Przejdź do zawartości

Strona:Klemens Junosza - Obrazki szare.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
— 302 —

to było takiemu panu służyć, bo uśmiechem, figlami, szczebiotaniem hojnie nas wynagradzał. Lubił się bawić ślicznemi warkoczami Helenki, mnie nieraz mało wąsów nie poobrywał, a jak tylko ciotkę zobaczył, to póty manewrował, póty ciągnął, aż jéj musiał czepek zdjąć z głowy... I śmiał się z tych swoich figlów — mały psotnik!

................

 Wiele dat z życia mojego zapomniałem — ale jedna nie wyjdzie nigdy z mojéj pamięci. Wyryła się ona w sercu, wypaliła w mózgu, a chociaż lata przeszły, nie zdołały jednak jéj zatrzeć, ani zagładzić... Głowa posiwiała, oczy blask straciły — a ta data zawsze, zawsze będzie pamiętna...
 23 grudnia 18...
 — Dwudziesty trzeci!... Tak, tak... to było w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia... w przeddzień świąt tak radosnych i wesołych zazwyczaj...
 23 grudnia...
 Ledwie świtać zaczęło, Bartłomiéj zapukał do mego okienka. Ubrałem się pospiesznie, otworzyłem drzwi i wpuściłem dziadka do sieni...
 — A cóż tam? — spytałem.
 — Jutro wigilia święta, wielmożny panie — rzekł — trzebaby rybek nałapać.

 — A dobrze...