Ostatni sejm Rzeczypospolitej/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Ostatni sejm Rzeczypospolitej
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1913
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.

Ale skoro się znaleźli za klasztornymi budynkami, Zaręba nakazał Staszkowi wracać i mieć szczególne baczenie na Maciusia i konie, a wszystkich podejrzanych włóczęgów, kręcących się koło domu, przepędzać kijem.
Staszek, dotknięty niełaską, żarliwie napierał się zabrania na wyprawę.
— Odrób pierwej kije, jakie ci grożą — fuknął gniewnie — Kacper, prowadź!
Kacper, odszukawszy w ciemnościach dróżkę pod drzewami, powiódł zygzakiem po zboczach, w dół ku rzece.
Noc była ciemna, po niebie przewalały się bure, poszarpane łachmany chmur; czasami uderzył hukliwy, gorący wiatr, aż drzewa szarpały się jakby na uwięzi, a niekiedy szły głuche niepokojące cichości.
Mijali jakieś domki pokryte w gąszczach sadów, to jakieś nory i legowiska, z których psy groźnie warczały i wsunęli się pomiędzy dwa domy, stykające się prawie szczytami. Wązka szczelina prowadziła na ulicę Mostową, którą trzeba było przejść w poprzek, co przedstawiało pewne niebezpieczeństwo, gdyż o kilkanaście kroków na lewo, nad zamkniętą łańcuchami rogatką paliła się latarnia i tuż pod nią stały konne i piesze straże.
Przemknęli się na czworakach i zaledwie przywarli w cieniu karczmy zamkniętej na głucho, gdy z góry od miasta rozległy się człapania koni.
— Obluz warty! — ostrzegł Kacper i zmacawszy drzwi, otworzył je kluczem i starannie zamknął za sobą. Sień, w której się znaleźli, szła na przestrzał domu; z boków, przez liche drzwi, sączyły się światła, ściszone głosy i brzęki szkieł.
Na podwórzu, obstawionem szopami, a pełnem wozów i koni, kręciły się jakieś cienie, ale Kacper szedł śmiało do znanego sobie przejścia i wyszli na drogę, biegnącą od mostu w dół Niemna.
— Teraz będzie gorąco! — mruknął, przepatrując ciemności; nie sposób było co dojrzeć, nawet o parę kroków, bo wyniosłe nadbrzeżne wzgórza rzucały głębokie cienie na drogę i część rzeki, mrowiącej się połyskliwie.
Ruszyli z największą ostrożnością, przystając co chwila lub zapadając między szychty drzewa złożonego nad drogą, gdyż co kilka minut rozlegały się ciężkie tupoty koni przejeżdżających patrolów.
Po drugiej stronie Niemna dosyć gęsto błyskały ogniska biwaków.
— Strzegą, jak fortecy.
— Co pięćdziesiąt kroków konny, zaś od pól rozstawiają nawet sekrety.
Dosięgli jakiegoś domku, wciśniętego między drogę a rzekę, Kacper brzęknął w szybę umówionym sposobem i natychmiast zjawiło się dwóch ludzi.
— Gotowe, można jechać! — ktoś szepnął, prowadząc nad sam brzeg, gęsto porośnięty krzakami, gdzie w głębokich cieniach taiła się łódź.
Weszli do niej i ten sam szept rozkazał:
— Położyć się na dnie.
Spełnili rozkaz, łódź drgnęła, spływając na głębię, niby łabędź, i cicho a chybotliwie popłynęła nad brzegiem.
Rzeka bełkotała w ciemnościach; fale ściżbione i jakby zadyszane czołgały się z nieustannym, swarliwym dygotem, czasem któraś zamiotła z sykiem o piachy spienioną płetwą lub plusnęła w górę, jak ryba.
Niebo wisiało nizko, wzdęte kłębowiska chmur zdały się gonić te wody, wiecznie uciekające w niepokoju i trwodze.
Zarysy wzgórz przesuwały się czarnymi, pogarbionymi grzbietami.
Wiatr szumiał górą, że tylko czuby drzew poruszały się sennym szmerem. Noc była głucha i późna, po wsiach już zaczynały piać pierwsze kury.
Łódź sunęła śmiało, czujnie jednak, wymijając ławice piachów i oczy wedet; ciemność wiernie ją strzegła i siwe, rzadkie mgły obtulały wilgnymi zwojami.
Zaręba podniósł się nieco. Z górnych okien zamku, jakby gdzieś z chmur, błyskało jakieś światełko. Westchnął ciężko i opadł z powrotem na dno, szept Izy owionął go znowu przesłodką melodyą miłości, niecąc zarazem przenikliwy, szarpiący żal. Leżał wpatrzony w niezgłębioną topiel nieba i cały w serdecznej udręce; szklane dźwięki fal, bełkoty, westchnienia wstające niewiadomo skąd, ciekliwe pluski i tajemnicze gędźby nocy pomnażały jego mękę, każdy bowiem z tych głosów zadawał nową ranę, budząc przypomnienia i nigdy nie ziszczone nadzieje i każdy był jakby szlochem pożegnań.
Ale w jakiejś chwili otrząsnął się z płonnych rozczulań nad samym sobą, wyżenął je precz, niby kupę zwiędłego kwiecia i uniósłszy głowę nad burt łodzi, przeglądał bacznie rzekę i czarne, ledwie dojrzane zarysy kozaków.
Mijali właśnie miejsce, gdzie Horodniczanka wpada do Niemna, gdy naraz uczyniło się jaśniej, chmury się nagle rozdarły i księżycowa srebrzysta smuga rozlała się po rzece, wydając ich oczom straży.
— Stój! stój! — zakrzyczano groźnie z brzegów.
Łódź dała szalonego szczupaka i równocześnie huknął za nimi strzał.
— Pod brzeg! prędko! — rozkazywał Zaręba, wyciągając pistolety.
W paru susach łódź znowu wpadła pod obwisłe gałęzie i uciekała.
— Stać! — rzucił ostro, chwytając się gałęzi.
Przewoźnicy zaparli łódź wiosłami, lecz nie mogąc poradzić prądowi, który ich gwałtownie znosił na środek, zsunęli się do wody i wstrzymali.
Zaręba i Kacper z pistoletami w rękach, zdeterminowani na wszystko, czekali, tając oddechy i nasłuchując wrzasków, jakie się podniosły. Chwile zdały się być wiekami, patrole przysuwały się coraz bliżej i wśród przekleństw, nawoływań i bieganiny penetrowano brzegi, zajadle szyjąc pikami każdy krzaczek; słychać nawet było pluski wody pod kopytami i trzaski zapalanych pochodni.
— Bij z blizka na upatrzonego — ostrzegał spokojnie Zaręba.
Przewoźnicy szczękali zębami z zimna i przerażenia.
Ale po kilkunastu minutach straszliwej niepewności krzyki zaczęły ścichać i oddalać się, że przeczekawszy jeszcze pewien czas, ruszyli w dalszą drogę, trzymając się długo cienistych brzegów. Dopiero za Łososną, po wyminięciu grenadyerskich obozów i gdy zdradziecki księżyc przepadł w chmurach, łódź chlusnęła wartko na środek rzeki i poleciała jakby na skrzydłach.
Poniósł ją bowiem bystry prąd, rwały naprzód wiosła i popędzał wiatr, który był wstał, dmąc im niezgorzej w plecy.
Skrzypiały dulki, bryzgały wyrzucane piany i wiosła, niby długie płetwy, biły raz po raz, w takt pochylali się przewoźników, nie szczędzących gnatów.
Wpadli w lasy, schodzące z obu stron do samej wody, jakby na dno czarnej łyskotliwej rozpadliny, nakrytej szarą, wzburzoną płachtą obłoków.
Lecieli wskróś jakichś łąk, potrząśniętych białawym kożuchem mgieł i wrzących od skrzeczeń derkaczów, huczenia bąków i kwilących zawodzeń czajek.
Lecieli wskróś pól omglonych, pachnących gryką i dymami, gdzie od wiosek, niedojrzanych w nocy, naszczekiwały psy i drżały jakby ciężkie westchnienia śpiących.
Było już blizko trzeciej i na wschodzie zaczynało się przecierać, gdy dobili pod wysokie wzgórze, pokryte lasem i wysiedli.
— A jakże powrócicie? — troskał się Zaręba, przeciągając strudzone kości.
— My już, nibyto wyjechawszy jeszcze rano na połów, mamy poświarczenie mostowego, to wrócim przezpiecznie, choćby i z pustemi sieciami.
Chciał im wetknąć po dukacie, nie wzięli jednak, a starszy rzekł z godnością:
— Nie dla grosza stawiwszy głowy. Ociec Serafin wpisał nas do polskiego bractwa, to służym z dobrej woli a powinności.
— Bym znał, komu winien jestem wdzięczność!
— Trojakowski Szymon jestem, rybak, a to mój syn, Wojciech.
Gorąco uścisnął im spracowane ręce, wzruszony tem szczerem oddaniem się sprawie i poszedł za Kacprem w górę, niezmiernie stromą i ślizką ścieżyną. Bór ich ogarnął nieprzeniknioną ciemnością, szli omackiem, natykając się co chwila na pnie, stojące zwartym gąszczem; dopiero na szczycie zrobiło się nieco jaśniej i przez rozchwiane, szumiące konary widniało niebo.
