Skiz/Akt pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Skiz
Wydawca Księgarnia H. Altenberga
Data wydania 1909
Druk E. Wende i sp.
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT PIERWSZY.

Scena przedstawia salonik w wiejskim domu. Jest to raczej pałacyk rococo. Meble, parawany białe — gobeliny. — Wieki »Ludwików« unoszą się w powietrzu. Szpinet orzechowy w formie harfy obciągnięty materyą. Na środku detonuje bilard zgrabny — ale zawsze bilard w formach słonia. Szeroko otwarte drzwi szklanne, parapetowe ukazują ogród róż i jaśminów w pełnym rozkwicie. Na środku ogrodu szemrze fontanna. Słońce ma się ku zachodowi. Jest całe purpurowe, złote.
Gdy kurtyna idzie w górę chwila samotności i pustki, poczem pędem, bez tchu, wdzięcznie, lekko — jakby zjawiska — wpadają na scenę lulu i muszka i panowie tolo i wituś. Biegną jedni za drugim w następującym porządku:

muszka
tolo
lulu
wituś

Obiegają, śmiejąc się, dwukrotnie bilard i wpadają do ogrodu, muszka ma w ręku wysoko wielki pęk róż.
Wszyscy nucą: »Gaie, gaie! amusons nous! Voila le moment de la folie!«
Wszyscy są ubrani biało. W kostyumach do lawn tennisa. Obiegłszy bilard wpadają do ogrodu, wirują naokoło kląbu i znikają wśród drzew. — Chwila milczenia — wreszcie wpada muszka, rzuca róże na bilard, a sama chroni się za kanapką.

SCENA I.
muszka — tolo.
tolo
wchodzi, nie widząc jej. Opiera się o futrynę drzwi zmęczony. Oddycha ciężko. Nagle dostrzega muszkę, wyprostowuje się i biegnie ku niej.
muszka.

Nie! nie! Tam są róże!

tolo.

O Muszka różowsza jak wszystkie róże... piękniejszaś nad nie...

muszka, uciekając przed nim.

Nie... nie... dość...

tolo.

Choć rączkę...

muszka.

Tam są róże!

Ucieka dookoła mebli.
tolo.

De grâce!... Chwilkę zatrzymaj się ty królowo motyli.

muszka.

Nie, nie.

tolo.
Czy się boisz?
muszka.

Ach! skąd taka myśl...

Tolo zatrzymując się, zmęczony.

Zmęczony kuzynek? czem?

tolo.

Trochę.

muszka.

Ale czem? te kilka kroków... Może pan chory?

tolo.

Tak... tak... serce...

muszka, przerażona.

O! wada sercowa?

tolo, sentymentalnie.

Tak, tak!

muszka.

Oh! ale z czego?

tolo.

Żyło się troszkę...

muszka.

Wszyscy ludzie żyją, a przecież...

tolo.

Życie życiu nierówne.

muszka, zbliża się do niego z współczuciem.
To... pewnie zmartwienia...
tolo, patrzy na nią z lubością.

O tak zmartwienia!

Po chwili.

Jaka Muszka świeża, jak poranek majowy. Co za usta... co za oczy... karnacya dziecięca....

muszka, zażenowana.

Cóż znowu. Jestem już stara.

tolo.

Ileż to lat ta starość? Najwyżej osiemnaście...

muszka.

Dwudziesty!...

Po chwili.

A pan?

tolo.

Co?

muszka.

Ile kuzyn ma lat?

tolo.

Nie należy się pytać o lata tych, których lat już zgadnąć nie można. Stary jestem... ale ja naprawdę... o tu na skroniach.

muszka.

Ależ w maju także czasem śnieg pada.

tolo.

Nie!... tylko taka cudna dusza potrafi tak pięknym gestem rzucić kwiaty na grób.

muszka.
Niech kuzyn o grobach nie mówi.
tolo.

Dlaczego? lepiej oswajać się powoli. Wszak krócej jak dłużej.

muszka.

Ach nie! nie! kuzyn musisz żyć jak najdłużej.

tolo, melancholijnie.

Po co? czy życie moje może się komu na co przydać? czy jestem potrzebny, niezbędny? czy ktoś się za mną ogląda, gdy odejdę, czy zapyta, gdy mnie niema, czy czeka? czy...

muszka, cicho.

A... żona?...

tolo.

Lulu? Ależ ona sama idzie przodem i nigdy się za nikim nie obejrzy.

muszka, cicho.

Ale ona przecie kocha.

tolo.

Phi! po swojemu.

muszka.

Inaczej nie może. Kocha jak żona. Mnie się zdaje, że wszystkie żony jednakowo kochają swoich mężów.

tolo.

Dziecko lube. Zanotuj to sobie, że żadna miłość do drugiej nie jest podobna. Każda kobieta kocha inaczej. Moja żona inaczej mnie kocha, jak Pani swego męża...

Muszka spuszcza oczy i odwraca głowę.
tolo.

Oh! jak Faust oddałbym duszę, ażeby być tak kochanym choćby chwilę jedną.

muszka, zrywa się.

Jak można.

tolo.

Można Muszko... można!

muszka.

Słuchać nie chcę.

tolo.

Przesądy. Główne — jeśli krzywdy nie robi się nikomu. Grzech ukryty jest nawpół przebaczony...

muszka.

Któż mówi o grzechu. Jakże można?

tolo.

Cofam słowo — cień zostawiam.

muszka.

Jak żle.

tolo.

Jak rozkosznie.

muszka.

Co? co?

tolo.

Choćby rzucać te słowa.

muszka.
Przestań — zamęt mam od tych słów w głowie.
tolo.

Z zamętu powstał świat, światło, kwiaty, kobieta, Ewa... a potem drogą kultury affinady, takie pastele jak żyjące Rosalby — jak... ty...

muszka.

Oh! ja? pastelem?

tolo, wskazując na pastele na ścianach.

Zdmuchnięty cudem z tych ścian. Lilie, róże, błękit nieba. Czy ci o tem nikt nie mówił?

muszka.

Nikt.

tolo.

