Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ręba, lecz dojrzawszy, jako kwestarz siedzi z nosem w brewiarzu, zaziewał przeciągle i oddał się drzemce.
Bór się niebawem skończył, wyjechali na płowe ugory, porosłe zrzadka jałowcem i pełne wydm piaszczystych; droga staczała się łagodnie do zielonej doliny, gdzie modrzały wody Niemnowe; za niemi podnosił się kraj pagórkowaty, poprzecinany głębokimi jarami, którymi ciekły lśniące przędziwa potoków.
Słońce już szło wysoko nad światem i niezgorzej przypiekało, że szkapiny ciągnęły coraz wolniej, nawet barany ustawały z gorąca i prowodyr raz po raz odwracał rogaty łeb i pobekiwał żałośnie, ale ojciec Serafin przynaglał nieustannie i co trochę wołał:
— Franek, popędzaj, odpoczniemy za rzeką.
— Ojciec wie, że wszystkie przewozy na Niemnie są obsadzone przez kozaków?
— Wiem, właśnie dla zmylenia musimy wrócić do Grodna traktem Kowieńskim. Waszmość wozisz żydy, aż miło! — zauważył, podsuwając mu tabakierkę. — Kładź się i śpij, ja będę czuwał.
Nie pozwolił się prosić i w parę minut już chrapał, aż się rozlegało.
Obudził się dopiero w Grodnie; właśnie zegarek wydzwaniał czwartą z południa.
— Jak ojciec przewiózł mnie przez kordon rogatkowy?
— Meldowałem pijanego i oficyer uszanował taką okoliczność.
— Z księdzem idzie wszystko jak po maśle. Bóg zapłać.