— Kto idzie? — rozległ się nagle groźny szept i zgrzyt odwodzonego kurka.
— Wolność! — odszepnął Kacper, przystając.
— Kto idzie? — powtórzył ten sam głos, tylko łagodniej.
— Równość!
— Kto idzie? — padło po raz trzeci. Otoczyli ich zbrojni ludzie.
— Braterstwo!
— Swoi. Idźcież z Bogiem! Deptuch, prowadź do obozu.
Ale mieli jeszcze przed sobą kawał drogi przez dzikie wertepy wzgórz, poręb, dolinek i bagien. Szli w milczeniu, tylko Deptuch co pewien czas gwizdał przeciągle, rozglądając się na strony i potem zwracał się do porucznika:
— Pokornie melduję, jako wedety na swoich miejscach.
— Dobrze rozstawione — pochwalił, nie mogąc jednak dojrzeć nawet cienia.
— To nie kantonisty, ani towarzysze z kawaleryi Narodowej — mruknął Kacper.
— Nie czepiaj się — odrzekł, trzymając się wytężonym słuchem kroków przewodnika, gdyż w gęstwie i mrokach nie było nic widać, że tylko z rzadka tu i owdzie zamajaczyły ściżbione cienie pni.
— Zalatuje dymem — zauważył w jakiemś miejscu.
— To z bud smolarskich, bo dym ciągnie z prawa — objaśnił Deptuch, wyprowadzając nad brzeg jakowychś bagien, zarośniętych krzakami, z których gdzieniegdzie błyskały czarne, poślepłe wody, zmętniałe niebo wisiało brudną, pogurbioną płachtą. Droga była ciężka i niebezpieczna, szli jakby po wiśnych rzemieniach, pękających co parę kroków, aż błoto tryskało im w twarze i zapadali po kolana; przegniły zapach wiercił w nozdrzach, jakieś wielkie ptaki zrywały się z ciężkim łopotem, krążąc nad bajorami, niby czarne chusty porwane przez wicher.
— Ostatnia górka — meldował Deptuch, ciągnąc pod wzgórze tak pełne jam, wykrotów, korzeni, że, potykając się na każdym kroku, już w głos klęli.
Ale ze szczytu roztoczył się przed nimi wielce malowniczy aspekt.
W ciasnej i głębokiej kotlinie, obrośniętej niebotycznemi drzewami, gorzało parę ognisk. Płomienie buchały czerwonymi chlustami, rzucając krwawy brzask na całe obozowisko, dymy napełniały kotlinę postrzępionym, sinym obłokiem, w którym mrowili się ludzie ledwie dojrzanymi zarysami.
— Nie alarmuj! — wstrzymał Deptucha i zeszedłszy na dół, przystanął za jakiemś drzewem.
Obóz był liczny, ale jakiś niemrawy i wielce osowiały; dużo ludzi spało porozciąganych prosto na ziemi, drudzy coś majstrowali koło przyodziewków, zaś insi, obnażeni do pasa, wyprażali nad ogniem koszule, niektórzy zapamiętale rzucali kości lub grali w chapankę, jacyś z lulkami w zębach łazili dokoła, nie mogąc nigdzie zagrzać miejsca; przy któremś z ognisk jakiś stary żołnierz, przesuwając ziarna różańca, patrzył tępo w płomienie i ciągle się żegnał i bił w piersi; to znowu szewczyna, z gębą pełną kołków, prał młotkiem w bucisko, aż się rozlegało; pobok kwitnęły przysadziste baby; młodsza iskała tęgiego chłopaka, który wydzierał konopiastą głowę z rąk matczynych, wierzgając gołemi nożętami, zaś druga pilnie robiła pończochę. Paru ludzi, całkiem już na stronie, sprawiało grzecznego świntucha, dyndającego u gałęzi; wychudzone psy cisnęły się, skomląc żałośnie i gryząc między sobą.
Dwa wozy nakryte budami stały nieco w głębi, a przy nich mizerne szkapiny ze łbami w opałkach, zawieszonych u dyszlów.
Stadko owiec, z ogromnym, rudym prowodyrem na czele, bieliło się między drzewami, niby gęsi. Żołnierskie »cielęciuki«, torby, pasy, patrontasze i kociełki wisiały na sękach i leżały porozrzucane przy ogniskach.
Kudłaty, bury kundel łaził trop w trop za ojcem Serafinem, który to komuś podtykał tabakierkę, to wspomagał szczyptą tiutuniu, albo prawił coś uciesznego, że często gęsto parskały śmiechy i setne kichania.
Ale przy tem wszystkiem było dziwnie cicho, mówiono bowiem tylko szeptem, trwoga zdała się unosić nad obozem i co chwila ktoś przysłaniał oczy dłonią i patrzył w las, psy też jakoś często i groźnie warczały.
— Barłóg dziadowski, ale gęby zbójeckie! — mruknął Zaręba, ruszając z miejsca.
— Żołnierz to nie od parady, ni od rozwożenia kresów! — bronił dotknięty Kacper.
Deptuch dał sygnał i wszyscy porwali się na nogi, sprawnie formując szereg wzdłuż ognisk, nawet baby stanęły w powinnym ordynku.
— Jak się macie, chłopcy! — rzucił, stając przed rozwiniętym frontem.
— Życzymy dobrego zdrowia! — gruchnęli, wbijając w niego oczy i tężąc się w słupy.
W blaskach smolistych szczap, niesionych przez dwóch wyrostków, Kacper jął z tabeli wyczytywać nazwiska: przy niektórych ojciec Serafin, idący z boku, czynił ciche uwagi, a Zaręba w surowem skupieniu lustrował surowe a wynędzniałe twarze, wychudłe postury i ten ich dziadowski moderunek, byli bowiem w strzępach i łachmanach jakowychś kapot wojskowych, upstrzonych resztkami najrozmaitszych obszlegów, a wielu zgoła tylko w lejbikach, parcianych portkach i boso. Głowy też mieli przybrane cale grzecznie w zrudziałe baranice, żydowskie aksamitne jarmułki, trójkątne kapelusze i kozackie szkopki, a nawet jeden z gębą jak donica, paradował w księżym birecie. Aż śmierdziało od nich długą, żołnierską nędzą. Zgoniny to były różnych pułków i rodzajów broni, oraz i różnego wieku: pucołowate jeszcze lactansy i deresze kute na cztery nogi, ale wszystko chłopy jakby wybrane, rosłe, żylaste, zawiędłe i w biedach zahartowane. Juści, jako gęby mieli ultajów i obwiesiów, lecz ani jednej nie uwidział bez godnego plejzeru, zaś niektóre aż się pręgo wały od nacięć, niby brzozy, z których co wiosna sok wypuszczają.
Stali mocno zaparci w ziemię, patrząc się w niego hardo i śmiało, a ze ślepiów wryzierały im żelazne dusze i dzikie, nieustraszone męstwo.
I chociaż powagę trzymał w twarzy, a obmacywał ich srogiemi oczyma, jak sztuki na rzeź wybrane, aż ręce zacierał, tak mu się bardzo podobali. I bez Kacprowej tabeli rozpoznawał z pierwszego rzutu oka, jako ci patrzący wilkiem, z podełba i robiący biedrami, niby dziewki w tańcu, to naród od harmat; zaś drudzy, w pasie przegięci, o pałąkowatych nogach i kaczych ruchach, to pocztowi; a reszta, z piersiami wystawionemi jak bębny, prosta, strojna i w sobie zwarta, to piechota snadź już w tęgim egzercerunku wyćwiczona.
— Żołnierzyki kochane! Żołnierzyki! — dyszał radośnie. — Moderunku wam jeno, podpaść was jeno a karabiny w garście dać i hajda z wami choćby na cały świat!
Strasznie mu się udały te obwiesie, deptał też niby koło panienek i rozglądając każdego z osobna, w oczy im łaskawie patrzył i poczciwych słów nie szczędził.
Naraz wyrwał się z szeregu jakiś drągal w zielonym lejbiku, czerwonych portach i łapciach, trzasnął dłonią w daszek artyleryjskiego kaszkietu, sprężył się i wyrecytował jednym tchem:
— Melduję pokornie panu porucznikowi: sto dziesięć luda, dwie markietany, dziesięć pistoletów, dwóch fajfrów, taraban i...
— Jak się masz, Furdzik — przerwał mu z uśmiechem. — No dobrze, stary, dobrze.
— Wedle rozkazu! — zamruczał skonfundowany, cofając się do szeregu.
Kacper spiorunował go oczyma, a skończywszy tabelę, huknął donośnie:
— Odstąp, spocznij!
Szereg się połamał i rozsypał na wszystkie strony.
A kiedy Zaręba zasiadł przy ognisku, pogarnęła się wiara do niego, gdyż rad z każdym rozmawiał. Ujmował ich za serce swoją szczerą, jasną twarzą i żołnierską sprawnością, jaką widzieli w każdym jego ruchu. Spenetrowali to w mig starzy wyjadacze, czyniąc o tem ciche między sobą uwagi:
— On nie z tych, co szarżę dostali jeszcze w kolebce, kadet przecie.
— Sierdzisty, taki od ręki grzmi w pysk, ale srogi nie bywa.