Nawet mąż?

muszka.

O! on mnie nazywa Parcią. Mówi, że jestem typ szczerosłowiański.

tolo, wybucha śmiechem.
Voila! Miniatury rozwieszone w kancelaryi, w której się wydaje dyspozycye rządcy. Zresztą czyż szczorosłowiańskie nosy i proste linie twarzy nie przeszły subtelności pudrowanych czasów? Gdzieś byłaś wówczas Muszko? Z pudru powstałaś jak Wenus z piany morskiej. Nikt oprócz ciebie do tych ścian lepiej dostosować się nie mógł Panneau Boucher’a żyjące — to ty, a dusza twoja z eteru, który smugą od wieku wśród wybranych błądzi. Dlaczego zamykasz oczka?
muszka.

Nie wiem... ale pan mówi tak łagodnie, tak pięknie...

to upaja...
tolo.

Bo sam jestem upojony...

muszka.

Ależ czem?

tolo, cicho i namiętnie.

Tobą.

muszka.

Oh przez litość!

tolo.

Dobrze... już dobrze... nie będę.

Chwila milczenia. — Tolo powstaje, przechodzi się po scenie, znów zbliża się do Muszki.

Muszko!

muszka.

Co? co?

tolo.

To dziwne, że moje słowa tak na ciebie działają. Jesteś en pleine w miodowych miesiącach. Dwa lata małżeństwa to właśnie dostateczne, aby się ze sobą oswoić, a nie przyzwyczaić. Passja w całym rozwoju. A przecież mam wrażenie, jakbyś czego pragnęła.

muszka, zrywając się.

Odejść muszę.

tolo,
powstrzymując ją i sadzając delikatnie.

Dlaczego nie chcesz odpowiedzieć? Czy mi nie ufasz?

muszka.
To są kwestye, z których ja sama sobie nie zdaję sprawy.
tolo.

Czy nie umiesz, czy nie chcesz?

Muszka milczy.

Ja ci dopomogę.

muszka.

Nie... nie...

tolo.

Jesteś zanadto kochaną. Rozumiesz mnie Muszko? Twój mąż jest tylko twoim mężem. A taki pastel La Tour’a musi mieć kochanka.

muszka.

O!

tolo.

Jak uzupełnieniem róży jest motyl, dokoła niej krążący. Mąż musi być pierwszym, środkowym i ostatnim kochankiem żony! Inaczej stanie się nieuniknione.

muszka.

Nieuniknione?

tolo.

Jeżeli nie faktycznie to teoretycznie, a to może niebezpieczniejsze. Muszko! Muszko! Lękaj się, by twoja piękność nie stała się niepotrzebną pięknością. Do takiej miłości jak Witolda, ty nie potrzebujesz być tak piękną... Zapytaj go...

muszka.

Ja? my nigdy z nim o tem nie mówimy.

tolo.

Jakto? co? Wszak słowami pieści się kobietę stokroć czulej jak gestem. Prawda... Muszko?

Muszka zasłania twarz.
tolo.

Jutrzenka mi weszła z twoim rumieńcem. Dlaczego zakrywasz twarzyczkę? Pozwól mi odżyć w tym rumieńcu... pozwól mi go wypić z twej szyi.

Pochyla się nad nią i odrywa jej ręce od twarzy.
muszka, porywa się.

Nie! nie!

tolo.

Ależ... nie... Uspokój się!... Źle mnie zrozumiałaś. Nie jestem brutalem. Skarb zrabowany, w miłości nie cieszy. Nie jestem człowiekiem prymitywnym. Ja zaczekam.

muszka.

Na co?

tolo.

Na ciebie cudowna. Na ciebie.

SCENA II.
tolo — muszka — lulu.
Lulu wchodzi powoli w kostyumie lawn tennisa. — Słońce zachodzi coraz jaskrawiej.
lulu.

Może przeszkadzam?

muszka,
z wymówką, starając się pokryć zmięszanie.

Ach!... Lulu!...

lulu.

Cóż Lulu? Mąż do żony, żona do męża nigdy nie powinni wchodzić bez pukania. I to jeszcze czekać na sakramentalne entrez! Czekać cierpliwie. W ten sposób oszczędzają sobie tysiące rozczarowań.

muszka.

Jakich?

lulu.

Ależ... choćby estetycznej natury miłe niewiniątko.

tolo.

Na to należy mieć osobne apartamenta.

lulu.

Comme de raison. Wspólna »komnata«, mówiąc stylem XVI wieku, jest zbytkiem dozwolonym w zabudowaniach dworskich, tak zwanych czworakach.

tolo.

Zapominasz, że właśnie...

Wskazuje na Muszkę całą spłonioną.
lulu.

Pozwól mi dokończyć — i u ludzi mających 20 i 28 lat.

muszka.

Dlaczegóż nie później?

lulu.

Odpowiesz mi na to za 20 lat, gdy się przejrzysz w wielkim lustrze, no... de pied en tête i to bez osłonek.

muszka.
Och Lulu!
lulu.

Cóż och Lulu?... To nic nie pomoże. W każdym razie dezerteruj jak najprędzej z wspólnych apartamentów. Wycofasz się z honorem. Lepiej niż ze sztucznym rumieńcem i szynionem.

muszka.

Myślałby kto, że ty...

lulu.

Ach moja droga, ja jestem wyjątkiem. Pochodzę z rasy dającej w posagu obietnice, ale zato zęby, włosy i t. d. bajecznej jakości.

tolo.

Któż nie zaręczy, że i Muszka... wszak z tej samej rasy pochodzi.

lulu.

A przytem ma 20 lat. A­‑t­‑elle de la veine! Mieliście racyę flirtować tutaj. Choć i tam nad stawem widok był przecudny. Przedstawcie sobie — Witolda w lawntennisowych bielach — pośród fornali pławiących konie.

tolo.

Czy wjechał do stawu?

lulu.

Mało brakowało. Moja obecność go krępowała. Widziałam, że był z tego powodu wściekły. Widok ten jednak bawił mnie. Konie pływające wśród pieniącej się wody — jakaś śmiałość i odwaga ludzi... coś z centaurów na podolskiej równi. Epatant!

muszka.
Zostawiam was. Darujcie.
lulu.

