Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


radzie, a on ci nogę na karku postawi i z wołem do spółki zaprzęże, by cię uniżyć, by twój honor żołnierski podeptać, a batami przypominać, żeś jeno bydlę jest, z którem on mocen zrobić wszystko.
— A za lata, któreś przesłużył Rzeczypospolitej, każe ci nocami odrabiać pańskie.
— Zaprzedali wszystką ojczyznę! — jęknął ten sam głos żałosny.
— A milczeć tam, chamy! Milczeć, psy podłe, bo skuję mordy, pasy z was, wszarze, drzeć każę, kijami zatłukę! A, kundle, ja wam dam bunty! — zawrzeszczał naraz jakiś drab, podnosząc się z pod drzewa. Wysoki był i chudy, twarz miał dziobatą, jak plaster wosku, nos krogulczy, sine wargi, wąsy czarne, sztywno nagumowane, długie buty, strzępy jakiegoś fraczka, brudną szmatę na szyi, głowę okręconą w czerwoną chustę, w ręku trzcinę i w ruchach górne maniery. Nieco utykał na prawą nogę i mówił skrzekliwie, cudzoziemskim akcentem.
— Kto zacz? — krzyknął Zaręba, porywając się z miejsca.
— Łaski, bywszy kapitan z regimentu ordynacyi Ostrogskiej. Musiałem skarcić to zuchwałe chamstwo! Waszmość im zbytnio folguje, nie można przecież...
— Milczeć! — huknął, podchodząc do niego ciężkimi krokami.
— Szanujże, waszmość w mojej osobie wyższą szarżę i urodzenie.
— Ja asanowi razem z zębami wybiję tę wyższość,