Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ja cię, szlachetko, nauczę, jak się przemawia do żołnierzy Rzeczpospolitej! Kacper!
Łaski podkręcał wąsy, nic a nic nie skonsternowany.
— Co to za jeden? Skąd się wziął w obozie?
— Pokornie melduję — zaczął jeden z żołnierzy, nim Kacper zdążył — on nas prowadzi od samej Białejcerkwi, sierota jako i my, tyle, że jak na głodne kiszki sobie naleje, to mu zaraz pańskie fumy biją do głowy. Pokornie za nim prosimy, na piszczałeczce pięknie przegrywa, wszystkie drogi zna i na żydowiny ma sposoby.
Porucznik ochłonął i spojrzał na niego łagodniej.
— Tak śmierdzą te godne citoyeny, że muszę się ratować anyżkiem — wyrzekł z głupia frant Łaski, przystępując z dwornym ukłonem. — Z kimże mam honor?
— Kiedy waści śmierdzą, możesz odejść pod wiatr, wolna droga.
— Ależ ja ich admiruję i nie opuszczę aż do Warszawy. Jeśli waszmość partyę zbierasz, to uręczam, że pod moją komendą będą się bili, jak lwy! Kiedy byłem kapitanem muszkieterów jego królewskiej mości Ludwika XV — i pewna...
— Waść się prześpij, to później pomówimy nawet i o muszkieterach.
Zabrzęczał dzwonek, ojciec Serafin wychodził ze mszą.
Ołtarz był przysposobiony na opuszczonej klapie markietańskiego wozu, przykrytej biało i przystrojonej