Do swoich krów i obory. Nie moja droga. Tam jest twoja directrisse szwajcarska, która to doskonale urządzi.

muszka.

Wituś będzie się gniewać.

lulu.

Wituś dziś jest w dobrym dniu. Daruje ci łaskawie twoje przewinienie. Jedyny sposób od mężczyzny uzyskać przebaczenie jest — nie błagać o nie. Zresztą mam z tobą do pomówienia.

tolo.

Znaczy — panie Tolo — idź na spotkanie Witusia. Czego nie uczynię — zwłaszcza, że ten zawołany ziemianin wracać będzie w otoczeniu swych centaurów. Idę raczej przejrzeć książki pozostawione w altanie.

lulu.

A nie zarzuć mi zakładki.

tolo.

Wiem, wiem. Specyalne twoje kopie z miselów bretońskich Mesdames — je vous salue!

Odchodzi. — Muszka patrzy mimowoli za nim.
SCENA III.
muszka i lulu.
lulu, patrzy na Muszkę.

Muszko!

muszka, jakby złapana na gorącym uczynku.
Co? co?
lulu, śmieje się — ściskając ją.

Ach nie! nie! Ja się nie gniewam.

muszka.

Ależ...

lulu.

Przed chwilą ja także patrzyłam się na twojego męża i ten jeszcze borykający się z żywiołami zajmuje mnie.

Wybuchając śmiechem.

Naturalnie zdaje mi się na krótko i zdaleka. Ale... bądź spokojna. To czysto platoniczne.

muszka.

O! proszę!

lulu.

Co? co? jakaż zmiana. Dwa miesiące temu, gdy na wasze zaproszenie w Wenecyi, przybyliśmy na to cudowne Podole, znalazłam ciebie taką samą, jak wydałaś mi się na placu Marka, karmiąca nieśmiertelne i źle wychowane gołębie... Tin... tin... tin... Młoda szablonowa mężateczka. Prawo własności, żelazna rękawiczka podszewkowana stułą. Dziś słyszę o... proszę...

muszka.

Mylisz się. Nie zmieniłam się.

lulu.
To szkoda. Tylko głupcy nie zmieniają się. Mam więc nadzieję, że się nie mylę. Bo ty, choć dałaś złożyć u swych zgrabnych nóżek, przeznaczonych do czerwonych obcasików markizetki, całe olbrzymie, pełne przyszłości gospodarstwo mleczne — przecież rozumek swój masz i to niezły.
muszka.

Mylisz się Lulu. Jestem zupełnie głupia.

lulu.

Nie. Jesteś wystarczająco głupia. Tak, jak każda z nas, gdy była młoda. U ciebie zachodzi pewna komplikacya. Jesteś sentymentalna, a wtedy to zaczyna być dość uparte.

muszka, wzdychając.

Nie. Ja nie jestem już sentymentalna.

lulu.

Ależ tak! jak romans pani de Girardin. Tylko, że twoja sentymentalność poszła teraz w innym kierunku.

muszka, zmieszana.

Ależ... w jakim?

lulu, wybuchając śmiechem.

Pod­‑ko­‑chu­‑jesz się w moim mężu.

muszka.

Och Lulu!

lulu.

C’est le cas de le dire — twoje och Lulu!... Widzisz jednak, że nie mam ani sztyletu ani witryoleju w ręku.

muszka.

Zaręczam ci jednak...

lulu.

Daj spokój. Widzisz przecież, że mi to jest nie tylko obojętnem, ale że mnie to bawi. Pasyami lubię patrzyć przez odwrotną stronę lornetki... a właśnie tego rodzaju flirty jak wasze, to są takie pomniejszone obrazki jak przez drugą stronę lornetki. Redukcya miłości, tęsknot, pragnień... nawet, nawet... glisser mortels, n’appnyez pas.

muszka.

Czyż twój mąż nic cię nie obchodzi.

lulu.

To, moja droga, inna strona tej sprawy. Obchodzi mnie i bardzo et pour cause. Każdą kobietę obchodzi najwięcej jej ostatnia tualeta balowa. Gdy wie, że to ostatnia uroczystość, na jakiej jej być dozwolono z całym aparatem blasku i piękności — dba ona bardzo o ten aparat.

muszka.

A więc...

lulu.

Że nic nie pożyczam, ale darować...

muszka.

Och, Lulu! darować męża...

lulu.

Tiens!... to my mówimy o mężu? Ja mówię o tualetach. Zauważyłam, że i tualety mają swoją duszę. Oh! une âme bien frivole! ale one zcałowują z nas zewnętrzność naszą. I oto — próżność ich jest wielka...

muszka.

Tualet czy mężów?

lulu, ciągnąc dalej.

Mówię wielka. Pragną koniecznie uwielbienia. Zwłaszcza, skoro są trochę przenoszone — te ostatnie, czy ci ostatni, słowem to, co najlepiej jeszcze przy świetle wygląda. Owóż takiemu czemuś źle się dzieje, gdy przebywa samo, traci na blasku, na dowcipie. Przeto dobrze jest pozwolić mu na uwielbienie takich markizetek, owianych wonią podolskich łanów, jak pewna moja znajoma.

muszka.

A ty się nie lękasz, ażeby twój mąż...

lulu.

Och obecnie!...

muszka.

Dlaczego... obecnie?...

lulu.

Oto dlatego... enfin choćby ci tłumaczyć, ty tego nie zrozumiesz. To są subtelności.

muszka, kwaśno.

Ależ... ja wiem już wszystko. Jestem tak dawno zamężną...

lulu.

Dziecko! Co ty wiesz?... Miłość, to gra w karty, wygrywa. ten, kto ma najwięcej i najsprytniej uzbieranych atutów w ręku. Ale miłość w małżeństwie wymaga osobnych kart. Ot... jak w taroku... Znasz taroka? Nie? Mniejsza z tem. To nie. Jest tam jedna karta, która się nazywa skiz, ona bije wszystkie, nawet damy. Uważasz Musia — damy!... Skoro się ma w ręku skiza wygrywa się partyę.

muszka.

