, póty ciągnął, aż jéj musiał czepek zdjąć z głowy... I śmiał się z tych swoich figlów — mały psotnik!

. . . . . . . . . . . . . . . .

Wiele dat z życia mojego zapomniałem — ale jedna nie wyjdzie nigdy z mojéj pamięci. Wyryła się ona w sercu, wypaliła w mózgu, a chociaż lata przeszły, nie zdołały jednak jéj zatrzeć, ani zagładzić... Głowa posiwiała, oczy blask straciły — a ta data zawsze, zawsze będzie pamiętna...
23 grudnia 18...
Dwudziesty trzeci!... Tak, tak... to było w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia... w przeddzień świąt tak radosnych i wesołych zazwyczaj...
23 grudnia...
Ledwie świtać zaczęło, Bartłomiéj zapukał do mego okienka. Ubrałem się pospiesznie, otworzyłem drzwi i wpuściłem dziadka do sieni...
— A cóż tam? — spytałem.
— Jutro wigilia święta, wielmożny panie — rzekł — trzebaby rybek nałapać.
— A dobrze...
— Otóż, żeby wielmożny pan Szymonowi kazał, żeby zebrał kilku parobków z siekierami i furmanką pod sieci, toby się pojechało na jezioro. Lód tęgi, a choć na nim śniegu na jaki łokieć, ale tonie można poprzerąbywać, włok mam gotowy, zaciągnęłoby się ze dwa, ze trzy razy...
— To niechże Bartłomiéj pójdzie do Szymona, weźcie pomoc jaką trzeba i jedźcie... porąbcie tonie, a przed południem ja nadjadę do was...
— Właśnie niech wielmożny pan nadjedzie, nawet popołudniu trochę, ale aby zaraz popołudniu, bo żydy z furami téż przyjadą. Już oni zwyczajni u nas w „wilię” wigilii ryby kupować, to będą, bo i co rok bywają.
— Dobrze, przyjadę.
Dziad czekał jeszcze.
— Co jeszcze chcecie powiedziéć? — spytałem.
— A to wielmożny panie, że jutro wigilia święta, to znów wedle myśliwskiego obyczaju, wartoby szczęścia spróbować w lesie.
— Mamy jeszcze czas, wybierzemy się, a teraz niech Bartłomiéj idzie do Szymona... albo ja sam pójdę.
Włożyłem kożuszek na siebie i wyszedłem przed dom.
Niby to dzień się zrobił, ale gwiazdy pobladłe jeszcze cokolwiek świeciły. Mróz był wielki, śnieg pod nogami skrzypiał.
Zaraz na dziedzińcu spotkałem Szymona.
— Dobry dzień będziemy mieli na ryby — rzekłem — pogoda zapowiada się ślicznie, choć mroźno.
Szymon na niebo spojrzał.
— Niby wielmożny pan tak według gwiazdów miarkuje?
— Zapewne, niebo jasne jak w lecie.
— Zwodzące ono bywa, panie; podług mego pomiarkowania dzień jak dzień, ale od wieczoru pewnie się zmiana zrobi.
Nie zważałem na te słowa, bo i cóż mnie miała tak bardzo pogoda obchodzić?! Czy taka ona czy owaka, w starym domu w Pustelni przecież ciepło i wesoło. Koło południa kazałem zaprządz konia do sanek i wybierałem się na jezioro. Już miałem siadać, gdy wybiegła do mnie Helenka w obcisłéj salopce, w czapeczce futrzanéj, zupełnie gotowa do drogi.
— Weź mnie z sobą — prosiła — Jaś zostanie przy ciotce.
Dlaczegóż miałbym jéj odmówić?... Umieściliśmy się w maleńkich sankach, a chłopakowi, który ze mną miał jechać, kazałem zostać w domu. Po wybornéj drodze koń pędził wyciągniętym kłusem; pogoda była prześliczna, niebo jasne, droga iskrzyła się od śniegowych kryształków. Ostry wiatr zarumienił twarzyczkę mojéj żoneczki, a na włosach wymykających się z pod czapeczki, na rzęsach, na brwiach, pousadzał się drobniutki, biały szron. Prześlicznie wyglądała, a szczebiotała ciągle, śmiała się z moich wąsów, które posiwiały od mrozu i mówiła, że mi będzie z siwizną do twarzy. Przyjechaliśmy na jezioro właśnie wtedy, gdy wyciągano sieci. Ogromny był połów, moja najdroższa gosposia aż w rączki klaskała z radości. Zarzucili sieci drugi raz, jeszcze z lepszym skutkiem. Żydzi ważyli ryby i zabierali je na sanie... Niebo zaczęło się chmurzyć, mróz cokolwiek się zmniejszył, zaczął padać śnieg drobny z początku, potém coraz gęstszy, od czasu do czasu czuliśmy silny powiew wiatru.
