Strona:Gabryela Zapolska-Skiz.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
lulu, patrzy na nią z lubością.

Co za wdzięk, jaka gracya.

wituś.

Dobre serce i dobry grunt. Z dobrego gniazda, troszkę tylko rozpieszczona.

lulu.

Bierze to z życia, co jej się należy.

wituś.

Same pieszczoty.

lulu, wskazując na etażerki, na których stoją figurki saskie.

Spójrz pan na te pudrowane figurki. Zdolne są tylko wdziękiem swoim zdobić etażerki.

wituś.

Och czasy etażerek minęły.

lulu.

Nastały czasy... obór...

wituś.

Naturalnie.

lulu.

Panie kochany. Nic tego wdzięku nie zatarło, nawet gilotyny krwią swoją nie zmyły pudru. Nawet pan swoim bilardem nie zdławiłeś gracyi tych pasteli i tego czegoś nieuchwytnego, które się tu snuje jakby girlandą zdjętą z tych gobelin.

wituś.

Marzeniem moim jest to skrzydło pałacu przerobić.