A — skizem w małżeństwie?...

lulu.

Zawsze jedno. Nie nalegaj. Nie powiem ci teraz. Może kiedyś. Zdobyłam tę tajemnicę dość ciężko. Ty szukaj z twej strony. A co do flirtów mego męża, to widzisz, w odpowiedniej chwili zjawiam się, ja... no i... enfin z flirtów mego męża korzyść odnoszę... ja!...

muszka.

Nierozumiem.

lulu.

Tem lepiej. Flirtuj dalej, a będę ci wdzięczna. Oto i twój mąż...

Wchodzi Wituś.
SCENA IV.
wituś — lulu — muszka.
wituś, do Muszki.

Ty tutaj?

lulu.

Ja ją zatrzymałam. Łaski i przebaczenia.

wituś.

Kuzynka żartuje, a ja pragnę szczerze, aby Muszka włożyła się naprawdę do gospodarstwa. Tego zresztą życzą sobie i jej rodzice i moi rodzice...

lulu.

I moja mamcia i twoja mamcia i obie mamcie. No idż Muszko, skoro cię tak gwałtowne obowiązki wzywają. Proszę cię powróć zaraz, bo wiesz, że mamy omówić cudowny dzisiejszy wieczór.

muszka.

Biegnę i wracam za chwilę.

Wybiega.
lulu, patrzy na nią z lubością.

Co za wdzięk, jaka gracya.

wituś.

Dobre serce i dobry grunt. Z dobrego gniazda, troszkę tylko rozpieszczona.

lulu.

Bierze to z życia, co jej się należy.

wituś.

Same pieszczoty.

lulu, wskazując na etażerki, na których stoją figurki saskie.

Spójrz pan na te pudrowane figurki. Zdolne są tylko wdziękiem swoim zdobić etażerki.

wituś.

Och czasy etażerek minęły.

lulu.

Nastały czasy... obór...

wituś.

Naturalnie.

lulu.

Panie kochany. Nic tego wdzięku nie zatarło, nawet gilotyny krwią swoją nie zmyły pudru. Nawet pan swoim bilardem nie zdławiłeś gracyi tych pasteli i tego czegoś nieuchwytnego, które się tu snuje jakby girlandą zdjętą z tych gobelin.

wituś.
Marzeniem moim jest to skrzydło pałacu przerobić.
lulu.

Niechże pana Bóg zachowa. Barbarzyńcom żle się dzieje we wspomnieniach ludzkich. A groza jest wspomnieniem nianiek, pierwszej ekstazy miłosnej i spotkania ze stutysięczną zdecydowaną na wszystko armią.

wituś.

To wszystko jest niepraktyczne.

lulu

Ornamenta na kościele Saint­‑Paul są także niepraktyczne.

wituś.

Wolno. To nie dwór wiejskiego obywatela, który musi się borykać z twardą ziemią.

lulu.

Ach Boże! wiecznie mówicie o tej twardej ziemi — gdy deszcz pada mięknie.

wituś.

Zanadto.

lulu.

Otóż to. Wieczyste wiejskie gdakanie... zanadto... zamało.. to deszcz, to pogoda...

wituś.

Taki nasz los.

lulu.

Należy go rozjaśnić.

wituś.
Czem? Same kłopoty!
lulu.

I to w dwa lata po ślubie.

wituś, stając przed nią.

A cóż to ma jedno do drugiego?

lulu, z szerokim gestem.

A! w takim razie składam broń.

Siada.
wituś.

Tylko przybyły mi kłopoty. Muszkę należy mi siłą prawie nakłaniać do zajęcia się gospodarstwem.

lulu.

Brak jej inklinacyi.

wituś.

Przecież w domu?...

lulu.

Właśnie. Kobiety bardzo często idą za mąż po to, aby się uwolnić od tego co robiły w domu. Inaczej — pozostałyby w domu. C’est simple!

wituś.

Nie dla mnie. Wreszcie przyznam ci się kuzynko, że często mówisz do mnie zagadkami, a ja jestem prosty człowiek. Cała moja zaleta — szczerość.

lulu, śmiejąc się.

I temperament. A... Muszka?

wituś.
Co?
lulu.

Czy i ona ma taki temperament?

wituś, szczerze.

Wie kuzynka, że nie wiem.

lulu.

Przypomnij sobie.

wituś.

A na co to kuzynce potrzebne?

lulu.

Potrzebne.

wituś, parskając śmiechem.

Do szczęścia?

lulu.

Kto wie — może.

wituś, rozbawiony.

A jak kuzynka woli — aby miała temperament czy nie?

lulu.

Do moich celów — wolę... nie. Sentyment wystarczy.

wituś.

A więc jest tak. Moja Muszka niema temperamentu.

lulu, ironicznie.

Czy jak każda żona w oczach męża?

wituś.
Nierozumiem.
lulu.

Bo są dwa rodzaje braku temperamentu u nas kobiet. Jeden istotny, a ten drugi tylko w oczach męża.

wituś.

Nie wiedziałem, zresztą jestem przekonany, że Muszka niema naprawdę temperamentu, dzięki Bogu.

lulu.

Ciekawe.

wituś.

Co?

lulu.

Że kuzyn właśnie za to Panu Bogu dziękuje.

wituś.

Naturalnie. Lubię spokój. Wolę, że Muszka niema temperamentu.

lulu.

I ja także.

wituś.

A cóż kuzyce na tem zależy?

lulu.

Nic. Ale z tego co do was, wyniknie, że maluczko, a ty kuzynie zaczniesz ją zdradzać.

wituś.

To nigdy. Brzydzę się czemś takiem. To u nas rodzinne, że jesteśmy wzorowymi mężami.

lulu.
Rzeczywiście — są wady, które się odziedzicza. Bo przecież nie jest to znów tak brzydkie, jak się zdaje.
wituś.

Ale nieuczciwe. Tak ja, jak i Muszka będziemy pod tym względem bez zarzutu.

lulu, przypatruje się przez lornetkę.