— Są, którzy go znają rodzonym ojcem dla żołnierzów, dobrodziejem.
— Pod Zieleńcami przodkary razem z nami dygował, aż mu gnaty trzeszczały.
— I charakternik. Drugi tak deszczu nie wytrzyma, jak on stał pod kulami.
— A swojemu Kacprowi dał wolność i ziemię.
— I śliczny, kieby ten Jezusek, a przylepny! — unosiła się markietanka z chłopcem.
— Pocałujże go kuma gdzieś i obacz, czy taki przylepny!
Gruchnęli śmiechem, aż zwrócił się do nich i ujrzawszy chłopaka, kazał go sobie podać i pohuśtywał na kolanach.
— Jakże mu na imię?
Odchylił głowę, bo chłopak sięgał mu już do nosa.
— Pietraś! — pisknęła matka radośnie, a po chwili dodała chełpliwie: — Trzymał go do chrztu sam p. pułkownik König z panienką Terenią.
— Toście z Kozienic? A cóż was za licho przyniosło aż tutaj?
— Nieszczęście! — odparła cicho, podnosząc oczy błyszczące łzami. — Mojego pan komendant Orłowski wypisał do Kamieńca, że to mieli przelewać harmaty, a mąż był majster od tego i w Kozienicach fabryka szła jego głową. I pojechalim w tyli świat na naszą biedę. A nim się zabrał na dobre do roboty, przyjechał generał Złotnicki i fortecę sprzedał nieprzyjacielowi. Sprzedał nas wszystkich, mój Boże!
Zapłakała głośno, niezmierny ból widniał w jej wynędzniałej twarzy, pierś się szarpała rozrywana łkaniem.
— A teraz jestem sierota! Sierota! — ciągnęła, pochlipując. — Mój był Polak szczery i za królewskie pieniądze za granicą edukowany na majstra, to jak się dowiedział, aż głową bił o ścianę i chciał mordować tego piekielnika! Ledwiem powstrzymała, gdyż nie sposób było dosięgnąć zdrajcy, już obcy żołnierz zalał fortece i nasze kwatery ogrodzili kordonami. Ale zaraz pierwszej nocy mój zrobił co był powinien ojczyźnie: wygniótł, które mu broniły i zagwoździł co najlepsze harmaty. Tak, on to śmiał i dokonał.
— Prawdę mówi, prawdę! — potwierdził jakiś głos z tłumu.
— Juści, jako generał Złotnicki wydał go potem na mękę i śmierć! A kiedy go wlekli, to zdążył jeno powiedzieć: »Chowaj dziecko na pomstę«. I tylem go już widziała. Skończył pod kijami.
Umilkła, zanosząc się rozdzierającym szlochem.
Zaszumiały górą drzewa, zaś jej płacz żałosny spływał jakby żywą krwią we wszystkie serca, budząc w nich taki żal, ból i nienawiść, aż rwały się dygotliwe sapania, przekleństwa i zaciskały się pięście.
— Akuratna żołnierska dola — mruknął któryś, przecierając kułakiem oczy.
— Przynajmniej pomarł nie za darmo.
— Ja w tem, że jego pamięć przejdzie do potomności, a wdową z dzieckiem zaopiekuje się Rzeczpospolita — wyrzekł Zaręba.
— A kto się zaopiekuje temi, które wróg zagarnął? Kto wspomoże te sieroty nieszczęśliwe? — podniósł się jakiś ponury głos.
— Tylu ich zdycha pod kijami, a i pies po nich nie zapłacze.
— O tych tysiącach uciekających z pod wroga kto pomyśli?
— Jako ten pszczelny rój bez matki, rozsypalim się na marną zatratę.
— A któren ujdzie pościgów, nie ujdzie głodowej śmierci, nie ujdzie.
Rozżalali się coraz boleśniej i ciche, a z głębi dusz udręczonych wyrwane słowa spadały na pochyloną głowę porucznika, niby uderzenia toporów.
— Zaprzedali nas! — ktoś jęknął przeciągle, niby echo, odbite sto razy.
— Siłą, mocą do wojska pędzili, naszą biedą się wypaśli, naszymi gnatami wymościli pół świata i w końcu nas wrogowi zaprzedali.
— Zaprzedali wszystką ojczyznę! — niby echo, jęknął znowu głos poprzedni.
— Żaden dobrowolnie nie przeszedł do nieprzyjaciela, chyba jedne oficyery, to jak się nadarzyła okoliczność, każdy uciekał jak do matki.
— A matką ci jeno śmierć, żołnierzu, chudobą rany, a przytuleniem dół! Każden dom pański stoi na fundamencie twoich kości, żołnierzu, każden zagon opity twoim potem, a ty chłopie, żebyś urobił kulasy, żebyś wygrał sto bitew i wiernie oddał ojczyźnie ostatnią kroplę krwi — zawsześ niewolny; ni tobie ziemi, ni nieba, ni dachu, ni nawet psiej budy, kajbyś nieszczęsną głowinę przytulił! Ostatniś, żołnierzu, przed Bogiem i ludźmi, ostatniś! — prawił ktoś monotonnym, żalnym głosem.
Zaręba ukrył twarz w dłoniach i płakał wewnętrznemi łzami, gdyż te żołnierskie lamenty targały mu duszę, paląc wstydem i upokorzeniem. Nie śmiał im spojrzeć w twarze, bo każde ich słowo gryzło prawdą, każde było jękiem krzywd prawiecznych i każde strasznym wyrzutem sumienia.
Kacper, wypisujący tuż przy nim w brzaskach ogniska jakieś karteluszki, snadź odczuwając jego udręczenia, zagadał cicho:
— Jak na żołnierza przyjdzie żalna godzina, to staje się płaksiwszy od starej baby. Ale niech sobie chudziaki ulżą biadoleniem! Czy wszyscy pójdą na Białystok?
— Wszyscy, ale partyami, wybierz dziesiętników. Weźmiesz nad nimi komendę, zdasz ich kapitanowi Bielskiemu, on ich parę dni przekarmi, oporządzi i pchnie dalej. Przygasić ognie; świt dobry, a dymy biją słupami.
— Nic to, bo po lasach pełno smolarni, które kopcą dzień i noc.
— A mijaj karczmy i wsie, by się który z czem niepotrzebnem nie wyznał.
— Wiedzą tyle, że idzie na nową wojnę i trzeba się strzedz Moskwy i tych, które z nią trzymają. W Warszawie powiedzą im więcej. Ależ skwierczą, no, no!
— Krzywda dłużej piecze, niźli ogień. Śpiesz się z pisaniem.
Ojciec Serafin wespół z kobietami a fajframi przystrajał ołtarz, zaś jego kundel, zasiadłszy przed porucznikiem, nie spuszczał z niego oczu i raz po raz to skamlał cicho, to nawet kładł mu łapę na kolanie, ale Zaręba nie zauważył, zasłuchując się znowu w żołnierskie biadania.
— Nie bój się — posłyszał szydliwy głos. — Niech się jeno twój dziedzic dowie, żeś przywiózł z wojaczki chociaż te resztki gnatów, a w gazecie upomni się o ciebie, i byś, chudziaku, nie zbłądził w drodze, wyśle naprzeciw starościńskich pachołów! Przywiedą cię w radzie, a on ci nogę na karku postawi i z wołem do spółki zaprzęże, by cię uniżyć, by twój honor żołnierski podeptać, a batami przypominać, żeś jeno bydlę jest, z którem on mocen zrobić wszystko.
— A za lata, któreś przesłużył Rzeczypospolitej, każe ci nocami odrabiać pańskie.
— Zaprzedali wszystką ojczyznę! — jęknął ten sam głos żałosny.
— A milczeć tam, chamy! Milczeć, psy podłe, bo skuję mordy, pasy z was, wszarze, drzeć każę, kijami zatłukę! A, kundle, ja wam dam bunty! — zawrzeszczał naraz jakiś drab, podnosząc się z pod drzewa. Wysoki był i chudy, twarz miał dziobatą, jak plaster wosku, nos krogulczy, sine wargi, wąsy czarne, sztywno nagumowane, długie buty, strzępy jakiegoś fraczka, brudną szmatę na szyi, głowę okręconą w czerwoną chustę, w ręku trzcinę i w ruchach górne maniery. Nieco utykał na prawą nogę i mówił skrzekliwie, cudzoziemskim akcentem.
— Kto zacz? — krzyknął Zaręba, porywając się z miejsca.
— Łaski, bywszy kapitan z regimentu ordynacyi Ostrogskiej. Musiałem skarcić to zuchwałe chamstwo! Waszmość im zbytnio folguje, nie można przecież...
— Milczeć! — huknął, podchodząc do niego ciężkimi krokami.
— Szanujże, waszmość w mojej osobie wyższą szarżę i urodzenie.
— Ja asanowi razem z zębami wybiję tę wyższość, ja cię, szlachetko, nauczę, jak się przemawia do żołnierzy Rzeczpospolitej! Kacper!
Łaski podkręcał wąsy, nic a nic nie skonsternowany.
— Co to za jeden? Skąd się wziął w obozie?
— Pokornie melduję — zaczął jeden z żołnierzy, nim Kacper zdążył — on nas prowadzi od samej Białejcerkwi, sierota jako i my, tyle, że jak na głodne kiszki sobie naleje, to mu zaraz pańskie fumy biją do głowy. Pokornie za nim prosimy, na piszczałeczce pięknie przegrywa, wszystkie drogi zna i na żydowiny ma sposoby.