— Ku domowi trzeba — rzekł Szymon do ludzi — żwawo zwijajcie się chłopcy, sieć zbierać, a państwo — dodał — niech jadą. Już ściemni się zaraz, śnieg może drogę zawiać.
Śmiałem się z ostrzeżeń poczciwego chłopa; przecież droga była mi znana doskonale; tyle razy przemierzyłem ją pieszo, a zresztą odległość nie wielka, trochę więcéj niż pół mili, dom blizko. Ruszyliśmy. Mrok się zwiększał, robiło się coraz ciemniéj i ciemniéj, że tylko od śniegu cokolwieczek można było widziéć... a i ten śnieg dziwny jakiś, zdawało się, że nie leży na ziemi, ale podnosi się w górę i wypełnia sobą całą przestrzeń... Nie mogłem jechać szybko, gdyż silny wiatr miotał śniegiem wprost w oczy, tak, że nie sposób było spojrzéć przed siebie. Koń stąpał ostrożnie, coraz to schylał łeb ku ziemi, węszył i chrapał. Zdawało mi się, że zboczył z drogi na lewo, ściągnąłem go lejcami i naprowadziłem na drogę... Tak myślałem przynajmniéj... Helenka wstrząsnęła się nerwowo.
— Co ci jest? — spytałem.
— Nic... trochę zimno — odrzekła — ale nie lękaj się, przecież za chwilę będziemy w domu; szklanka herbaty mnie rozgrzeje... śliczny dzień dziś był, Leonardzie... prawda?
Nie mogłem odpowiedziéć, gdyż nagle koń szarpnął i sanki stoczyły się w jakiś dół.
Wpadliśmy w głęboki śnieg... Helenka śmiała się z téj przygody, ale ja uczułem dziwny niepokój... Podniosłem sanki i zacząłem rozglądać się dokoła... rozglądać! jak gdyby można było widziéć co w ciemnościach, podczas wichury miotającéj śnieg w oczy... Zdołałem jednak dojrzéć jakieś drzewa i ogarnęło mnie jeszcze większe przerażenie... Przy drodze prowadzącéj do domu drzew niéma, — więc zbłądziliśmy... Jesteśmy niewiadomo gdzie, wśród zamieci... Próbowałem szukać drogi. Zwróciłem konia na prawo, to na lewo; za pół godziny znowuż znaleźliśmy się przy tych drzewach fatalnych.
— Dlaczego tak długo jedziemy? — pytała Helenka — pośpiesz, bo tam w domu Jaś płacze.
— Zkąd możesz wiedziéć, że płacze?
— Ja zawsze wiém — odpowiedziała.
Pocieszałem ją, że już niedaleko. Znowu szukałem drogi i znów, po długiém błądzeniu, znalazłem się przed temi samemi drzewami. Helenka drżała coraz bardziéj — zdawało mi się, że płacze. Już nie mogłem dłużéj ukrywać położenia, bo sama wiedziała, że błądzimy, że nas zaskoczyła śnieżyca... Zdałem się na instynkt konia... puściłem mu lejce swobodnie... Poszedł i znowuż to samo... znowu te drzewa przeklęte! Jakaż siła wpędza mnie w to błędne koło? jakież złe duchy sprzysięgły się na naszą zgubę?! Czy to te postacie tajemnicze a straszne, te duchy pokutujące, o których mi podczas nocy letniéj w lesie chłop opowiadał... Ogarnął mnie zabobonny przestrach. Koń zatrzymał się... Wyszedłem z sanek, z załamanemi rękami, bezsilny, drżący z obawy o mój skarb, o moje szczęście całe... Żeby można przynajmniéj ognisko rozniecić, ogrzać ją... Wyrzuciłem z sanek garść słomy — podpaliłem zapałką. Buchnęła jasnym płomieniem... Sądziłem, że przy tém świetle rozejrzę się w miejscowości, poznam gdzie jestem... ale gdzie tam! Widziałem tylko płatki śniegowe unoszące się w powietrzu... Garść słomy spłonęła w jednéj chwili i ogarnęła nas zupełna ciemność... Rozpacz mnie porywała. Zacząłem bluźnić.
— Czyż niéma Boga! — wołałem łamiąc ręce — czy on nas opuścił?!