Tieus... tiens... możebyś kuzynie dał się w tej pozie sfotografować.

wituś.

Kuzynka żartuje. Sądzę, że i kuzynka... i Tolo.

lulu.

Ach! najlepiej o obecnych nie mówić, a co do Tola, to ja chętnie pozwalam mu...

wituś.

Jakto? Kuzynka pozwala mu?... na co?...

lulu.

Aby flirtował z pięknemi paniami.

wituś.

To źle... mogę powiedzieć, że to nie jest...

lulu.

Uczciwie?... Oh! ale porozummy się. Pozwalam mu na flirt z damami bez tem­‑pe­‑ra­‑mentu.

wituś.

I?

lulu, rozsiadując się na fotelu.
I jestem spokojną o ostatnią kartkę mego małżeńskiego kontraktu, jakbym ją miała w kasie ogniotrwałej.
SCENA V.
ciż sami — muszka.
muszka.

Oto jestem!

wituś.

Wszystko w porządku?

muszka.

Dwoje cieląt pastuchy zgubili.

wituś.

Co? jak? a to można oszaleć.

Wybiega.
lulu, śmiejąc się.

Bajeczny!

muszka, zmartwiona.

Nie bardzo!

lulu.

A teraz dalej do dzieła. Niedługo ściemni się zupełnie, księżyc się ukaże. Dałam rozkaz, aby usunięto bilard. A my w kostyumach, tych, które znalazłyśmy w tem debarras... zresztą zobaczysz...

Idzie do szafy, otwiera i zaczynu wyrzucać, rozwieszając delikatnie dawne stroje z XVIII wieku. — Lokaj wchodzi i zapala światło.
muszka.

Co za zapach! co za woń!

lulu.
Jakby na skrzydłach motyli sfrunęły całe fale rozkwitłych zdala grząd.
muszka.

Upaja.

lulu.

Pieści.

Obie kobiety oczarowane w ekstazie przed sukniami.
muszka.

Rozmarza.

lulu.

Całuje.

muszka.

Poematy!

lulu.

Całe życia! Kobiety, które je nosiły rozumiały poco żyją na świecie.

muszka.

Ach! gdyby przemówiły!

lulu, śmiejąc się.

De grâce! lepiej niech nie mówią.

muszka.

Dlaczego?

lulu.

Bo miałyby... może... za wiele do powiedzenia.

muszka.

Nie sądzę. Takie są delikatne.

lulu.
Największy grzech bywa właśnie ten najdelikatniejszy.
muszka.

Więc ty sądzisz, że i one?... Jaka szkoda, to mi cały urok psuje.

lulu.

Jakie szczęście. To mi właśnie uroku dodaje.

muszka.

Ich grzechy?

lulu.

Ich grzechy — ty odziedziczyłaś...

muszka.

Co?

lulu.

Ależ koronki i sentymentalne serce — skłonność do...

muszka.

Do grzechu?

lulu.

Nie... tylko do flirtu. Ty się zatrzymasz, bo ciebie wychowano hygienicznie i tradycjonalnie. A potem... aniele... ty nie masz temperamentu.

muszka.

Tak. Prawda! Tak mówi Wituś.

Wzdycha.
SCENA VI.
tolo — muszka — lulu.
tolo, wchodzi.
Och! ktoś wybiera się na bal, w powietrzu zapach balowych toalet.
lulu.

Nadzwyczajne! Co za viveur! Rozpozna natychmiast!

Muszka chwyta ubrania i ucieka z niemi, pozostawiając drobiazgi.
tolo.

Dokąd kuzynko, dokąd?

lulu.

Proszę nie psuć zabawy.

tolo.

Więc znów coś nowego?

lulu.

Ciągle... Ostatnią moją nowością będzie (z ukłonem) moja śmierć. Do tej chwili zawsze na usługi mego pana i władcy.

tolo.

Melancholia!

lulu, wskazując na zapadającą noc.

Nocy letnich. Bzów rozkwitłych wonne czary.

tolo.

Zawsze pełna uroku.

lulu.

A ty pełen pobłażliwości i galanteryi.

tolo.

Skądże pobłażliwości?

lulu.
Potrzebuję jej... urodziłam się parę lat zawcześnie.
tolo.

Musisz zawsze o tem przypominać, bo patrząc na ciebie nikt o tem nie pamięta.

lulu.

Nie można być bardziej Louis XV. Ale jest niestety, ktoś, kto mi to bardzo często niedyskretnie przypomina.

tolo.

Któż taki?

lulu.

Ja — sama!... (po chwili) I... moje czyny...

Opiera się o kominek.
tolo.

Jestem bardzo fin — a przecież niezrozumiem.

lulu.

W tem właśnie cały mój wysiłek, ażebyś nie zrozumiał.

tolo.

Wysiłek.

lulu.

Czasem... wielki... Aby utrzymać się na powierzchni...

tolo.

Najlepszy pływak utrzymuje się na powierzchni bez wysiłku.

lulu, melancholijnie.

Pozornie. Wszystko zależy od taktu i od gestu.

tolo.
Trzeba, ażeby ten gest miał linię...
lulu.

Właśnie o tę linię się rozchodzi.

tolo.

Rzeczy pięknych.

lulu.

A w gruncie mógł kryć nawet czyny brzydkie.

tolo.

Och! jeśli gest jest piękny.

lulu, pochylając głowę.

Męczy...

tolo.

Och! ciebie? ty jesteś ze stali...

lulu.

I... z uśmiechu... Masz racyę.

Prostuje się.
tolo.

A przytem sentyment ci nie do twarzy.

lulu.

Masz racyę. Ja jestem z tych wesołych pań, od których się zawsze żąda śmiechu.

tolo.

Jak woni od kwiatu. (Siada koło kominka). Tylko kobiety zawsze sentymentalne są nudne.

lulu.
Jesteś jakiś nieswój.
tolo.

Trochę.

lulu.

Przyszlę ci Muszkę.

tolo.

Czy to insynuacya.

lulu.

