Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Markietan uśmiechnął się i wyszeptawszy formułę wtajemniczonych, dodał głośno:
— Jestem Mahmud Bielak z Łostoi, brat majora Amurada. Tatar, jak waszmość widzisz i wierny sługa polskiej ojczyzny.
— Rozgość-że się waszmość i daruj mój pierwszy traktament, ale ordynans meldował mi jakiegoś markietana. Bardzo proszę.
— Od pół roku jestem prawdziwym markietanem. Zaraz się porucznik przekona, jakie mam grzeczne towary.
Krzyknął w sień po tatarsku, a po chwili wniesiono długie, łubiane pudła, okręcone postronkami.
— Staszek! — rozkazał Zaręba — siądź w ganku i niema nikogo w domu.
Markietan sam drzwi zamknął na klucz i wydobył z pudła worki ze złotem.
— Dziesięć tysięcy dukatów. Trzeba je choćby dzisiaj wręczyć podkomorzemu nurskiemu, Zielińskiemu: to rozkaz szefa Działyńskiego, który w pięciu dniach obiecał zjechać do Grodna. Teraz pokażę prawdziwe towary.
— To waść naprawdę kupczy? — pytał dotknięty nieco, chowając worki do sepetu.
— Takowy proceder daje znaczne prowenty i pozwala mi zarazem służyć naszej sprawie — odpowiedział, wywalając z łub na podłogę kosztowne towary, z pod których dobywał jakieś ciężkie, długie przedmioty w bajowych pochwach. — Przywiozłem pięćdzie-