— Cicho, nie mów tak, nie grzesz — rzekła Helenka; a po chwili, chwytając mnie za rękę zawołała z radością. — Słuchaj, Leonardzie, słuchaj... pomoc nadchodzi.
Istotnie, z oddalenia dolatywał dość wyraźnie odgłos myśliwskiego rogu.
— Szukają nas, szukają! To Bartłomiéj... On nas znajdzie... Krzyczmy! krzyczmy ile mocy w piersiach, może usłyszą!...
Przypomniałem sobie, że mam strzelbę w sankach... Strzeliłem w powietrze... Na strzał odpowiedział jeszcze donioślejszy dźwięk rogu... Niebawem zamigotały światła jaskrawe, czerwone... to Szymon i parobcy z Pustelni szukali, przyświecając sobie pochodniami... Strzeliłem powtórnie; zapaliłem resztę słomy wyrzuconéj z sanek... Ludzie przyszli i wyprowadzili nas na drogę.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Smutne były święta, bardzo smutne. Poznałem doktora Kalińskiego, owego dziwaka, o którym tyle opowiadał mi Jojna; przyjechał na piérwsze wezwanie. Wprowadziłem go do pokoju, w którym leżała ukochana moja chora... Krótko bardzo zabawił, zapisał lekarstwo, zalecił co było potrzeba i odjechał, tłómacząc się, że do chorych spieszy; ale wieczorem, nad wszelkie moje spodziewanie przyjechał najętemi końmi, przywiózł z sobą jeszcze jakieś leki i całą noc wraz ze mną czuwał nad Helenką. Przewidywał zapewne, że obecność jego będzie potrzebna... że może pogorszenie nastąpi... Rano powrócił do domu i znów przyjechał do nas i bywał codzień po dwa, trzy razy — aż do dziewiątego dnia...
Czy mam opisywać tę walkę życia ze śmiercią, czy potrafię odmalować rozpacz moją, boleść poczciwéj ciotki i smutek, jaki w całym domu panował? Nie potrafię... nie mogę...
Najdroższa moja wydała ostatnie tchnienie, może nawet nie wiedząc o tém, że umiéra. Była nieprzytomna, nie ucałowała Jasia, nie pożegnała mnie... nie usłyszałem jéj głosu... Kiedy już zamknęła śliczne swoje oczy na zawsze, przypadłem ustami do jéj ręki stygnącéj, a potém, potém nie wiem co było... Mówił mi późniéj Kaliński, żem rwał odzież na sobie, rozbijał głowę o ściany, żem nie płakał, lecz wył... Pobiegłem jak opętany do lasu, z gołą głową, w ubraniu poszarpaném, myśleli, żem obłędu dostał. Kaliński z Szymonem sprowadzili mnie przez siłę do domu... Co daléj było nie wiem, straciłem przytomność i trzy tygodnie przeleżałem w gorączce.
Nie widziałem... Nie byłem świadkiem jak moją ukochaną z domu wynieśli, jak ją złożyli na wieki w podziemiach kaplicy, obok téj trumny wielkiéj, która na mnie czeka. Nie słyszałem żałobnego odgłosu dzwonów, ani jęków ciotki, nic...
Gdym zaczął po trochu do przytomności przychodzić, gdy się myśli uśpione, czy zamroczone przez tak długi czas, przebudziły, a pamięć była w stanie minione obrazy odtwarzać, to mi się zdawało, żem się ze snu długiego obudził, że jestem w dawném mojém mieszkaniu w Warszawie, że sukcesya moja, Pustelnia, trumna po dziadkach, Szymon, stary żyd, Helenka i Jaś były tylko senne widziadła, niepochwytne postacie długiego marzenia. Tak mi się zdawało... ale oto do pokoju weszła ciotka z Kalińskim... A więc to nie sen — to rzeczywistość... prawdziwa, faktyczna... Więc było szczęście w istocie... było i przeszło jak sen, jak marzenie, pozostawiwszy po sobie smutek i żałobę... Wpadłem w stan apatyi, nie chciałem odpowiadać na pytania ciotki, odsuwałem ze wstrętem pożywienie, które mi przynosiła, aż dopiero Kaliński, ten lekarz mój i przyjaciel, przyniósł małego Jasia... Oblałem gorącemi łzami główkę sieroty i zapragnąłem żyć dla niego...