Porucznik ochłonął i spojrzał na niego łagodniej.
— Tak śmierdzą te godne citoyeny, że muszę się ratować anyżkiem — wyrzekł z głupia frant Łaski, przystępując z dwornym ukłonem. — Z kimże mam honor?
— Kiedy waści śmierdzą, możesz odejść pod wiatr, wolna droga.
— Ależ ja ich admiruję i nie opuszczę aż do Warszawy. Jeśli waszmość partyę zbierasz, to uręczam, że pod moją komendą będą się bili, jak lwy! Kiedy byłem kapitanem muszkieterów jego królewskiej mości Ludwika XV — i pewna...
— Waść się prześpij, to później pomówimy nawet i o muszkieterach.
Zabrzęczał dzwonek, ojciec Serafin wychodził ze mszą.
Ołtarz był przysposobiony na opuszczonej klapie markietańskiego wozu, przykrytej biało i przystrojonej sośniną i zapalonemi świecami, fajfry służyli za ministrantów.
Żołnierze przyklękli wielkiem półkolem, Zaręba nieco z boku, a tylko Łaski nagle się gdzieś zapodział.
Posypały się szepty pacierzów wraz ze szmerem okapującej rosy i głosami przebudzonych borów. Dzień się już bowiem podnosił niemały, przez zwarte gałęzie drzew sączyły się modrawe światłości, z głębin pociągał chłód, nabrany jędrnym, grzybnym zapachem, niekiedy zaś wiatr uderzał o wierzchoły, aż drgały ciżby sosen czerwonych, gasły światła na ołtarzu i sypało się postrącane igliwie.
Ksiądz śpieszył z nabożeństwem, niby przed bitwą, i słowa jego modlitw padały twardym głosem komendy, a czynił znak krzyża, jakby rąbał szablą lub sięgał po krócicę, lecz biło mu przytem z twarzy takie żarliwe uniesienie, że kiedy się odwracał, rozkładając ramiona, to zdał się tym ruchem przygarniać do serca te wszystkie pochylone głowy i błogosławić im.
Msza juści szła cicha, tylko czasami dzwonki buchały brzękliwym jazgotem, rwał się z szeregów jakiś szloch przytłumiony, jęk gorący, to długie, nabrzmiałe wiarą westchnienie i łzy też kapały po niejednej srogiej twarzy, a rozgorzałe oczy wlekły się z żebrzącą pokorą do stóp krzyża, widnego na ołtarzu.
Bory gwarzyły cicho, jakby do wtóru pacierzom, wysoko nad nimi krzyczało przelatujące ptactwo, a niby gdzieś z pod ziemi dobywały się głuche, przeciągłe, dalekie ryki dzikiego zwierza, zaś dymy ognisk i mgły poranne zasnuwały wszystko błękitnawą, kadzielną kurzawą.
Po podniesieniu wielu żołnierzy wraz z kobietami przystąpiło do komunii.
Tarkowska z dzieckiem przy piersi, wzięła przy ołtarzu pierwsze miejsce, a za nią czołgała się z wniebowziętemi oczyma markietanka, nie przestając ani na chwilę robić pończochy.
— Robotnica od siedmiu boleści! — fuknął ksiądz, cofając gwałtownie twarz przed rozmigotanymi drutami, niby przed jeżem.
Babina aż się popłakała ze wstydu i konsternacyi.
Po mszy ojciec Serafin stanął przy ołtarzu z krzyżem w ręku.
— Żołnierze! — zawołał z mocą. — Przysięgliście bronić ojczyzny do ostatniego tchu?
— Przysięglim! — runął odzew ze wszystkich gardzieli.
— To idźcież w bożą godzinę, dokąd was poprowadzą. A któren w duszy nie żywi zdrady, niech całuje Jezusowe nóżki.
Podawał krzyż do całowania i każdego z osobna błogosławił, każdemu coś poczciwego rzekł i za głowę ściskał.
— Na wielką potrzebę idziesz, żołnierzu, na świętą i zapamiętaj: trzeba bić, jeszcze raz bić i pobić! — wołał ogromnym głosem. — A któż to winien, żeś głodny żołnierzu? żeś w łachmanach? żeś tropiony gorzej wściekłego psa? żeś jako ten Łazarz wzgardzony? Wróg tego sprawcą! To mówię: bij go bez miłosierdzia, bij bez pardonu, bij na śmierć! Nie żałuj krwi serdecznej, żołnierzu, nie szczędź żywota, bo wolność i ziemia czeka cię w nagrodzie! Wspomnisz, coć mówię, żołnierzu, kiedy po latach zasiędziesz otoczon wnukami, a prawić im zaczniesz, jakeś to wojował, wroga bijał i wolność, a ziemię z pazurów mu wydzierał. A padniesz w polu, żołnierzu, to ci zagrochocą tarabany, znaki się pokłonią, towarzysze łzami pożegnają — zaś święty Piotr na takie larum żałosne rozewrze szeroko niebieskie wierzeje, wyjdzie naprzeciw, a słodko ci rzeknie:
— A chodźże, duszo sprawiedliwa, chodźże, żołnierzu świętej sprawy!
Anieli w trąby zagrają, całe niebo się rozweseli, święci sformują szeregi i powiodą cię, żołnierzyku, między najznaczniejsze persony, między same hetmany posadzą, boś im równy, boś okupił swoją szarżę niebieską krwią, wylaną za ojczyznę, to zażywał będziesz chwały i szczęśliwości aż po wieki wieków! — prawił ojciec Serafin.
Tak im do serca przypadła ta mowa, że raz po raz ktoś go całował w rękę, ktoś chociaż w łokieć, albo w połę habitu, ktoś nawet obłapił za kolana, wszyscy zaś słuchali w dziwnie radosnem skupieniu. Jakoby miody lał im w dusze, a dymy kadzielne przejmowały lubością, zatwardziałe w poniewierkach i nędzach serca nabrzmiewały weselem, niby pąki pod dżdżem wiosennym, strzelając tu i owdzie kwiatem nadziei, że co tkliwszemu zdradna łza uciekała z pod powiek, drugi tylko wzdychał z uciechy, cisnąc się bliżej księdza, a już poniektóry wąsa junacko pokręcał, nabzdyczał się, zapadły brzuch wypinał i hardo ślepiami toczył, gdy skądciś wydarło się przeraźliwe gdakanie, czem wystrachane owce uderzyły w żałosny bek, a psy jęły docierać do jednego z wozów i naszczekiwać zajadłe.
— Głośno się chwali, że niesie żołnierzowi jajko — zaśmiał się któryś.
— Moja kokoszka! — jęknęła markietanka. — Za łeb zedrę, kto ją wypuścił! Kucusia! kucu, kucu! — nawoływała pieściwie, uganiając się za kwoką.
— I baranki proszą się wędrować z nami.
— Chude, nawet wilkby na nich nie ugryzł.
— Kurę se, jucho, macaj, ale od moich owiec zasię! — groził Bernardyn i skoczył do nich, by się nie rozleciały po lesie, ale już rudy prowodyr tęgo je trykał rogami, zganiając do kupy, zaś ksiądz zawrócił do wozu. Po chwili księży chłopak wydobył z niego niezgorszą beczułkę i postawił niedaleko ognia. Skoczył do niej zapalczywie Łaski, dno sprawnie wyłupał i wziąwszy od pacholika kwartę, zaczerpnął do pełna; podniósł ją lewą ręką w górę i zasalutowawszy, wydeklamował z tkliwością:

»Gorzałeczko, gul, gul, gul!
Panieneczko, tul, tul, tul!
Szynkareczko, lej, lej, lej!
Żołnierzyku, pij, pij, pij«

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Przytknął kwartę do warg i zadzierając zwolna głowę, a robiąc grdyką, wypił do ostatniej kropli, poczem wyrzekł uroczyście:
— Kiep, komu śmierdziucha nie zastąpi małmazyi!
— Pij złe — dopijesz się lepszego. Ale waszmość masz kiszki za długie! — zauważył szydliwie kwestarz, odbierając mu kwartę i sam zabierając się do rozlewania gorzałki w podstawione manierki. — Jeno bacz, jeden z drugim — zwrócił się do żołnierzy: — kto siła pije, rad się pobije. Po ździebełku, bratkowie i nie na pusty brzuch — ostrzegał.
Tak skwapnie jednak przypinali się do gorzałki, aż Kacper krzyknął:
— Wara! Zostaw na potem, a teraz sam do mnie.
Przysiadł na widnem miejscu wypłacać każdemu, co było obiecane.
— Jeśli zdążą jeszcze uwarzyć, to śniadanie im wydam? — spytał ksiądz.
— Dzień, jak wół, nie wyruszym przed zmierzchem.
Znalazły się w bryce kwestarskiej bochny, niby koła, krupy, zwoje kiełbas i nawet spory boczek, że w mig zaroiło się przy ogniskach, stanęły kociełki, rynki, sagany i zaczęło się prażyć, gotować i skwierczeć, aż w nozdrzach wierciło od lubych zapachów. Tarkowska z wiwandyerką przysmaczały po swojemu, a Bernardyn czuwał, aby przy podziale nikt pokrzywdzony nie został, sam też dopiero na końcu zasiadł do kociełka wraz z Kacprem i Łaskim. Zaś wygłodniałe bractwo rzuciło się na jadło, niby na wroga, pałaszując zaciekle, aż rozdzwoniły się naczynia i zaskomlały pieski, niecierpliwie wyczekując swojej kolei.
