Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Ostatni sejm Rzeczypospolitej.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jak na żołnierza przyjdzie żalna godzina, to staje się płaksiwszy od starej baby. Ale niech sobie chudziaki ulżą biadoleniem! Czy wszyscy pójdą na Białystok?
— Wszyscy, ale partyami, wybierz dziesiętników. Weźmiesz nad nimi komendę, zdasz ich kapitanowi Bielskiemu, on ich parę dni przekarmi, oporządzi i pchnie dalej. Przygasić ognie; świt dobry, a dymy biją słupami.
— Nic to, bo po lasach pełno smolarni, które kopcą dzień i noc.
— A mijaj karczmy i wsie, by się który z czem niepotrzebnem nie wyznał.
— Wiedzą tyle, że idzie na nową wojnę i trzeba się strzedz Moskwy i tych, które z nią trzymają. W Warszawie powiedzą im więcej. Ależ skwierczą, no, no!
— Krzywda dłużej piecze, niźli ogień. Śpiesz się z pisaniem.
Ojciec Serafin wespół z kobietami a fajframi przystrajał ołtarz, zaś jego kundel, zasiadłszy przed porucznikiem, nie spuszczał z niego oczu i raz po raz to skamlał cicho, to nawet kładł mu łapę na kolanie, ale Zaręba nie zauważył, zasłuchując się znowu w żołnierskie biadania.
— Nie bój się — posłyszał szydliwy głos. — Niech się jeno twój dziedzic dowie, żeś przywiózł z wojaczki chociaż te resztki gnatów, a w gazecie upomni się o ciebie, i byś, chudziaku, nie zbłądził w drodze, wyśle naprzeciw starościńskich pachołów! Przywiedą cię w pa-