Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wedle rozkazu! — zamruczał skonfundowany, cofając się do szeregu.
Kacper spiorunował go oczyma, a skończywszy tabelę, huknął donośnie:
— Odstąp, spocznij!
Szereg się połamał i rozsypał na wszystkie strony.
A kiedy Zaręba zasiadł przy ognisku, pogarnęła się wiara do niego, gdyż rad z każdym rozmawiał. Ujmował ich za serce swoją szczerą, jasną twarzą i żołnierską sprawnością, jaką widzieli w każdym jego ruchu. Spenetrowali to w mig starzy wyjadacze, czyniąc o tem ciche między sobą uwagi:
— On nie z tych, co szarżę dostali jeszcze w kolebce, kadet przecie.
— Sierdzisty, taki od ręki grzmi w pysk, ale srogi nie bywa.
— Są, którzy go znają rodzonym ojcem dla żołnierzów, dobrodziejem.
— Pod Zieleńcami przodkary razem z nami dygował, aż mu gnaty trzeszczały.
— I charakternik. Drugi tak deszczu nie wytrzyma, jak on stał pod kulami.
— A swojemu Kacprowi dał wolność i ziemię.
— I śliczny, kieby ten Jezusek, a przylepny! — unosiła się markietanka z chłopcem.
— Pocałujże go kuma gdzieś i obacz, czy taki przylepny!
Gruchnęli śmiechem, aż zwrócił się do nich i ujrzawszy chłopaka, kazał go sobie podać i pohuśtywał na kolanach.