— Porucznik, widzę, suszy dzisiaj? — zagadnął Łaski.
— Robi, co mu się spodoba! — odmruknął niechętnie Kacper.
Zaręba bowiem siedział zdala, pogrążony w jakowychś dumaniach.
A wkoło stawał się cud święty jasności, cud dnia, cud wschodzącego słońca! Już tu i owdzie zapłonęły czerwone pnie, mroczne głębie zamigotały od strzał świetlistych i zaiskrzyły się oroszone mchy. Bór stanął w niemem zachwyceniu, ptaki wybuchnęły wrzaskliwem śpiewaniem, a wszelaki stwór podnosił radosny głos dziękczynień. Opadły mgły, wiatr ustał i przez gałęzie widniało lśniące, błękitne niebo, jak oczy miłościwie patrzące.
Dzień się już wyniósł na cały świat, gdy Kacper zameldował:
— Zwołam dziesiętników i zaraz będzie mógł pan porucznik odjechać — a dojrzawszy potakujące skinienie, jął wyczytywać donośnym głosem:
— Pierwszy szwadron brygady Dzierżka, wachmistrz Mateusz Ryś. Wystąp!
Wystąpił sążnisty chłop z twarzą pochlastaną na zrazy, wbił świdrujące oczy w porucznika i sprężony jak struna, czekał z dłonią przy czole.
— Drugi batalion regimentu Lubomirskiego, kapral Tomasz Kwak. Wystąp.
Wystąpił przygarbiony frant, rudy, jak wiewiórka i srodze piegowaty.
— Brygada Jerlicza, pierwszy szwadron, pocztowy Antoni Pyza. Wystąp!
Wystąpił ogromny młodziak z gębą niby księżyc w pełni, przybrany w księży biret, granatową kurtę, łataną płótnem i żydowskie patynki na nogach.
— Regiment przedniej straży Karwickiego, trzeci batalion, druga kompania, szeregowy Jan Finczek. Wystąp!
Wystąpił szpakowaty człowiek z przeciętym nosem i krótką, drapieżną twarzą.
— Brygada kawaleryi Narodowej Szwejkowskiego, towarzysz Borejsza!
Wystąpił smukły chłopak, różowy i śliczny, niby panna; włosy miał jasne, oczy lodowate, wilcze szczęki, a przyśmiech zatruty beznadziejnym smutkiem.
— Pierwsza kompania kamienieckiej artyleryi Gębarzewskiego, bombardyer Furdzik. Wystąp!
— Pułk przybocznych kozaków Poniatowskiego, pocztowy Semen. Wystąp!
— Trzecia kompania artyleryi Łuczyńskiego, fajerwerker Kiryluk. Wystąp!
— Drugi szwadron brygady Jerlicza, pocztowy Deptuch. Wystąp!
— Pierwszy szwadron brygady Mokronowskiego, pocztowy Pośladek. Wystąp!
Stanęli wszyscy dziesięciu zwartym szeregiem przed porucznikiem, który jął pytać o różne okoliczności służby, życia i ucieczki, próbując pociągać za języki, gdyż wielu z nich mieniło się być z wojsk jeszcze niedezarmowanych ni zagarniętych przez nieprzyjaciela, lecz wszyscy wyznawali się dezerterami z wrogich szeregów, prawiąc na ten tenor duby smalone. Jeśli łgali, to tak wprawnie, że nie miał sposobu domacania się prawdy. A zresztą i po co? Żołnierz był w rzemiośle wojennem zaprawny, na wszystko zdeterminowany i dla sprawy potrzebny. Dał więc spokój dociekaniom i raptownie zwrócił się do Kwaka z pułku Lubomirskiego:
— Toś z takich zuchów, którzy uciekali pod Zieleńcami?
Żołnierz zadygotał pod jego wzrokiem, ale odparł krotochwilnie:
— Nasz komendant kłaniał się w pas każdej kuli, to i gemeinom zmierziło się stać pod ogniem.
— A waść skąd się tu wziąłeś? — spytał Borejszy.
— Z pod przemocy, aby wziąć zemstę i zginąć — odparł górnie a ponuro.
— Słyszałeś, co mówił Bernardyn? Trzeba się bić, jeszcze raz bić i pobić! To hasło generała Kościuszki. Nie pomsty waść szukaj ni śmierci pragnij, lecz zwycięstwa.
— A ty — zwrócił się do Semena — czemuś opuścił Matuszkę?
— Bom jest powinien matce rodzonej, Rzeczypospolitej.
— Prawyś syn, bracie, ale reszta twoich zdradne pasierby.
Kozakowi poczerwieniała blizna na policzku i wyszeptał lękliwie:
— Niech pany oddadzą wolność, a naród kozacki opowie się przy Polszcze.
Smutnie uśmiechnął się Zaręba i stanął przed Furdzikiem, dawnym znajomym.
— Dawnoś wyszedł z Kamieńca?
— Temu trzy miesiące. Musiałem czekać sposobnej pory. Taka forteca zatracona, mój Boże, tyle harmat i wszystkiego. Nasz komendant już od jesieni opatrywał mury i reduty, z własnego worka ekspensował na proch, kanonierów egzercyrował całymi dniami, harmaty chciał przelewać. Że i rok moglim się bronić choćby przeciwko wszystkim dyabłom!...
— To czemuście ją wydali? — rzucił nieopatrznie pod wpływem nagłego żalu.
— Wydały ją oficyery i panowie! — ryknął bez namysłu. — Mogliśmy to nie pozwolić? Tośwa jak psy warowali o chłodzie i głodzie! A wielu to pomarło pod kijami, że nie chciało przysięgać, a wielu to pognali w Sybir, a wielu to gnije po kazamatach! A zdrajce patrzyły na taką marnacyę żołnierzów suchem okiem! Wedle rozkazu! — urwał nagle, dojrzawszy mękę w jego oczach.
Zaręba nikogo już więcej nie zagadywał, tylko przemówił twardym głosem:
— Każdy z was powiedzie dziesięciu gemeinów. A to wasz dowódca — wskazał na Kacpra — on wam wyznaczy trakty i postoje; każda partya musi się przemknąć innym szlakiem. Który swoją komendę w całości doprowadzi do Białegostoku, zaawansuje. Tam wszystkich wyekwipują i zapłacą zaległe lenungi. Ruszajcie o pierwszym zmierzchu. Odstąp!
Żołnierze się rozpierzchli, ale przystąpił Łaski z jakimś cierpkim uśmiechem.
— Może i ja byłbym zdatny do jakowejś funkcyi?
— Waść zaopiekuje się kobietami: drogi niepewne, pełne maroderów.
— Anim imaginował kiedy o awansie na wojskiego! — poczerwieniał z alternacyi.
— Jużem pod siedzenie wstawił pełniuśką półgarncówkę — dobruchał go ksiądz.
— Dobrodzieju mój i zbawco! — rozczulił się nagle — prawda, przystojniej dla mojej szarży jechać, niźli z chamstwem tłuc się po wertepach. Szkoda tylko, że te moje kokoszki już wypierzone! — Podkręcił zabójczo wąsy i tak strzelił oczyma, aż parsknęli śmiechem, a on jął prawić konfidencyonalnie:
— Parol kawalerski, ale właśnie za przyczyną amorów musiałem powędrować z ultajstwem. Jak człowiek ma szanse u podwik, to już dyabeł nie opuści go do śmierci. Nawet w drodze zdarzyła mi się okoliczność poprostu nie do wiary...
— Jabym uwierzył, ale czas nam w drogę — przerwał Bernardyn, ruszając w las. Zaręba podał mu rękę, poszeptał z Kacprem i uściskawszy go cale po bratersku, poszedł śpiesznie za księdzem.
— Łże szelma jak najęty i pewny, że mu zawierzą.
— Ma już takie reguły, mam go jednak za coś gorszego i kazałem mieć na oku.
Wyszli długim wąwozem na drogę, gdzie już czekała bryka kwestarska.
Pachołek rzęsiście kropił mizerne chabety, ale jechali wolno, gdyż głęboki, sypki piach aż się przelewał przez szprychy, a przed końmi, w tumanach kurzawy, wlekło się kilka baranów z prowodyrem na czele, zaś kundel, wesoło naszczekując, obganiał je ze wszystkich stron.
— Dobrodzieje nie nazbyt się wyekspensowali — zaczął porucznik, wskazując stadko.
— Wstępowałem tylko po drodze i więcej dla zamydlenia oczów, nie w głowie mi była kwesta. Ale werbunek udały, hę? Sam cymes, każdy wart dziesięciu kantonistów. Żeby z takich żbików uciułać jakąś grzeczniejszą watahę, dopieroby to można zalewać wrogowi gorącego sadła za skórę. Takie zbóje gotowe z gołemi pięściami na harmaty. A waszmości dałbym komendę.
