Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pan porucznik tylko pozwoli...
I, nie czekając odpowiedzi, cofnął się w głąb izby i przemówił tak udanym głosem Kacpra, że Zaręba obejrzał się zdumiony. Potem naraz jakby zgrubiał, brzuch wysadził, policzki wydął i zagadał głosem Kaczanowskiego. Udawał również Maciusia i kwestarza, wreszcie zagdakał, niby kokosz, zarżał, zaszczekał na trzy głosy razem i gwizdał niby kos.
— Niech cię kule biją! Masz za te sztuki. A toby i na teatrze lepiej nie udali.
— Raz posłyszę i już zapamiętam! — chwalił się, ucieszony dukatem i łaskawością.
— A wieleż ty masz lat?
Wydał się bowiem Zarębie w tej chwili młodzieniaszkiem.
— Że mnie z łaski porodziła ciotka i że się to jej przytrafiło w panieńskim stanie, wstydała się wyjąć metryki.
— Ha! ha! — zaśmiał się głośno Zaręba. — Sprzątnij, łobuzie, ze stołu i wołaj markietana.
Po chwili wszedł człowiek nieduży, krępy, o rzadkiej bródce, farby rdzawej, skośnych oczach i szerokiej twarzy; krymkę miał na wygolonej głowie, malinową koszulę, wypuszczoną na hajdawery, a na to niebieską kapotę, srodze w pasie pofałdowaną. Podał siny karteluszek, naznaczony wykłótym w rogu trójkątem.
Zaręba obejrzał papier, ale, obawiając się jakowegoś podstępu, rzekł zimno:
— Cóż to za krotochwila! Czy asan niemy?