Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Kiep, komu śmierdziucha nie zastąpi małmazyi!
— Pij złe — dopijesz się lepszego. Ale waszmość masz kiszki za długie! — zauważył szydliwie kwestarz, odbierając mu kwartę i sam zabierając się do rozlewania gorzałki w podstawione manierki. — Jeno bacz, jeden z drugim — zwrócił się do żołnierzy: — kto siła pije, rad się pobije. Po ździebełku, bratkowie i nie na pusty brzuch — ostrzegał.
Tak skwapnie jednak przypinali się do gorzałki, aż Kacper krzyknął:
— Wara! Zostaw na potem, a teraz sam do mnie.
Przysiadł na widnem miejscu wypłacać każdemu, co było obiecane.
— Jeśli zdążą jeszcze uwarzyć, to śniadanie im wydam? — spytał ksiądz.
— Dzień, jak wół, nie wyruszym przed zmierzchem.
Znalazły się w bryce kwestarskiej bochny, niby koła, krupy, zwoje kiełbas i nawet spory boczek, że w mig zaroiło się przy ogniskach, stanęły kociełki, rynki, sagany i zaczęło się prażyć, gotować i skwierczeć, aż w nozdrzach wierciło od lubych zapachów. Tarkowska z wiwandyerką przysmaczały po swojemu, a Bernardyn czuwał, aby przy podziale nikt pokrzywdzony nie został, sam też dopiero na końcu zasiadł do kociełka wraz z Kacprem i Łaskim. Zaś wygłodniałe bractwo rzuciło się na jadło, niby na wroga, pałaszując zaciekle, aż rozdzwoniły się naczynia i zaskomlały pieski, niecierpliwie wyczekując swojej kolei.