Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jest czerninka z kluseczkami, jest młoda kaczusia z rożenka, są boróweczki, jest...
— Nie błaznuj, dawaj, co masz, tylko prędko! Ale... przynieś wody, rozrób mydła i naszykuj wiśniowy frak...
Staszek zwijał się, jak cyga, prawiąc przytem takie ucieszne koncepty, że Zaręba wybuchał śmiechem, a w końcu zapytał, wielce rozbawiony:
— Gdzieżeś się taki uchował?
— Nie wiem, proszę pana porucznika, bo mnie już gotowego znaleźli w kapuście.
— Mógłbyś przystać do komedyantów.
— I tegom praktyk, bom z szopką chadzał po Warszawie. Łątki wystroił jeden kamrat, a ja udawałem i za Heroda i za Dyabła i za Małgorzatkę i za Żyda i za wszystkie figury. Ale, że to było w ostatni mięsopust wielkiego sejmu, przycapnęli nas marszałkowscy Węgrzy i pan marszałek, za to, że znaczne osoby wystawujemy na śmiech powszechności, kazał nam wczepić po dwadzieścia pięć odlewanych. Szczodry pan, niech mu choroba zwróci z profitem! Wziął nas potem pod swoją protekcyę pan Weyssenhoff, pan Niemcewicz i ksiądz Dmochowski, ułożyli śmieszne wierszyki na wielkich panów, dali nam kukły podobniusieńkie do nich, jak kropla wody, ja udawałem głos każdego i pokazywaliśmy taką szopkę po pałacach, kwaterach i pierwszych kafenhauzach. Były dni, że i po sto złotych kapnęło. A co było śmiechu, a wyżerki, a pijatyki!
— Potrafisz udać każdy głos?