Raczej — hołd niezwyciężonemu.

Z ukłonem odchodzi. Chwila milczenia. Tolo siedzi zmęczony i zamyślony, wbiega Muszka, zaczyna szukać drobiazgów, które zostawiła — znajduje.
SCENA VII.
tolo — muszka.
tolo.

Muszko!

muszka.

Kuzynie?

tolo.

Ja czekam...

muszka.

Och kuzynie!...

tolo.

Ja jestem uparty i... stały...

muszka.

Pozwól sobie powiedzieć, że nie dajesz dowodów tej stałości.

tolo.
Czyż nie kocham cię już od dwóch miesięcy.
muszka.

Jeżeli tak... przestałeś kochać twą żonę. Gdzież tu więc jest stałość?

tolo, zły.

Kuzynka masz czasem sposób mówienia... zamykający usta.

muszka, po chwili.

Gniewasz się kuzynie.

tolo.

Przebaczę... pod jednym warunkiem, że kuzynka nigdy nie będziesz złośliwa. Ty możesz być tylko sentymentem, ciszą jezior sennych.

muszka.

Wituś mówi, że to nudne.

tolo.

Tylko kobiety, które są zawsze zabawne są nudne.

muszka.

Sądziłam...

tolo.

Nie sądź nic. Bądź sobą. (Obejmuje ją lekko). Ty... cudzie...

muszka, z krzykiem.

Nie mów tak do mnie...

tolo.

Sapristi! co za temperament!

Muszka wybiega jak szalona.
tolo, sam — zapala cygaro.

Tiens, tiens... a to miła niespodzianka.

Wchodzi Wituś.
SCENA VIII.
tolo i wituś.
wituś.

Cóż to? jesteś sam.

tolo.

Przed chwilą były tu panie.

wituś.

Gdzież są?

tolo.

Wyszły. Przygotowują jakąś niespodziankę.

wituś.

Znowu? Przyznam ci się, że jestem zmęczony szalenie.

tolo.

Cóż u dyabła. Od czego jesteś młody?

wituś.

Poujadaj się tak około gospodarstwa jak ja.

tolo.

Nie głupim. Wypuściłem swoje w dzierżawę.

wituś.
No to trudno. Ja kocham ziemię.
tolo.

Frazesy. Leżysz na niej, drapiesz, szarpiesz, ciągniesz co dać może. Jakby ci nie niosła porządnie, ciekaw jestem, czybyś ją kochał.

wituś.

To nieprawda. Uprawiam ją.

tolo.

To się tak nazywa. Ale rezultat — pieniądze, u mnie ten sam rezultat — pieniądze. Tylko, że się sam nie babrzę, a każę się babrać, bo nie lubię czarnych robót, wolę jeździć do Vichy i pielęgnować moje atretyzmy. Widziałeś? roztyłem się. Raz jeden człowiek żyje.

wituś.

Gdyby tak wszyscy myśleli jak ty.

tolo.

Ale szczęściem są tacy jak ty. Wiesz, wspaniale w tym kostyumie wyglądasz.

wituś.

Męczy mnie... biały... muszę ciągle uważać. Byłem teraz pomiędzy zabudowaniami, o co słomy, muszę się przebrać...

tolo.

Nieszczęście!... Wiesz — zróbmy przyjemność naszym paniom — ubierzmy się we fraki, one coś także tam urządzają w sekrecie.

wituś.

Za nic.

tolo.
Jak chcesz! Kolorowe fraki. Chaussé’s, ja nawet kazałem przyrządzić — wynalazłem u ciebie.
wituś.

Ciasny — utyłem.

lolo.

Ty się rozrosłeś — to ja tyję... Marienbadzik w perspektywie... Och!... No ale ubierzmy się. Ładnie się zaprezentujemy.

wituś.

Przed kim?

tolo.

Przed naszymi żonami.

wituś.

Nie warto.

tolo.

Chi lo sa.

wituś.

Czy wy nigdy nie możecie siedzieć spokojnie... ty i twoja żona?

tolo.

Nigdy.

wituś.

I czy takie życie nigdy się nie znudzi?

tolo.

Jak cygaro suche i dobrze ciągnie, sleeping na rozkazy, a kobiety piękne, to o nudach mowy być nie może.

wituś.

Cygaro jeszcze — sleeping to obojętne, ale co do kobiet, to jak Boga kocham...

tolo.
Ha! skoro już Kwintus Metellus powiada, że z kobietą źle, a bez kobiety żyć niepodobna...
wituś.

Takeśmy spokojnie tu żyli...

Tolo wyprowadza go. Wchodzi dwóch lokai, odsuwa bilard pod ścianę, zastawia go parawanem, gasi kandelabry, tak, że tylko z otwartych drzwi ogrodowych widać wielką smugę księżycowego światła. Jeden z lokai wchodzi na taburet i nakręca zegar z kurantem, który wisi na ścianie. Poczem lokaje znikają — powoli z poza kląbów widać z dwóch stron zbliżające się dwie postacie kobiece, ubrane w strój markiz z końca XVIII wieku. Idą wolno w białych perukach i złotych pantofelkach w takt Menueta granego przez kurant. Zbliżają się, podają sobie ręce, okręcają się, wreszcie wchodzą na scenę.
SCENA IX.
muszka i lulu.
W głębi jeszcze przy kląbie.
muszka.

Księżyca tarcz się wznosi złota
I cicha noc roztacza czary,
W takt menueta i gawotta
Rozdzwonia się ten zegar stary.

lulu, koło klombu.

Noc srebrna w krąg roztacza czary.

Wchodzą wolno na scenę.

Słodyczą kwiatów tchną kielichy —
Cyt! słuchaj! jak ze szklannej czary —
Leje się dźwięk melodyi cichej.

muszka, idąc naprzód.

Słodyczą kwiatów tchną kielichy,
Pójdź! Podaj dłoń! ach! Bodaj chwile
Nad życia pustkę, nad życia szychy,
Korowód zawieźć jak motyle.

lulu.

Podaj dłoń.

Ujmują się za ręce.