— A jabym wziął — zaśmiał się szeroko. — Utytłałbym obwiesów po szyję we krwi, a pasłbym żywem, wrażem mięsem. Ale gdzie mnie chudopachołkowi marzyć o jakiejś wyższej szarży! — westchnął ze szczerą modestyą.
— Małe stopnie się dostaje — największe bierze się samemu.
— Jać to wiem, Cezar pierwszym przykładem, a Cromwell, a drudzy...
— Sami się wypromowali na pierwszych w swoim narodzie. Dziwi mnie, że u nas jeszcze się taki nie znalazł, nawet dla zbawienia ojczyzny!
— Bo szlachta-by zaprotestowała i trybunały wyjęłyby go z pod prawa.
— Trafnie ktoś wyrzekł, jako w Polszcze dlatego szanują Pana Boga, że to Pan nieobieralny i nie można go przekreskować! Na pluchę idzie: rwie mnie po łystach.
— Myślałem, że gościec omija kwestarskie gnaty.
— To nie gościec. Kiedyś obżarły mi kajdany mięso do kości, że teraz lepiej kalendarza przepowiadam każdą odmianę powietrza.
— Kajdany? Cóż to za krotochwila.
— Bowiem w młodości przytrafił mi się takowy casus, że mnie złowili werbowniki i zaprzedali kaselskiemu landgrafowi, ten mnie odprzedał Angielczykom, ci zaś powlekli aż do Ameryki, bym się za nich bił z Francuzami. Więc rada nie rada, zjadła baba prosię. Dłuższa to historya, niźli mój pacierz — zaśmiał się i przesuwając w palcach ziarnka różańca, zaszeptał poranne pacierze.
Nie ważył się mu przerywać Zaręba, lecz poglądał z niedowierzaniem.
— Wiadomo światu, że niemieckie książątka handlują mięsem człowieczem, jak nasi wielmoże ojczyzną — wyrzekł po chwili Bernardyn i na jego chudej twarzy zagrały błyskawice gniewów i nienawiści. — I mną handlowali, niby jucznem bydlęciem. Łacińskie przysłowie powiada: Contra vim non valet ius, ale to cuchnie rezygnacyą. Na siłę bowiem potrzeba nie prawa — jeno siły! Każdy ma prawo, kto ma pięść mocniejszą. Tak się dzieje na świecie między oświeconemi nacyami. Tylem doświadczył przemocy i podłości, że w prawo ni w sumienia królów nie wierzę. Boże, bądź miłości w duszy mojej, ale Ty panujesz na niebie, zaś na ziemi dyabeł profity zbiera! — uderzył się w piersi.
— U nas lepiej, niźli indziej, bo jeszcze ludzi na wywóz nie przedają.
— Bo są potrzebni szlachcie do roboty. Ale żołnierzem już kupczą. Słyszałeś waszmość, że Zabiełło i Złotnicki przedawali Kreczetnikowowi gemeinów na sztuki?
— Mam te wieści za zmyślenia niegodne wiary.
— Nie byłem jużci przy tej facyendzie, nie przysięgnę, ale cóż to jest świętego dla wielmożów? Małoż przykładów, jako przedają żony, córki własne i ojczyznę, wszystko, za co tylko mogą capnąć dukaty? Polska nierządem stoi, Polska ginie, Polskę krucy rozdrapują! A jakoż ma być, kiedy chłop w niewoli, szlachcic głupi, a wielmoża nikczemny? Strach, co się wyprawia w tej Rzeczypospolitej.
— Wyrzekaniem złego nie naprawi ni choroby nie zleczy.
— Że tylko Bóg miłosierny zdolen nas wyratować — westchnął frasobliwie.
— I on trzyma z mocniejszymi.
— Nie bluźnij waszmość! Franek! — huknął na pachołka — śpisz, ultaju, czy co? A skropno kobyłę po portkach, bo się leni.
Zabrał się żarliwie do brewiarza.
— Nie pora już na wyrzekania! — wyrzekł Zaręba, lecz dojrzawszy, jako kwestarz siedzi z nosem w brewiarzu, zaziewał przeciągle i oddał się drzemce.
Bór się niebawem skończył, wyjechali na płowe ugory, porosłe zrzadka jałowcem i pełne wydm piaszczystych; droga staczała się łagodnie do zielonej doliny, gdzie modrzały wody Niemnowe; za niemi podnosił się kraj pagórkowaty, poprzecinany głębokimi jarami, którymi ciekły lśniące przędziwa potoków.
Słońce już szło wysoko nad światem i niezgorzej przypiekało, że szkapiny ciągnęły coraz wolniej, nawet barany ustawały z gorąca i prowodyr raz po raz odwracał rogaty łeb i pobekiwał żałośnie, ale ojciec Serafin przynaglał nieustannie i co trochę wołał:
— Franek, popędzaj, odpoczniemy za rzeką.
— Ojciec wie, że wszystkie przewozy na Niemnie są obsadzone przez kozaków?
— Wiem, właśnie dla zmylenia musimy wrócić do Grodna traktem Kowieńskim. Waszmość wozisz żydy, aż miło! — zauważył, podsuwając mu tabakierkę. — Kładź się i śpij, ja będę czuwał.
Nie pozwolił się prosić i w parę minut już chrapał, aż się rozlegało.
Obudził się dopiero w Grodnie; właśnie zegarek wydzwaniał czwartą z południa.
— Jak ojciec przewiózł mnie przez kordon rogatkowy?
— Meldowałem pijanego i oficyer uszanował taką okoliczność.
— Z księdzem idzie wszystko jak po maśle. Bóg zapłać.
Uściskał go serdecznie.
— Jak zając bębna, tak rad tego słucham! — rzekł kwestarz wielce usatysfakcyonowany. — Z bratem kijem sylabizowałem w życiu niejedno, to eksperyencya jest. Pójdę ździebłko przyłożyć ucha i od jutra jestem znowu na rozkazy pana porucznika.
— Roboty nam nie zbraknie. A, Staszek! Jakież przynosisz awizy?
Staszek podał jakieś bilety wizytowe i radośnie przypadł mu do ręki.
— Wszystko w porządku, panie poruczniku.
Stanął w powinnej pozycyi.
— »Książę Cycyanow, pułkownik grenadyerów«. »Von Blum, kapitan« — czytał Zaręba, nie mogąc skryć zdumienia i pewnej obawy. — Cóżeś im powiedział?
— Że pan kapitan poszedł na obiad właśnie. Byli w samo południe.
— Mili goście. Cycyanow oddał wizytę, ale czego szuka Blum? Muszę się zaraz pokazać między ludźmi. Może się ojciec dowie, kogo wczoraj wywieźli z Grodna?
— Wywożą pod zmyślonemi nazwiskami, a dla zatarcia tropów, na każdej pocztowej stacyi zmieniają nazwiska wywożonych, że i dyabeł za nimi nie trafi. Spróbuję jednak. Mówiła chuda, jako się uda!
Zaśmiał się i wyszedł.
— Czeka tu jakiś markietan. Powiada się być znajomym pana porucznika.
— Tak powiada? Nim go zawołasz, daj mi co jeść.
— Przewidziane — zaczął wyliczać na palcach: — jest czerninka z kluseczkami, jest młoda kaczusia z rożenka, są boróweczki, jest...
— Nie błaznuj, dawaj, co masz, tylko prędko! Ale... przynieś wody, rozrób mydła i naszykuj wiśniowy frak...
Staszek zwijał się, jak cyga, prawiąc przytem takie ucieszne koncepty, że Zaręba wybuchał śmiechem, a w końcu zapytał, wielce rozbawiony:
— Gdzieżeś się taki uchował?
— Nie wiem, proszę pana porucznika, bo mnie już gotowego znaleźli w kapuście.
— Mógłbyś przystać do komedyantów.
— I tegom praktyk, bom z szopką chadzał po Warszawie. Łątki wystroił jeden kamrat, a ja udawałem i za Heroda i za Dyabła i za Małgorzatkę i za Żyda i za wszystkie figury. Ale, że to było w ostatni mięsopust wielkiego sejmu, przycapnęli nas marszałkowscy Węgrzy i pan marszałek, za to, że znaczne osoby wystawujemy na śmiech powszechności, kazał nam wczepić po dwadzieścia pięć odlewanych. Szczodry pan, niech mu choroba zwróci z profitem! Wziął nas potem pod swoją protekcyę pan Weyssenhoff, pan Niemcewicz i ksiądz Dmochowski, ułożyli śmieszne wierszyki na wielkich panów, dali nam kukły podobniusieńkie do nich, jak kropla wody, ja udawałem głos każdego i pokazywaliśmy taką szopkę po pałacach, kwaterach i pierwszych kafenhauzach. Były dni, że i po sto złotych kapnęło. A co było śmiechu, a wyżerki, a pijatyki!
— Potrafisz udać każdy głos?
— Pan porucznik tylko pozwoli...
I, nie czekając odpowiedzi, cofnął się w głąb izby i przemówił tak udanym głosem Kacpra, że Zaręba obejrzał się zdumiony. Potem naraz jakby zgrubiał, brzuch wysadził, policzki wydął i zagadał głosem Kaczanowskiego. Udawał również Maciusia i kwestarza, wreszcie zagdakał, niby kokosz, zarżał, zaszczekał na trzy głosy razem i gwizdał niby kos.
— Niech cię kule biją! Masz za te sztuki. A toby i na teatrze lepiej nie udali.