. . . . . . . . . . . . . . . .

Ostatnie to zapewne kartki mego pamiętnika... bo i cóż więcéj mam pisać?... Życie płynie cicho jak strumyk po łące, jednakowo, bez zmian... Orka, siew, żniwo i znów orka, siew, żniwo; — zimową porą las, czytanie, rozpamiętywanie chwil minionego szczęścia... a ciągle zimą i latem, dniem i nocą myśl o nim, o Jasiu...
Kaliński czasem przyjedzie i rozwesela moją samotność, bo samotny jestem zupełnie i opuszczony. Nie ma już dobréj ciotki Barbary, spoczęła obok Helenki pod kaplicą. Nie ma Bartłomieja, bo jak się jednego roku powlókł na wędrówkę o wiośnie, tak nie powrócił już więcéj. Pewnie się zmarło dziadowi.
I starego Jojny także nie ma — także nie żyje. Ze wszystkich dawnych domowników Pustelni jeden tylko Szymon pozostał. Przygarbiony, ze zbielałemi zupełnie włosami; żali się, że go wszystkie kości bolą, ale pomimo tego chodzi koło gospodarstwa jak dawniéj.
Jaś na pięknego młodzieńca wyrasta, szkoły skończył, teraz za granicą się kształci na rolnika. Do domu rzadko przyjeżdża, ale skoro się pokaże w Pustelni, to mi jakoś raźniéj i weseléj się robi. Cieszę się moim jedynakiem... kocham go. O! Helenko, czemuż cię tu niema!?...

. . . . . . . . . . . . . . . .

Jasiu, synu mój, dziecko moje! Niezadługo z zapasem sił młodzieńczych i wiedzy przyjdziesz do tego ustronia i zaczniesz pracować na tych zagonach szarych, po których ongi pradziadowie twoi stąpali. Nie wątpię, że znajdziesz dobrą towarzyszkę życia... Daj Boże taką, jak była matka twoja. Bądź szczęśliwy!
Mój kres się zbliża, siły nikną — czas... czas! Gdy zaniknę oczy na zawsze, włożysz ciało moje do wielkiéj trumny dębowéj, która czeka na mnie od lat tylu i pochowasz pod kaplicą obok Helenki. Taka jest moja ostatnia wola. Sukcesyę, którą wziąłem po Gozdawach oddaję ci w całości, za wyłączeniem jedynie owéj trumny, co tak długo na mieszkańca swojego czekała. Tę biorę dla siebie. Zostawiam ci nawet więcéj niż wziąłem — w budowlach, w dobytku, w pieniądzach. Weź to wszystko synu mój i pracuj. Ukochaj te zagony szare, z umiejętnością i starannością chodź koło nich. Nie rozpraszaj ich, z rąk nie puszczaj, a kiedy przyjdzie czas na ciebie, oddasz je w całości dzieciom twoim, wraz z tą miłością, którą zaszczepisz w ich sercach.
Czemuż cię nie ma, Helenko moja? wszak powiedziałabyś to samo Jasiowi...


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.