Ach bodaj tę chwilę
Dłużyć, jak wije nić wrzeciono!
Wśród kwiatów, w blasku srebrnym pyle
Płynąć w tę dal rozbłękitnioną.

Tańczą kilkanaście taktów menueta. Wreszcie Muszka tańcząc mówi:
muszka.

Niech zwolna wije nić wrzeciono,
Ach! prześnić i przetańczyć życie.

lulu, tańcząc.

Jakby melodyą nieskończoną
W rozkosznym prześnić je zachwycie.

Panowie się wsuwają ubrani balowo i siadają w cieniu pod ścianą.
muszka.

Cyt! szklanne dźwięki drżą i brzęczą.

lulu, ustaje tańczyć.

W kurantowego takt zegara
Ból snuje ciemną nić pajęczą.

Cofają, się ku drzwiom ogrodowym wolno.
muszka, cofając się.

Cyt! szklanne dźwięki drżą i brzęczą
I milkną. Cisza nas omota...

lulu, już w ogrodzie.

Senną osnuła się otęczą
Nad parkiem tarcz księżyca złota.

Damy nikną za kląbem; chwila milczenia — panowie się zrywają i biegną do drzwi.
SCENA X.
lulu — muszka — wituś — tolo.
tolo.

Brawo! Brawo! Muszka jest czarująca.

Panie wybiegają z za kląbu i wchodzą na scenę.
lulu.

Swiatło!

Lokaje wnoszą światło.
wituś.

Nie jak Boga kocham.

lulu.

Pst! bądź dziś także talon rouge.

tolo, wskazując na ściany.

Bardzo zharmonizowane.

lulu.
Od nich pomysł i stroje.
muszka.

Tak, od moich prababek.

tolo.

Nadzwyczaj urocze! Dzięki!

Całują obie panie w rękę — lokaje wnoszą stolik nakryty do kolacyi, przystrojony kwiatami i znikają.
tolo.

Odżywa tradycja panneau Bouchera i małego Trianon!...

Siadają za stołem. Wituś chce siadać przy żonie.
lulu.

Za nic w świecie, kuzyn przy mnie! Mąż mój przy Muszce.

0000Muszka00000000Lulu000000000000000
000000000000000000000000000000000



00Tolo  ◯  
000000000000000000000000





  ◯  Wituś  

muszka.

Kolacya bardzo skromna. Ale tak zarządziła Lulu.

tolo.

Przeciwnie... menu stylowe.

wituś.

Zanadto! Będę musiał zajrzeć do kredensu.

lulu, do Witusia.
Twój apetyt jest imponujący.
wituś.

Apetyt...

tolo, przerywając.

Dajże spokój z ziemianinem przy pudrowanych damach.

wituś.

A któż wtedy rolę uprawiał?

tolo.

Z pewnością nie ci, którzy w tym saloniku jedli takie souper fin, rozjaśnione promieniami gwiazd takich, jak oczy Muszki.

muszka.

Ależ kuzynie, nalewasz mi już drugi kieliszek.

tolo.

Ja piję trzeci.

muszka.

Ja mam bardzo słabą głowę.

wituś.

To nie pij.

tolo.

Przeciwnie, skoro moja pani miała tak cudowną myśl i urozmaiciła nam tak niespodziewanie, a uroczo dzisiejszy wieczór, winniśmy oddać się zabawie całem sercem.

lulu.

Dziękuję ci, że mnie popierasz w mych zamiarach.

tolo, z uśmiechem dyskretnym.
Czy to zamiary regence.
lulu, jakby dotknięta.

A!

tolo.

Jesteś dziś en beauté.

lulu.

Puder każdej z nas do twarzy.

muszka.

Tak, jak panom fraki... kuzyn dziś taki śliczny.

tolo.

Dzięki cudowna Bergetto.

wituś, szczerze.

A tak — dziesięć lat temu był naprawdę piękny. Jest o tem legenda. Był smukły, cienki w pasie...

muszka.

Niewiem... niepamiętam... teraz...

lulu.

Precz z przeszłością... teraźniejszość tylko... reszta chimera!

tolo, śpiewając garotta.

Każdy z nas pieści swą chimerę,
A ona serce mu rozrania.

Muszko, jesteś dziś cudowna! Mussetowski kwiat w spoczynku, motyl w ruchu.

lulu.
Musset żył trochę później.
tolo.

Musset żył zawsze w piękności kobiet i ich wdzięku.

Muszka wybucha śmiechem trochę spazmatycznym.
wituś.

Nie pij więcej Mucha.

tolo.

Dlaczego?

wituś.

Bo się upije.

tolo.

Pochodzi z rodu, który ma piękne głowy i mocne głowy. A gdyby nawet.

muszka, zrywa się od stołu.

Jak tu gorąco!

Biegnie do drzwi.
LULU,
odwraca się na krześle i patrzy w ogród.

Jaka srebrna noc.

muszka.

Łabędzie stąd widać, łabędzie, nie śpią, pływają i całe są takie srebrne... a za nimi po stawie wloką się srebrne nici.

tolo, przy niej.

Cały ogród jak jeden kwiat srebrzy się, otwiera...

muszka.

Ja pójdę dać łabędziom okruchy ciast — czy można?

Chwyta ze stołu ciasta i znika.
tolo.

Przeziębi się... nad stawem chłodno. Zaniosę jej szarfę... (Do innych). A wy?

wituś.

Ja wolę wypalić cygaro w towarzystwie kuzynki, jeśli mi pozwoli.

lulu.

Chętnie.

Tolo znika w ogrodzie.
SCENA XI.
lulu — wituś
Lulu wstaje — idzie do kominka. Wituś za nią patrzy przez chwilę.
wituś.

Nawet kuzynka dziś dobrze wygląda.

lulu.

To »nawet« jest rozczulające.

wituś.

U mnie to dużo znaczy. Bo ja się w komplimenta nie bawię. O! Muszce za tę młynarkę zupełnie nie do twarzy, za czerwona.

lulu.

