Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uściskał go serdecznie.
— Jak zając bębna, tak rad tego słucham! — rzekł kwestarz wielce usatysfakcyonowany. — Z bratem kijem sylabizowałem w życiu niejedno, to eksperyencya jest. Pójdę ździebłko przyłożyć ucha i od jutra jestem znowu na rozkazy pana porucznika.
— Roboty nam nie zbraknie. A, Staszek! Jakież przynosisz awizy?
Staszek podał jakieś bilety wizytowe i radośnie przypadł mu do ręki.
— Wszystko w porządku, panie poruczniku.
Stanął w powinnej pozycyi.
— »Książę Cycyanow, pułkownik grenadyerów«. »Von Blum, kapitan« — czytał Zaręba, nie mogąc skryć zdumienia i pewnej obawy. — Cóżeś im powiedział?
— Że pan kapitan poszedł na obiad właśnie. Byli w samo południe.
— Mili goście. Cycyanow oddał wizytę, ale czego szuka Blum? Muszę się zaraz pokazać między ludźmi. Może się ojciec dowie, kogo wczoraj wywieźli z Grodna?
— Wywożą pod zmyślonemi nazwiskami, a dla zatarcia tropów, na każdej pocztowej stacyi zmieniają nazwiska wywożonych, że i dyabeł za nimi nie trafi. Spróbuję jednak. Mówiła chuda, jako się uda!
Zaśmiał się i wyszedł.
— Czeka tu jakiś markietan. Powiada się być znajomym pana porucznika.
— Tak powiada? Nim go zawołasz, daj mi co jeść.
— Przewidziane — zaczął wyliczać na palcach: —