Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nemi nacyami. Tylem doświadczył przemocy i podłości, że w prawo ni w sumienia królów nie wierzę. Boże, bądź miłości w duszy mojej, ale Ty panujesz na niebie, zaś na ziemi dyabeł profity zbiera! — uderzył się w piersi.
— U nas lepiej, niźli indziej, bo jeszcze ludzi na wywóz nie przedają.
— Bo są potrzebni szlachcie do roboty. Ale żołnierzem już kupczą. Słyszałeś waszmość, że Zabiełło i Złotnicki przedawali Kreczetnikowowi gemeinów na sztuki?
— Mam te wieści za zmyślenia niegodne wiary.
— Nie byłem jużci przy tej facyendzie, nie przysięgnę, ale cóż to jest świętego dla wielmożów? Małoż przykładów, jako przedają żony, córki własne i ojczyznę, wszystko, za co tylko mogą capnąć dukaty? Polska nierządem stoi, Polska ginie, Polskę krucy rozdrapują! A jakoż ma być, kiedy chłop w niewoli, szlachcic głupi, a wielmoża nikczemny? Strach, co się wyprawia w tej Rzeczypospolitej.
— Wyrzekaniem złego nie naprawi ni choroby nie zleczy.
— Że tylko Bóg miłosierny zdolen nas wyratować — westchnął frasobliwie.
— I on trzyma z mocniejszymi.
— Nie bluźnij waszmość! Franek! — huknął na pachołka — śpisz, ultaju, czy co? A skropno kobyłę po portkach, bo się leni.
Zabrał się żarliwie do brewiarza.
— Nie pora już na wyrzekania! — wyrzekł Za-