— Raz posłyszę i już zapamiętam! — chwalił się, ucieszony dukatem i łaskawością.
— A wieleż ty masz lat?
Wydał się bowiem Zarębie w tej chwili młodzieniaszkiem.
— Że mnie z łaski porodziła ciotka i że się to jej przytrafiło w panieńskim stanie, wstydała się wyjąć metryki.
— Ha! ha! — zaśmiał się głośno Zaręba. — Sprzątnij, łobuzie, ze stołu i wołaj markietana.
Po chwili wszedł człowiek nieduży, krępy, o rzadkiej bródce, farby rdzawej, skośnych oczach i szerokiej twarzy; krymkę miał na wygolonej głowie, malinową koszulę, wypuszczoną na hajdawery, a na to niebieską kapotę, srodze w pasie pofałdowaną. Podał siny karteluszek, naznaczony wykłótym w rogu trójkątem.
Zaręba obejrzał papier, ale, obawiając się jakowegoś podstępu, rzekł zimno:
— Cóż to za krotochwila! Czy asan niemy?
Markietan uśmiechnął się i wyszeptawszy formułę wtajemniczonych, dodał głośno:
— Jestem Mahmud Bielak z Łostoi, brat majora Amurada. Tatar, jak waszmość widzisz i wierny sługa polskiej ojczyzny.
— Rozgość-że się waszmość i daruj mój pierwszy traktament, ale ordynans meldował mi jakiegoś markietana. Bardzo proszę.
— Od pół roku jestem prawdziwym markietanem. Zaraz się porucznik przekona, jakie mam grzeczne towary.
Krzyknął w sień po tatarsku, a po chwili wniesiono długie, łubiane pudła, okręcone postronkami.
— Staszek! — rozkazał Zaręba — siądź w ganku i niema nikogo w domu.
Markietan sam drzwi zamknął na klucz i wydobył z pudła worki ze złotem.
— Dziesięć tysięcy dukatów. Trzeba je choćby dzisiaj wręczyć podkomorzemu nurskiemu, Zielińskiemu: to rozkaz szefa Działyńskiego, który w pięciu dniach obiecał zjechać do Grodna. Teraz pokażę prawdziwe towary.
— To waść naprawdę kupczy? — pytał dotknięty nieco, chowając worki do sepetu.
— Takowy proceder daje znaczne prowenty i pozwala mi zarazem służyć naszej sprawie — odpowiedział, wywalając z łub na podłogę kosztowne towary, z pod których dobywał jakieś ciężkie, długie przedmioty w bajowych pochwach. — Przywiozłem pięćdziesiąt karabinów, trzeba je dostawić pułkownikowi Grochowskiemu do Parczewa.
— Zaiste, czarodziejskie to łuby! — wołał Zaręba niezmiernie ucieszony, oglądając karabiny z prawdziwem nabożeństwem. — Prosto marcepany! Na tem nam zbywa najwięcej. Nowiuteńkie — powąchał lufy — i już przestrzelane! Siłaż kosztują?
— Po złotym rublu za litkup, że Koran wzbrania mi trunków i częstowania nimi. Wygodziłem w potrzebie jakiemuś grenadyerskiemu oficerowi. Nic mi do tego, skąd wziął karabiny! Nie mój grzech i nie moja pokuta. Jest i torba z tysiącem najprzedniejszych skałek. — Ułożył broń w jednem pudle, towary poskładał i zabierał się do wyjścia. — Kwaterę mam w pocztowym dziedzińcu. Często jestem w drodze, bo dostawiam furaże do obozów alianckich, ale parobek przy koniach zapasowych da mi znać i stawię się na zawołanie. Szef napierał, by karabiny zaraz wyprawić.
— Mam kwestarza, który je jutro powiezie.
Bielak nie chciał przyjąć żadnego poczęstunku i wyszedł, a Zaręba kazał spiesznie zaprzęgać i obładowawszy się złotem, pojechał do Zielińskiego, u którego już był zaraz po przyjeździe, ale go nie zastał.
Podkomorzy kwaterował na ulicy Wileńskiej, w małym dworku i na szczęście był w domu.
Wyszedł do niego Zieliński, mąż lat średnich, wielce postawny, o pięknej twarzy, zdobnej w zawiesiste wąsy, ujmujący serdecznością uśmiech i szpakowatą, podgoloną czuprynę. Nosił się po polsku przy karabeli.
Wprowadził go do bokówki, pieniądze skrupulatnie przeważył i zamknąwszy je do skrzyni, zwrócił się do niego przyjacielsko:
— Jutro powiozą je do Kapostasa. Tak rozporządził szef, przyczem polecał mi gorąco pana porucznika. Żebyśmy to mieli więcej takich godnych oficyerów!
Zaręba obruszył się i wyrzekł porywczo:
— Abyśmy więcej mieli takich obywatelów jak pan podkomorzy! Oficyerowie wiedzą, co powinni ojczyźnie, i nie zwątpili o niej ani na chwilę.
— Dobrodziejaszku złocisty! — wykrzyknął podkomorzy, biorąc go w ramiona. — Żebym tak pypcia dostał na języku, jeślim cię chciał urazić! Toć jestem największym chwalcą całego koru i wiem, że wy jedni czuwacie, gdy wszyscy śpią lub rezygnują, stumanieni koszmarem zdradnej przyjaźni. — Ścichnął nagle, gdyż z dalszych pokojów huknął jakiś tubalny głos:
— Upewniam waszmościów, jako aliantka, co tylko czyni — czyni dla naszej pomyślności. I tylko przy jej wspaniałomyślnej protekcyi...
Podkomorzy drzwi przywarł, ale Zaręba dosłyszał i syknął przez zęby:
— Zgoła jak w bajce o wilczej protekcyi nad stadem baranów.
— A najgorsza, że mówi to człowiek poczciwy i prawy obywatel, a tak, jak on, święcie wierzy prawie cała Litwa. Desperacya z taką ślepotą!
— Przewidzą, jeno że będzie już zapóźno.
— Kossakowscy ich durzą w tym względzie, już bowiem otwarcie głoszą, że dla Litwy jedyny ratunek, aby się dobrowolnie związała unią z Rosyą.
— Wierzą wszystkim podszeptom, byle tylko nie słuchać głosu sumienia i obowiązków!
— Ale, wyznał mi się Jeziorkowski, sekretarz sejmowy, jako Załuski-Sendomirski ma już sobie konferowane podskarbstwo koronne nadworne.
— Ona wysłużyła je u Igelströma, wszak to jego gamratka.
— A Miączyński-Lubelski dostał pisarstwo polne koronne.
— Szubieniczna para: rajfur i łotrzyk z gościńca.
— Ambasadorowi potrzeba na sejmie więcej dygnitarskich głosów i każe swoich zauszników nominować. Król się przecie nie oprze.
— Już mnie nie zdumieje, nawet gdyby hetmanem wielkim koronnym został sam arcyłotr i rakarz Lubowidzki.
— A propos, Branicki zrezygnował z buławy. Poszeptują, że hetman »z woli powszechności«, Kossakowski, zabiega o nią w Petersburgu dla siebie. Król zaś z Sieversem forytują Ożarowskiego, ale są jeszcze, którzyby chcieli widzieć hetmanem koronnym Pułaskiego-Wołyńskiego.
— Chyba, za cnoty i zasługi jego brata, ś. p. Kazimierza.
— Właśnie Trębicki przyniósł mi takowe zamysły względem niego. Rozumiem je tylko jako kabałę dla poróżnienia generalności. Pułaski bowiem już narzeka na targowickich socyuszów, na ich nienasyconą chciwość i przedajność.
— Aktualnie innego zgoła nam potrzeba wodza.
— Jać wiem nawet kogo, lecz, nim co nastąpi, Pułaski przydałby, się naszym zamysłom: to człowiek o gorącym sentymencie dla ojczyzny.
— Czyżby z tego sentymentu marszałkował Targowicy?
— Powstał też projekt — ciągnął, nie zważając na przycinek — żeby na sejmie zalecić go do wielkiej buławy królowi i Stanom. Mikorski już się zdeterminował przemawiać za nim. Jakże się to widzi waszmości?
— Żadnej dywersyi nie zgłoszę, bom w takich materyach ciemny, jak tabaka w rogu — wykręcił się z niemiłej rozmowy i wstał, sięgając po kapelusz.
— To pójdźmyż teraz, dobrodziejaszku złocisty, na podkurek, czekają tam na nas. Poznasz paru żarliwych zelantów i kapitana Żukowskiego.
— Z reguły nie przestaję z patryotami, aby nie ściągać na siebie uwagi szpiegunów. W Grodnie każdy cnotliwy jest podejrzany i pod baczną obserwacyą. Powinienem więc dla przezpieczności brać pozór jarmarcznego gapia lub hulaki — tłumaczył poważnie, ale musiał obiecać przyjść na jutrzejszy obiad, za co uściskał go serdecznie podkomorzy i rzekł przy pożegnaniu:
— Traktuj waść mój dom w każdej potrzebie, jak swój.
Zaręba konie odesłał i prawie bezwiednie znalazł się przed mieszkaniem szambelanowej i to w chwili, gdy zajeżdżał Blum, a żołnierz wynosił za nim z powozu ogromny kosz róż.
