Przejdź do zawartości

Strona:Klemens Junosza - Obrazki szare.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
— 282 —

 — Podobno, tak przynajmniéj dowodzi Szymon, ale ja się w to nie mieszam, a nad rowy chodzę, po niezapominajki... Zna pan zapewne... takie kwiatki niebieskie...
 — Znam doskonale.
 — Tu są prześliczne, a rośnie ich tak dużo, że można rwać pełnemi garściami. Ciocia bardzo lubi te kwiaty, dla tego téż pamiętam, aby przez całe lato miała je w swoim pokoju... Ach! otóż piérwsza kładka.
 — Podam pani rękę...
 — Nie, nie trzeba... raczéj ja panu podam.
 W jednéj chwili była już na drugiéj stronie rowu i wyciągnęła do mnie rączkę, trochę opaloną, ale maleńką i zgrabną.
 Późniéj przeprawiliśmy się przez drugą i trzecią kładkę i znaleźliśmy się w gaju.
 — Któż budował te mosty? — spytałem, gdyśmy przez ostatnią kładkę przeszli.
 — Któżby, jak nie Szymon... to jego wydział, a to mój — rzekła wskazując na dość wysoki parkan, z poza którego widziéć było można słomą pokrytą chatkę. Helenka otworzyła furtkę.
 — Niech pan wejdzie, proszę...
 — To więc jest pasieka? — spytałem.

 — Tak... Szymon powiada, że istnieje tu ona od bardzo dawnych czasów i zapewne musi tak być, bo widzi pan jakie te kłody stare.