Przeciwnie... jest zupełnie w stylu.

wituś.
Wygląda jak poziomka w śmietanie. Czy ma styl, czy niema stylu. Albo dobrze, albo źle, a kuzynka wygląda doprawdy jak z obrazu.
lulu.

Czy tak?

wituś.

Nawet kuzynka ma takie »coś« w ustach, co to ja nie umiem określić, ale to coś jest.

lulu.

Proszę... kuzyn się na takich rzeczach rozumie?

wituś.

Na kobietach? mnie teraz tak to gospodarstwo wzięło... ale...

lulu.

Wystarczy parę kieliszków burgunda.

wituś.

Pewnie... Jak z głowy zdjąć kłopoty...

lulu.

Okazuje się psycholog i znawca.

wituś.

A no... w powiecie uchodzę, że się znam na koniach i na kobietach. Mnie jeszcze nikt nie oszukał.

lulu, przygląda mu się ciekawie.

Na czem? na koniach, czy na kobietach?

wituś.

I jedno i drugie. A w pyskach twarde złamię!

lulu.
Kogo? konia czy kobietę?
wituś, podniecony.

I jedno i drugie. A za wiele narowów... fora ze dwora...

lulu, śmiejąc się.

Kto? koń czy kobieta?

wituś, j. w.

I jedno i drugie.

lulu.

Kuzyn jesteś żywiołowy.

wituś.

Jaki?

lulu.

W swoim rodzaju... zachwycający.

wituś.

O! o! o!...

lulu.

I prawie ciekawy.

wituś.

O ciekawość to już nie moja wada.

lulu, wstaje i idzie ku drzwiom.

Kuzyn mnie nie rozumie.

wituś.

Kuzynka ma śliczne nogi i jest pysznie, proszę się nie gniewać, związana.

lulu.

Proszę.

wituś.
Jak Boga kocham.
lulu.

Naszych państwa nie widać.

wituś.

Są gdzieś... w cieniu...

lulu, wracając do kominka.

Czy kuzyn nie jest zazdrosny?

wituś.

Byłem jak tygrys za moich kawalerskich czasów... No!... i nawet o... Tola... słyszy kuzynka... o Tola...

lulu.

A!...

wituś, śmiejąc się.

A już wtedy Tolo był, niech się kuzynka nic gniewa, ale Boże się zmiłuj! Tylko byłem głupi...

lulu.

Może wtedy kuzynie byłeś bardzo mądry.

wituś.

No daruj kuzynko, ażeby się podobać kobiecie, trzeba żeby mężczyzna był...

lulu.

Czasem dosyć, żeby był i to wystarcza.

wituś.

Nierozumiem.

lulu, z westchnieniem.

Szelest kroków.

Słucha.
wituś.

Nie. To gałęzie szemrzą po szybach.

Chwila milczenia.
lulu, oparta głową o poręcz fotelu, na którym siedzi.

Więc kuzyn nie myśli, że piękność kobiety, to jak srebro tej nocy, z której każden czerpać może.

wituś.

Ładna byłaby historya!

lulu.

Ach! ja mówię do pewnych granic.

wituś.

E!.. jak się kobieta rozkocha, to granic niema. Ale co kuzynka może się znać na tych rzeczach...

lulu.

Dlaczego?

wituś.

Bo kuzynka jest uczciwa kobieta, a przed uczciwymi kobietami — czołem.

lulu.

E! niema wtem czasem zbytniej zasługi. Nudy uczciwości wam moi panowie zawdzięczamy.

wituś.

O!

lulu.
Gdyby mężczyźni byli dyskretniejsi, byłoby stanowczo bardzo mało uczciwych kobiet na świecie.
wituś.

Nie wierzę.

lulu, wstaje.

A ja jestem pewna. Ale teraz stanowczo jakieś kroki.

SCENA XII.
ciż sami — muszka.
Muszka przebiega trwożliwie przez ogród.
lulu, idąc ku niej.

Muszko! Muszko!

muszka.

Co?

lulu.

Chodźże tu do nas.

muszka.

Chciałam przez werandę iść do siebie.

lulu, wprowadza ją na scenę.

Przejdziesz tędy. Dlaczego chcesz już iść do siebie?

muszka.

Niewiem... takam senna.

wituś.

Mówiłem... za dużo piłaś.

lulu.
Zostań z nami. Gdzie Tolo?
muszka.

Nie wiem. Został. Ja pójdę. Bardzo jestem senna. Dobranoc. (Usuwa się od pocałunków Lulu i męża). Nie... nie.. dobranoc...

Wybiega.
wituś.

Oto jest ta... dobra głowa... Oczy jej błyszczą jak dwie latarnie... rozpalona.

lulu.

Idź pan za nią.

wituś.

O! o! o! mam jeszcze raporta, konferencya, a potem muszę obejść zabudowania. Pańskie oko konia tuczy, moja pudrowana księżno!

Wychodzi.
SCENA XIII.
lulu — tolo.
lulu,
stoi przez chwilę zamyślona, wreszcie wzrusza ramionami i mówi:

To niemożliwe!

Zapala papierosa i opiera się o kominek. W tej samej chwili wchodzi Tolo i nie widząc żony skierowuje się do swego pokoju, wziąwszy kandelabr ze stołu.

Tolu!

tolo, niezadowolony staje w pół drogi.
A!... ty jeszcze tutaj?
lulu, zalotnie.

Czekałam na ciebie. Czy jesteś ze mnie zadowolony?

tolo.

Nad wyraz. W tej główce powstają pomysły bajeczne.

lulu.

Rozepnij mi ten fermoar.

tolo.

Proszę. A teraz pozwól sobie powiedzieć — dobranoc i... do jutra.

lulu.

Jakto do jutra?

tolo.

Nie uwierzysz, jaki jestem senny.

lulu.

I ty także?

tolo.

Co?

lulu.

Nic. A więc jesteś senny?

tolo.

Szalenie. Idę spać! Dobranoc!

Wchodzi do swego pokoju.
lulu,
stoi chwilkę na środku pokoju zamyślona.

Czyżbym się tym razem przerachowała?

zasłona.
koniec aktu pierwszego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.