Przywitali się cale przyjaźnie i oficyer protekcyjnym gestem zapraszał do wejścia.
— Niestety, nie mam czasu, chciałem tylko zasięgnąć języka o kasztelanie.
— Przyjeżdża jutro. Tak mówiła przy obiedzie panna Terenia. Idziemy dzisiaj na teatr, nie wybierze się pan z nami?
— Licznaż będzie kompania?
— Sami domowi: pani szambelanowa, panna Terenia, ja, no i szambelan.
— A książę? — nie mógł powstrzymać tego pytania.
— Zjawi się na koniec spektaklu, gdyż teraz ma na głowie młodszego Zubowa, który przyjechał z Petersburga, więc tylko ograbił z róż ambasadora i polecił je złożyć pani szambelanowej. On już w stanie szczęśliwości, odzyskał bowiem utracone łaski — szeptał z głupowatym uśmiechem.
— Bardzo się cieszę — wykrztusił, zmuszając się potem do paru słów usprawiedliwienia, że go nie zastali w domu.
— Książę tego żałował, bo jechał do pana z podziękowaniem.
Zaręba pokazał twarz szczerze zdziwioną.
— Zwierzył mi się, jako za pańską przyczyną uzyskał przebaczenie.
— Za moją przyczyną? Ach, tak, tak! — zaśmiał się dziwnie i rozstawszy się z nim, poszedł wolno, bardzo wolno, jakby uginając się pod niezmiernym ciężarem.
— Za moją przyczyną! — powtórzył z niedającem się wyrazić uczuciem. — Zemściła się! jak ordynaryjna dziewka! — wybuchnął na mgnienie, lecz przybrawszy maskę obojętności, przystanął pod kafenhauzem, gdzie, jak co dnia o tej porze, gromadziła się modna młodzież, lustrująca promenujące się damy. Był tam i Marcin Zakrzewski, ale jakiś skwaszony, mrukliwy, a w takiej kłótliwej dyspozycyi, jakby szukał okazyi do zrobienia burdy.
— Cierpkiś, jakby ci podkomorzyna dała abszyt — szepnął Zaręba.
— Nieco chybiłeś, ale ktoś mi u niej szyje buty. — Spojrzał na niego podejrzliwie.
— Suspicye zgoła fałszywe, szukaj innego tropu.
— Bym wiedział, kto mnie tam dysgraduje! — zawarczał, szarpiąc wąsiki.
— Pilnowałbyś, aby cię nie odsadzono od Tereni.
— Afrontujesz mnie, czy ostrzegasz? — przysunął się groźnie.
— Pragnę tylko, byś zobaczył, kto ci szyje buty i gdzie...
Zakrzewski pobladł, jego łagodna twarz stężała na kamień.
— Rozumiem cię przyjacielem, więc mnie nie szczędź.
— Przekonaj się sam! Panie będą dzisiaj w teatrze, naturalnie w asyście... Pamiętaj tylko, że oficyerom Sieversowym nie wolno się pojedynkować.
— Ale mnie wolno każdemu z nich pomacać boki choćby kijem.
— I przejechać się za to do Kaługi. Licha satysfakcya i nie prowadząca do celu.
— Nie wyprawiaj awantur, trzeba poszukać skuteczniejszych sposobów.
— Czekaj tatka latka, aż kobyłkę wilcy zjedzą — mruknął wzgardliwie i poleciał.
Zaręba również miał już odejść, gdy naraz z kafenhauzu wytoczył się jakiś pijany olbrzym i runął na niego całym ciężarem, bełkocząc rozkazująco:
— Prowadź mnie asan — i czknął mu w samą twarz.
— Nie jestem twoim pachołkiem. — Odepchnął go z obrzydzeniem, aż tamten potoczył się na ścianę i czepiwszy się jej kurczowo, zaczął wrzeszczeć płaczliwie:
— Pomóżcież, psie syny! Nuże, chłystki! Zawołać mi powóz!
Nikt się jakoś nie kwapił z pomocą, natomiast posypały się drwiny.
— Położy się pod kafenhauzem i sprzątną go marszałkowscy.
— Obmierzłe bydlę! Zaraz on tu przyozdobi ścianę.
— Oddać go patrolowi. Prześpi się w kordegardzie i sam już trafi do Massalskiego.
— Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy — rzekł jakiś przechodzień.
— Sic transit gloria mundi! — dodał drugi, spluwając w stronę opoja.
— Panowie — wtrącił jakiś kontuszowy, poważny jegomość — jak wam nie wstyd natrząsać się z pijanego i dawać go na śmiech pospólstwu. Osłońcie go przynajmniej, a ja polecę po jaki powóz.
Radzi nie radzi zasłonili go sobą przed oczyma gawiedzi, powstrzymując od upadku.
— Cóż to za jeden? — pytał Zaręba, wskazując pijanego.
— Poniński, bywszy podskarbi, aktualnie ostatni pijaczyna.
Jakoż był to osławiony książę Adam Poniński, swojego czasu najpierwsza i najpodlejsza persona w Rzeczypospolitej, którego sąd sejmowy odsądził jako nieprzyjaciela ojczyzny od czci, szlachectwa, tytułów, nazwiska i urzędów i skazał na wieczną banicyę. Miał nawet być oprowadzony po mieście przy odgłosie trąb i obwołany zdrajcą.
— Z najgorszych, ale nie jedyny! — myślał Zaręba, patrząc z pewnem politowaniem na jego twarz plugawą, jakby ociekającą błotem i nikczemnością.
— Targowica przywróciła mu prawa, lecz stronią od niego, niby od zarazy.
— Któż możen zdjąć z niego hańbę! — rozmawiali obok Zaręby.
— Wypierają się go nawet dawni socyusze. Jeden biskup Massalski daje mu przytułek i czasem rzuci parę dukatów. Imaginuję, jak go żre sumienie.
— Sumienie i Poniński! Ha! ha! nie znasz go, widzę, nawet z reputacyi.
— Za to wie coś o nim motłoch. Patrzcie, ile się tu zbiera tałałajstwa.
— Bowiem nie przebiera w kompanii, pije, z kim się zdarzy okazya.
Zajechał wreszcie powóz, wsadzono go z trudem i gdy konie ruszyły, chmara pospólstwa popędziła za nim, podnosząc przeraźliwe świsty i wrzaski.
— Rakarz! Złodziej! Zdrajca! — sypały się krzyki wraz z kamieniami i błotem.
Paru grenadyerskich oficerów, stojących na uboczu, zaklaskało rzęsiście, śmiejąc się przytem do rozpuku.
— By to widzieli aktualni ministrowie! — rzucił któryś z młodzieży.
Zaręba odwrócił się śpiesznie od tej sceny i poszedł do domu.
Było już po zachodzie, niebo pokrywało się jakby łuską z rozżarzonej purpury, zaś od ziemi wstawał modrawy zmierzch, przesycony pyłem i głosami zamierającego dnia. Po placach i rogach ulic zmieniano warty przy głuchym warkocie bębnów i wrzaskach dzieci. Na ulice wyległy tłumy mieszkańców, obsiadając wszystkie schody i progi. Uprzątano już kramy i zawierano kafenhauzy i karczmy, bo pachołkowie grodowi, trzaskając halabardami, wołali przeciągle:
— Zawierać! Gasić ognie! Zawierać!
Zaręba chciał się rozmówić z kwestarzem względem transportu karabinów, lecz nie odszukawszy go w klasztorze, wstąpił do celi przeora i stanął osłupiały.
Cela była zalana światłem zórz, a pod oknem, na brzoskwiniowem dnie zachodu, klęczał przeor, jakby w migotliwej chmurze roztrzepotanych skrzydeł ptactwa, które mu obsiadało głowę, ramiona i nawet ręce złożone do modlitwy. A w tej świętej i słodkiej cichości zmierzchów rozkwitały tylko ptasie świegoty i słowa litanii.
— »Ucieczko grzesznych!« — podnosił się w bezmiary uskrzydlony szept miłości. — »Módl się za nami!« — zdał się odpowiadać rytmiczny wybuch ptasich szczebiotów i milknął nagle, że jeno migotały skrzydła przelatujących z miejsca na miejsce.
— »Pocieszycielko strapionych!«
I znowu żarliwy świegot i milczenie jakby kwiatów, dyszących aromatami w upalne, ciche zmierzchy letnie.
— »Wspomożenie wiernych!« — ciągnął przeor, nie dosłyszawszy otwierania drzwi.
Zaręba cofnął się na palcach i długo stał pod oknem w ogrodzie, sycąc duszę zbożnem rozmarzeniem, aż wspominki domu, matki, dzieciństwa zagrały mu żywemi farbami w pamięci. Tamte lata, tamte marzenia, tamte nadzieje! Ponosił go do nich pachnący wicher i doniósł nieubłaganą koleją do pierwszej i jedynej miłości, do Izy. Wzdrygnął się, żelazna ręka bólu szarpnęła mu sercem.
— Czemuś ty taka? — zajęczał, bo oto cudny kwiat marzenia osypał mu się w dłoni, konał i leciał w ohydne, grzązkie błota i błotem się stawał.
Ale po jakimś czasie powlókł się znowu do miasta, w kierunku Sapieżyńskiego pałacu, w którym dzisiaj grano teatr francuski.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.